Krzysztof Hariasz
”Miszmasz” albo Impresje z podróży do Portugalii i Francji, 2025.
Odc.2.
Portugalczycy. Chciałoby się powiedzieć, że raczej nie wyglądają jak Słowianie. Co prawdopodobnie nie byłoby dalekie od prawdy. Nawet gdyby nie trąciło brakiem politycznej poprawności. Piszę to jednak, ponieważ w pierwszej chwili jestem trochę zaskoczony różnorodnością rasową. Innymi słowy, nie wszyscy tu wyglądają jak Ronaldo – niektórzy jak Eusébio. Być może jest to bardziej widoczne w Lizbonie niż w Porto.
Natomiast wszyscy wydają się mówić po angielsku. I to bardzo dobrze. Dowiadujemy się, że ten język jest obowiązkowy w szkołach (przez osiem lat) – to na pewno pomaga. Ale myślę też, że pomagają tłumy turystów, którym trzeba sprawy wytłumaczyć oraz ich obsłużyć. Być może, iż znów zmyślam, ale jesteśmy świadkami dość interesującej sceny w kawiarni na lotnisku. Pięć stosunkowo młodych kobiet, ubranych bardzo profesjonalnie, chyba nawet ze znaczkami sugerującymi przynależność do jakiejś firmy, prowadzi w języku angielskim rozmowę, która wydaje się być naradą, bowiem wyraźnie rozmawiają o sprawach biznesowych. Wszystkie pięć mówią z akcentem. Domyślam się, że albo dyrekcja firmy, dla której pracują wymaga ,aby wszystkie sprawy administracyjne załatwiać po angielsku, albo same chcą ten język, a przynajmniej jego najpotrzebniejszą (dla biznesu) wersję ćwiczyć.
Nigdy nie przepadałem za portugalskim winem. Ale staram się nie mieć uprzedzeń i piję. Do każdego właściwie (oprócz śniadania) posiłku. Okazuje się, że mają wina i białe i czerwone. Niektóre mi nawet smakują. Pewnego dnia wybieram w restauracji butelkę jakiegoś tam czerwonego wina w rozsądnej cenie. Kelner przynosi, otwiera i wlewa mi dwie krople do kieliszka abym spróbował, czy się nadaje. Biorę łyka i krzywię się. Ale boję się powiedzieć, że mi nie smakuje. Więc mówię tylko, że jestem bardzo zaskoczony. Kelner rozlewa wino do kieliszków moich towarzyszy, którzy twierdzą, że wino jest interesujące. Wstyd mi okropnie. Dopijamy jednak butelkę do końca i nikt później z tego powodu nie choruje. Jednak ciągle mam niesmak.
Zniesmaczeni winem, nadrabiamy deserami.
Niestety, dopada nas wszystkich jakiś wirus. Gorączka, kaszel, symptomy oraz ich natężenie rozkładają się dość nierównomiernie w naszej czteroosobowej grupie, lecz wspólne zwiedzanie, posiłki, itd. stają się niestety niemożliwe. Praktycznie musieliśmy jeden cały dzień wyjąć z planów turystycznych. Śpimy 15 godzin praktycznie non-stop. Oj!
Pomimo tych kłopotów, udaje nam się odwiedzić:
– Najstarszą w Porto księgarnię. Kapitalna architektonicznie, jest jednak głównie atrakcją turystyczną a nie bibliofilską. Na półkach głownie klasyka, bardzo często we własnych wydaniach. Ale zauważamy też książkę Tokarczuk. Podobno księgarnia ma również ambicje naukowo-archiwalne. Na przykład niedawno zakupiła druki i rękopisy z kolekcji Amy Winehouse – może teksty piosenek, które pisała, może inne drobne rzeczy.
– Targ miejski. Pobieramy tu lekcje na temat różnorodności oraz jakości oliwek i oliwy z nich toczonej. Smakujemy próbki. Obok, na stoisku z owocami morza degustujemy kilka rodzajów ostryg. Popijamy białym winem. Chwilowo nie czujemy gorączki.
Natomiast miasto wręcz żyje jednym specyficznym rodzajem gorączki. Nie, nie gorączki złota i skarbów – czasy podbojów dalekomorskich już minęły. Mam na myśli gorączkę turystyczną. Tłumy włóczących się cudzoziemców, co drugi sklep to pamiątki, co trzeci budynek to kościół.
Mój kolega z Nowego Jorku pewnie nie będzie zadowolony, ale idziemy kilka ulic dalej, aby zobaczyć „niebieski” kościół. Nazywa się tak naprawdę jakoś inaczej, ale zewnętrzne ściany ma obłożone typowymi kafelkami w kolorze właśnie niebieskim i to jest inne, ciekawe. Robimy zdjęcia.
Skądinąd słyszymy, że te kafelki, którymi oblepione są elewacje wielu domów mają takie właśnie a nie inne kolory, ponieważ biel odbija promienie słoneczne w lecie a błękit je absorbuje w zimie i w ten sposób Portugalczycy ochładzają albo dogrzewają swoje domy (oraz, co widać na przykładzie „niebieskiego” kościoła, inne budynki). Niby domowej roboty klimatyzacja. Może i tak jest.
I jeszcze garść ciekawostek z Portugalii:
Przepraszam za jakość (kąt) zdjęcia, ale 1) byłem kompletnie zaskoczony i 2) robiłem zdjęcie dziecku bez pozwolenia rodziców (mam nadzieję, że mnie nie wsadzą za to do więzienia). Nie mam pojęcia czy chłopiec tak się lubi ubierać, czy taka moda, czy może brał udział w jakimś przedstawieniu teatralnym i nie chciało mu się zdejmować kostiumu przed wyjściem do domu. Doświadczenie mam wprawdzie niewielkie i sprzed wielu lat, ale nigdy jeszcze nie widziałem tak niskiego wzrostu więźnia.
Kibel męski na lotnisku w Lizbonie. Tata z synkiem (albo i z córką) mogą usiąść obok siebie i równocześnie wypróżniać swoje układy pokarmowe. Jest też opcja przywiązywania maluchów do specjalnego krzesełka, aby rodzic mógł nieskrępowanie oddawać się wypróżnianiu. Uczyć się można (i trzeba) zawsze i wszędzie.Wygląda na to, iż w Portugalii dzieci traktuje się jak dorosłych.
A dorosłych traktuje się jak dzieci – wszyscy (my też) zajadają się pastel de nata, deserem, który konsystencją i smakiem (ale nie kształtem) przypomina wschodnioeuropejskie napoleonki, czyli kremówki (już miałem napisać, że polski papież bardzo te wypieki lubił, ale powstrzymał mnie strach przed drwinami kolegów).
Pastel de nata.
Nie chce mi się sprawdzać, ale wydaje mi się, że pisałem już w moich doniesieniach sprzed paru lat, jak nieprzyjemne jest, nie tyle podróżowanie, ile sam akt przenoszenia się z miejsca na miejsce. A już szczególnie podróże samolotami. Przepędzani jak bydło po stodołach portów lotniczych, nawet w deszczu po płycie lotniska, bez prawa do indywidualności i zwyczajnej godności, zdani na los i widzimisię firm lotniczych, a jednak godzimy się na to w milczeniu. Mimo iż są nas ogromne tłumy. (Niewdzięczniku jeden – Norwidowi podróż z Londynu do Nowego Jorku zajęła dwa miesiące. Ty ten dystans pokonujesz w 7 godzin)
Podróżowanie we współczesnym świecie to w ogromnej mierze po prostu cierpliwe siedzenie na dupie. Staram się to wykorzystać na konstruowanie niniejszych zapisków. Nie jest łatwo. Huczą silniki samolotowe, podrygują wagony pociągu, turbulencje, zmieniające się krajobrazy odwracają uwagę. Nie powinienem jednak narzekać; i w samolotach, i w pociągach są półeczki, na których mogę położyć mój komputer i powoli stukać w klawiaturę. Komputer w sensie laptopa. I tu mi się przypomina, jak wiele, wiele lat temu, kiedy te sprytne urządzenia się dopiero pojawiły i tygodnik Polityka ogłaszał wtedy konkursy na polskie nazwy przedmiotów o obcej proweniencji. Czytelnicy mieli zgłaszać propozycje polskiego odpowiednika słowa „laptop.” Pamiętam, że ja zaproponowałem „kompaktówka.” O ile się nie mylę, językoznawcy i redaktorzy w jury wybrali „nałonnik.” Ha ha. Konkurs konkursem, a życie życiem. I życie rzecz jasna wybrało „laptop.”
Lecimy na Lazurowe Wybrzeże. Zdajemy sobie rzecz jasna sprawę, że cztery czy pięć dni w tym zakątku Morza Śródziemnego to tak jakby tylko powąchać albo co najwyżej liznąć jakiejś wykwintnej potrawy. Już z samolotu podziwiamy zarysy nasłonecznionego brzegu oraz porty Marsylii, Tulonu, Cannes i Nicei (gdzie zresztą lądujemy). Z konieczności większość naszych wizyt polega na krótkich spacerach, gdzieniegdzie tylko siadamy w kawiarniach, odwiedzamy place/hale targowe, wchodzimy do muzeów.
We Francji jadamy wprawdzie u znajomych (podczas gdy w Portugalii wszystkie posiłki jadaliśmy „na mieście”), ale zdarza nam się też usiąść przy stolikach w restauracjach i kawiarenkach. Ta kultura wydaje się w dużym stopniu polegać na wysiadywaniu w restauracyjnych/kawiarnianych ogródkach i dyskretnym obserwowaniu przechodniów, kiedy w rzeczywistości samemu jest się przedmiotem obserwacji.
Antropolodzy uważają, iż handel, a może raczej miejsca w których różne grupy społeczne, etniczne, itd. dokonywały wymiany towarów i usług, czyli targowiska, tak się w końcu rozrosły i ustabilizowały, że doprowadziło to do powstania miast. Targi i targowiska istnieją, często w samych centrach miast, do dzisiaj. A może nawet zyskują na popularności. Kupujemy serki bezpośrednio od wytwórców, oliwki i pomarańcze od sadowników, owoce morza, przyprawy, lokalne przysmaki. Zawsze mnie dziwiło, że bardzo często handlarze rozkładają swoje kramy i stragany wcześnie rano, aby je złożyć i zniknąć z placu wczesnym popołudniem. I tak dzień w dzień, w koło Macieju. A przecież kokosów raczej na tej marchwi nie zarabiają.
° ° °
Poprzedni cykl Krzysztofa Hariasza tutaj:
Fotografie Misi (MAH) z podróży do Polski










