Krzysztof Hariasz
”Miszmasz” albo Impresje z podróży do Portugalii i Francji, 2025.
Odc.3.
Chagall, Matisse, Picasso... Muzea oraz liczne galerie. Nie uda nam się wszystkich muzeów zobaczyć. Ponieważ albo mamy mało czasu, albo akurat tego dnia zamknięte. Udaje się właściwie tylko Picasso, co po niedawno widzianej wystawie w muzeum w Cleveland (a dwa lata temu odwiedziliśmy nowiutkie muzeum Picassa w Paryżu) jest jakby dopełnieniem „obrazu.” Ja zanotowałem nieznane mi dotychczas dzieło zatytułowane „Radość życia”. W moim wieku jest się z czego cieszyć.
Idziemy się przejść wzdłuż brzegu morza w Antibes. Najpierw dość prozaicznie, niemalże spacerkiem, ścieżką między posiadłościami miliarderów, ale zabawa wkrótce się kończy. Wkraczamy na kamienny szlak, gdzieniegdzie w miarę solidny, w innych miejscach po prostu skalny gruz. Widoki rzecz jasna dramatyczne i równocześnie bardzo piękne. Natomiast morze dzisiaj lekko poirytowane. Gdzie fale podchodzą zbyt blisko do szlaku, mamy schody w górę. Gdzie trochę bezpieczniej, schody w dół. Kamienny rollercoaster. Ale dzielnie kuśtykam na czele wycieczki, nadając tempo. W sumie to dobrych kilka kilometrów, więc już ledwo dyszę. Zaciskam zęby i staram się myśleć o niczym. Co prawdopodobnie dla postronnego oka wygląda jakbym był zamyślony. Widzi to też oko Posejdona, który wysyła w tym momencie falę wyższą niż najwyższe schody. Fala bezzwłocznie mnie dopada, zupełnie bezbronnego, jak to woda świetnie potrafi – na moment, ale skutecznie. Cała moja prawa strona jest mokra, w butach chlupie, na okularach kleksy ze słonej wody.
Próbuję zdecydować, czy to doświadczenie będę mógł przedstawić znajomym w innym, lepszym świetle. Na przykład, że kąpałem się w Morzu Śródziemnym.
Na szlaku.
Wycieczka do Vence, miasteczka w którym Gombrowicz spędził ostatnie pięć lat swojego życia. I gdzie jest pochowany. Odwiedzamy grób, ale bardziej nas interesuje jak żył. Niestety, kiedy mieszkanie na pierwszym piętrze willi „Alexandrine,” które wraz z Ritą wynajmowali zostało pozyskane na muzeum, nie było już w nim żadnych mebli ani innych oryginalnych pamiątek. Na szczęście, pani Kasia, która muzeum zawiaduje i nas po nim oprowadza, ma bardzo dużą wiedzę na temat jak wyglądało życie państwa Gombrowicz i na dodatek bardzo ładnie o wszystkim opowiada. Wyglądamy z balkonu na rynek miejski i ogródek kawiarni, w której Gombro pijał poranną kawę. Na pożegnanie dostajemy prezenty promocyjne, w tym ołówki z cytatem „Im mądrzej, tym głupiej.” I dlatego właśnie te moje notatki nie wznoszą się na wyżyny intelektualizmu.😃
W miejscowej katedrze oglądamy dużych rozmiarów mozaikę Chagalla, który w tej okolicy też mieszkał (Gombrowicz podobno próbował nawet przez lornetkę szpiegować jakich to gości Chagall przyjmował). Katedra jest z 11-go wieku, romańska w stylu, ze stryszkiem pełnym nie używanych już kościelnych przedmiotów. Między innymi taki fragment oparcia z szesnastowiecznych ław dla księży. Jakby przewidywali, że Gombrowicz tu kiedyś zawita.
Po drodze wstępujemy do St. Paul de Vence, położonego na stromej górze miasteczka-twierdzy. Dzisiaj oczywiście wysokie i grube mury służą bardziej jako malownicze tło niż przeszkoda nie do pokonania. Właśnie malowniczość tego miejsca spowodowała, że upodobali je sobie artyści wszelkiego rodzaju. A co za tym idzie, dziesiątki galerii, sklepów z wyrobami rękodzielniczymi, itd. Wspinamy się jak, nie przymierzając, taternicy jacyś. Prawie na samym szczycie mały cmentarz i grób Chagalla. Ładny ma widok z góry.
Organizujemy sobie dwudniową wycieczkę do Lyonu. Pociągiem. Najpierw, aż do Marsylii, wzdłuż Lazurowego Wybrzeża a później przez Prowansję. Celem są właściwie tylko odwiedziny u koleżanki, której ja nie widziałem od co najmniej 30-tu lat. Starzejemy się. Spotkanie oczywiście bardzo miłe. A przy okazji łazimy trochę po mieście. Co ciekawe, podobnie jak te na wybrzeżu, miasto Lyon jest również położone na wzgórzach. W czasie Drugiej Wojny Światowej był tu podobno ważny ośrodek działalności konspiracyjnej francuskiego ruchu oporu. Zwiedzamy przejścia pomiędzy ulicami i budynkami, którymi konspiratorzy uciekali przed ścigającą ich policją i żołnierzami okupanta. Musieli mieć niezłą kondycję, aby po tych schodach biegać. A może po prostu byli młodzi.
Jedziemy do Nicei. Miasto zostało założone przez Greków w 350 p.n.e. i nazwane na cześć bogini Nike. Stosunkowo od niedawna należy bezdyskusyjnie do Francji. Wcześniej, przez jakiś czas (od 1815 do 1860) nazywało się Nizza i było włoskie, co jest do dzisiejszego dnia zauważalne w architekturze i nazwach ulic. Spacer po nadbrzeżnych promenadach i starówce. Na plaży, zamiast piasku, kamienie. I podobno tubylcy tak właśnie preferują (Kamieniste plaże zamieniają się w piaszczyste dopiero w Antibes. Nagle, czyli zgodnie z wolą człowieka). Jak wszędzie na Lazurowym Wybrzeżu, w tle góry. Wyjeżdżamy samochodem na jedną z tych gór, do miejscowości Eze, skąd podobno rozpościera się piękny widok nie tylko na Niceę ale i sąsiednie Monako. Niestety, chmury dzisiaj wiszą nisko i niewiele udaje nam się zobaczyć. Ale za to jedziemy w chmurze. Jak w gęstej mgle. Myślę sobie, że ludzie, którzy w tych górach mieszkają muszą od czasu do czasu doświadczać chwil, kiedy dolna granica chmury (dno?) jest, powiedzmy, na wysokości ich brzuchów. Wtedy, chodząc po pokoju, stąpają po ziemi mając głowę w chmurach.
Będąc na Lazurowym Wybrzeżu wypada oczywiście zobaczyć Cannes, słynne między innymi z filmowego festiwalu. Przejeżdżamy tylko obok schodów z czerwonym dywanem. Zamiast tego zwiedzamy port i nadbrzeżne bulwary. Słychać język rosyjski. Podobnie zresztą jak w Nicei. Domyślam się, że Rosjanom odpowiada ten region z dwóch powodów. Po pierwsze, i ci porewolucyjni „biali,” i współcześni oligarchowie spędzali prawdopodobnie dużo czasu nad Morzem Czarnym, na Krymie, w klimacie sprzyjającym relaksowi. I to im się podobało. A po wtóre, i jedni, i drudzy mają (mieli) pieniądze. Dużo pieniędzy. Świat jest bardzo dziwnie zorganizowany, często (zwykle?) niesprawiedliwie. Ale Rosja to jest rozdział sam w sobie. Nie jadę.
Przez te wszystkie wrażenia czuję się trochę jak „barbarzyńca w ogrodzie,” Herbert wprawdzie pisał o miejscach we Włoszech i Francji, ale chyba na tym wybrzeżu nie był. A tu też Grecy i Rzymianie zakładali cywilizację europejską, i ślady ich stóp są do dzisiaj widoczne. Także dla takich barbarzyńców jak ja. Nawet w dniu naszego wyjazdu, w drodze na lotnisko mijamy mały romański kościółek, wokół którego archeolodzy rozpoczynają właśnie prace wykopaliskowe. Kościółek (zdrobnienie z powodu miniaturowej wielkości, kolego, nie z miłości) jest z piątego wieku n.e.
A czym się różni koniak (cognac) od armaniaku (armagnac)? Nasz gospodarz z południa Francji twierdzi, jedyna różnica (oprócz oczywiście ceny) to to, że koniak jest dwa razy destylowany a armaniak tylko raz. Nie mam powodu mu nie wierzyć – wino pija i do obiadu (lunch), i do kolacji (dinner), więc chyba się trochę orientuje w śródziemnomorskiej kulturze kulinarnej (Zresztą tu jest urodzony i wychowany). Przytakuję, nie buntuję się, popijam.
Twoje zdrowie, cierpliwy czytelniku!
Koniec
° ° °
Poprzedni cykl Krzysztofa Hariasza tutaj:
Fotografie Misi (MAH) z podróży do Polski








