sobota, 17 stycznia 2026

Hindbad sobowtór – punkt zerowy Sindbada...


 ...czyli co się stało z powodu zapaskudzenia morza grafomanią.

 


Przynajmniej dobre maniery


W czasach tych a tych, albo trochę wcześniejszych, lub znacznie później żył w Bagdadzie pewien młody bogacz, który w spadku po rodzicach otrzymał sto ogrodów, tyleż pałaców, w nich tysiąc worów złota i tysiąc beczek srebra, ale życie upływało mu bez uciech, bez przygód, bez grona przyjaciółek i przyjaciół. Upływało markotnie i smętnie w towarzystwie wuja, starego kawalera piszącego wiersze. Dziwna sytuacja, gdyż osierocenie przez bogatych rodziców dawało młodemu nieskrępowaną swobodę. Albo był on osobą niezbyt rozgarniętą, albo i rozgarniętą, ale wychowaną przez wuja-dziwaka w regułach derwiszowej ascezy, abstynencji, prostolinijnie, niewinnie i powściągliwie. 

Nieznajomość czasu, kiedy obaj żyli – młodzieniec Sindbad i wuj Tarabuk – jest pozorna. Wuj pisał wiersze złotą stalówką, nie gęsim piórem, a ponieważ stalówki wynaleziono pod koniec wieku XVII i od 1820 zaczęto ich produkcję fabryczną, czasy żywota obu jegomości można jako tako doprecyzować, naddając nieco lat na rozpropagowanie wynalazku przez kupców na Jedwabnym Szlaku. 



 

Żelaznym dowodem stalówkowym, prócz napomknień Leśmiana, jest wizerunek Diabła Morskiego, piszącego list do Sindbada (na odwrocie kartki z wierszem wuja) i używającego w tym celu obsadki ze stalówką. Dowód namalowała Julia Konieczna do tłumaczenia "Przygód" przez Mary Besemeres: «The Adventures of Sindbad the Seafarer»



Zdarzały się noce, że młodzieniec siadywał (samotny) przy otwartym oknie i patrzył, jak wyznawał, «w niebiosy, na których płonęła pełnia księżycowa.» O czym myślał, nie wiemy, nie powiedział. Jakieś tęsknoty? Niepokoje? Marzenia? W nieco późniejszej relacji widzimy, że odpowiadał na pytania «ze szczerością i prostotą», a pytany po raz drugi powtarzał odpowiedzi «z jeszcze większą szczerością i z jeszcze większą prostotą.» Co nie świadczy wprost, że bywał zawsze prostoduszny i szczery, ale przynajmniej świadczy o dobrych manierach młodziana.



Komplikacje


Z samotnego i (chyba) skromnego bycia z wujem wyrwał go Diabeł Morski; wyrwał do świata, do przygód w krainach zamorskich i tajemniczych. Jaki to człowiek ruszył w owe przygody i krainy? Z góry wiadomo, że było mu pisane przygód siedem, więc powinno się nas jak najwcześniej z nim zapoznać, byśmy wiedzieli z osobą o jakiej osobowości mamy potem do czynienia. 


Stosowne, lecz zawikłane zapoznanie następuje już w przygodzie pierwszej. Zawikłana komplikacja wynika z faktu, że nie poznajemy Sindbada wprost, nie samego z siebie, nie sobie wiadomego: przedstawia się nam osobę niesamoistotną. 


Komplikacją źródłową w tej pierwszej przygodzie są perypetie Sindbada związane z postacią Hindbada, jego sobowtóra. Związane też z faktem, że ku Sindbadowemu zaskoczeniu sobowtórowy Hindbad przewyższa go, pierwowzorowego, w wielu specjalnościach, procedurach i predyspozycjach, a przede wszystkim w bezczelności. 





Hindbad i Sindbad, ilustr. JULIA KONIECZNA



 

Diablomorski list


Nagłą niepewność co do wyjątkowości Sindbada, jego własną i czytelniczą, nie da się usunąć argumentem diablomorskiego listu, którego adresatem był nasz młodzieniec. Diabeł Morski przekonywał go, że jest adresatem wybranym, szczególnym, jedynym w Bagdadzie i okolicach. Ale przecież z treści pisma wynika, że co kazało list Diabłu Morskiemu do Sindbada napisać, to było zapaskudzenie morza wierszami wuja Tarabuka, zwianymi wiatrem na fale. Prawda to, czy unik dyplomatyczny, ale Diabeł twierdził, że list napisał z żalu, że Sindbad musi z ponurym grafomanem rujnować swą młodość, zamiast wyruszyć w świat ku tęsknie czekającej księżniczce. A więc zapaskudzenie toni morskiej, czy osobiste walory Sindbada? Być może naprawdę młodzian nie był kimkolwiek specjalnym, być może to dopiero przesadne (głupie – prawdę mówiąc) opinie księżniczki Piruzy i króla Miraża sprawiły, że skromny, bezpretensjonalny, niepozorny Sindbadzik, zamienił się (nagle) w zadufane Sindbadzisko.

«Powodzenie dnia wczorajszego (było nim odgadnięcie trzech zagadek króla Miraża) wbiło mnie w taką dumę i zarozumiałość, że uważałem siebie od wczoraj za człowieka niezwykłego i potężnego, któremu nikt, nawet Degial, dorównać nie zdoła.»



Sindbadzisko


Degial był okropnym czarownikiem, dudniącym morderczo w niewidzialne gongi na wyspie  dudnieniem ukatrupionej. Sindbad wyrzekł się jednego z dwóch dni przedślubnych z Piruzą, żeby go spotkać. Zarzekał się, że jeden dzień to betka wobec reszty wspólnego pożycia, a on nie może nie poznać tajemnicy degialowej wyspy. Gdy go o nią na weselu zagadną dworzanie, chciałby się dumnie wykazać i oznajmić, że dzięki bohaterskiej wyprawie godzien jest ręki Piruzy, nie tylko z racji odgadnięcia zagadek króla Miraża, który go w zachwycie i momentalnie na zięcia powołał, a na męża królewna Piruza w nie mniejszym zachwycie i w nie mniejszym pośpiechu. Tych zagadek żaden młodzian w królestwie od lat rozwiązać nie umiał. Sindbad znał odpowiedzi, jako to: "cisza morska", "diabeł morski" i "koń morski" – gdyż sam ich doświadczył w podróży.


Wobec Degiala  odkrył Sindbad,  że »od wczoraj« zaledwie uważa siebie »za człowieka potężnego i niezwykłego«. Oznacza to wyraźnie, że do dnia przedślubnego i do popłynięcia na martwą wyspę Kassel, potężne i niezwykłe Sindbadzisko było zwykłym Sindbadem, nawet przed sobą samym, i nagle...

Nagle zaczął gadać o popisach przed dworzanami; nagle oniegdysiejszy skromniś marzy o szampańsko wystrzałowych pląsach po dworskich komnatach, zaczarowany sukcesem i uwielbieniem, omamiony względami królewsko-księżniczymi, jak konie królewskie omamione pląsami Konia Morskiego. Taki właśnie płynie do Degiala i tenże go innego, poprzedniego, do swych czarów sobowtórczych mieć nie będzie.


«Wśród grzmienia gongów rozległ się głos Degiala:

Znieważyłeś mnie, zaciskając pięści i tupiąc nogą o ziemię. Zemszczę się na tobie za moją zniewagę! Jesteś mały i bezsilny wobec mojej potęgi. Mógłbym cię zabić jednym poruszeniem moich brwi, gdyby cię nie bronił amulet. Potrafię jednak inną zemstę wykonać. Uważasz się za człowieka niezwykłego i potężnego. Wydaje ci się, że na całym świecie nie ma nikogo, kto byłby ci równy i do ciebie podobny. Ukarzę twą dumę i zarozumiałość. Z pomocą jednego skinienia mej dłoni stworzę człowieka jak dwie krople wody podobnego do ciebie.


— Stwórz! — zawołałem gniewnie i znowu tupnąłem nogą o ziemię.»


Przypuszczać należy, że jeszcze w chwili tupania ponownego,  Sindbad uważał groźby Degiala za przechwałki.


«W tym miejscu, gdzie nogą o ziemię uderzyłem, zjawił się nagle, jak spod ziemi, człowiek tak do mnie podobny, że z przerażenia o krok się cofnąłem przed moim sobowtórem. Miał moją twarz i oczy, i wzrost, i nawet ubranie. Stał nieruchomy i zamyślony. Nie raczył nawet spojrzeć na mnie, ani mi się ukłonić.»



Dwaj podobnisie


Z opisów poczynań bezczelnego sobowtóra i dialogów między dwoma podobnisiami wynika, że Degial zdolny był na podobieństwo zuchwalca stworzyć dublera, ale... – ale tylko z materiału jakim w owej chwili dysponował – czyli z zuchwalstwa, zarozumiałości, z mniemania nadmiernego o sobie, z przekonania o niezwykłości własnej. Była to odmiana osobowości Sindbada zaledwie jednodniowa.  Przypuszczalnie ochronny amulet księżniczki także zawężał Degialowi pole penetracji w duszę śmiałka.   Sobowtór nie tyle był Sindbadem jako takim, lecz nim ledwo co zaręczonym z Piruzą. I na dodatek nie tego samego imienia...


Księżniczka od pierwszego sam na sam, zaczęła oblubieńca nazywać Hindbad. Król również. Sindbad zrazu korygował przekręcanie imienia, ale szybko na tę odmianę przystał.  Sobowtórowi Degial przydał to imię. Jak się okazało nie była to słabość czarownika z powodu amuletu, lecz misterna perfidia, prowadząca do ostatecznej klęski Sindbada, albowiem Piruza pamiętała imię Hindbad, nie Sindbad, gdy jej – przerażonej, zagubionej – wybierać przyszło pomiędzy dwoma, kubek w kubek, narzeczonymi.


Wykapańcy wcale nie byli sobie równi. Płynąc na wyspę Kassel z wyspy Miraża, wiosłował Sindbad dłużej niż pół dnia, a w drodze powrotnej Hindbad, wcale nie dotykając wioseł, nadał łódce pędu zawrotnego; gdy biegli z łódki, do pałacu Hindbad dotarł pierwszy, ponieważ Sindbadowi nogi znieruchomiały i przebierać nimi nie mógł, jak w dręczącym śnie. A gdy przyszło do ślubnych podarunków, Hindbad dał Piruzie nie wiadomo jak wyczarowną księgę z żywymi obrazkami; Sindbad nie przygotował czegokolwiek na podarek. 


Na koniec Piruza i Miraż okrzyknęli Sindbada złodziejem amuletu, gdy Hindbad oznajmił bezczelnie, że ten mu go ukradł na wyspie, czy w łódce. Rozpasanie bezczelności ordynarne i dewastujące. Z bohatera, ulubieńca sprzed dwóch dni zamienił się nasz nieporadny zuchwalec w niepożądanego intruza, w złoczyńcę przepędzonego z pałacu. Brutalnie, bezwzględnie wyparto go z bajki o Hindbadzie. W książce Leśmiana co i raz Sindbad, wystawiany na diablomorskie pokuszenie trafia jakby do cudzej bajki, ale nigdy do tak niewłaściwej jak ta pierwsza, a w zasadzie jak ta poza pierwszą, ta nieopowiedziana, ta z której go wyrzucono. Czyli z bajki o Hindbadzie, a nie o Sindbadzie. 



Wyspy niepowrotne


Kraina króla Miraża i księżniczki Piruzy to pierwsza z wysp na które Sindbad nie miałby po co wracać w następnej podróży. Nie miałby po co wracać do krainy ludożerców, w której cudem go nie zjedzono; ani na wyspę dziada-ujeżdżacza, który go ujeżdżał na śmierć nieomalże; ani na wyspę ptaka Roka do księżniczki jadającej wyłącznie diamenty, bo by go z powodu kulinarnych niedopełnień przegnała; ani do krainy tłuściuchnej, poślubionej niebacznie Stelli, która mu rozszarpała zwiewne widmo śnionej kochanki Urgeli; ani też na wyspę króla Pawica, gdyż by go według obyczaju tamtejszego pogrzebano żywcem, jako wdowca, ponieważ Kaskada (także nieostrożnie poślubiona) skoczyła w przepaść z powodu manii zrzucania się kaskadowo po skałach. 


Całkiem niedawno rozważano na poważnym portalu w artykule o Leśmianie, czy nie byłoby pożyteczniej, gdyby niezrównoważona Kaskada poszła na terapię. W czym tkwi zatem podrzędność rozważania relacji między Sindbadem, a jego sobowtórem Hindbadem? W niczym.


Krainy raz przez Sindbada odwiedzone nie pojawiają się drugi raz w świecie jego wypraw, choć zawsze wyrusza z Balsory na to samo morze. Sindbad nie przewiduje, nie bierze w rachubę, że diabli list-paszport zawiedzie go na wyspę poprzednio zwiedzaną. Był gdzieś – to już tam nie wróci. 



Nieprzygody


W owym bywaniu-nie-byciu jest wyjątek – wyspa Miraża i Piruzy, gdzie został jego sobowtór. Wprawdzie Sindbad odrzuca pomysł wuja o wierszowanym podarunku ślubnym, bo pamięta, że Degial czyha, ale nie rozważa, a wraz z nim czytelnik nie psuje sobie lektury myślą, że przez cały czas, od początku opowieści istnieje w krainach sindbadowskich dwóch identycznych jegomości. Przygodowo równoprawnych. Bajkowo równorzędnych. Lekturowo pluralistycznych. Ale jest to emancypacja potencjalna zaledwie. Mamy bowiem Przygody Sindbada Żeglarza, napisane przez Leśmiana, i mamy w kulisach literackiej ewentualności nie napisane Nieprzygody Hindbada.... – czy też Żeglarza, czy raczej Niewędrowca, Zasiedziałka? – w zadowoleniu gnuśnie, nieruchawo i sennie zarządzającego połową królestwa na wyspie Miraża? 


Hindbad nie wydawał się osobą o charakterze gnuśnym, o naturze zamiłowanej w nieruchawości. Co innego, gdy wziąć wymiar śnienia. Mogła być operatywność somniczna przydanym mu talentem. Dwukrotnie sprowadził na Sindbada senną zmorę ścierpniętych kończyn: raz – rąk, gdy Sindbad zamierzał go z łódki wyrzucić do morza w powrocie z wyspy; dwa – nóg, gdy od przystani biegli do pałacu. Sindbad tak nie umiał; tu też się w identycznościach rozmijali. Dopokąd stosownym by było w rozminięcia owe wnikać...?


Skomplikowany był sobowtóra status, by tak to ująć – ontologiczny. Stanowił twór troisty – po pierwsze: samoswój, samoświadomy, pewny swego ja odrębnego; po drugie: dubeltowy, konkurencyjny, bezczelnie lub dumnie od Sindbada nieodrębny; po trzecie: był istotą wynikłą z imaginacji czarownika, tworem, kreacją Degiala.


Niby troskliwa matka Degiala zawiadomiła Sindbada, że syn jej zamierza obu ich zabić i ułożyć w jednym grobie, bo równie obu nie lubi. W świetle tych przestróg wykluczyć by należało, że H. był to sam Degial w postaci sobowtóra. Sindbad uciekł z krainy Miraża, Hindbad w niej pozostał, a zatem istnieniu tego drugiego potencjalnie zagrażała Degialowa nienawiść. Chyba, że jegomość nie rozstawał się z amuletem Piruzy.


Przypomnieć wypada podarek ślubny. Była to żywa księga w którą Degial zamienił krainę na wyspie Kassel, by jej ludność i krajobrazy nie przeszkadzały mu w samotnym, pustynnym dudnieniu w gongi. Jakimś sposobem Hindbad potrafił ją w mgnieniu oka pozyskać ze skrytek Degiala. Ten alians Hindbadowo-Degialowy podważa solenność wspomnianych ostrzeżeń. Być może chodziło o to, by za pomocą agentki-staruszki pozbyć się pierwowzorowego Sindbada z osobnej bajki o sobowtórowym Hindbadzie, by ten mógł sobie z Piruzą żyć bez kłopotów długo i szczęśliwie.




Brak wuja


Istnieniem powtórzonego siostrzeńca najbardziej przejął się wuj Tarabuk. Namawiał siostrzeńca, by wrócił do Piruzy z podarkiem w postaci wujowych wierszy, a ona odrzuci ze wstrętem księgę żywych ludzików na rzecz księgi poezji (wypocin, prawdę mówiąc) Tarabukowych. Ani to było w głowie Sindbada. 


«Nigdy już noga moja nie postanie w państwie króla Miraża! Dzień mojego powrotu — byłby dniem mojej śmierci. Czyha tam na mnie niewidzialny Degial, a prócz tego widok Piruzy i Hindbada zbyt by mi zakrwawił serce!»


Nie przejął się natomiast nic a nic istnieniem podwojonego adresata swego listu-paszportu Diabeł Morski. Może w tym diabla obojętność, że Hindbad, jakim by precyzyjnym nie był duplikatem, w ogóle nie posiadał wuja, a Tarabuka zwłaszcza.



Wersja zerowa


Duplikat nie posiadał też wielu innych wyposażeń sindbadowych. Był niejako sobowtórem zerowym, istniejącym od chwili Kassel, albo od punktu Kassel, nawet nie w pełni piruzowo-mirażowym, gdyż nie znał odpowiedzi na zagadki zaślubinowe. Księżniczka i Król coś jakby w tej materii podejrzewali, gdyż impulsywnie odrzucili supozycję Sindbada, by Hindbad rozwiązanie zagadek powtórzył. Zerowość owa (i przynależność do innej bajki) była niejako gwarantem niesplątania się, odrębności losów sobowtóra i wzorca. Hindbad absolutnie pojęcia nie miał o istnieniu Bagdadu, worów złota, beczek srebra, stu pałaców i ogrodów. Posiadał natomiast sindbadowy talent narracyjny, bajerancki i krasomówczy, bo z tym talentem przecież Sindbad pyskował czarownikowi i tupał w grunt degialowej wyspy.


Czy Hindbad jest postacią sympatyczną, czy odstręczającą? Odwzorowuje osobowość Sindbada w jej wątpliwie udatnym i nie-świetlanym wydaniu, w mało chwalebnym stadium. Można by nawet powiedzieć, że Hindbad to sobowtór Sindbada głupiego, zadufanego, przemądrzałego, samolubnego, wręcz bęcwalskiego i matołkowatego. To przecież bezczelny tępak, bufon i zadufek. Kłamca, ściemniacz i złodziej. Po co Sindbadowi (jako literackiej postaci na wiele następnych stron książki) taki sobowtór? Może po to, aby w hindbadowej bajce zostały te wszystkie brzydkie cechy? Jeśli troszkę można mieć do sobowtóra sympatii to z tej racji, że niczemu nie winien i właściwie wart jest litości. 


° ° ° 


Zaczarowana księga


ilustracja: Julia Konieczna


«Hindbad podbiegł ku księżniczce wyjął z kieszeni księgę w złotej oprawie i podał, mówiąc: 

— Oto jest mój podarek. 

Piruza z uśmiechem radości przyjęła księgę złotą, a Hindbad mówił dalej: 

— Nie jest to księga zwykła. Przeciwnie — jest to księga niezwykła. Dziwna, najdziwniejsza ze wszystkich ksiąg na świecie. Zapewne ci wiadomo, piękna Piruzo, że z powodu nieustannego brzmienia gongów żadna roślina, żaden zwierz, żaden człowiek nie mógł istnieć na wyspie Degiala. Wszystko tam powoli zamarło. Lecz potężny Degial zamienił w malowidła — oszołomione dźwiękami gongów rośliny, zwierzęta i mieszkańców tej wyspy. Z tych malowideł duch niewidzialny ułożył księgę i przechowywał ją w szczelinie skalnej, jako pamiątkę kwitnącego niegdyś życia i wesela. A wszystko tu żyje i śpiewa i porusza się w tej książce — tylko w zmniejszeniu. Zobaczysz tu zmniejszone drzewa,  zmniejszonych ludzi i zmniejszone zwierzęta. Pomimo zmniejszenia życie w tej księdze płynie tak, jak niegdyś płynęło na wyspie. Za zimą idzie wiosna, za wiosną — lato, za latem jesień. Mieszkańcy tej księgi sieją i orzą, i budują nowe pałace, i wyprawiają huczne wesela, i śmieją się, i płaczą, i grzebią swych umarłych, i witają swych nowo narodzonych. Musiałem walczyć z Degialem, aby mu tę księgę odebrać. Walka była straszna i niebezpieczna. Chętnie jednak naraziłem swe życie, byleby tylko przynieść ci w podarku ślubnym tę księgę. Zajrzyj do niej, a zobaczysz, że jest cudowna. 

Piruza otworzyła księgę i krzyknęła ze zdziwienia i radości. 

Na kartach cudownej księgi barwiły się malowidła żywe, zupełnie żywe. Wiosna właśnie nastała, wiosna buchnęła wonią i słońcem z kart tajemniczej księgi. Zmniejszeni ludzie wychodzili ze zmniejszonych pałaców na zmniejszone ulice. Biegli po ulicach na zmniejszone łąki i na zmniejszonych łąkach zrywali zmniejszone kwiaty. 

Piruza zbliżyła do księgi swoje różowe uszko i posłyszała wyraźnie daleki głos zmniejszonych ludzi. Wszyscy chórem wołali: „Wiosna, wiosna!” I słychać było śpiew i ćwierkanie zmniejszonych ptaków, które siedziały na zmniejszonych drzewach. 

Piruza z zachwytem oglądała księgę, aż wreszcie spytała Hindbada: 

— Czy mogę sięgnąć dłonią w głąb tych malowideł, aby wyjąć stamtąd jednego z tych zmniejszonych ludzi i przyjrzeć mu się z bliska? 

— Możesz — odpowiedział Hindbad — uczyń to jednak ostrożnie, aby nie zdruzgotać pałaców, nie połamać drzew i nie sparzyć ręki o to małe słonko, które tam świeci na ich zmniejszonym niebie. 

Piruza ostrożnie sięgnęła dłonią w głąb malowidła, wyjęła stamtąd jednego zmniejszonego człowieka i postawiła go sobie na dłoni. 

Był tak mały jak szpilka. Dumnie i hardo chodził po dłoni Piruzy. — Kto jesteś? Jak się nazywasz? — spytała Piruza. 

— Nazywam się Omar Czwarty, zwany Wielkim albo też Wspaniałym — odpowiedział człowieczek. — Jestem królem w swej ojczyźnie. Trzymaj mnie ostrożnie na dłoni i nie upuść czasem na podłogę, bo mógłbym się zabić na miejscu i w ojczyźnie mojej nastałoby straszne bezkrólewie! Wyznam ci szczerze, iż nie lubię tych waszych zwiększonych ptaków, zwiększonych pałaców i zwiększonych ludzi. Wolę żyć w zmniejszeniu, które bardzo dobrze wpływa na moje zdrowie i na moją wesołość. Prócz tego muszę ci zauważyć, że zbyt długo trzymasz mnie na dłoni i odbierasz mi czas drogocenny, który poświęcam zazwyczaj zawiłym sprawom mego państwa. Pozwól mi więc na pożegnanie złożyć ci na twej własnej dłoni mój ukłon królewski i przenieś mnie z powrotem na łono mej ojczyzny. 

Człowieczek się skłonił — i Piruza włożyła go z powrotem do wnętrza malowidła. 

Wnet go otoczył kołem tłum zmniejszonych ludzi, witając radośnie powrót swego króla, którego zbyt długi pobyt po za granicami kraju mógł bardzo źle wpłynąć na losy państwa. »


Inne osobliwości w księdze Sindbadowej osobliwości Sindbadowe

° ° °



Geografia "Przygód Sindbada Żeglarza"



Geografia miejska stukrotna


Czy mogłoby stać w jednym mieście sto pałaców z rozciągającymi się przy nich stoma ogrodami? Mogłoby, rzecz jasna. Taka urbanistyczna obfitość pozwalałaby nawet miasto w całości z nich utworzyć z towarzystwem niewielu więcej innych budowli. A jak wielka musiałaby być metropolia, w której dysponent stu pałaców i stu ogrodów to przeciętny, skromny mieszczuch, o sprawach miasta ani mogący, ani chcący decydować? Byłoby to megalopolis, gigant miejski, w którym posiadaczy setki pałaców liczy się na setki, a na tuziny właścicieli tysiąca pałaców. 



Geografia morskomiejska


Szczęśliwie miasto w tej postaci istniało przed czasami powszechnej elektryfikacji, a to oznacza, że nie było w nim z prądem związanej infra- i wszelkiej innej struktury przemysłowej i usługowej. Nie ma nawet mowy, aby znajdowały się w nim smrodliwe obiekty produkcyjne, fabryki na kotły  i silniki parowe, dymiące z kominów i hałasujące. Jeśli kupowano w miejskich sklepach, powiedzmy, stalówki, to albo importowane, albo jeśli produkcji rodzimej to powstające w warsztatach motoryzowanych kołami wodnymi lub kieratami. Nie dymiły w nim parowozy kolei, bo w owych czasach (mniej więcej środek pierwszej połowy XIX wieku) lokowano dworce z dala od centrów miast. Najważniejsze, że nie było w nim portu.


Powie ktoś idący podobnie  przez geografię "Przygód Sindbada Żeglarza", że portu nie było w owym mieście – zwanym na poły orientacyjnie, a na poły myląco Bagdadem – gdyż ono nie leżało nad morzem. Posiadacz stu pałaców ilekroć chciał wyruszyć w podróż morską, udawał się do Balsory, gdzie był port i statki, a nawet okręty. 


Nieprawda – miasto B. leżało nad morzem. Przecież wuj stupałacowego młodzieńca, Sindbada, chadzał ze stolikiem, kałamarzem, piórem i papierami na brzeg morza. I do morza wiatr mu te przybory poetyckie kiedyś zwiał, i był w tym morzu Diabeł Morski, a nad falami latały Ryby Latające. Morze było rozległe, horyzont jego zamglony, w dalekich przestrzeniach znajdowało się "Bóg wie co". Ale portu nie było.



Geografia ściśniona


Jeśli do Balsory Sindbad docierał konno po sześciu godzinach, jak twierdził, a konie potrafiły kłusować 20 km/g, albo 15 km/g, to znaczy, że miał do przejechania 90 albo 120 kilometrów. W wyjątkowych wypadkach można tam było dotrzeć za godzinę, jeśli się dysponowało rumakami Diabła Morskiego, albo dopiero po dwóch dniach i nocach, jeśli się owego Diabła, uciekającego do Balsory, goniło nieprzytomnie i w wielkiej złości samemu, czyli na piechotę. A to się Sindabadowi kiedyś przytrafiło.


Balsora bajkowa nie jest prawdziwym miastem Basra, Bosra, czy Bozrah, znanym z prawdziwych atlasów, bo je dzieli od  atlasowego Bagdadu ok. 520 km. Balsora w geografii ściśnionej leżała o 400 km bliżej. I od razu nad Morzem Arabskim, a nie w Zatoce Perskiej. Też nie w środku lądu leżało miasto B. i nie na mapach atlasu jest do znalezienia, ale na mapie "Tysiąca i jednej nocy", czyli w jakiejś Persji niemożliwej.  Nic innego z geografii Leśmianowskiej nie wynika.



Miasto ekologiczne


Poeta w "Przygodach" miastu nadał nazwę na poły orientacyjną, na poły mylącą, ale nie rozpisuje się o nim, a właściwie tylko nazwę ową napomyka od czasu do czasu, i ono go za specjalnie nie obchodzi. A szkoda, bo to było miasto niezwykle nowocześnie zorientowane na ekologiczną równowagę, na naturalność, na dbałość o środowisko. Dlatego właśnie, że nie miało portu. Zachowało się wystarczająco dużo świadectw, bajkowych i niebajkowych, świadczących, że miasta portowe to były miasta utrapienia. Bagdadzianie Leśmianowi, portu sobie nie robiąc, uniknęli tłoku statków, przybyszy, tłumów tragarzy, magazynów, hałasów, przemytu i przemytników, kramów przyportowych, burdeli, knajp, kradzieży i burd rozmaitych, albo przywlekania zarazy zamorskiej, albo jawnej i tajnej wymiany walut, słuchania niezrozumiałych języków i jeszcze tego, i owego, i tamtego też. Mieli spokój oraz przypałacowe prywatne plaże i na taką, wprost z ogrodu,  chadzał Tarabuk, wuj Sindbada.



Geografia morska


Geografię Leśmianowską morską, a ta jest główną w "Przygodach", wyznacza u początków każdego wypłynięcia kompromitująca Sindbada rozprawa marynarzy z listem Diabła Morskiego. Po wyrzuceniu listu do morza marynarze pozbywają się  Sindbada – zwykle prędzej niż później, nie dłużej niż w dwa-trzy dni. Bywa, że tuła się on po falach i głębinach następny dzień lub trzy dni, uczepiony kawałka drewna, aż w końcu trafia na brzeg jakiejś nieznanej wyspy. 


Te kilka dni początkowych daje w sumie niewielkie odległości od portu w Balsorze. Tak jakby dziwaczny archipelag usiany nieznanymi, tajemniczymi wyspami istniał w pobliżu. Po wielu przygodach Sindbad uciekać musi z takiej wyspy stakiem szczęśliwie płynącym obok i przeważnie wprost do Balsory. Wtedy geografia tej czy innej bajki gwałtownie się zmienia – podróż powrotna najczęściej trwa nie tydzień, jakby się wydawało, logicznie biorąc, ale miesiąc, trzy, a bywa że i pół roku. Czy to znaczy, że wyspy z doświadczanym na nich Sindbadem nie siedzą twardo w swoim archipelagu, ale dryfują po oceanie, rozciągając krótki pierwotny dystans w dylatacje i interwały niemierzalne? W bajkach Sindbadowych oprócz czasu również przestrzeń jest w ruchu. Prawdę mówiąc – czemu nie? Przecież po przewróceniu kartek w książce, czy po przesunięciu stron na czytniku, wszystko dalej jest – siłą rzeczy – inne niż wcześniej.  



Geografia niewidziana


Byłaby mi geografia sindbadowsko-leśmianowska w książce z "Przygodami" zupełnie obojętna (jak i każdemu czytającemu), gdyby nie zdarzenia w przygodzie szóstej, na wyspie, oczywiście. Sindbad nie miał kompasu   («Nie mając kompasu, nie mogłem zgadnąć, w jakim płynę kierunku.»), więc i czytelnikowi on niepotrzebny, ale w zdarzeniu szóstym, po strasznych opałach z morderczym staruchem-ujeżdżaczem ludzi, uwolniony Sindbad podąża nie w jakimkolwiek kierunku, lecz na północ. Z początku tego nie wie, ale spotyka młodzieńca ze snu króla Miraklesa i ten objaśnia mu, że śpiący król leży na brzegu północnym wyspy. Śniony młodzieniec nie mógł widzieć Sindbada, jak i czegokolwiek spoza Miraklesowego snu, ale potrafił iść na północ "zgadując drogę na niewidziane". 


Cztery razy napisał Leśmian, że szli obaj (na niewidziane i niekompasowane, dodajmy) w kierunku północnym. A to już czyni poczwórną wskazówkę geograficzną. Z jakiegoś powodu potrzebną, ale z jakiego, nie wiem. W żadnej innej przygodzie takich wskazówek nie ma.


Wspomnieć tutaj wypada, że oprócz młodzieńca zobaczył Sindbad na północnym brzegu wyspy miasto śnione i śniony lud (choć ludzie ze snu go nie widzieli), a wśród ludu królewnę Chryzeidę. Zaraz się sobie królewna i Sindbad pooświadczali,  a on ją ze snu Miraklesa do swoich pałaców i ogrodów chciał zabierać, ale:

— Oczy moje są ślepe na wszelką rzeczywistość, — odparła królewna – nie zobaczę tych cudów, które mi obiecujesz.


A że i ona i wszyscy inni dość już mieli bycia królewskim snem od tysiąca milionów lat, więc Sindbadowi nie pozostało nic innego, tylko Miraklesa zbudzić Kwiatem Ocknienia, by się wyzwoleńczo rozwiali. I tyle się stało na północnym skraju wyspy.