Krzysztof Hariasz
”Miszmasz” albo Impresje z podróży do Portugalii i Francji, 2025.
Odc.1.
Nigdy wcześniej nie byłem w Portugalii. Moja wiedza na temat tego kraju ogranicza się właściwie do nabytej na lekcjach historii i geografii (prawdopodobnie w liceum) wiedzy o wyczynach portugalskich odkrywców i podróżników; o Vasco da Gama, o koloniach porozrzucanych po całym świecie i o tym, że w Brazylii językiem oficjalnym jest portugalski. Może jeszcze w podstawówce słyszałem o wyczynach Eusébio, piłkarza Benfiki Lizbona.
Wiedza polityczno-ekonomiczna była równie uboga: że Salazar, rewolucja w latach siedemdziesiątych, jak na Unię Europejską kraj stosunkowo biedny i to właściwie wszystko. Próbowałem niby coś doczytać tuż przed wyjazdem, ale albo nie zdążyłem albo w końcu zrezygnowałem. Wprawdzie kilka znajomych osób, które niedawno Portugalię odwiedziły wyrażało się raczej pozytywnie, nie czułem jednak w ich opowieściach entuzjazmu.
Więc jadę praktycznie „w ciemno.” Ale zabieram telefon (czyli aparat fotograficzny).
Wrażenia z pierwszych dwóch dni pobytu w Lizbonie są bardzo pozytywne. Jedziemy taksówką z lotniska do naszego hostelu (bed and breakfast) przez miasto, które wygląda naprawdę dobrze. Jak przystało na europejską stolicę. Szerokie ulice, zadbane budynki, spory ruch, wydaje się, że czysto. Miasto położone na wzgórzach, więc widoki – tak z góry jak i z dołu – interesujące a nawet ładne. W starych częściach miasta uliczki wąskie i strome. Bardzo często schody, ponieważ inaczej się nie da. Ciągłe i przemożne poczucie „na łeb, na szyję.” A tubylcy po tych uliczkach samochodami z ręczną skrzynią biegów jak, nie przymierzając, kozice w Tatrach. Żadnego strachu. Restauracje, bary, sklepy z pamiątkami, turyści stwarzający wrażenie, że błądzą bez celu.
Tylko leje jak z cebra.
Podróż pociągiem przez przedmieścia trochę to dobre wrażenie ze stolicy koryguje. Na murach graffiti. Niby w innych dużych miastach, w Europie i w Ameryce, ten rodzaj ekspresji również występuje, ale wydaje mi się, że wiele innych metropolii już się z tym zjawiskiem albo uporało albo fenomen sam powoli zanika. Pewnie nie mam racji, ale tutaj mnie to jakoś szokuje. Pod mostami miasteczka namiotowe i koczujący bezdomni. Szare, zaniedbane blokowiska. Wydaje się, że i Portugalia nie potrafi rozwiązać problemu emigracji ze swoich byłych kolonii. Nie mam oczywiście pojęcia jak to wszystko wygląda z bliska, ale z okna pociągu do Sintry, byłej letniej siedziby portugalskich królów i towarzyszących im notabli, nie prezentuje się atrakcyjnie.
Wzdłuż torów kolejowych pojawiają się co jakiś czas poletka przypominające trochę polskie ogródki działkowe. Piszę „trochę” ponieważ polscy działkowicze inwestują w swoje poletka ogromne ilości czasu i sporo pieniędzy. Polskie ogródki są jak dacze. Te portugalskie są biedne. Niezbyt duże, ogrodzone niskim płotkiem z kawałkówi sklejki, może plastiku, pewnie znalezionych na śmietniku. Nie wiem, ale domyślam się, że to biedni mieszkańcy blokowisk, być może nawet emigranci, kultywują te ogródki jakby (aby uniknąć paradoksu) na dziko. Może hodują w nich jarzyny, które znają z krajów pochodzenia a które są niedostępne w lokalnych sklepach. Może lubią. Albo po prostu chcą zaoszczędzić. Nie wiem, ale mnie to jakoś poruszyło, więc opisuję.
Jest też bardzo prawdopodobne, że wyobraziłem sobie tylko historyjkę dla naiwnych albo ignorantów. Jeśli tak jest, to nie powinno być problemu, aby czytelnik mógł te bzdury ze swojej pamięci wymazać.
Mój kolega z Nowego Jorku zachęca mnie abym odwiedził Fatimę, miejsce maryjnego (?) kultu i katolickich pielgrzymek. Nie mam na to najmniejszej ochoty, nie wspominając już o zainteresowaniu i czasie. Ale szczęśliwym trafem...
W naszym hostelu zatrzymały się też dwie młode dziewczyny z Polski. Są nauczycielkami języka angielskiego. Po studiach magisterskich i tak dalej. W Portugalii są już drugi albo i trzeci raz. Przede wszystkim, jeśli nie wyłącznie na pielgrzymkach do Fatimy i (hiszpańskiego) Santiago de Compostella. Nie wiem na czym te pielgrzymki polegają. Ale niech im będzie, ich brocha. Nigdy jednak nie były w Anglii ani w żadnym innym anglojęzycznym kraju.Jak by powiedział Słowacki, „smutno mi, Boże”.
Tak, wydaje mi się smutne, że wolą raczej wydać pieniądze na modlitwę niż na kilka dni w kraju, gdzie mówi się językiem, którym się przecież zawodowo zajmują. Żeby zobaczyć ludzi, którzy tym językiem mówią, posłuchać, jak oni tym językiem mówią. Może choć liznąć kultury codziennej. Nie wiem, być może lepiej być w dobrych stosunkach z panem bogiem niż z nauką. Dziewczyny zostały dobrze wychowane, pytają więc jakie są nasze plany na Lizbonę. Co mamy zamiar zobaczyć, gdzie pójść. Same mają w planie mszę świętą.Jak by powiedział Norwid, “...i jeszcze mi smutniéj.”
Właściwie jedyna rzecz, której przed przyjazdem chciałem doświadczyć w Portugalii to fado. Muzyka fatum – tak przynajmniej myślałem. Idziemy więc na koncert. W malutkiej knajpce, wypełnionej do ostatniego miejsca, w półmroku, przy kieliszku wina i oliwkach, wreszcie „na żywo” słuchamy fado. Śpiewają jedna kobieta i trzech facetów. Każde osobno. Znaczy się, solo. Akompaniuje dwóch gitarzystów, w tym jeden na tak zwanej gitarze portugalskiej. To dla mnie nowość, mimo że gitarami jakoś tam jestem zainteresowany. Grają i śpiewają a my słuchamy chyba ze trzy godziny. Polecam.
Okazuje się, że fado potrafi być też lżejsze, być może nawet humorystyczne (nic nie rozumiem o czym śpiewają, ale tak wygląda z ogólnego nastroju).
Do wyjazdu musiałem się też przygotować niejako fizycznie. Już od jakiegoś czasu cierpię na okresowe zapalenia ścięgna Achillesa, skurcze w mięśniach łydek i tym podobne dolegliwości, które przeszkadzają w chodzeniu. Głownie w prawej nodze. Antycypując wędrówki po stromych uliczkach Lizbony, poszedłem więc jakiś miesiąc przed wyjazdem do specjalisty, który przepisał najpierw kurację steroidową, masarze, zimne i gorące kompresy a później akupunkturę i fizykoterapię. Ćwiczyć musiałem codziennie, nawet po 2-3 razy. Robiłem to bez sprzeciwu a nawet z nadzieją. Pewnie dlatego, że odczuwałem poprawę. Chodząc oszczędzałem jednak prawą nogę, z przyzwyczajenia. I już w Lizbonie, nie mówiąc o Porto, nadwyrężyłem nogę lewą. I to dość poważnie. Więc chodzę drobnymi kroczkami, powoli, jak przystało na mężczyznę w podeszłym wieku.
Jedziemy do Porto. To drugie co do wielkości miasto w Portugalii, stolica regionu winiarskiego, malowniczo położone na wzgórzach, więc też naturalnie bardzo popularne wśród turystów. Mieszkamy na starym mieście. Jest to dzielnica desygnowana przez UNESCO jako skarb/pamiątka światowego dziedzictwa kulturowego. I widać dlaczego. Wąskie, strome uliczki, budynki atrakcyjne architektonicznie, place, kościoły (te wymieniam specjalnie dla kolegi z Nowego Jorku), pomniki, muzea. Portugalia miała oczywiście swój okres świetności a nawet bogactwa i ślady tej przeszłości widać na każdym kroku. Jednak dochody z kolonii już się dawno skończyły i często pieniędzy na utrzymanie budynków po prostu brakuje. Nie można takich budynków zburzyć (światowe dziedzictwo) a nie ma pieniędzy, żeby je wyremontować. Więc wiele z nich wygląda na opuszczone; ciemne, często zabite deskami okna, odrapane ściany, itd. My Polacy wiemy jednak, że nie od razu Kraków zbudowano. I tutaj też jest nadzieja, jako że prace powoli postępują do przodu.
Na przykład trzy-piętrowa kamienica, w której mieszkamy. Stara (nie potrafię ocenić jak stara), może osiemnastowieczna, może wcześniejsza elewacja. Natomiast w środku lśniąca nowoczesność. Na ścianach kilka zdjęć z prac renowacyjnych. Podobno z oryginalnego budynku zostały tylko cztery ściany. Nawet stropy wymieniono. I teraz turyści mają gdzie się zatrzymać.
° ° °
Poprzedni cykl Krzysztofa Hariasza tutaj:
Fotografie Misi (MAH) z podróży do Polski




