poniedziałek, 26 stycznia 2026

SKA-BA-DIP-SKA-BA– część pierwsza

 

SKA-BA-DIP-SKA-BA

czyli

Spotkania z Bomarsze, nowsze i starsze. 




Bob Marley śpiewający "Trenchtown Rock"

https://www.youtube.com/watch?v=hJRe7niAxdU



1. 

Pewnego razu nastoletni Bob Marley z kumplem, w roku może 1959 a może 1960, usłyszeli w radio rhythm and blues. Zafascynowani wykombinowali, że taką muzykę będą grać we własnym zespole. Radio wisiało obok ich podwórka na sznurze od bielizny, było tranzystorowe i nie większe od cegły. Sąsiad, mechanik w warsztacie samochodowym przy Second Street w Trenchtown w Kingstown, na Jamajce, puszczał audycje nadawane ze stacji amerykańskich w Miami. Tak opowiadał Timothy White w książce pt. "Życie Boba Marleya. Catch a Fire". Bob miał wtedy 15 lat, jeszcze nazywano go pierwszym imieniem - Nesta. Rozumiał angielski, mówił jamajskim angielskim, a potem śpiewał tak samo. 






Trenchtown było gettem za czasów Marleya i nadal pozostało dzielnicą średnio przyjazną wścibstwu z zewnątrz, oddzieloną niewidzialnymi granicami od reszty miasta. Samochody z kamerami Google Street na razie tam nie wjechały. Oficjalnie dlatego, że cały projekt pokazywania ulic Kingston zaczął się dopiero w 2024 roku, ale zakulisowo wiadomo, że chodzi o bezpieczeństwo. Trenchtown nadal prezentuje się najlepiej w piosenkach Marleya i fajnie jest słuchać np. "Trenchtown Rock", gdzie się śpiewa, że tu jeśli przemoc to tylko przemoc muzyki. W niektórych wersjach chórek podśpiewuje soliście "ska-ba-dip-ska-ba", "ska-ba-dibby-dip", ale to nie jest ani po francusku, ani po hiszpańsku.


Jeśli na Jamajce w młodości Marleya nie panował żaden z tych języków to dlatego, że dwieście lat wcześniej, dnia 12 kwietnia, roku 1782, w archipelagu Antyli, dobre 1700 km na wschód od Jamajki, wiatr wiejący między Dominiką i Gwadelupą nagle, około kwadransa po dziewiątej rano, zmienił kierunek zachodni na północno-zachodni.




U wybrzeży Dominiki płynęło tego dnia na południe ze trzydzieści francuskich wojennych żaglowców, a równolegle do nich płynęło na północ o kilka więcej okrętów angielskich. Takie spotkanko oznaczało bitwę morską. Kiedy nagle wiatr powiał inaczej, Francuzi nie od razu wiedzieli, co robić, ale Anglicy natychmiast zmienili kurs wielu jednostek i wpłynęli z boku w szereg francuski, osaczając grupę ich żaglowców, z okrętem admirała de Grasse'a włącznie.  Francuzi mieli armaty strzelające z burt, a Anglicy na dziobach albo na rufach sporo dział strzelających na wprost. Ta artyleria zdecydowała o wygranej Anglików, którzy w sposób nietypowy dla ówczesnych bitew morskich złamali swój szyk, utrudniając Francuzom oddawanie skutecznych salw bocznych. Takie przełamanie linii przeciwnika nazwano "przewagą wiatru" i jako korzystną innowację stosowano potem w bataliach morskich.




                  

 

Francuzi przegrali bitwę, więc im się nie udało odbić Jamajkę i wyspa pozostała kolonią brytyjską. Ale jedna klęska francuskiej floty w Antylach nie zmieniła układu w rozgrywce o wiele ważniejszej, czyli w walkach obu flot o kolonie amerykańskie. Rok wcześniej Anglicy przegrali ważną bitwę u wybrzeży Ameryki i w tym rejonie nigdy na morzu nie zyskali druzgocącej przewagi. Co, jak się powszechnie uznaje, zdecydowało o finalnym zwycięstwie Rewolucji Amerykańskiej.


Chodzi o te osiem lat, które przyniosły światu istnienie Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej – od kwietnia 1775 do września 1783. Francja oficjalnie uznała Stany szóstego lutego 1778 roku. W tym ośmioleciu ku wybrzeżom przyszłego mocarstwa pływały dwie francuskie floty. Jedna - wojenna, królewska, druga - firmy Hortalez: handlowa, albo trafniej mówiąc: zaopatrzeniowa, albo mówiąc wprost: szmuglerska. Trzecią była flota angielska.


Człowiek, który potrafił początek Kosmosu wyrazić w krótkim jak strzał "Big Bang" – fizyk Georges Lemaitre – w nieco dłuższej frazie, ale precyzyjnie opisał, co się przytrafiało trzem armadom w Awanturze Amerykańskiej:


« Od tego czasu (tzn. od szóstego lutego) działania francuskiej i brytyjskiej floty królewskiej całkowicie przyćmiły działalność firmy Hortalez.  W żadnym momencie konfliktu ani Anglicy, ani Francuzi nie zdołali uzyskać absolutnej kontroli nad morzami. Stoczono wiele bitew między flotami francuską i brytyjską. Czasami jedna strona, czasami druga ogłaszała „wielkie zwycięstwo”, ale walka morska między dwoma mocarstwami zakończyła się w rzeczywistości remisem. Najważniejsze jednak było to, że Anglicy nigdy nie zdołali powstrzymać ani nawet poważnie utrudnić przeprawy przez Atlantyk niezliczonych francuskich statków przewożących najpierw ogromne ilości broni i zaopatrzenia, a potem w pełni wyposażony francuski korpus ekspedycyjny do Ameryki.»


Kwantowo-minimalne streszczenie zdarzenia – rewolucji, która zdominowała historię nowoczesną – Lemaitre poprzedził następującą uwagą: «Oficjalne uznanie Stanów Zjednoczonych przez Francję i wybuch działań wojennych między Francją a Anglią zakończyły ważny rozdział w życiu Beaumarchais’go.» Kogo??? Otóż to – chodzi o pana Pierre-Augustine Caron de Beaumarchais. Cytowane zdania wzięte są z książki biograficznej o tym panu, autorstwa fizyka Georges'a Lemaitre, który poza Einsteinowską względnością i fizyką kwantową, lubił i rozumiał literaturę oraz pisywał rozprawy, np. o autorach surrealistach, albo o Prouście, albo o Kiplingu.


Ale nawet on nie dał rady opisać postaci i przygód Piotra-Augustyna krócej niż na ponad dwustu stronach – inni biografiści ledwie mieścili się w czterystu, albo hamowali dopiero przy drugim tomie. Życiorys pana P-A jest jak wzięty z fantazji Dumasa o Hrabim Monte-Christo albo o muszkieterze d'Artagnan, ale to nie fantastyczny życiorys, lecz prawdziwy i udokumentowany. 


Ci, co zaraz zajrzą do wikipedii, chcąc się dowie... chcąc sobie przypomnieć to i owo o panu Beaumarchais, znajdą informację, że to on napisał sztuki "Wesele Figara" i "Cyrulik Sewilski". A kto poszpera ciut głębiej, znajdzie kapitalne o nim rozprawy Tadeusza Żeleńskiego-Boya. Kapitalne, ale troszkę jakby, powiedzmy, niekompletne, zwłaszcza co do historii, obrastającej od ćwierć tysiąclecia mchem awanturniczej legendy, o tym jak dramaturg od "Figara" pomagał Rewolucji Amerykańskiej. Taką rocznicę mamy akurat w tym roku. Nie uchodzi ukrywać, że Beaumarchais potrzebny mi jest w tych dywagacjach przede wszystkim jako dramaturg, ale Boy napisał, jakoby flota firmy Hortalez składała się w rzeczywistości z jednego statku Piotra-Augustyna. 


Owszem, był taki przypadek jesienią roku 1776, że spośród trzech stojących w porcie Hawr statków, które nazywały się Le Romain, La Seine i L'Amphitrite, tylko ten ostatni wypłynąl w rejs ku Ameryce, ale dlatego, że ściągnięto jego cumy, zanim do portu dotarł rozkaz francuskiego ministra spraw zagranicznych, hrabiego Vergennes, aby żaden ze statków nie wypłynął. Minister, król Ludwik XVI i Piotr-Augustyn B. całą tę flotę na przeprawę z Francji do Ameryki dopiero co zorganizowali, więc co ministrowi odbiło znienacka, żeby statki zatrzymywać?


Statki załadowane były uzbrojeniem dla powstańców – muszkiety, armaty, moździerze, proch, namioty, mundury, cała tajna kontrabanda militarna. Tajna dla Anglików. Szpiedzy ambasadora angielskiego, lorda Stormonta, donosili, że nocami ku portom suną transporty z bronią. Rzekomo z przeznaczeniem na Antyle, czyli do Francuskich Indii Zachodnich. Ambasador zapytał ministra, a ten odrzekł, że nie wie, o co chodzi, a potem jakoś tak niby poufnie wtrącił, że nie popiera amerykańskiego powstania, bo rewolucja w jednym miejscu nieuchronnie prowadzi do rewolucji w innym. Stormont potaknął z pełną aprobatą, udając, że łyka tę dyplomatyczną kluskę.


W przedsięwzięcie zaangażowano grube miliony. Beaumarchais miał opinię niezłego spryciarza w kwestiach finansowych i on organizował fundusze. Osobiście był entuzjastą amerykańskiej rewolucji i to z powodów społecznie pryncypialnych znacznie bardziej niż minister, który o rewolucji mówił ambasadorowi szczerze, ale o tym, że Francja chce zaszkodzić Anglii, ani bąknął. Poza dużą sympatią dla ludu, co już nie chce być kolonistami, Piotr-Augustyn miał też dużą sympatię do dużej fortuny, jeszcze większej niż już posiadał.  Flota firmy Hortalez i oficjalnie i nieoficjalnie była armadą handlową. Piotr-Augustyn chciał zrobić fortunę na tym samym biznesie co Wokulski, ale gdyby Anglicy wywąchali dokąd broń idzie, ich okręty w trymiga rozpirzyłyby żeglujących handlarzy. Zanim rząd francuski bez obsłonek zorganizował wojenną flotę przeciwko flocie angielskiej, zanim wysłano regularne odziały żołnierzy i ochotników, handlowe statki firmy Hortalez wykonały kilka rejsów ku walczącej Ameryce.


Tajny wysłannik Kongresu, Silas Deane, raportował z Francji o organizacji konwojów: „Nigdy nie udałoby mi się dokonać tego, co osiągnąłem, gdyby nie hojne, niestrudzone i pełne zapału wysiłki pana Beaumarchais, któremu Stany Zjednoczone są pod każdym względem ogromnie wdzięczne, bardziej niż komukolwiek innemu po tej stronie oceanu. Nie jestem w stanie w liście oddać pełnej sprawiedliwości panu Beaumarchais za jego wielką zręczność i pilność w naszej sprawie; mogę jedynie powiedzieć, że wydaje się, iż podjął się jej na wielkich i szlachetnych zasadach i w trakcie jej realizacji uczynił ją swoją własną. Jego wpływy i autorytet, które są ogromne, zostały wykorzystane w pełni na rzecz Stanów Zjednoczonych.”


Potem się okazało, że Kongres w całej pełni przyjął "szlachetne zasady" i Piotr-Augustyn mało co na nich zarobił, a rodzina jeszcze 50 lat później z mozołem uzyskiwała wypłaty od Stanów Zjednoczonych.


No, ale czemu minister zatrzymał pierwszy transport z Hawru? Weźmy pod uwagę, że port nie leży wprawdzie w najwęższej części Kanału La Manche, ale wystarczająco blisko od Angli, żeby wyspiarze wiedzieli dobrze co, kto i z czym stamtąd wypływa. Piotr-Augustyn był wtedy w Hawrze i uskarżał się Ministerstwu, że transport nie może odpłynąć, bo niejaki oficer Du Coudray, specjalista od artylerii, zamiast być na statku, pojechał do Wersalu po jakieś specjalne upoważnienia. Coudray wrócił, ale akurat wtedy w jednym z teatrów w Hawrze miała być wystawiona sztuka Beaumarchais'ego "Cyrulik sewilski". Autor, strasznie przejęty, uczestniczył w próbach, ceregielił się i doreżyserowywał kiepskich aktorów, a dla zmylenia wścibskich występował pod nazwiskiem Durand. Durno przebiegła to była zmyłka, zwłaszcza dla angielskich szpiegów, którzy wiedzieli, że tenże Durand niedawno, jako agent francuski, buszował po wyspie. 


O Durandzie doniósł Vergennes'owi w ambasadorskim proteście lord  Stormont, a minister ze strachliwej ostrożności cały transport wstrzymał. Wyszło na to, że narozrabiał Beaumarchais, bo Du Caudray był na pokładzie L'Amphitrite, kiedy podniesiono cumy, nim rozkaz dotarł do portu. I ten jeden statek odpłynął. Niedaleko – do Lorient. Siostrzeniec Piotra-Augustyna dotarł tam z jego listem nakazującym kapitanowi Fautrelle – jako właściciel statku – natychmiast przejąć dowodzenie, a oficerowi Du Caudray "znaleźć inny statek, albo iść sobie gdzie zechcesz". 





Być może L'Amphitrite wrócił do Hawru. Tak czy owak, w lutym dotarła do Wersalu wiadomość, że resztki pobitej armii Waszygtona, desperaci głodujący, marznący, sponiewierani, w styczniu 1777 roku szaleńczym manewrem spuścili katastrofalne manto doborowym oddziałom angielskim w zasadzce pod Trenton. Ośmielony minister Vergennes odwołał embargo i trzy statki wypłynęły niby na Santo Domingo, a naprawdę do Portsmouth w New Hampshire. Pierwszy wiózł 52 mosiężne armaty, 52 lawety do nich, 20 000 czterofuntowych kul armatnich, 9000 granatów, około 6500 muszkietów, ponad 900 namiotów, różnorodne narzędzia – łopaty, kilofy i tym podobne, 320 koców, 8545 czarnych pończoch, 4097 koszul i 1272 tuziny chusteczek do nosa.

Dwa następne płynęły do ​​Ameryki z kolejną partią broni i amunicji oraz tysiącami namiotów, koców i artykułów odzieżowych, w tym 1800 tuzinami wełnianych pończoch, 1700 parami butów i 1245 tuzinami chusteczek do nosa.


Czy tak się rozwiązuje Boyowska tajemnicza uwaga o jednostatkowej flocie Beaumarchais?  Trzeba by wiedzieć, na ilu jeszcze statkach firmy Hortalez mógł on jako właściciel mianować kapitanem, kogo zechciał. Podobno mógł na każdym, ale nie wiadomo na pewno. Za to wiadomymi są nazwy wszystkich dziesięciu (może jedenastu) zaopatrywanych przezeń statków. Te nazwy co i rusz zmieniano i chyba dlatego niektóre encyklopedie podają, że handlowiec-dramaturg dysponował w ciągu kilku lat aż czterdziestoma jednostkami, a jedną z nich, dla ochrony konwojów uzbroił jak okręt wojenny.


Biografiści:

 «Beaumarchais dotarł do Le Havre akurat w momencie, gdy w miejscowym teatrze odbyła się premiera jego popularnej sztuki „Cyrulik sewilski”. Oburzony tym, co uważał za niedbałe i kiepskie przedstawienie, zrzucił przebranie i nalegał na porządne prowadzenie prób. Nie był już Hortalezem, Ronacem, Durandem ani nikim innym, powrócił do swojej nieokiełznanej, ekstrawaganckiej osobowości dramaturga, biegając po mieście, zabawiając zwerbowanych oficerów, a następnie wpadając do miejscowego teatru, aby promować przedstawienia swoich sztuk. Spędzając połowę czasu na nabrzeżu, a połowę w teatrze, usiłował nadzorować załadunek towarów na statki i jednocześnie próby na scenie, instruując robotników portowych i aktorów z jednakową energią –  demaskując się przed światem w największym przedstawieniu swojego życia. Tożsamość Duranda, Ronaca i Hortaleza stała się jasna dla wszystkich. „Jego ostrożność w ukrywaniu się pod imieniem Duranda” – powiedział jeden z oficerów – „stała się całkowicie bezużyteczna”.»

 (Georges Edouard Lemaitre, 1956)



«Złapanie Beaumarchaisa na gorącym uczynku, podczas wysyłania załadowanych statków do Ameryki, byłoby dowodem, którego Wielka Brytania potrzebowała, aby oficjalnie zaprotestować przeciwko francuskiej pomocy Amerykanom. Beaumarchais podróżował incognito jako „Monsieur Durand”, aby zmylić brytyjskich szpiegów, i wszystko szło dobrze, dopóki nie zauważył, że w lokalnym teatrze wystawiana jest jego sztuka „Cyrulik sewilski”. W tamtych czasach nie istniał żaden podręcznik tajnych operacji, ale gdyby istniał, prawdopodobnie zawierałby instrukcję typu: „podczas działania pod przykrywką nigdy, przenigdy nie porzucaj swojego przebrania, nie przejmuj kontroli nad lokalną sztuką, której jesteś autorem, i nie uczestnicz w wieczornym przedstawieniu, kłaniając się publiczności”, a właśnie to zrobił Beaumarchais.»

 (Michael Schellhammer, 2013)

 

° ° °


Co to za dzieło, zapyta ktoś podchwytliwie, ów "Cyrulik sewilski", że autor – agent, spiskowiec i kontrabandzista militariów, zorientowany politycznie i społecznie na walkę wyzwoleńczą ludu amerykańskiego, handlowiec, operujący milionami i miliony chcący zarobić – dał się przez ten dramacik zdekonspirować w jakimś kiepskawym teatrze portowym jako teatralny opętaniec?