środa, 31 grudnia 2025

Polszczyzna-Córszczyzna.

 



 

Polszczyzna-Córszczyzna


W anonsie w New York Times'ie z końca grudnia nie wspomina się, że "Dom"  wydany był wcześniej i po raz drugi zjawia się na amerykańskim rynku księgarskim. Ale na zachętę czytelniczą, a i po sprawiedliwości, opisuje się w zajawce kilka bulwersujących wątków przeplatanych w "Domu", które istotnie czynią książkę Olgi Tokarczuk nie tylko pasjonującą, ale i wyjątkową. Skoro zaś takie sympatico, bo wciąż jeszcze cokolwiek napiszą w NYT ma swoje karaty w literackim jubilerstwie, to wspomnieć wypada, że anons jest autorstwa Bena Markowitsa, troszkę jakby kolegi Olgi Tokarczuk z finałowych list Bookera. 


Na razie zatem wyrafinowany czytacz amerykański poczyta sobie dobre pisanie/dobre tłumaczenie, a potem na pewno jakieś akademiczki wyłowią pierwsze wydanie i zdysertują uczenie różnice między przekładami. 


W moim kolorowaniu edycji sprzed lat przybywa koloru zielonego, co oznacza fragmenty kiedyś opuszczone przez Antonię Lloyd-Jones, a teraz – starannie wymuskane translatorsko – dopełniające angielską wersję w kształt bardzo, ale to bardzo bliski polskiemu oryginałowi.


Na przykład mały rozdzialik "Listy". Po polsku jest tak:


Listy

Dostaję listy prawie tylko od kobiet i prawie wszyscy ludzie, do których piszę listy – to kobiety. Kiedy nie ogląda się telewizji, cały świat widziany z tego miejsca wydaje się zupełnie kobiecy. Kobiety sprzedają żywność w sklepach, organizują spotkania, chodzą po zakupy z dziećmi, wypełniają autobusy do Nowej Rudy i z powrotem, strzygą włosy, umawiają się na wieczór, całują w oba policzki, pachną, przymierzają ciuchy w sklepach, podają żetony na poczcie, rozwożą listy pisane przez kobiety, które czytają kobiety. Mam jeszcze Martę i suki. Także kozę. R. stanowi w tym wyjątek; jego obecność podkreśla tę wszechobecną żeńskość. Na tej samej zasadzie soli się słodkie ciasto drożdżowe, a do kwaśnego sosu dodaje się trochę cukru.

Myślałam o słowach, które są niesprawiedliwe pewnie dlatego, że wyrastają z nierówno i niechlujnie podzielonego świata. Co jest żeńskim odpowiednikiem słowa “męstwo”? “Żeństwo”? Jak nazwać w kobiecie tę cnotę, żeby nie przekreślić jej płci? Nie istnieje żeński odpowiednik słów “starzec” czy “mędrzec”. Stara kobieta to staruszka lub starucha, jakby w starzeniu się kobiet nie było żadnej dostojności, żadnego patosu, jakby stara kobieta nie mogła być mądra. Co najwyżej można powiedzieć o niej “wiedźma” i zaznaczyć, że pochodzi od “wiedzieć”. Ale i tak będzie to obraz złośliwej staruchy o obwisłych piersiach i brzuchu niezdolnym do rodzenia, istoty szalonej ze złości do świata, choć potężnej. Stary mężczyzna może być mądrym i dostojnym starcem, mędrcem. Żeby powiedzieć coś podobnego o kobiecie, trzeba kluczyć, omawiać, opisywać – stara, mądra kobieta. A i tak brzmi to na tyle podniośle, że staje się podejrzane. Ale najbardziej niepokoi mnie słowo “usynowić”, bo nie istnieje “ucórzenie”. Bóg usynowił człowieka.



W pierwszej edycji jest:.... nic.


W drugiej edycji:


«LETTERS 

Almost all the letters I receive are from women, and almost all the people I write to are women. If you don’t watch television, the whole world viewed from this place seems entirely female. Women sell food in the groceries, organize meetings, go shopping with their children, fill the buses to Nowa Ruda and back again, cut hair, arrange to meet in the evening, kiss on both cheeks, smell nice, try on clothes in shops, hand out phone tokens at the post office, deliver the letters that women write and women read. I also have Marta and my female dogs. And the nanny goat. R. is the exception; his presence highlights this omnipresent femaleness. On the same principle you add salt to a sweet yeast cake and a pinch of sugar to a sour sauce. 


I’ve been thinking about words that are unjust, probably because they arose from an unevenly and sloppily divided world. What is the female equivalent of the word manliness? Womanliness? But the former implies strength and fortitude, while the latter implies weakness. How can women be ascribed this virtue without erasing their gender? The same is true of the words virility and effeminacy — the former implies vigour and energy, while the latter implies affectation and feebleness. In Polish tradition, old men are stereotypically wise and experienced, while old women are typified as bitter and gossipy. It’s as if there were no dignity in the ageing of women, no pathos, as if an old woman could not be wise. At best one might call her a wiedźma, derived from the same root as wiedzieć, meaning ‘to know’, but wiedzma translates as a witch, and at once we have the image of a spiteful old crone with sagging breasts and a belly incapable of giving birth, a creature gone mad with anger at the world, though powerful. An old man can be wise and worthy, in Polish described by the single word mędrzec —meaning ‘a sage’, which even has an echo of the word męski, meaning ‘male’. To say something similar about a woman you have to fudge it, talk around it, paraphrase — a wise old woman. Even so, it sounds grandiose enough to seem suspect. But the word that bothers me the most is mankind. In Genesis, ‘God created them male and female. And he named them “Mankind”.’ In the historical dictionary, a ‘mankind woman’ is a virago, a monster.»



Od razu widać, że ten fragment (w oryginale) dotyczy subtelności i zawikłań w polszczyźnie, które nawet dla rozpracowującej je autorki nie są łatwiutkie do odwikłania. Co dopiero dla tłumaczki. Całkowite zatem zrozumienie dla pierwszego pominięcia i głęboki szacun dla obecnej próby przełożenia anglofonom, co i jak się pulta w polszczyźnie. 


Kilka rozdzialików później pan R. przychodzi z rewelacją: «Znalazłem to słowo – powiedział. – Żeński odpowiednik słowa “mędrzec” to “mądrala”.»


Niby OK, ale czy na pewno "mądrala" to ktoś "mądry i dostojny"? Tak zwyczajnie i od razu? Raczej przy dużej dozie dobrej woli.


Antonia L-J i tym razem nie zrejterowała: 


«‘I’ve found that word,’ he said. ‘The feminine equivalent of mędrzec — a sage — is mądrala.’ It’s from the same root, and yes, in Polish it’s feminine in grammatical form, but it means a wise guy, a smart alec.»


Nietrudno spostrzec, że po polsku są dwa zdania, a po angielsku trzy. I że trzecie dodane. A w pominiętym rozdzialiku "Listy" takich dodanych po angielsku zdań znajduję cztery sztuki. Ciekawy byłby esej o wpisywaniu owych zdań dodanych, gdyby panie OT i AL-J zechciały kiedyś odsłonić trochę tajemnic.


Są zdania dodane, ale nawet i teraz są opuszczone albo przynajmniej ominięte bocznym ślizgiem. Bo na czymś takim: "Ale najbardziej niepokoi mnie słowo “usynowić”, bo nie istnieje “ucórzenie”  – musi się tłumacz pośliznąć, nie ma rady. O ileż łatwiej było pozostać przy męskich skojarzeniach, nawet tak zdradliwych jak gombrowiczowskie: Ojczyna – Synczyzna. Lata temu Carolyn French i Nina Karsov wymyśliły na Synczyznę "Filistria", co po polsku brzmi ryzykownie blisko do "filistra", ale po angielsku idzie wcale z sensem za "filial" (synowski). Gdyby Gombrowicz wymyślił "Córszczyznę", fiknęłyby kozła w pośligu tłumaczki "Transatlantyka".


Być może znajdą się tacy amerykańscy, brytyjscy lub australijscy czytelnicy, którzy widząc dziwaczne słowa z literkami "ź", "ę" i "ą" zechcą je wpisać w jakąś aplikację translatorską, żeby posłuchać jak mają brzmieć. Być może nawet zechcą je samodzielnie na głos powiedzieć. Co do słówka "ucórzenie", to oczywiste, że wcale nie z powodu dziwnych literek "ó"i "rz" Antonia L-J nie skusiła się i nie zmobilizowała do przekładni, nawet mimo obecnej skrupulatności. Po polsku to słowo powstało dopiero co, a i tak nie istnieje, cóż dopiero w środowiskach anglofońskich (i żeby tylko tam), gdzie przez wieki córki  jakby przebywały na uboczu Kosmosu, np. nie brane były pod uwagę w podziale ojcowizny. "Daughtistrii" nawet Szekspir nie wymyślił.


° ° ° 


PS Jeśli Google pokaże istnienie słowa "córszczyzna", to będzie błąd. Ma to być rzekomo miejsce w gminie Kolno, w woj. Podlaskim. W rzeczywistości osada owa nazywa się "Górszczyzna".





środa, 17 grudnia 2025

Sen na ubogo, sen na bogato.


 Edycja bogata, 2025, australijsko-amerykańsko-brytyjska

 

Po półgodzinnym słuchaniu, kiedy miałem już ze czterdzieści kolorowych maziajów – na żółto, na czerwono, na fioletowo, musiałem do fioletu natychmiast dodać zieleń. Fiolet znaczył dotychczas, że w roku 2002 coś wyglądało inaczej, albo że nie było czegoś, co zjawiło się/odmieniło w roku 2025. Więc od czasu do czasu, to tu, to tam maznąłem ćwierć, pół zdanka, ale w końcu musiałem dodać alarmującej zieleni, żeby ostro świeciło w oczy, że w tym miejscu nie o kilka słów chodzi, ale o dwa akapity na szesnaście zdań.


Minęło zaledwie 28 minut słuchania Priyangi Burford, urokliwie czytającej "House of Day, House of Night" czyli "Dom dzienny, dom nocny" w amerykańskim wydaniu; przeszły dopiero cztery rozdziały – The Dream, Marta, S0-And-So i Radio Nowa Ruda, czyli po polsku: Sen, Marta, Taki-a-Taki oraz Radio Nowa Ruda. Do tej pory znalazłem ze czterdzieści mniejszych lub większych różnic, ale nie takich, że na całą stronę książkowego wydania. Przestałem z wrażenia szukać dalej, żeby tę anomalię zanotować.


Co się wówczas zgubiło? – otóż końcówka rozdziału "Radio Nowa Ruda": 


«Dlaczego Taki-a-Taki widzi duchy, a ja nie? - zapytałam kiedyś Martę. 

Marta powiedziała, że dlatego, bo jest w środku pusty. Zrozumiałam to wtedy jako bezmyślność i prostotę. Człowiek pełny w środku wydał mi się bardziej wartościowy niż pusty. 

Potem myłam podłogę w kuchni i nagle pojęłam, co chciała mi powiedzieć Marta. Bo Taki-a-Taki jest jednym z tych ludzi, którzy wyobrażają sobie Boga tak, jakby on stał tam, a oni tu. Taki-a-Taki wszystko widzi na zewnątrz siebie, nawet siebie widzi na zewnątrz siebie, ogląda siebie, jakby oglądał fotografię. Z sobą obcuje tylko w lustrach. Kiedy jest zajęty, kiedy na przykład składa te swoje filigranowe sanie, to w ogóle przestaje dla siebie być, ponieważ myśli o saniach, a nie o sobie. Sam dla siebie nie jest ciekawą rzeczą do myślenia. Dopiero kiedy ubiera się, żeby ruszyć w swoją codzienną pielgrzymkę do Nowej Rudy po paczkę papierosów i tabletki z krzyżykiem, gdy widzi siebie już gotowego w lusterku, wtedy myśli o sobie „on”. Nigdy , ja”. Widzi siebie tylko oczami innych, dlatego tak ważny staje się wygląd, nowa bistorowa kurtka, kremowa koszula, której jasny kołnierzyk stanowi kontrast dla ogorzałej twarzy. Dlatego nawet dla siebie Taki-a-Taki jest na zewnątrz. Nie ma w środku Takiego-a-Takiego nic, co by patrzyło od środka, więc nie ma refleksji. 

Wtedy widzi się duchy. »


W brytyjskim wydaniu powieści z roku 2002 tego fragmentu nie ma – w amerykańsktim wydaniu powieści z roku 2025 ten fragment jest. Tak jak jest w każdej z tuzina, lekko licząc, edycji polskich oryginałów.


Nowy, amerykański Taki-a-Taki to jest So-and-So. Poprzedni, brytyjski Taki-a-Taki to był Whatsisname. Czemu tego nonejma chrzczono dwa razy? Rzecz chyba się wyjaśnia przy pulpetach i pierogach, o czym trochę później.


Nie jest tak, że wydanie tegoroczne zjawia się jako pierwsze w Stanach. Powieść po roku (2003), zdublowano za londyńskim Granta Books (2002) w Northwestern University Press w Evanston w Illinois. Pachnie więc wydaniem elitarnym i na dodatek w aranżacji brytyjskiej. To właśnie wydanie czytam i zamazuję na kolorowo, słuchając Priyangę Burford, czytającą aranż amerykański.


Teraz przyznam, co powinienem właściwie zrobić wcześniej, że opisuję, co widzę z wierzchu, ale nie w głębi, a zatem, po pierwsze – nie wszystko zdołam pojąć, po drugie – nie przegryzę się do szczegółów przedsięwzięcia, co wszystkim wyjdzie na dobre, bo nie mnie dywagować na ślepo o detalach i tajemnicach pracy tłumaczki nad obiema edycjami.


Widoczne różnice zaczynają się od pierwszego zdania: brytyjskie 2002: "The first night I had a dream"; amerykańskie 2025: "The first night I had a static dream." Po polsku: "Pierwszej nocy miałam nieruchomy sen."  Pamiętam, że przed laty, kupiwszy wydanie NUP i przeczytawszy pierwsze zdanie, pomyślałem: "Ostro i ryzykownie zaczęła tłumaczka, pani Antonia Lloyd-Jones". Czemu mi taka bystra myśl zaświtała? Bo mi dzwoniło, że w Stanach bardzo podobne wyrażenie "I have a dream" to nie jest takie sobie byle powiedzonko. Kto nie kojarzy, niech sobie wygugluje, najlepiej w wikipedii. 


Niby tak bystro skojarzyłem, ale nic tu ryzykownego ze strony pani A.L-J – najpierw, jak widać utrzymała polski czas przeszły, pod drugie tłumaczyła dla czytelników brytyjskich. Dlaczego 23 lata później dodała "static", a nie już wtedy? Po pierwsze - nie bardzo wiem, po drugie - ona lepiej wiedziała, czy wyspiarzom tyle wystarczy i czy Amerykanom lepiej jednak ów static dodać. Kto tu pamięta, czy to było "I had" czy "I have"..., a mogą się znaleźć tacy bystrzy, jak ja przed laty, i dopiero byłby cyrk.


Pierwszy, malutki rodzialik pod tytułem "The dream", raptem trzy akapity (w polskiej edycji - jedna kartka) to są, tylko na oko biorąc książkę z 2002 i książkę z 2025, dwa różne rozdzialiki. Odmian małych naliczyłem piętnaście, jedną średnią i jedną sporą, tę mianowicie, że w wersji 2002 nie ma po angielsku zdań: "Żadne z tych śniących ciał nie jest mi bliższe, żadne dalsze. Po prostu na nie patrzę i w ich pogmatwanych sennych myślach widzę siebie..." Niby drobiazg, ale one są i nieźle przełożone w wersji obecnej.


Zdało mi się zatem, że najpierw był "Sen" prawie na ubogo, a teraz jest w pełni na bogato. Co wywołuje nie żadne jakieś tam przekąsy, tylko absolutnie szczery i niezmierny podziw dla translatorskich talentów i perfekcyjnej zawziętości Antonii Lloyd-Jones. Przecież to pasjonujące, jak Ona, Brytyjka po Oxfordzie, przerabiała się na Amerykankę? ile polskiego się nadouczała przez prawie ćwierć wieku? jak Oldze tłumaczyła zrobienie nowej książki tak translatorsko bogatej, że poprzednia wypadnie prawie przaśnie? miały tę przygodę Obie, czy Antonia wyszykowała siurpryzkę? 


"Pierogi" (obok "kielbasa") to było pierwsze polskie słowo, jakie znalazłem w amerykańskim słownictwie, znane wszystkim – od kolesi z czarnego Amsterdamu na Mahnattanie, po ziomków z italskiego Brooklynu. Narratorka "Domu" słuchała sobie po polsku radia Nowa Ruda, obierając ziemniaki albo klejąc pierogi. Ale dla Brytyjczyków w 2002 drugim robiła "meatballs". Po ćwierć wieku, dla Amerykanów, robiła "pierogi" – to jest absolutnie oczywiste, a z drugiej strony znaczy, że rzekoma masówa polskiej emigracji na Wyspach jeszcze się na początku XXI wieku z pierogami do Anglików nie przebiła.


Piszę cały czas "edycja amerykańska", "dla Amerykanów" – a to nie jest prawda, bo nowy "House of Day, House of Night" opublikowano równolegle na Wyspach przez Fitzcarraldo Editions, wydawnictwo bardzo londyńskie. Co oznacza, że już i tu wiadomo, co to są pierogi. 


Czy tylko rozdzialik "Sen", czy aż cała książka jest teraz na bogato wiedzieć będę za następne jedenaście godzin słuchania i mazania kolorami przy czytaniu następnych 280 stronic starego wydania, które po wszystkim ulokuję w lamusach ciekawostek literackich.

Ubogacenie kolorowane 





wtorek, 16 grudnia 2025

O co chodzi z chronobusem...

 



Na obrazie Boscha jedyny przedmiot podobny do maszyny, do skomplikowanego przyrządu pozwalającego czymś manipulować, służącego do regulowania czegoś i do działań tajemnych za pomocą  wyrafinowanego mechanizmu – to drewniana, wysoka konstrukcja. Wygląda, jakby mogła pomieścić kilkanaście osób, choć ten i ów musi wystawać spoza wnętrza, żeby czymś pokręcić, coś poprzesuwać, uregulować akustycznie, czy też wzbudzić wibracyjnie. Jej lokacja w środku malowidła jest jednakowoż wątpliwa.


Przedmiot trochę bardziej namalowany na środku nie wygląda na mechanizm, ale wyraźnie posiada wieloosobowe wnętrze pasażerskie. Istotę konstrukcji kamufluje kształt drzewnego jaja, jakby malującemu chodziło o dalekie skojarzenie z rakietą, samolotem, międzyplanetarnym pojazdem podróżnym, oraz o aluzyjność oczywistą, ale czytelną tylko dla wtajemniczonych z przyszłości, nie dla wspólczesnych. Ci mają widzieć tylko jajo i drzewo.


Który z nich jest właściwą aluzją do chronobusa? Objaśnienie Ijona Tichego w "Podróży dwudziestej" jest więcej niż skąpe:  «...Bosch nie powstrzymał się od niedyskrecji. W “Ogrodzie uciech ziemskich”, w “piekle muzycznym” (prawe skrzydło tryptyku) stoi w samym środku dwunastoosobowy chronobus.»


Od jakiej niedyskrecji? Otóż od prawie wypaplania (ikonicznego w tym przypadku), od ujawnienia, że niejaki Hieronimus Bosch z Den Bosch nad rzeką Maas w Niderlandach, malujący w XV i XVI wieku, to agent Programu TEOHIPHIP z wieku XXVII, programu mającego na celu komputerowe poprawienie historii ludzkości. Uznano w tej dalekiej przyszłości, że człowieczeństwu mającemu «taką masarnię i jatkę w rodowodzie, wstyd pchać się pomiędzy wysokie kosmiczne cywilizacje.»


Dyrektorem zespołu działającego w ramach owego zamierzenia został Ijon Tichy. Było to przedsięwzięcie tak ryzykowne i trudne, że Ijon Tichy z wieku XXVII przeniósł się w czasie w wiek XX, aby własną swoją postać dwudziestowieczną, Ijona Tichego, narratora, opowiadacza tych wydarzeń,  nakłonić prośbą i groźbą do przeniesienia się w wiek XXVII, by ten za niego pokierował TEOHIPHIPem.


Oprócz H.Boscha agentami korygującymi historię byli na przykład wysłannicy P.Latton, Harry S.Totteles czy  H.Omer i cały szereg podobnych (np. A.Donnai lub H.Yobb). Niestety wszystko się rypło i o tym jest opowiadanie pt. "Podróż dwudziesta" w "Dziennikach gwiazdowych".


Chronobus był używany w specyficznych sytuacjach. Służył do przerzucania komandoskich grup tajniaków w newralgiczne obszary czasów ludzkich. Do podróży indywidualnych, powszechnych w programie, służyły osobiste chronocykle. Siadało się na nich jak na rowerze, a ich podłużny kształt przypominał miotłę. 


Lata sześćdziesiąte XXVII wieku, zapewne z powodu popularności programu TEOHIPHIP i rozpowszechnionej mody na ingerencje w czas 

(powstały wówczas takie oto pojęcia:


chronocykliści

telechroniczny

chronotraki

chronomocyjna rewolucja/albo cywilizacja

chronotrakcja

chronomocja

telechronia

czasochroniarze

chronooszuści

chronoligańskie wybryki

chronomutacja

kinochroniczna energia

chronoklazm

chronalna głowica

technokroniczne

chronokolizja

chronoratorium

gigachroniczna energia

chronotraktor

chronołaz

chronobus

chronoalergiści

kryptochronia

chronicja tajna

chronicjanci sekularni

chronociąg)



spowodowały masową produkcję i używanie chronocykli personalnych. Ijon Tichy, jako dyrektor Programu relacjonował:


«Chronocykl indywidualny stanowi rurę z siodełkiem i lejem wylotowym, toteż, zwłaszcza przy niedostatecznym oświetleniu, można go wziąć za miotłę. Różne bezwstydnice wypuszczały się na przejażdżki, najchętniej nocą, by straszyć wieśniaków wczesnego średniowiecza. Mało, że jeździły im lotem koszącym nad głowami, śmiały wyruszać w XIII czy XII wiek w drastycznym dezabilu (topless), cóż więc dziwnego, że brano je w braku lepszych określeń za gołe wiedźmy, pędzące okrakiem na miotłach. Dziwnym zbiegiem okoliczności w śledztwie i wykryciu winnych dopomógł mi H.Bosch, przebywający już na zesłaniu, nie tracił bowiem przytomności na widok byle czasownika, i jak żywych sportretował w swym cyklu “piekielnym”, nie żadnych diabłów, lecz dziesiątki nielegalnych chronocyklistów z towarzyszami, co przyszło mu tym łatwiej, że wielu znał osobiście.»

 


https://solaris.lem.pl/