Jeśli szukać w Sieci opisu spotkania, jakie z Jamesem Joycem zdarzyło się mieć Janowi Parandowskiemu w Paryżu, natrafi się na kilka wersji po angielsku i przynajmniej po jednej niemieckiej i szwedzkiej. Chodzi o wersje podane jako osobne teksty. Po polsku czegoś podobnego nie ma. Wiadomo, że polski tekst ukazał się w trzecim tomie Dzieł wybranych Parandowskiego w roku 1957. Internet tu po nic. Tam czy owam są cytaciki z paryskiego wspomnienia i ogólna informacja, że oryginału trzeba szukać w tygodniku "Odrodzenie" w roczniku 1948. Jak trzeba to trzeba – dwie biblioteki cyfrowe udostępniają płachty starego czasopisma. Jakby ktoś chciał sam sprawdzić, podaję dane dokładne: tygodnik "Odrodzenie", 1948, nr 32, str. 3.
Z powyższych powodów wspomnienie Parandowskiego jest tu w całości poniżej. Bardzo możliwe, że gdyby przeglądnąć tysięczne rozprawy o JJ znalazłoby się niepolskie echa tej rozmowy, skoro wcale nie szukając, natrafiłem na jej przywołanie w biografii Joyce'a, napisanej przez Ednę O'Brien. Irlandzka autorka uznała, że do jej drobiazgowego, wścibsko skomponowanego życiorysu mistrza trzeba wpisać między inne sensacje spotkanie Jana Parandowskiego z autorem "Ulissesa". W rozdziale o tej powieści przytoczyła fragmencik, gdy James kieruje do Jana "dumne słowa", że gdy podczas wojny upadały cesarstwa, królowie szli na wygnanie, on tworzył dzieło "dla najdalszej przyszłości".
Mniej więcej w połowie tekstu Parandowskiego podkolorowałem akapit, bo w tym miejscu powinien być fragment ze św. Augustyna, zacytowany przez Joyce'a, ale pan Jan nie zapamiętał go dokładnie i przyznał, że nie wiedziałby, gdzie szukać. Nie jest jasne z opisu, czy ten cytat dotyczył wzmianki Irlandczyka, że jego "Ulisses" jest "epopeją ciała", czy wzmianki, że "wcześniej umiano przepowiadać zaćmienie słońca, zanim się dowiedziano, w jaki sposób krew krąży w naszym ciele". Parandowski uznał, że cytując Augustyna, Joyce podał "argument dla jego myśli" – dla którejś z tych dwóch, rzecz jasna.
Nie jestem znawcą pism Augustyna, ale dziś elektronika zastępuje erudycję, więc z ciekawości, co też Joyce mógłby wyrecytować Parandowskiemu, spróbowałem elektronicznie znaleźć w pismach filozofa z Hippony fragmenty o zaćmieniu i o ciele, które w restauracji paryskiej były słyszane. Żeby nie robić bałaganu, wklejam je pod wspominkiem Parandowskiego. Może któryś z nich wygłosił Joyce, a może całkiem inny. Gdyby mi ktoś powiedział jeszcze wczoraj, że ten krótszy to cytat z samego Jamesa Joyce'a, uwierzyłbym.
Teatr Jouveta dziś
Jan Parandowski
Spotkanie z Joycem
Niewiele krajów zdobyło się na przekład „Ulyssesa" Joyce'a, wszędzie zaś gdzie się ukazało to niesamowite dzieło, było ono od razu zdarzeniem literackim, podniecającym i burzliwym. Przeżyłem taki moment jesienią 1946, pod koniec mojego pobytu w Szwecji. Przekład ukazał się nakładem Bonniersa, który wydaje również jedyne godne tej nazwy czasopismo literackie, raczej magazyn, BLM. Redakcja zwróciła się do mnie z zapytaniem, czy nie zechciałbym napisać paru stronic o „Ulyssesie" lub Joyce'ie. Wtedy odtworzyłem sobie w pamięci jedyne spotkanie ze znakomitym Irlandczykiem i rozmowę, bodaj najciekawszą i najważniejszą z tych, jakie mi się zdarzyło prowadzić z pisarzami naszego czasu – wspomnienie trochę przyćmione, jak stara fotografia i przez to jeszcze bardziej pociągające.
Napisałem je po francusku, na szwedzki zaś przełożyła Marika Sternstedt, znakomita pisarka, której imię jest znane w Polsce i jako autorki i jako naszej wielkiej przyjaciółki, połączonej z nami krwią swoich przodków. Dziś, porządkując papiery, odnalazłem te kartki w mojej teczce z podróży i myślę, że chociaż nie prędko znajdzie się u nas tłumacz „Ulyssesa", postać Joyce'a, którego nowele i "Portret młodego artysty" są znane, ma dość wyraźne rysy w wyobraźni czytelników, by podzielić się z nimi tym wspomnieniem.
Było to w roku 1937, w Paryżu, Joyce przyszedł na jedno z zebrań plenarnych kongresu PEN, które odbywały się w teatrze Jouveta. Na scenie był stół prezydialny i trybuna dla mówców. Wchodząc po schodkach z widowni na scenę, Joyce chwiał się na każdym stopniu, raz byłby upadł, gdyby go ktoś nie podtrzymał w ostatniej chwili.
– Jest już niemal ślepy – szepnął jeden z moich sąsiadów.
Joyce skorzystał z naszego kongresu, aby oskarżyć cenzurę, która prześladowała „Ulyssesa". Nie mogąc sam czytać, oddał swój referat, jeśli się nie mylę, jednemu z delegatów irlandzkich, sam zaś usiadł w rogu stołu prezydialnego i towarzyszył czytaniu swej prozy rytmicznym uderzaniem palcami po czerwonym suknie. Były to przygody jego dzieła.
Wydane w Paryżu przez firmę Shakespeare and Co (uderzyło nas to, jak zbyt wyszukany, pretensjonalny symbol) w tysiącu numerowanych egzemplarzy w tym samym roku jesienią ukazało się w 2000 egzemplarzy w Londynie nakładem równie dziwnej firmy, zdaje mi się, Egoist Press. Z tego wydania 500 egzemplarzy wysłano do Ameryki, lecz władze pocztowe Nowego Jorku spaliły wszystko, oprócz jednego egzemplarza, zachowanego w archiwum urzędu. Ten sam los spotkał trzecie wydanie – 500 egzemplarzy numerowanych, które spalono na rozkaz Customs Authorities. To epizod Nauzykai tak rozdrażnił policję obyczajową. Lecz najbardziej oburzało Joyce'a wydanie „skrócone" bez jego zezwolenia i za które nie otrzymał ani centa.
Amerykańscy delegaci słuchali zawstydzeni, triumfował zaś Marinetti, który chwilę przedtem siedział markotny, gdy poważny Guglielmo Ferrero, znakomity historyk, mówił o paleniu jego książek przez faszystów. Joyce po skończonej lekturze odebrał swoje kartki, schował do kieszeni i zeszedł ze sceny, szukając po omacku drogi na przyćmioną widownię. Siedząc z kraju w drugim rzędzie, pospieszyłem podać mu rękę i wskazać wolne miejsce. Lecz on szepnął, że chciałby wyjść z sali i oparł się na moim ramieniu. Zapytałem czy jest tu ktoś, kto się nim opiekuje.
Machnął ręką w stronę drzwi, z których właśnie wyszliśmy, i przyspieszył kroku z werwą chłopca, wyrywającego się na wagary. Na ulicy obrócił się ku mnie porywczo:
– Z pańskiego akcentu poznaję, że nie jest pan Francuzem. Kto pan jest? Nie mogę zgadnąć.
Ostatnie słowa powiedział z jakąś nerwową niecierpliwością, ale, skoro zaspokoiłem jego ciekawość, wymieniając swoje nazwisko i kraj, przyjął to do wiadomości z całkowitą obojętnością. Zatroskał się natomiast, czy nie mam ochoty wrócić na salę obrad. Oczywiście, wolałem jego towarzystwo, tak niespodziane. Parę minut szliśmy w milczeniu. Chcąc je przerwać nie znalazłem nic lepszego jak to, aby zapytać człowieka o tak przygasłym wzroku, czy nie zauważył, że na scenie były dekoracje do „Elektry" Giraudoux, którą właśnie grano.
– Nie. I powiem panu od razu, Giraudoux mało mnie interesuje.
– A jednak to mistrz prozy francuskiej.
– Szkoda, że nie pisze wierszem. Łatwiej by się zdemaskował, Giraudoux należy do przebrzmiałej szkoły poetyckiej tzw. rhétoriqueurs i na próżno oczekuje swojego Du Bellaya i swojego Ronsarda, aby się odrodzić. Nigdy nie spotkałem pisarza, który by był równie błyskotliwym nudziarzem.
To jasne: autor „Ulyssesa" nie mógł lubić autora "Elpenora", więc zaczęliśmy mówić o "Odysei". Gdy powiedziałem, że czytam ją niemal codziennie, przyjął to z z życzliwym pomrukiem, lecz natychmiast:
– Pan też z pewnością uważa, że posłużyłem się nią w sposób nikczemny?
Zanim zdążyłem odpowiedzieć, Joyce wprowadził mnie do małej restauracyjki, której niestety nie umiałbym dziś odnaleźć.
– Podają tu mniej więcej prawdziwe Orvieto – rzekł.
Musiał tu bywać częściej, ponieważ od razu znalazła się na stole butelka w plecionce i talerzyk biskwitów. Joyce podniósł kieliszek do swoich biednych oczu, błękitniejących poza grubymi okularami. Przez pewien czas mówiliśmy o mieście Orvieto, o jego katedrze, o jego ciszy, jakby utkanej z dźwięku dzwonów.
– Tam niektóre kamienie, gdy się je uderzy, wydają dźwięk dzwonu.
– Zauważył pan to – rzekł, zadowolony, jakbym mu pochlebił.
Długo nie opuszczaliśmy Włoch. Mówił o nich serdecznie. Przeżył tam szczęśliwe lata, Zdaje mi się, że jego żona była Włoszka i dzieci nosiły imiona włoskie. Wędrując wśród wspomnień, przeszedł z francuskiego na włoski, który brzmiał bardziej naturalnie w ustach starego tenora. Zamilkł, potem znów wrócił do francuszczyzny i do "Odysei". Zdumiał mnie erudycją. Znał nie tylko główne dzieła filologów, archeologów, historyków, ale nawet drobniejsze rozprawy, o ile przynosiły coś niezwykłego. Przede wszystkim jednak znał samą "Odyseję".
Roztrząsał drobiazgi i szczegóły, te okruchy, na których promień geniuszu zawisa, jak malutka tęcza na rosie rannej, wydobywał znamienne rysy ze słów pozornie zwyczajnych. Słuchałem go z rozkoszą.
– To dziwne – rzekłem – że zachował pan tak wdzięczne wspomnienie z książki, która była dla pana odskocznią dla własnego dzieła.
– Dlaczego?
– Bo zwykle po ukończeniu długiej pracy odrzuca się z przesytem, może i pewnym niesmakiem wszystko, co nam służyło za materiał, a niekiedy i samo dzieło budzi niechęć.
– Możliwe, ale u mnie się to nie zdarzy. Pracowałem nad „Ulyssesem" osiem lat, w gruncie rzeczy jednak jest to dzieło całego życia.
Zamówił drugą butelkę, a gdy się znalazła na stole, Joyce ożywił się, poweselał i rozgadał.
– Mówi pan, że czytał pan „Ulyssesa" po francusku. To niezły przekład, sam nad nim czuwałem, lecz tylko oryginał angielski jest autentykiem.
– Jak zawsze.
– Ale bardziej w tym wypadku. Ach, jakie to było piękne: wstać wczesnym rankiem, o piątej, i wejść w mgłę mojej rodzącej się epopei, jak niegdyś Dante wchodził w swoją selva oscura, selva selvaggia! Słowa trzeszczały mi w głowie, obrazy cisnęły się tłumnie, jak cienie u wejścia do podziemia, gdy Ulisses tam zasiadł, czekając na duszę Teirezjasza. Większą część dzieła napisałem podczas wojny. Walczono na wszystkich frontach, cesarstwa upadały, królowie szli na wygnanie, stary porządek zapadał się z trzaskiem, a ja, siadając do pracy, miałem pewność, że pośród tych wszystkich ruin buduję coś dla najdalszej przyszłości.
Te dumne słowa powiedział tak spokojnie i naturalnie, jakby szło o prostą i banalną oczywistość.
– Tak. Stworzyłem epos naszej ery, a duch Homera był zawsze przy mnie, aby mnie wspierać i zachęcać. Myślę, że mi się to zdarzyło po raz pierwszy, albowiem nie mogły go zajmować te wszystkie mdłe naśladownictwa jego epopei, które uważało co drugie pokolenie za swój obowiązek, Poeci dawali się ciągnąć na poematy epickie, jak na szafot – z bohaterstwa, z poświęcenia, z tchórzostwa.
Joyce podsunął sobie szklankę pod same oczy i trzymał ją dobrą chwilę, jakby się wpatrywał w grę złotych ździebełek migocących w cudownym soku umbryjskiej ziemi.
– Wiele się mówi o moim stosunku do Homera. Jest on prosty. Wziąłem "Odyseję", jako zarys, plan, w pojęciu używanym przez architektów, a może i więcej, jako rozłożenie fabuły, i szedłem wiernie aż do najdrobniejszych szczegółów...
– To właśnie najbardziej mnie dziwi
– Dziwi? – Joyce uniósł się. – To chyba się przesłyszałem, kiedy pan mówił, że tak pan uwielbia "Odyseję". Przecież to niezrównana konstrukcja i trzeba być niemieckim osłem, aby w niej widzieć robotę wielu autorów. Jedyna kompozycja: zarazem bajka i wszechświat. Tego się nie da drugi raz wymyślić, wziąłem wiec kompozycję Homera i w jej ramach umieściłem swoich poczciwców z ich duszą i ciałem. Ciałem. „Ulysses" jest bardziej epopeją ciała niż ducha ludzkiego.
– To jest może nawet zbyt widoczne...
Strzepnął niecierpliwie ręką.
– Wiecznie to samo. Zbyt długo studiowano gwiazdy, zaniedbując wnętrzności człowiecze. Na wiele wieków wcześniej umiano przepowiadać zaćmienie słońca, zanim się dowiedziano, w jaki sposób krew krąży w naszym ciele.
Tu zacytował długie zdanie św. Augustyna, które wyglądało na argument dla jego myśli. Niestety, nie umiałbym dziś ani powtórzyć tej cytaty, ani jej odnaleźć w pismach Ojca Kościoła. Wtedy zaś okazałem lekkie zdziwienie, że taki autor mieści się w jego lekturze.
– Przestanie się pan dziwić, jeśli panu powiem, że wychowywałem się u Jezuitów. A co do ciała, studiowałem medycynę tutaj, w Paryżu. Jest to w moim sercu drugie miasto po Dublinie. Dublin! Uczyniłem go światem przygód w moim "Ulyssesie". Jak tamten po Morzu Śródziemnym, tak ten po moim mieście wędruje, od łóżka do łóżka, przez ulice, biura, kawiarnie, restauracje, dom publiczny, i ma swoich umarłych, swoje czarodziejki.
Piękny uśmiech pojawił się na jego wąskich prostych ustach:
– Mam nadzieję, że na podstawie mojej książki będzie można za tysiąc lat odtworzyć Dublin taki, jakim był na początku XX wieku.
Mocno mnie to zdziwiło, bo przecież w ,,Ulyssesie" nie ma wcale dokładnego opisu ani ulic ani domów; te, które Leopold Bloom spotyka na swej drodze, są zaledwie wymienione.
– Liczy pan więc na komentatorów – rzekłem – na tych cierpliwych erudytów, którzy odtwarzać będą Dublin na podstawie pańskiej książki, jak dziś odtwarzają Troję, i tak samo fantastycznie.
Lecz już mnie nie słuchał. Po chwili zażądał nagle, bym powiedział jakiś wiersz polski. Zaskoczony, nie od razu zabrałem się do deklamacji.
– Eh bien – zniecierpliwił się – chyba umie pan coś na pamięć?
Czy chciał mnie ośmielić, czy też potrzebował wejść w cudzy rytm, sam zaczął mówić. Była to stronica ,,Hérodias" Flauberta – taniec Salome. Fraza flaubertowska w jego interpretacji brzmiała wspaniale, trzymał ją na pełnym oddechu i łamał nagle tym krótkim ostrym słowem, którym kończą się u Flauberta wielkie, obrzmiałe zdania.
Zapytałem go, czy tak samo jak na mnie działa nań ostatnie zdanie z „Hérodias" z opisu, jak uczniowie niosą głowę św. Jana: "Et comme elle élait très lourde, ils la portaient alternativement"
– Admirable! – zawołał. – I raz jeszcze sam powtórzył to zdanie.
Ale jak! W chropawym rytmie był naprawdę trud twardej skalistej znojnej ścieżki.
W końcu sięgnąłem do swojej pamięci. Recytowałem parę sonetów krymskich, fragment z "Pana Tadeusza", parę strof „Króla Ducha". Wsparł na dłoni swe wielkie czoło, ucho ku mnie nakłonił i słuchał żarliwie. Gdy przestałem mówić, milczał dłuższą chwilę, potem zapytał o znaczenie wyrazów, które mu zostały w pamięci.
Powtórzył je kilka razy, starając się o dobrą wymowę.
– Jaką tajemnicą jest ludzki język! Ile odmian! Co za boska harmonia wsród dysonansów! Może pan słyszał, że piszę teraz rzecz...
– The Work in Progress,
– Tak. Nie ma jeszcze tytułu. Opublikowałem kilka urywków to wystarczyło, aby wielu krytyków doszło do przekonania, że ostatecznie zwariowałem, co mi zresztą lojalnie przepowiadano od lat. I być może jest to szaleństwo miażdżyć słowa, aby wydobyć z nich substancję, albo znów przeszczepiać jedne na drugie, krzyżować i tworzyć nieznane odmiany, otwierać słowom nieprzeczuwane możliwości, kojarzyć dźwięki, którym nie dano się spotkać, mimo że były dla siebie przeznaczone, pozwolić wodzie odezwać się po wodnemu, ptakom wświegotać się w słowa, które o nich mówią, wszystkie szmery, szumy, chrzęsty, swary, wrzaski, trzaski, świsty, zgrzyty, bulgoty wyprowadzić z ich podległej, wzgardzonej roli i osadzić na czułkach wyrazów, które po omacku szukają określenia rzeczy nieokreślonych. Wziąłem dosłownie hasło Gautiera: "Linexprimable n'existe pas". Tą miazgą dźwięków buduję wielki mit potocznego życia.
Po chwili dodał:
— Może się to skończy niepowodzeniem, krachem albo „katastrofą“, jaką Virginia Woolf widziała już w „Ulyssesie“, a może to moje dzieło, samotne i opuszczone, jak świątynia bez wyznawców, pozostanie w historii wieku...
Nie dokończył swych dumnych refleksji. I ja nie mogłem się zdobyć na nic, co by go w nich podtrzymało. Znałem parę fragmentów "The Work in Progress", które mi pokazał Louis Gillet, komentując je arcyciekawie. Aż do tego dnia, aż do owej pamiętnej rozmowy, byłem bliski mniemania, że jest to utwór maniaka, chociaż bronię się zawsze przeciw takim sądom w literaturze. Zdumiewający bełkot, jakby spod wieży Babel, sabat języków, gdzie słowa wiążą się w związki jakiejś niesamowitej sodomii lingwistycznej — oto co mi zostało w pamięci. Nawiedzał mnie smutek na myśl o wyczerpującym uporczywym trudzie, który Joyce włożył w książkę, nie mającą innych szans u współczesnych i potomności, jak sławę genialnego kaprysu. W rzeczywistości bowiem „Fennigan‘s Wake“, jak się dziś ten utwór nazywa, z chwilą, gdy zabrakło autora, stracił jedynego czytelnika, zdolnego go zrozumieć, cieszyć się nim w jasnych szczegółach, a nie tylko w mglistym domyśle.
Któryż pisarz nie zaznał pokusy, by zakłócić ład języka, pomieszać jego prawa, wyrwać go z granic, narzuconych mu przez nieśmiałych, ciemnych przodków? Czyż muszą wystarczyć trzy osoby zaimków i trzy stopnie przymiotników? Czyż nieodmienne części mowy nie mogą nigdy zakosztować fleksji? Futuryści łamali sobie nad tym głowę, inni poprzestawali bodaj na odrzuceniu interpunkcji, która też kiedyś była wielką innowacją. W „Ulyssesie“ jest trzydzieści bitych stron bez interpunkcji. Lecz Joyce — poliglota oddał się większym pokusom z całą namiętnością dla dźwięków, które ziemia i niebo kojarzą w niezliczone wariacje pośród ras i narodów. Na całe lata osiadł wśród raf i skał, gdzie niejeden promień czaru oświetlił rozbitka, ponieważ był on wielkim poetą, ale było to niewątpliwie rozbicie. Jego ostatnie dzieło wydaje mi się strzaskanym statkiem, nie zdolnym przekazać nikomu swojego posłania. Ta olbrzymia szarada sprzeciwia się boskim i ludzkim prawom języka, jako środka porozumienia między duszami, zamkniętymi w swych myślach i marzeniach.
Taką mniej więcej treść miało milczenie, z którego nie mogłem się ocknąć. Joyce wyglądał na znużonego. Zapłacił, wyszliśmy, zawołałem mu taksówkę.
— Jeśli — rzekł, podając mi rękę — miałby pan ochotę opisać naszą rozmowę, liczę się zawsze z takim faktem, proszę nie ogłaszać tego, dopóki żyję. Byłoby to niedyskretne. Po mojej śmierci nic już nie szkodzi, wejdzie to w skład erudycji, która mnie już nigdy ze swych rąk nie wypuści. Au revoir.
Nigdy go więcej nie widziałem, umarł kilka lat temu podczas wojny, zdaje mi się, że nie miał ponad sześćdziesiąt lat. Dotrzymałem słowa i spisując teraz to dalekie wspomnienie, zdaje mi się jakbym dorzucał przyczynek do olbrzymiego komentarza, który narasta dokoła jego osoby i dzieła.
(pisownia oryginalna)
° ° °
Augustyn
Z Augustyna:
1.
“Kto zdoła pojąć, jak to naprawdę jest? Ciężko się trudzę, o Panie, na tym polu, którym ja sam dla siebie jestem. Stałem się dla siebie polem kamienistym: gdy się je uprawia, pot zalewa oczy. Nie badam teraz szlaków nieba, nie wymierzam odległości między gwiazdą a gwiazdą, nie próbuję odkryć, w jaki sposób Ziemia wisi w przestrzeni. Siebie badam, swoją pamięć, swój umysł. Nic dziwnego, że to, co nie jest mną, jest ode mnie odległe. Ale cóż mi może być bliższe niżeli ja sam sobie?”
2.
“...filozofowie nie odnaleźli jeszcze Tego, który jest Panem świata. Albowiem wielki jesteś, Panie, i na to, co niskie, patrzysz, a to, co wysokie, z daleka poznajesz. Zbliżasz się tylko do tych, którzy mają serca skruszone, a pyszni Ciebie nie znajdują, choćby swoim wszędobylskim doświadczeniem zliczyli gwiazdy i ziarnka piasku morskiego, choćby wymierzyli tory konstelacji i zbadali szlaki planet. W takich dociekaniach posługują się rozumem i talentami, które Ty im dałeś. Dzięki temu dokonali licznych odkryć i na wiele lat naprzód zapowiedzieli zaćmienia Słońca i Księżyca, podając, w jakim one nastąpią dniu, o jakiej godzinie i czy będą całkowite czy częściowe. Nie omylili się w obliczeniach i wszystko tak się działo, jak zapowiadali. Zapisali zasady, które odkryli i które możemy dziś odczytać. Na tej podstawie można teraz przepowiadać, w jakim roku, w jakim miesiącu, w jakim dniu i o jakiej godzinie nastąpi zaćmienie Księżyca albo Słońca i jaki będzie stopień tego zaćmienia. I tak się stanie, jak przewidujemy.
Umiejętności takie są przedmiotem trwożnego zadziwienia dla ludzi, którzy nie znają ich podstaw. Są też przedmiotem wielkiej dumy tych, którzy się na tym znają. Popadają ci ludzie w bezbożną pychę, w cień oddzielający ich od światła Twego. Na tak długi czas naprzód przewidują zaćmienie Słońca, a swojego aktualnego zaćmienia nie dostrzegają. Nie potrafią bowiem pobożnie zastanowić się nad tym, skąd mają zdolność do badania owych zjawisk. A nawet wtedy, gdy odkrywają, że Ty ich stworzyłeś, nie oddają się dobrowolnie w Twoje ręce, abyś strzegł tego, co stworzyłeś, ani nie zabijają siebie takich, jakimi siebie uczynili, w ofierze dla Ciebie. Dumnie wzbijają się w górę jak ptaki; w nienasyconej ciekawości penetrują, jak ryby, zakamarki otchłani; w rozkoszach tyją jak bydło na łące.”
Św. Augustyn "Wyznania", tł. Z. Kubiak. Znak, 2018.


