«Był późny poranek przed południem, choć październik, to całkiem bez słońca, ulewny deszcz widziało się w prześwitach dolin. Wdziałem jasnostalowy gang, ciemnostalową koszulę, do niej krawat i widoczny rąbek chusteczki, czarne półbuty, czarne skarpetki z wełny w modne ciemnoniebieskie zegary. Wymyty i ogolony wyglądałem schludnie i nie obchodziło mnie, kto pozna, że jestem trzeźwy. Uosobiałem wszystko, czym porządnie ubrany detektyw ma być. Brałem kurs na fortunę w milionach*.» (tłum. BK)
*W oryginale: cztery miliony, rzecz dzieje się pod koniec lat 30tych XX wieku, dziś to byłoby więcej niż 90 milionów.
«It was about eleven o'clock in the morning, mid October, with the sun not shining and a look of hard wet rain in the clearness of the foothills. I was wearing my powder-blue suit, with dark blue shirt, tie and display handkerchief, black brogues, black wool socks with dark blue clocks on them. I was neat, clean, shaved and sober, and I didn't care who knew it. I was everything the well-dressed private detective ought to be. I was calling on four million dollars.»
To nie jest opis wychodzącego do pracy skrupulatnego jegomościa zatrudnionego w sektorze prywatnych usług detektywistycznych – to jest opis rycerza, szykującego się na wyprawę; zauważmy – w niezbyt mu sprzyjający świat: w pustym krajobrazie grożąca ulewa, mimo najpiękniejszej pory roku. Wszelkie co do rycerstwa wątpliwości rozwiewa następny akapit, gdzie stoi wyraźnie, kim ten detektyw chciałby być. W hollu wielkiego domu Sternwoodów, zauważył nad wysokim wejściem witraż obrazujący rycerza, próbującego niezdarnie rozwiązać supły sznura więżącego do drzewa damę, której nagość tylko obfite pukle włosów mogłyby zakryć. Philip Marlowe patrząc na witraż wykombinował, że gdyby tu mieszkał, wspiąłby się wcześniej czy później do rycerza i mu pomógł. Przypuścić można, że w wyobraźni nie tyle by mu pomagał, co by go całkowicie zastąpił.
Chwilę później zjawia się w holu nieznana detektywowi czarująca dziewoja i omdlewająco pada mu się w ramiona, co damom z błędnymi rycerzami zdarza się, oczywiście, nagminnie. Zgodnie z kodeksem tułaczych wojowników, nie ujawnia on jej swego prawdziwego imienia, lecz pannica nieobeznana z rycerską etykietą uważa, że facet z niej kpi, bo nazywa siebie psem. Panna się dąsa, ale się nie odkleja. Tę dulcyniadę* na odwrót przerywa majordomus – wchodzi do holu i stanowczo zaprasza Marlowe'a do roboty, czyli do spotkania z mającym kłopoty milionerem.
Tak się zaczyna nic przecież innego jak "Głęboki sen" Raymonda Chandlera.
*
Nie wiadomo, czy gdziekolwiek, na przykład w jakimś odjechanym klubie, w banku, albo jak wyżej – w bogatej posesji naprawdę zamontowano witraż z rycerzem i związaną naguską, ale że takie dzieło w ogóle istniało za czasów detektywa Marlowe – to jest pewne. Około roku 1870 Sir John Everett Millais namalował (olejnymi farbami na płótnie) "Błędnego rycerza" o rozmiarach wcale niemałego witraża – prawie dwa metry na prawie półtora. Jakiś inny malunek, bardziej świątobliwy, bo z serii o Jezusie Dobrym Pasterzu, teść lorda-malarza ponoć skopiował w witrażu, ale do "Błędnego rycerza"mu się nie spieszyło.
Jeśli istnieje jakieś powiązanie między witrażem a malarstwem w twórczości Johna Evereta to przedstawia się ono w obrazie pod tytułem "Marianna" z roku 1851. Dama o tym imieniu stoi w smętnej pozie przed oknem złożonym z kolorowych szkieł. Marianna duma w tej chwili o tym chyba, że ma okropnego pecha, bo jej bogaty posag, przewożony statkiem utonąl w morzu. A może myśli, iż jej narzeczony, Angelo, to wredny typ, skoro po morskiej katastrofie mu się odechciało z nią żenić. Taką zadumę niejako poświadczają dalsze zdarzenia. Polegają one na tym, że jak się nadarza okazja zmuszenia Angela do małżeństwa przez potajemne wlezienie mu nocą do łóżka, to do tego łóżka Marianna potajemnie włazi. O co jej chodzi, jak nie o zemstę? Był to tak zwany "podstęp z łóżkiem", czyli Marianna miała po ciemku udawać inną panią, Izabelę, na którą świeżego apetytu dostał Angelo. Wyjawienie potem, jak było naprawdę , skutkowało przymusowym ożenkiem. Przynajmniej w Wiedniu. Przynajmniej u Szekspira w sztuce "Miarka za miarkę", czyli "Wet za wet".
Witraż przed którym stoi kombinująca zemstę Marianna (nie wygląda na zrozpaczoną, mając minę z rodzaju "no, jeszcze zobaczymy, kto kogo") przedstawia "Zwiastowanie", czyli przybycie Anioła z wieścią, że Pan nawiedzi zacną Marię.
Okno składa się z trzech części: z Aniołem, z Marią – frontalnie przed Marianną, i po jej prawej – z herbem rycerskim w osobnej framudze. Jest tu hełm z przyłbicą, jest stalowa rękawica, kryjąca uderzającą dłoń i memento po łacinie: "Spoczywaj w niebie".
W dolnych partiach okna, w części bez witraża, widać fosę, bo Marianna, odcięła się od świata w domu nią otoczonym i ani chybi Everet uwiecznił moment pewnej nadziei po okresie samotności, gdy z Izabelą, którą miała u Angela udawać, wykombinowały podstęp z łóżkiem.
Atmosferę dawnych niepokojów w duszy Marianny przedstawiają liście nawiane przez okno z jesiennego ogrodu, ale mysz, spokojnie buszująca po podłodze za dziewczyną, przedstawia raczej ustatkowanie nastrojów, skoro nic gwałtownego w gestach panienki jej nie płoszy. Zwiastowanie witrażowe zapowiada zapewne rychłą ciążę z podstępu wziętą. Nawiasem wypada wspomnieć, że Izabela też przez wrednego Angela miała wielkie zmartwienie, bo on chciał z nią pobaraszkować za uwolnienie z więzienia jej brata, Claudia. Skoro się już streszcza Szekspira to jedźmy do końca. Książę Wiednia, Vincentio, kiedy rozliczał Angela za jego rządy, gdy był nieobecny (rzekomo nieobecny, wiemy ze sztuki) zaproponował stracenie gagatka już po ożenku z Marianną, żeby jego majątek na nią przeszedł. I wtedy Marianna stanęła za mężem i prosiła o łaskę dla niego. Co do Izabeli to milcząco zgodziła się ona (tak należy mniemać) na książęcą ofertę zamęścia.
Co ta historia ma wspólnego z rycerskimi zwidami detektywa Marlowe'a? Autora obrazów pośrednio przez witraż, owszem, ale próżno szukać fabuły, z której skorzystał Millais, malując dramat związanej naguski. Philip, chcący zastąpić rycerza ją uwalniającego, lokuje siebie w zdarzeniu niejako na gotowe, w ostatniej chwili, a nie w momencie kiedy trzeba było machać mieczem. Detale obrazu w ciemnym tle pokazują, że rycerz wcześniej działał skuteczniej niż w ostatniej chwili przy supłach sznura. Jakieś dwa typy spod ciemnej gwiazdy uciekają w las w prawym górnym rogu. Rzecz działa się w księżycową noc, choć księżyc jest dopiero we wczesnej fazie "dużenia". Bez wątpienia uciekających skutecznie odstraszył błędny rycerz. Ktoś czwarty leży, też po prawej stronie sceny, najwyraźniej już bez ducha. Czy to któryś z rzezimieszków, usieczony przez Rycerza, czy towarzysz naguski, przez tamtych dwóch zabity? Jeśli to drugie – to obwiesie musieli zastać dziewoję i jej kompaniona w sytuacji, w której kiepsko gościowi szło sięgnąć po broń i może on nawet nie bardzo się zorientował w odmianie figłów, dziabnięty od tyłu w plecy albo w głowę. Na to że panienkę nie bardzo złoczyńcy musieli rozbierać, wskazuje ubogość szatek u jej stóp. To nie jest obfita suknia, ale jakiś fatałaszek, co ledwie skrywał to i owo dość obfitej cieleśnie dziewoi. Kim byłaby ona sama? Nie wygląda na zabiedzoną włóczykijkę, co się po nocy nie ma gdzie skryć i wędruje ryzykownie przez ostępy. Długaśne włosy wskazują też, że panna najwięcej pracy poświęcała ich czesaniu, a nie na przykład dojeniu krów czy kóz. Ten martwy w tle wygląda na odzianego w coś nie jak szmaciany kubrak leśnego zbója, czy włóczęgi, ale nie wiadomo, czy to porządna odzież, czy nie. To nawet wygląda na rodzaj lekkiego pancerza. W każdym razie trudno przypuścić, by panna, wyraźnie pochodząca z dostatniej rodziny samotnie wałęsała się po lesie w cienko-księżycową noc.
A może Rycerz wie kim owa panienka jest? Skoro błędny, to raczej nie jej bodyguard, ale tak w pełni w zbroję odziany, jakby wiedział, że w tę noc pancerzy zdejmować nie powinien. Gdyż pewna znana mu dama ma umówione nie bardzo bezpieczne spotkanko... Wygląda na to, że ciutkę się spóźnił, ale przecież Rycerz nie mógłby śledzić damy, jak haniebny szpicel. Był gotów, to pewne. Coś usłyszał z oddali... Niepokojącego... Wojak raz-dwa rozpoznał, że to nie zwykły pokojowy (rozkoszny?) hałasik, że raczej jakaś rozróba, może nawet rozpoznał jakie ciosy są zadawane i czym. Pospieszył, ale blisko nie miał i z księżyca światła mało przy fazie Rosnącego Sierpa. Spóźnił się na przywiązywanie panienki do pnia, ale szczęśliwie nie na z przywiązania owego czerpanie zbójeckich profitów. Panienka nie wygląda na zbytnio maltretowaną i zachowuje pozę wstydliwą, a nie z bezceremonialną wdzięcznością wita wybawcę od brutalnego gwałtu, a może i śmierci.
Dlaczego Philip Marlowe opisuje starania Rycerza jako gnuśne rozplątywanie węzłów sznura? Czy na witrażu błędny wojak nie posługuje się mieczem? Na obrazie za chwilkę ciachnie węzły jak Aleksander. Dlaczego namalowany miecz jest skrwawiony? Dwaj uciekają i wyraźnie są za żwawi jak na rany od ciężkiej broni. To znaczy Rycerz zabił tego leżącego? Może w tym jest rycerski gest, że panna szła przez las w obstawie trzech niby zaufanych zbrojnych, a oni z zaufanych niespodzianie zamienili się w rozochoconych i Rycerz interweniował z powodu zdrady?
Mam jeszcze inny powikłany scenariusz, ale go nie ujawnię, bo całkiem możliwe, że ten właściwy ukrywa się za drugą, trzecią kulisą oficjalnej fabuły "Głębokiego snu". Czy to możliwe? Jeśli ktoś wątpi, to niech porówna oficjalną, powieściową fabułkę przygody Marlowe'a w księgarni z zakulisową odsłoną jej przebiegu w filmie z Bogartem. Na ekranie Bogart z urodziwą księgarką częstują się łykiem z jego piersiówki, po tym jak ona makatką zasłoniła wejście do sklepu, robiąc lokal "zamknięty". W książce Marlowe wszedł, pogadał sympatycznie i wyszedł.
Marlowe doznaje przemiany w rycerza-wybawcę. To, co dzieje się na witrażu w holu, powtarza się parę rozdziałów dalej, choć w innych sceneriach i detalach. Omdlewająca odwrotna Dulcynea, już wtedy znana Philipowi jako córka milionera, objawia mu się naguśka, jak ta malowana i równie bezwolna, ale nie z powodu sznura, lecz narkotyków. Jak tamtem, Marlowe-rycerz przybywa nieco za późno i trup jest, ale panienka żyje. Niedawno kpił z wojaka, że guzdrze się przy supłach, a sam nie zdążył powstrzymać zboka-szantarzysty przed sfotografowaniem dziewoi nagiej i oszołomionej w melinie obwiesia. Detektyw wskoczył w środek akcji, owszem, ale odtąd będzie szukał sznura, tzn. fotek, guzdrząc się nie żwawiej niż witrażowy. W pełni zachowuje za to tajemną błędność: kiedy, ubrawszy pannę, odwozi ją do domu jej samochodem, na pytanie majordomusa, czy przywołać mu taksówkę, odpowiada: Po co? Przecież mnie tu nie ma. Tylko się panu zdawało, że mnie pan widział.



