środa, 26 marca 2025

Leonora czarodziejka w Teatrze Obosiecznym.

 



                    1. 

 Zamiast wstępu


W dawnych czasach, jakieś pół wieku temu spotkałem na głębokim Podlasiu wynalazcę. Miał dużo pomysłów, bajał o nich całkiem składnie poprawną gramatyką i stylistyką, więc zza tych poprawności nie za szybko wylazł świr.

Zapamiętałem wynalazek automobilowy: kierowca miałby zainstalowane przed sobą coś w rodzaju ekranu lub monitora i zamiast normalnego widoku z szoferki wyświetlałaby mu się droga, po której jedzie, filmowana... tu nie bardzo się wyjaśniało jak, ale chyba z kamer telewizyjnych, które ulokowane byłyby na zderzaku, na masce albo na dachu samochodu. Nie chodziło o noc, o noktowizory rozjaśniające mrok, nie – tak samo widziałoby się wyświetlany obraz i w pełni dnia. Nie chodziło o peryskopy z zamaskowanego, ślepego pancerniaka, tylko o zwykłego Fiata 125. Pytałem wynalazcę, czym ten obraz różniłby się od zwyczajngo przez szybę. Wyjaśniał, że niczym. Kierowca musiałby przecież mieć wyświetlane to, co normalnie człowiek widzi, kiedy jedzie. Przez wiele lat uważałem tę wizję za jeden z najgłupszych pomysłów, jakie słyszałem. Do czasu, gdy - epokę potem – w nowoczesnych internetach pojawił się serwis Google Street. Wychodzi na to, że dokładniusieńko jak prorok Ezechiel, wsiowy Podlasiak miał wizję z cyfrowej przyszłości i też nie wiedział, co za fantazmat mu się halucynuje. Jeden, jak i drugi, nie umieli nazwać maszynerii z nie swoich czasów. 


° ° °


Miejsce, gdzie jest Teatr Obosieczny.


Zajeżdżałem w to miejsce z dwóch stron – od Bostonu ze wschodu, a z przedmieść Nowego Jorku od południa i potem spod Albany z zachodu. Czy z tej, czy z tamtej strony trafiałem na końcu na międzyleśną 116-tkę w stanie Massachusets.


116-tka od wschodu.


116-tka od zachodu.
 

Widziałem, że najbliżej do celu, bo na piechotę mają ludzie z maluśkiej osady Ashfield. W to miejsce żwawsi szli z najodleglejszego odeń antykwariatu Haerer Rare and Wonderful Books (Haerera  Książki Rzadkie i Wspaniałe) przez niecałe pół godziny. Ci z centrum Ashfield, powiedzmy z bardzo szacownej Belding Memorial Library, szli tylko kwadrans, bo stąd to już jest za zakrętem.


Haerer Rare and Wonderful Books. 
Zachodni kraniec Asfield.
 

Belding Memorial Library. 
Centrum Ashfield.

                                                     all 4 pict. from Google Street


 

Tyle sobie szli, gdyż przyszła im ochota wybrać się do teatru. Akurat tak się złożyło, że tego roku pod koniec marca, od środy do niedzieli (bez soboty) w teatrze grano cztery spektakle o "Leonorze, czarodziejce i mistrzyni". 

 


Już siódmy rok zespół Double Edge Theater pokazuje widzom to przedstawienie. DET po naszemu może znaczyć "teatr obosieczny". Gdyby sobie ściślej  "obosieczny" wyjaśnić, wyszłoby "brawurowy, niepokojący". Albo i "niebezpieczny"... z jakiego powodu? – ktoś zapyta. A choćby z tego, że tyle było, jest i będzie relacji o zdarzeniach na scenie, ilu opowiadających. Fragment taki czy inny spektaklu może i opowiedzą wszyscy podobnie, ale co do całości – na pewno nie. A rzecz swoje pieniądze za bilet kosztuje, za darmo nie jest, więc chciałoby się wiedzieć, co za cztery dolarowe dychy się widziało. Mimo, że jak tego nie dotknąć, z każdej strony naostrzone.


No, i wielkie mi halo – mrukną światowi bywalcy teatrów dziwacznych. Ilu by ta grupa bywalców nie liczyła ludzi, skąd by nie przyszła, postawię każdą ilość grubej waluty przeciw spalonej zapałce, że widzowie z tej strony Planety stanowiliby w niej ledwo widoczną mniejszość. W Europie dziwactwa teatralne od stu lat nie zadziwiają i są metodą powszechną. Tutaj taka grupa jak DET to wybrańcy z wybranych, szaleńcy z szalonych, elita zapaleńców nieoglądająca się na pluszowe, dolarowe, tłumne teatrzyska Brodway'owskie, a nawet na te off. Nie wiem jak jest teraz, ale ongiś pokazać taki teatr ośmielała się tylko La Mama w NYC. Albo Emil Varda, albo Alexander Kasser Theatre w Montclair St. University.


Zanim zrelacjonuję, co pod koniec marca na "obosiecznej" scenie się zobaczyło, uwaga uprzedzająca i jak naogólniejsza – może wątpliwe, że da się  bezbłędnie opowiedzieć o czym jest "Leonora czarodziejka", ale bezapelacyjnie jest to widowisko piękne plastycznie i aktorsko, a także przedziwnie wzruszające. Murowane, że fatygi co do fabuły i zrozumienia wszystkich sensów nie zrefunduje rozumowi z intelektem i tysiąc dolców, ale ku satysfakcji za tę sumkę albo lepszą, miało się zachwytu i wzruszenia. W efekcie – tanio wyszło, hotelu nie licząc i pizzerii (i benznyny), bo nie trzeba.


° ° °


Stodoła pankosmiczna.


Nie muszę tam jechać w niedzielę, czy w piątek. Mam od dawna swój własny czas i mogę wybrać się do teatru, choćby odległego o 200 mil nawet w środku tygodnia. Powiedzmy w środę na pierwszy z występów, bo dlaczego nie, skoro jest taka łaskawa opcja w TO. Kupuję bilet w internecie.

 




A zatem na autostradę, na północ, pod Albany, potem na wschód, jeden zjazd, drugi, kilka zakrętów na lokalnych szosach i znów jestem na śródleśnej, śródpolnej 116-tce. Kiedy wjadę do Ashfield, minę Książki Wspaniałe, Bibliotekę, ostatni zakręt i z dala zobaczę budynki TO. Jakoś na tę siódmą wieczorem się zajechało. 

 

Obosieczny Tear jest tutaj.


                                     pict. from Google Street

 

Był dwudziesty dziewiąty dzień marca. W okolicy Teatru Obosiecznego raczej nie ciepło, gdzieś tak z dziesięć stopni, po naszemu licząc, a pod wieczór prawie mrozik. Wiosny ślady mikre, jakieś krokuski bladym lilem ledwie wyszłe; z boku na grządce jeden żonkil, słownie: jeden. Drzewa jak łyse od listopada, tak wciąż łyse.  Stodoła do wystawiana spektaklu niedaleko od parkingu. Wcześniej na ścianie mini-wikipedia o ideach TO (spolszczone "DET").

 


https://www.nepm.org/podcast/the-fabulous-413/2023-07-20/the-edge-of-craven-the-end-of-the-trail


Sztuka + żywa kultura + sprawiedliwość sztuki 

= Teatr  Obosieczny.


kolektyw sztuki/społeczności/kultury.


Naszą wizją jest priorytetowe traktowanie wyobraźni 

w czasach twórczej, emocjonalnej, 

duchowej i politycznej niepewności.


Naszą misją jest dążenie do autentyczności, interakcji, 

tożsamości z każdym, kto szuka twórczej, emocjonalnej, 

duchowej i politycznej jasności.


Nasza sztuka (performatywna/wizualna/multimedialna) 

opiera się na rygorach zespołowej estetyki 

rozwijanej w marzeniach, obrazach, 

metaforach, tajemnicach i symbolice.


Nasza praca (kulturalna/ekonomiczna/

organizacyjna/osobista/polityczna) 

jest tworzona i podtrzymywana w ramach otwartego, 

uczciwego, znaczącego, istotnego 

wspólnego doświadczenia.

Nazywamy to "Żywą Kulturą”.


Naszym celem jest stawianie czoła izolacji i wykluczeniu; 

stawianie czoła rozpaczy i bólowi, 

które mogą przełożyć się 

na osobistą niemożność i polityczny paraliż. 

Chodzi nam o podnoszenie na duchu.

Nazywamy to Sztuką Sprawiedliwości.

Bilecików uprzejme sprawdzanko, powitanka, uprzejmostki przy wynajdywaniu miejsca na widowni... jest kumplowsko, prawie rodzinnie, żaden szpan z wielką muzą teatralną. W środku ciepło, jakby działały ukryte żarniki, albo to reflektory ogrzewają wnętrze. W każdym razie swetry wylądują za umiększające podkładki na drewnianych ławach widowni. Jeśli ławki są, bo może się będzie widzem na stojąco. W takich teatrach zwykła rzecz. Stało się w La Mama u Serbana na "Kobietach trojańskich", da się postać na "Leonorze" u Stacy Klein.


Stodoła wysoka, jak to stodoła, ale w scenografii są obiekty i na nią prawie za duże. Widziało się trailery i fotki: ogromna brama, piramidalne schody, okno z wielką firaną na wyniosłym podeście, zawieszona hen w górze spirala cyrkowa kołysząca człowieka, podniebny konik na biegunach i wreszcie ta wybuchająca w Galaktykę szata Św. Franciszka. Patrzę na filary pod sufitem i trochę obawa, że ona się o nie zaczepi.


Szata Św. Franciszka rozwiana w stodole.
                                     https://www.creativeground.org/profile/double-edge-theatre#

Może się nie zaczepi, ale te belki, deski, dźwigary kształtem, kolorem i bliskością nie przypominają ani tajemnych niebios, ani nieskończoności w bezkresnej czerni. Rozglądam się z konsternacją na ramieniu, bo przecież kosmos nieograniczony, a w nim gwiazdy nad Leonorą gdzieś (wcześniej?) widziałem...


Nie zauważyłem, kto dał znak, ale raptem ucichły rozmowy, szepty. Na scenę weszła Leonora, przysiadła na łóżku. My słyszymy przeciągłe granie pocieranego brzegu kielicha w magicznej kuchni, ale Ona słucha Muzyki Sfer...


W tej scenie, nim cokolwiek zaczęło się dziać, choć nie przysięgnę, bo może w następnej, gdy Alejandro przyszedł do Leonory, stało się coś dziwnego w Teatrze Obosiecznym w tę sobotę, 29 marca. Scena w pewnej chwili nie tyle się podwoiła, ale jakby dwa jej różne obrazy zjawiły się jednocześnie. Nie wiem, jaki to był efekt, jaki trik speców z TO – czy tylna projekcja z rzutnika na wielki ekran, czy wyświetlanie przed widzami hologramu. 

 



Pamiętam, że dopiero co wielka brama sięgała pod strop stodoły, że rozpędzony konik celował nosem w belki dachu, że od kanapy Leonory do jej magicznej kuchni były ze trzy kroki, a chwilę potem, łagodnie jak opadanie słońca o zachodzie, zniknął strop, nie było desek, za to rozbłysły wysokie gwiazdy i nad sceną rozciągnęla się majestatyczna czerń wszechświata.

 

...zniknąl strop, rozbłysły wysokie gwiazdy...

 

Podczas przemiany podłużne okno z firanką malało w tym kosmosie, rozrastała się trzykrotnie pracownia Leonory, przed konikiem otwierala się przestrzeń aż do gwiazd.

 

 


Naprawdę nie zasnąłem, a żaden królik w kamizelce nie przebiegł z boku sceny. Jak boni dydy, wszystko widziałem przytomnie od początku do końca i mogę rzetelnie opowiedzieć, co w tej pankosmicznej stodole, ale przecież nie-stodole*, w dziewiąty dzień wiosny 2025 roku się działo. 


** link ujawnia, co mi się przedstawiało w nie-stodole 29 marca br. 



2.

 

Napisano na stronie TO, że kupuje się bilety na cały wieczór, od  7 PM do 10 PM. Kiedy po spektaklu wyjeżdżam, jest ciemna noc. Kawał drogi do powrotu, więc startuję ostro, a tu znak: "Prosimy, zwolnij".

 



Nie minęło wiele minut nad godzinę po drogach przez czarne lasy i pola, a na jasnej autostradzie pierwszy zajazd.

 


 

W środku kilka bufetów. W jednej z kuchni na świeżo smażą pancakes, racuchy, więc je zamawiam z marmoladkami, z jagodową i pomarańczową. Pojemniczek jagodowy w porządku, ale pomarańczowy pusty. Zwariowali!? Śpiący, zmęczeni? Przecież jeszcze nie tak późno, zegar nad kontuarem przy kuchni pokazuje kwadrans do dziesiątej PM, czyli za piętnaście dwudziestą drugą. 


Teraz czytający zapytają: «Jak to, kolego? Wyjechałeś po trzygodzinnym spektaklu, dobrze po dziesiątej, a po godzinie jazdy jesz racuchy przed dziesiątą?» A co wy mi głowę zawracacie, ludzie, kiedy muszę jeść placuszki bez pomarańczowej marmoladki. 


Mówiłem uczciwie - na początku było trzygodzinnie, stodolnie, z bramą pod ażury dachu, prawie ciasno, rekwizyty stłoczone, teatralnej przestrzeni tyle co na oddech, a pankosmicznie (jak na ostatniej fotce w poprzednim odcinku) zrobiło się po niewiadomej chwili. Kiedy przestrzeń rośnie, czas się kurczy, powiedział Einstein.

 

https://gregcookland.com/wonderland/tag/double-edge-theatre/




Jadę, jadę, jadę. Autostrada na południe, w dół mapy. Rozpamiętuję, jak było. Przede mną 150 mil, bite dwie godziny w amerykańską noc. 



 


 https://www.allarts.org/programs/peak-hd/


Pod gwiazdami, w wielkiej przestrzeni Leonora wyglądała na zagubioną. Ktoś prowadzący performans (inspicjent, albo osoba jeszcze bardziej wtajemniczona) zarejestrował moje (i chyba nie tylko moje) wrażenie, bo postać się przybliżyła do ostrzejszego widzenia, a aktorka scenkę przedłużyła. I wtedy oczywiste, że ona tę rozległość kosmiczną sama przed nami tworzy wcale nie zagubiona, lecz zadumana o granicach imaginacji – czy, jak i dokąd je wyznaczyć. Przed nami wyobraźnia Leonory Carrington i sama ona w niej, a to co dane oczom oglądczy, zostało z jej wyobraźni wywołane. Ona to maluje! - szepnął ktoś z boku. No, nie, przecież nie ma pędzli i palety. Dzieje się proces niewidzialny, który stał się powszechnie widzialny jako obraz pod tytułem "Dom z naprzeciwka" malowany w 1945 roku, teraz zamieniony w preludium teatralne z inicjacją w wielowymiar, wtajemniczający w ożywienie.



 

Scena ożywia się dwoiście. Jestestwa postaci (a i widzom coś z tego kapnie) wchodzą w dwa plany jednocześnie – w dotykalnie realny dom, pracownię, magiczną kuchnię, bramę, okno, namalowany obraz; – i w realność wątpliwie materialną: we wspomnienia, wizje, w kreację malarską, literacką – oraz w sen o namalowanym obrazie.


Na scenie Leonora nie jest sama.  Za nią tkwi w spirali, jak w klatce w zoo, jej przyjaciólka Hiena z opowiadania "Debiutantka". Nad nią z prawej siedzi postać jej samej z najsłynniejszego obrazu "Autoportret" z 1937 roku.

 



Po drugiej stronie sceny dziewczyna w magicznej kuchni (to ona tworzyła dźwięk ze szkła) może jest którąś z przyjaciółek, Remedios Varo albo Kati Horna. Pośrodku w miedzianej bani gnieździ się gigantyczny czerwony ptak, przez całe przedstawienie zaufany towarzysz Leonory.

Leonora upiła łyk herbaty – z miedzianego gniazda wykludził się Ptak. Wzięła ze stołu sztylet, wielki jak pół miecza, machnęła nim jak różdżką – ze spirali-klatki wyskoczyła Hiena.


Tuziny ptaków przewijają się przez literaturę Leonory Carrington, a jeszcze więcej ptakopodobnych stworów występuje na jej obrazach. 


Ale był jeden Ptak w młodości artystki najważniejszy, czyli Max Ernst – ona była Koniem, on Ptakiem. Miłosne ich perypetie i sielanki zakończyła wojna w 1939 roku. Później się spotykali w Nowym Jorku, na uboczu swoich małżeństw emigranckich, chwilowych, jeszcze sobie potrzebni, ale bez szaleństwa uczuć sprzed wojny. W 1942 roku nowojorski magazyn surrealistów, uciekinierów z Europy, "View", wydał monograficzny numer na cześć Maxa. Było w nim surrealistycznie zwariowane opowiadanko o Super Ptaku autorstwa Leonory,  ostatni akord ich związku.


W następnej sekundzie do pracowni wszedł Alejandro. Ooo!!! To ci był dopiero występ – z rozdziewaniem się do gatek włącznie. 

 

Przyznaję, że o tej epatującej scenie napisałem o cztery minuty za wcześnie. Nie od razu Alejandro wyskoczył z czarnego płaszcza. Na początku, kiedy się rozejrzał dookoła, zobaczył Leonorę przy oknie z firanami, górującą, wysoko ponad nim.


Skąd się tu wziął Alejandro, dlaczego, po co, kim był, objaśnia się w spektaklu szybko, skrótowo i być może niezbyt jasno. Mamy do czynienia ze spotkaniem dwóch konkretnych osób – Leonory Carrington i Alejandro Jodorowsky'ego, w roku 1957. Alę tę opowieść nie ona zapisała. To jego relacja. Biografistki znające Leonorę twierdzą, że jegomość grubo fantazjował – ale nie, że paskudnie nałgał, lecz że pomieszał fakty i sny, jawę i alkoholowe maligny. To trzeba osobno w jego książce przeczytać i oko przymrużyć. 


Książka o kobietach, jakie poznał w życiu (The Spiritual Journey, 2008), z rozdziałem o niej, wyszła na trzy lata przed śmiercią Leonory. Nie znalazłem śladu wskazującego, że ona ją czytała i komentowała. Może tak, może nie, może miała wtedy głęboko gdziebądź, co nafantazjował Alejandro. Zwłaszcza, że zatytułował ten trzeci rozdział "Mistrzyni surrealizmu", a ona prawie od początku pobytu w Meksyku odżegnywała się od surrealizmu, jako od przygody nietrudnej do zapomnienia w tym kraju nadnaturalniejszym niż francuskie bretoniady, frenetycznie inspirującym do malowania, pisania i czarowania.



Na scenie dialog był taki:


Alejandro:   

Wiele, wiele lat temu mój mistrz Zen nalegał, żebym odwiedził Leonorę i poprosił ją, by zechciała być moim mentorem. „Chcesz być artystą, Adán” — powiedział, "a Leonora jest wielką mistrzynią sztuki i alchemii, która własnym sposobem osiąga psychiczną wolność, jakiej szukasz."


Leonora:

[stojąc w oknie] 

Jestem tak samo tajemnicza dla siebie, jak dla wszystkich innych.  Ten poranek się nie kończył. Patrzenie przez okno, obserwowanie ulicy. Czekanie na jakąś wiadomość poza moimi snami. Czekanie na znak. Drzwi się otworzą, a ja zobaczę i będę wiedziała.


A: 

Dotarłem do domu Leonory w Colonia Roma. 194 Chihuahua Street.

Całkowicie ogarnął mnie strach. Uczucie, które zaczęło zanikać, gdy...

zobaczyłem ją stojącą na szczycie schodów. Niezupełnie ludzką istotę.

Raczej eteryczną postać zrobioną z czystej energii. To trudny temat, prawda? Kobieta jako nierealny element w życiu artysty-mężczyzny.

Byłem wystraszony do tego stopnia, że nie mogłem mówić. Miałem na sobie mój najlepszy płaszcz. Przygotowywałem się cały poranek. Gdy wszedłem do domu, poczułem, że ściany się wokół mnie zamykają. Zauważyłem, że resztki  śniadania zostały mi na klapie płaszcza. Milczę... Zastanawiam się, czy rozporek mam rozpięty.


L:

Adán. [Klaszcze w dłonie]

Twój nauczyciel powiedział mi,

że postrzegasz kobiety wyłącznie w sferze seksu.


A:

[Śpiewa po hiszpańsku]


L:

Powiedział mi też, że jesteś nauczycielem tańca.

Czy to prawda?


A:

Tak.


L:

Pokaż mi, jak się poruszasz, żebym mogła cię poznać.


A:

[Śpiewa po hiszpańsku]


L:

Noo, szanowny panie.


(właśnie w tym momencie rozochocony Alejandro rozdziewa się do bielizny)



A:

[Śpiewa dalej]


L:

[Cichocze]

Przypuszczam, że powiedział ci, że jestem czarownicą... i że kiedyś byłam uwięziona. Ani Breton, ani reszta nigdy nie widzieli mnie w prawdziwym domu wariatów. Ale nie żałuję swojego życia. Wszystkie historie są prawdziwe, bądź pewien. To, co tu widzisz, to tylko fragment tego, co ja widzę. To tylko fragment.




To co się potem zdarzyło Alejandro opisał w książce onieśmielony jak uczniak:


«...Wypiła łyk napoju, słodzonego miodem, po czym podniosła tunikę, która zakrywała ją aż do kostek, i pokazała mi małą ranę na łydce. Z dziecięcym wyrazem twarzy czarodziejki, zdrapała łyżeczką strup ze skaleczenia i pozwoliła, aby łyżka napełniła się krwią. Ostrożnie podała mi ją, nie rozlewając ani kropli, opróżniła czerwony płyn do mojej szklanki i kazała mi go wypić. Popijałem go z tą samą powolnością i uwagą, których nauczyłem się podczas japońskiej ceremonii picia herbaty...»


Akcja, którą na scenie Jodorowsky zobaczył i w której musiał wziąć udział sprawiła, że w galotkach i podkoszulce podreptał nie w lansadach, lecz na sztywnych nogach po płaszcz rzucony poprzednio gestem husara na krzesło, okrył się ciasno, jakby wiał wiatr, a po chwili siadł jak oklapnięty, chyba nie wierząc, że wszystko widzi na własne oczy.




Leonora wzięła ze stołu swoją szklankę i sztylet (z iglastym szpikulcem), siadła na sofie, zadarła spódnicę do kolan, wsunęła szklankę głęboko między uda, a drugą ręką, manipulując ostrzem, tajemnie ukłuła się pod spódnicą w miejsce tajemne, po czym wysunęła szklankę z herbatą jaskrawo czerwoną i ceremonialnie, władczo poniosła miksturę ku zdurniałemu Alejandro. Ten, z trudem zmieniając minę z głupiej na podobnie ceremonialną, łyknął raz i drugi.

 




Wtedy znowu w ruch poszła różdżka sztyletowa i Leonora wyczarowała: 

1) trzy bezkształtne, białe duchy;

2) uczłowieczenie Hieny;

3) niezwykle podłużną Owalną Damę, podwójnie wysoką;

 





4) z czerwonego Ptaka piękną pannę Rudowłosą;

 





5) do wyklucia wielkie Jajo z ostatnim na Ziemi zarodkiem żeńskiego życia;

6) mieszaniem w misie miedzianej zamianę białych duchów w postacie kolorowych mnichów-magów, a od nich...  

7) wielką głowę totemicznej, czerwonej Kapusty, która nauczanemu Alejandro w następnej scenie rozrusza homogeniczną wyobraźnię.


"W następnej", gdyż dar Kapusty zakończył pierwszą (z trzynastu) scenę przedstawienia, nazwaną "Pierwsze spotkanie w Domu naprzeciwko" z mottem od Leonory: "Jestem tak samo tajemnicza dla siebie, jak dla kogokolwiek innego."

                    3. 

Jest wtorek, 24 marca, 2025 roku. Z powodu zakupu biletu na środę, 25 marca, już dziś przysłano mi z TO (a to znaczy z DET) objaśnienie co i jak będzie na miejscu, więc bardzo świetnie wyszło, że  mi się jutro udało przyjechać do nich całkiem wcześnie i zdążyłem zobaczyć za trzy dni sobotnie przedstawienie.



Cześć!

Czekamy na Ciebie na nadchodzącym przedstawieniu Leonora, la maga y la maestra w sezonie wiosennym 2025 r. Prosimy poświęć chwilę na zapoznanie się z poniższymi informacjami.

— Przedstawienie odbędzie się w Stodole. Maski są opcjonalne w naszych pomieszceniach, aby widzowie czuli się komfortowo.

— Możesz wydrukować bilety do zeskanowania lub podać przy wejściu imię i nazwisko z rezerwacji, gdy będziemy sprawdzać bilety.

— Parking, poczekalnia przed pokazem i wystawa w Pawilonie zostaną otwarte o 18:30. Przedstawienie rozpocznie się o 19:00 i nie będziemy mogli przyjąć spóźnialskich. Z uwagi na nasz mały parking, prosimy, aby widzowie w miarę możliwości dojeżdżali wspólnie jednym samochodem.

— Daj nam znać, czy ktoś z Twojej grupy korzysta z balkonika/wózka inwalidzkiego lub ma jakiekolwiek potrzeby związane z poruszaniem się.


Double Edge Theatre jest zaangażowany w ochronę środowiska. Dlatego prosimy widzów, aby powstrzymali się od przynoszenia i wyrzucania opakowań plastikowych w naszych obiektach. Chociaż kochamy zwierzęta, nie możemy im zapewnić zakwaterowania i nie mamy dostępnego parkingu dla samochodów ze zwierzętami, więc prosimy, zostawcie swoje zwierzęta w domu.


Dziękujemy za wsparcie Double Edge Theatre! Czekamy na Was na spektaklu.


Ja też czekam na to spotkanie z niecierpliwością, bo przecież było bardzo fajne. W googlowskim monitorze, w przedniej szybie podlaskiej świetnie widzę autostradę, choć noc ciemna, więc nie wysilając oczu mogę wracać pamięcią i opisywać co się działo w pozostałych dwunastu scenach "Leonory czarodziejki". Czyli ciąg dalszy zapewne nastąpi w niedalekiej przeszłości.

° ° °

Jest środa, 25 marca, 2025 roku. Piędziesiąt mil później. Wciąż jestem na autostradzie w nocy, w drodze powrotnej z przyszło-sobotniego przedstawienia. Nagle czas, tak sprytnie przedtem przepędzony zwykłym kijem, zaczyna wirować, kręci się na horyzoncie szosy i nocy lejowatą trąbą czasową. Moment... i zwija czerń bardzo blisko, tuż przed maską auta, więc cisnę w hamulec i wpadam w tę trąbę z połową poprzedniej szybkości. 


Wszystko dlatego, bo nagle się okazało, że DODANO SOBOTĘ. Dobrze, że jestem prawie w połowie drogi – mam nadzieję uciec, wydostać się i jakoś resztę dwunastu scen dokomponować w pamięci przez ostatnią godzinę jazdy.



 

Kiedy kupowałem bilet na tę sobotnią środę w czwartek, 20 marca, nie przewidywano w Teatrze Obosiecznym (DET) spektaklu (patrz fot. wyżej i w odc. 1) między piątkiem a niedzielą. "Sobota będzie dla nas!!!", zanuciłem stary przebój. A teraz w środku nocnej jazdy, między środową 11.59 PM (23.59) a a sobotnią 12.01 AM (00.01) wszystko się zmieniło, rypło, rozleciało – wystarczyły Czasowi dwie minuty na podstępny powrót.





Wszystkie bilety na "Leonorę czarodziejkę" w piątek wyprzedano i - napiszę to jeszcze raz wielkimi bukwami – DODANO SOBOTĘ. Naprawdę mam szczęście, że się na tę sobotę wybrałem już środę, a nie w piątek. Jakbym się polenił, pięknej transformacji ze Stodoły w panskosmiczność z Montclair bym nie doświadczył. Cała wyprawa byłaby po nic.


Przeleciałem przez wir trąby czasowej dodając gazu i zaryzkuję jazdę ponad dozwoloną prędkość przez ostatni kawałek. Jest koniec miesiąca, patrole policyjne wzmożone, zwłaszcza po nocy, bo dorabiają przed miesięcznym rozliczeniem, ale nadmiarowe siedem-osiem mil na godzinę można zaryzykować. Mam nadzieję dojechać do 9 marca z czwartym odcinkiem za godzinę, tzn. gdzieś tak w połowie kwietnia.

                

 

Jedno dziwne zjawisko cały czas pomijam, nie wiem czemu. Po "moim" środowo-sobotnim obejrzeniu spektaklu wyszedłem w chłodny przestwór nocy przez te same wrota stodoły, którymi wszedłem, ale w środku nie zdarzyło się odstodolenie. I teraz jak mnie ktoś zapyta, czym się różnił trzygodzinny (7PM-10PM) spektakl z wiosny 2025 w Ashfield od jednogodzinnego pankosmicznego przedstawienia w Montclair w 2018 to odpowiem, jak Podlasiak o różnicach widoku szosy w monitorach i przez zwykłą szybę szoferki: Niczym. 


Niczym: Ani składem aktorów, ani dodatkowymi rekwizytami (a prawie wiem z innych źródeł, że były takie w występach na otwartej przestrzeni i że na którymś Leonora płynęła po rzece w krokodylowej łodzi - krokodyle Leonory są osobną opowieścią, wciąż czekającą w kolejce). Ani ilością i tytułami scen. Ja widziałem 13. Ile scen widzieli ci, co tak kupowali bilety na DET-owski sezon tegorocznej wiosny, że aż DODANO SOBOTĘ? Żebym pamięć nie wiem jak wytężał, nie dam rady się dostodolić. Na recenzje za wcześnie. Wciąż obowiązują te sprzed lat, także z ową z New York Times'a, życzliwą, ale napisaną zza metropolitalnych opłotków, gapiowato i mizernie. 


Trzynaście scen, każda zatytułowana, każda opatrzona w motto jak nie ze słów Leonory, to słowami Alejandra. Ale nie wiadomo, ile która trwa, w jakim wydarzeniu scenicznym się zaczyna, a w jakim kończy.


Scena 1: Pierwsze spotkanie w domu naprzeciwko. „Jestem tak samo tajemnicza dla siebie, jak dla każdego innego” — Leonora Carrington


Scena 2: Aromatyczna kuchnia babci Moorhead. „Kapusta jest różą — alchemiczną różą — a uczta Bogów jest starożytną wiedzą. Wybacz nam, kapusto.” — LC


Być może druga zaczyna się, gdy zakonnik-mag podaje Leonorze przez uchylone drzwi prawdziwą głowę czerwonej kapusty. A być może już wcześniej, tuż po tym jak Alejandro wypija czerwoną miksturę, a czarodziejka deklamuje straszne zaklęcia i sztyletową różdżką czyni wspomniane siedem czarów. Straszne zaklęcia donośnie brzmiały, nieraz okropnym głosem wypowiadane, nieraz w uśmiechu, a niekiedy z przerażającym grymasem wytężającej swe moce wiedźmy. 

 



Czary Leonory, rys. w/g kadru filmowego. 

Osoby: Alejandro, Rudowłosa z magicznym Jajem, Ona sama, Hiena Uczłowieczona.



Takie jest to zaklęcie w polskiej wersji:


«Słońce świeciło na morską toń, 

Świeciło z całej siły,

Starając się wygładzić fale, 

Aby jak lustro lśniły:

Co było zresztą dziwne, gdyż 

Zegary północ biły. 


Księżyc przyświecał nadąsany, 

Sądząc, iż słońce żółtawe

Już nic tu nie ma do roboty,

Gdy z dniem załatwiło sprawę:

“To chamstwo - mówił- pchać się tu 

I psuć mi całą zabawę!” 


Morze, jak morze, dogłębnie mokre, 

A piasek wysechł na wiórek

I w niebie chmurki byś nie dojrzał, 

Nie było bowiem chmurek, 

I żaden nie przeleciał ptak, 

Bo nic nie miało tam piórek. 


Po brzegu Mors i Cieśla szli,

Szli sobie ręka w rękę,

Spłakani, gdyż to mnóstwo piasku 

Sprawiało ich oczom udrękę: 

“Gdyby to ktoś uprzątnął - rzekli - 

Zasłużyłby na podziękę!” (...)


Pozwólcie do nas, o Ostrygi! - 

Zawołał Mors naprędce -

Na spacer brzegiem słonych wód 

Przy miłej pogawędce: 

Wystarczy nas dla czterech was, 

By każdej dać po ręce. (...)


Oto czas nadszedł - rzecze Mors - 

Pomówić o wielu sprzętach:

O butach - laku - o kapuście -

O królach - i okrętach - 

I czemu woda w morzu kipi - 

I o skrzydlatych prosiętach.» (...)


(tłum. R. Stiller)




"...o kapuście - O królach - i okrętach..." 

Leonora kończy swoje zaklęcie.

photo source  https://www.allarts.org/programs/peak-hd/


Gdy Leonora wykrzykuje "o kapuście!!!" –  czar w postaci czerwonej głowy umaterialnia się przez szparę uchylonych drzwi. Czarodziejka objaśnia kompletnie zdezorientowanemu Alejandro, wytrzeszczającemu oczy w zafascynowaniu:


«Róża kapusty,  Alchemiczna Róża. Uczta bogów to starożytna wiedza. Chociaż właściwości kapusty są wyjątkowe, ona również krzyczy, gdy wyciąga się ją z ziemi i zanurza we wrzącej wodzie. Wybacz nam, kapusto.«


Prośbę do Kapusty wypowiada Leonora już nie przy drzwiach, ale w kuchni babci Moorhead, w obecności Rudowłosej z Ptaka wyczarowanej i Dziewczyny grającej na kielichu. Może scena druga zaczęła się właśnie teraz?




Zaraz przypomnę sobie, co o babci Moorhead pisały biografistki Leonory, ale najpierw co o kapuście. Jedna z nich podkreślała ze znajomością tematu, że: "Zwykła domowa kapusta ma wielkie znaczenie dla Carrington, która uważa ją za prawdziwą alchemiczną różę." 


Pasjonujące są informacje o wyjątkowych właściwościach kapusty. Nie powierdzają encyklopedie, że ona wrzeszczy gotowana, ale odnotowują, że zawiera izotiocyjanian allilu i że gromadzi go w formie glukozylanolu odizolowanego od mirozynazy, co wespół w zespół odstrasza roślinożerne zwierzęta. 


A przy okazji przypomniało mi się, że straszne zaklęcie to wierszyk z czwartego rozdziału książeczki  o tym, co Alicja widziała po drugiej stronie lustra. Prośba do Kapusty pochodzi z komentarza Leonory przy okazji wystawy jej obrazów w 1975 roku.


Nazwisko Leonory – wiadomo: Carrington, zaś Moorhead to panieńskie nazwisko matki. Pasjonatów pasjonuje książka Brytyjki, Joanny Moorhead, która była kuzynką Leonory po kądzieli. Kiedy artystka miala już prawie osiemdziesiąt lat, Joanna zorientowała się, że pewna dalsza kuzynka, niechętnie wspominana w rodzinie skandalistka, a właściwie wykreślana z rodzinnej pamięci, niejaka Leonora, smarkula co uciekła do Paryża z niejakim żonatym Maxem Ernstem, to wcale sławna w Meksyku malarka, którą amerykańskie galerie też wystawiają. Postanowiła na własne ryzyko odświeżyć zerwane więzy.



«W tamtym czasie większość osób przeprowadzających wywiady, które chciały umówić się z Leonorą, usłyszało, że to niemożliwe. Miała prawie osiemdziesiąt lat; unikała rozgłosu, jak zawsze, i nie miała czasu na historyków sztuki. Ale ja miałam nadzieję, że moje referencje dadzą mi dostęp. Wiedziałam, że moje nazwisko będzie jej znane, ponieważ jej matka, Maurie (moja praciotka), była Moorhead. Nawiązałam kontakt za pośrednictwem galerii, która reprezentowała Leonorę w Mexico City, a jej właścicielka, Eva Marcovich, odpowiedziała mi wstępnie „tak”.


„Nic nie obiecuję”, powiedziała mi Eva, przez trzeszczący telefon do Londynu. „Ale skoro i tak będziesz w Mexico City [ja oczywiście nie byłam], zadzwoń do niej. Jeśli będzie miała na to ochotę, prawdopodobnie zaprosi cię na filiżankę herbaty”.»



I się udało. Kuzynka to kuzynka. Joanna w swojej książce wyjaśnia:


«Jej matka, Maurie Moorhead, pochodziła z Moate w hrabstwie Westmeath w Irlandii. Była najstarsza z pięciorga rodzeństwa, jednym z nich był mój dziadek George; najbliższą wiekiem siostrą Maurie była Leonora. Kiedy Maurie i Harold (ojciec naszej malarki) poznali się na meczu krykieta w Irlandii w 1907 roku, Leo (jak zawsze nazywano ją w rodzinie) wstąpiła do klasztoru w Dublinie i została Siostrą Miłosierdzia. Jednak obie pozostały w bliskich kontaktach, więc nie było zaskoczeniem, gdy Maurie urodziła córkę, że nadała jej imię po swojej siostrze. Zgodnie z tradycją katolicką, Mary było pierwszym imieniem na świadectwie urodzenia dziecka, ale zawsze uważano, że pod następnym imieniem  – Leonora – będzie znana.»


«W życiu Leonory była jeszcze jedna ważna gawędziarka: jej babcia ze strony matki, która urodziła się jako Mary Monica Somers w 1865 roku w Offaly i poślubiła Henry'ego Moorheada, lekarza, a później sędziego pokoju. Mary wierzyła, że ​​jej rodzina pochodzi, podobnie jak Święta Brygida, od Tuatha Dé Danann, matriarchalnej, nadprzyrodzonej linii, która poprzedzała chrześcijaństwo i miała swoje korzenie w starożytnym świecie Celtów. Nie była to zwykła przechwałka: wiązała kobiety z linii Somers z głęboko zakorzenioną siłą i władzą. I nie było to jedyne dziedzictwo feministyczne, do którego Mary Monica rościła sobie prawa. Była również spokrewniona, jak mówiła, z Marią Edgeworth (1767–1849), powieściopisarką czasami określaną jako Jane Austen Irlandii. 


Dziadkowie Leonory z strony Moorhead'ów mieszkali w bielonym domu na końcu podjazdu do kościoła św. Patryka w Moate, gdzie jej rodzice pobrali się w 1904 roku. Jako dzieci Leonora i Gerard, brat, z którym była najbliżej wiekiem i którego najbardziej lubiła, zostali zabrani przez Nanny Carrington do babci i dziadka w Irlandii. Jaskiniowa kuchnia ich domu, zdominowana przez ogromny piec, stała się później scenerią jej obrazu z 1975 roku Aromatyczna kuchnia babci Moorhead.»

 


 

«Kim jest gigantyczna gęś dominująca na scenie? Czy jest to postać z jednej z opowieści Babci Moorhead, Maurie lub Nanny Carrington? Dlaczego rogate stworzenie trzyma miotłę? Co robią trzy zakapturzone postacie przy stole – lub postać w kapeluszu i ciemnych okularach przy piecu, lub postać w czerwonej szacie u ich stóp? Jeśli przyjrzeć się uważniej, widzi się również inne światy: dom Leonory w Meksyku jest przywoływany przez papryczki na stole, w kukurydzy leżącej na podłodze i mielonej na meksykańskim kamieniu zwanym metate. Po jednej stronie znajdują się otwarte drzwi, przez które można dostrzec przelotnie inny świat. Przeszłość, teraźniejszość, przyszłość; tajemnica, bajka, napięcie; rodzina, obcy, zwierzęta; znajome, nieznane, fantastyczne: wszystkie te warstwy współistnieją w pociągnięciach pędzla Leonory. Być może kuchnia babci była pierwszą magiczną przestrzenią w jej życiu, pierwszym miejscem, w którym doświadczyła przeplatających się światów, między którymi będzie stale się przemieszczać. Jedyny element, którego nie potrafiła przekazać na płótnie, podarowała nam w tytule swojej pracy: jesteśmy zaproszeni do delektowania się zapachami i smakami kuchni babci Moorhead.»


Powyższe fragmenty wziąłem z: "Joanna Moorhead. The Life and Art of Leonora Carrington." 2023.  Jeszcze drobiazg – w wierszyku-zaklęciu występują skrzydlate prosięta, których w przedstawieniu DET  nie ma. Leonora wyrzeźbiła uskrzydloną świnkę. Niedawno Pablo Weisz, młodszy z synów Leonory uruchomił kanalik na YT a w nim filmik, na którym taka świnka fruwa po Mexico City. Krokodyle też wędrują przez miasto. Ale to inna opowieść.

 



 



https://www.youtube.com/watch?v=46BFtD-Xk0E