wtorek, 16 września 2025

Gilgamesz

 



Ci, którzy rozszyfrowują tajemnice glinianych tabliczek z klinowo zapisanym poematem o Gilgameszu twierdzą, że na powyższej skorupce są znaki 𒁹𒀭𒌍𒋾𒀀𒅆, które czytać trzeba "Sin-leqi-unninni" i że to jest zapis imienia, albo nawet osobisty podpis mędrca-kapłana, który poemat zapisał. To znaczy – odtworzył tekst z wcześniejszych zapisów, dodał prolog i inne fragmenty, a przede wszystkim opowieść o potopie – tym słynną, że znacznie wcześniejszą od biblijnej. Jedni powiadają, że Sin-leqi-unninni żył między rokiem 1300 a rokiem 1000 przed naszą erą – inni, że może nawet 1600 lat p.n.e.

Poemat, który powstał długo przedtem – może nawet pięćset lat wcześniej – przezeń zredagowany, znalazł się cztery wieki później w bibliotece króla Aszurbanipala. A tę "bibliotekę", czyli stertę glinianych tabliczek (około 30 tysięcy sztuk) odkryli archeolodzy w wykopaliskach w Niniwie w roku 1849. 

Sin-leqi-unninni, zapewne mezopotamski uczony, może wróżbita, może lekarz, na pewno skryba i ówczesny intelektualista –  jeszcze przed naszą erą był postacią tak legendarną, że mówiono, iż był doradcą samego Gilgamesza, króla-herosa jeszcze bardziej legendarnego.

Wielu uczonych twierdzi dziś, że na pewno nie był autorem poematu, znanego jako "Gilgamesz", a niektórzy otwarcie powiadają, że to jest poemat bez poety. Zrozumiała jest ostrożność uczonych, ale  przypuszczam, że ta teza się nie przyjmie i populistyczna tradycja przypisze autorstwo dzieła tajemniczemu Sin-leqi-unninni. To on najpewniej podzielił całość na dwanaście części, na tylu tabliczkach ją zapisując. Jest powszechna zgoda, że to on dodał fragment o potopie, ale nie ma pewności, czy tylko na zasadzie kompilowania różnych tekstów, czy jako efekt samodzielnego zapisania starej legendy. 


° ° ° 

 

Opowieść o Gilgameszu

z kilku wersji angielskich skompilowana

przez BK

w roku 2019



PRZYGODY GILGAMESZA


w jedenastu odsłonach





Mówi skryba Sin-leqi-unninni.



Ten, który do źródeł wszelkiej wiedzy dotarł, to Gilgamesz. To on poznał wszystkie ludzkie uczucia, od królewskiej dumy do nędznego strachu, od zachwytu po rozpacz. To jemu objawiono boskie tajemnice, sekretne miejsca, dzieje pradawne, aż do dni sprzed Potopu. O nim opowiem.


To on, Gilgamesz,  ruszył tam, gdzie kres ma nasz glob i skąd wrócił bez sił, ale cało. Uwiecznił w epigrafach, swoje wędrówki, trudy i zmagania, odbudował boską Świątynię Eanny i otoczył Uruk tak masywnym murem, że równego nie ma w miastach na ziemi. Zobacz – wieże obronne błyszczą, jak w słońcu lśniąca miedź. W nich kamień schodów starszy jest niż sobie wyobrażasz. Zbliż się do Świątyni Eanny, oddanej bogini Isztar,  żaden król nie ma równie pięknej. Przejdź po murze wokół Uruk, sprawdź fundamentów potęgę, mistrzostwo murarskiej roboty, zobacz jakie otacza bogactwo: palmy, ogrody, sady, wspaniałe pałace, świątynie, sklepy i targowiska, domy, place publiczne. 


Znajdź kamień węgielny i pod nim cedrową skrzynkę, znaczoną jego imieniem. Odemknij zamek z brązu. Uchyl pokrywę. Wyjmij lapisową płytkę i z niej przeczytaj o Gilgameszu, który to wszystko zbudował.


Dzieje, które opowiadam, podpisuję swoim imieniem.

                                                              Sin-leqi-unninni


 


Skryba, lekarz, wróżbita, autor(?) "Gilgamesza

 

Ta ilustracja i podobne w stylu: Marek Żuławski


 

PRZYGODA PIERWSZA


Szaleństwo Gilgamesza i stworzenie Enkidu.



Górujący ponad królami, potężniejszy i większy od wszystkich, niepohamowany, wspaniały, wśród mężów jak dziki byk, niezwyciężony przywódca, bohater w boju, kochany przez żołnierzy – nazywają go twierdzą, opiekuńczy dla ludu, a jak szalejąca powódź dla wrogów – w dwóch trzecich boski i w jednej trzeciej człowieczy, syn króla Lugalbandy, syn bogini Ninsun. To on otworzył przełęcze, wykopał studnie na zboczach, przebył rozległy Ocean, płynąc ku słońcu na wschód w podróży na koniec świata, szukając wiecznego życia, aż znalazł Utnapisztima – człowieka, który przeżył Potop i stał się nieśmiertelny. To Gilgamesz przywrócił pradawne obrzędy zapomniane, odbudował świątynie Potopem poniszczone, odnowił statuty i sakramenty dla dobra ludu i świętych ziem.  Któż jest jak Gilgamesz? Jaki inny król wzbudza taki podziw? Kto jeszcze może powiedzieć: „Ja sam rządzę, najwyższy wśród ludzi”? Bogini Aruru, matka wszelkiego stworzenia, nadała kształt jego ciału, czyniąc go najsilniejszym z ludzi – wielkim, pięknym, promiennym, doskonałym.


Gilgamesz

 

Miasto Uruk jest jego własnością. Nie ma dla niego rywala, lecz mądrzy starcy mówią, że oszalał, bo wciąż nie spłodził potomka. Przez ulice przebija się z pogardą, z furią depcząc mieszkańców jak byk. Jest królem, więc robi, co chce, ojcu zabiera syna i poniewiera nim, dziewczynę wydziera matce i hańbi, córkę wojownikowi, narzeczoną młodemu pohańbia, nikt nie śmie przeciwstawić się mu. Zawołali do nieba ludzie z Uruk, a ich lament wysłuchali bogowie, a że nie są nieczuli i dotknął ten żal ich serc, więc udali się do Anu, ojca wspólnego, strażnika świętego królestwa Uruk, i mówili w imieniu ludu: „Ojcze Niebieski, Gilgamesz – choć szlachetnego stanu, wspaniały – przekroczył wszystkie granice. Ludzie cierpią, bo stał się tyranem, krzyczą ku nam, że ojcu zabiera syna i poniewiera nim, dziewczynę wydziera matce i hańbi, córkę wojownikowi, narzeczoną młodemu pohańbia, nikt nie śmie przeciwstawić się mu. Czy chcesz, aby twój król tak rządził? Czy ma pasterz na stado napadać? Ojcze, szybko coś uczyń, nim ludzie przytłoczą niebo swymi rozpaczliwymi szlochami.”


Anu wysłuchał ich, skłonił głowę, a potem zawołał matkę wszelkiego stworzenia: – Aruru, tyś jest ta, co ludzi stworzyła. Teraz więc stwórz sobowtóra, drugie ja Gilgamesza, co dorówna mu siłą, odwagą i burzliwością serca. Stwórz nowego herosa, niech będzie mu podobny we wszystkim, i niech pokój powróci do Uruk.


Wyobraziła sobie Aruru postać mężczyzny-wojownika. Zwilżyła dłonie, sięgnęła po bryłę gliny, rzuciła na pustynię i ugniatała, kształtując według boskiego zamysłu kształty herosa: Enkidu. Lepiła tak, aby był potężny, jak bóg wojny Ninurta, odważny i dziki tak samo. Kudłami miał obrośnięte ciało, a włosy mu z głowy zwisały, jak u bogini Nissaba, po pas. Przemierzał pustkowia nagi, z dala od miast i od ludzi, z gazelami żywił się trawą, spragniony pił wodę ze źródeł, klękając obok antylop.



 

Pewien młody myśliwy zobaczył go przy wodopoju pijącego ze zwierzętami. Serce w człowieku zadrżało, a twarz jego całkiem zbielała, nogi mu się ugięły i zdrętwiał z przerażenia. To samo się zdarzyło drugiego i trzeciego dnia. Strach go przewiercił na wskroś, krew odpłynęła z twarzy, tak, że młody myśliwy wyglądał, jak ktoś powracający z zaświatów.


Przestraszony poszedł do ojca. 

– Ojcze, widziałem dzikiego człowieka w stepie przy wodopoju. Musi to być najsilniejszy człowiek na całym świecie, mięśnie ma jakby ze skały. Widziałem, jak wyprzedzał w gonitwie najszybsze gazele. Żyje wśród nich, zjada trawę, a kiedy jest spragniony, pije wodę ze źródeł na stepie. Bałem się zbliżyć do niego. Zasypuje moje doły-pułapki, niszczy sidła, które zastawiam, a zwierzęta schwytane uwalnia, nie mogę tam nic upolować. Nie mogę zdobyć jedzenia.


– Synu, żyje w Uruk człowiek imieniem Gilgamesz. To król tego miasta, najsilniejszy na świecie, o mięśniach, jak mówią, ze skały. Do Uruk wyrusz, idź do Gilgamesza, opowiedz jemu, co się w stepie stało, a potem działaj zgodnie z jego radą. On będzie wiedział, co tu zrobić trzeba. 


Udał się młodzieniec w podróż, stanął przed Gilgameszem w samym środku miasta i opowiedział, co się w stepie stało. I odrzekł król: – Idź do świątyni Isztar, zapytaj tam o kobietę o imieniu Szamhat, jedną z tych świętych kapłanek, które oddają swe ciała mężczyznom, aby czcić boginię. Zabierz ją na pustynię. Kiedy zwierzęta przyjdą pić do wodopoju, powiedz jej, niech zdejmie szatę i położy się naga, gotowa, z rozłożonymi nogami. Dziki człowiek podejdzie. Niech ona wtedy zrobi użytek ze swej sztuki miłosnej. Natura dokona reszty, a potem zwierzęta, które go znały, tak się go bać będą, że go na zawsze opuszczą.



 

Odnalazł  myśliwy Szamhat,  kapłankę  bogini  Isztar  i  w  step  razem powędrowali. Prowadzili muły przez trzy dni podróży. Trzeciego dnia doszli do wodopoju. Czekali. Minęły dwa dni i zwierzęta przyszły pić wodę źródlaną. Dzień później z samego rana przyszedł Enkidu i ukląkł wśród antylop i gazel, by napoić się czystą wodą. Kapłanka i myśliwy patrzyli nań urzeczeni. Dzikus był wielki i piękny. Szamhat poczuła, że pożąda dzikiego olbrzyma, poczuła to w biodrach. Szybciej zaczęła oddychać. 


– Spójrz, – powiedział myśliwy – to on. Teraz użyj swej sztuki miłosnej. Zdejm szatę i ułóż się naga z rozłożonymi nogami. Gdy zacznie ciebie pożądać, dotykaj go i podniecaj, odbierz mu oddech całując, by poznał, jak potrafi w rozkoszy dogodzić kobieta. A potem zwierzęta, które go znały, tak się go bać będą, że na zawsze go opuszczą.


Cywilizowanie Enkidu 

Zdjęła kapłanka szaty i ułożyła się naga, nogi rozwierając. Zobaczył ją Enkidu i ostrożnie zbliżał się do niej. Doszedł do niego jej zapach. Wpatrywał się w nią oczu nie odrywając i jej wdzięki go zachwyciły. Gdy podszedł blisko, Szamhat dotknęła jego ud, ujęła jego penisa i wsunęła w siebie. A gdy użyła swej miłosnej sztuki, oddech mu odebrała całując. W niczym go nie powstrzymywała, by poznał, jak potrafi w rozkoszy dogodzić kobieta. Siedem dni trwała jego erekcja, i póty byli w miłości, póki się nie zaspokoił. Wreszcie wstał i poszedł do źródła, chcąc odejść ze zwierzętami, lecz uciekły na jego widok gazele, rozbiegły się antylopy i jelenie pomknęły w step. Próbował je dogonić, lecz tak był wycieńczony, tak mu drżały kolana, jakby zeń siła życiowa odeszła, i nie mógł już, jak przedtem, nadążyć za nimi w biegu. Odwrócił się ku Szamhat, a kiedy podchodził do niej, zauważył w sobie, że w dziwny sposób pojmuje o wiele więcej, że ma wiedzę, której nie mają zwierzęta.


Szamhat i Enkidu.
Ta ilustracja i podobne w stylu: Wael Tarabieh. Więcej ilustracji na tym blogu:https://waeltarabieh.blogspot.com/p/blog-page_84.html

 

Usiadł Enkidu obok Szamhat, z bliska spoglądał w jej oczy i rozumiał wszystkie jej słowa. – Teraz już wiesz, Enkidu, co znaczy przebywać z kobietą, co znaczy połączyć się z nią.  Piękny jesteś, podobny do boga, więc po co masz w dzikim stepie żyć i ze zwierzętami wędrować? Zgódź się pójść ze mną do Uruk, gdzie wśród miasta murów olbrzymich stoi świątynia Isztar i pałac Gilgamesza, króla, który w swej potędze szaleje, lud uciska i depcze jak dziki byk.


Skończyła, a Enkidu pochylił głowę. Czuł w głębi serca dziwne poruszenie, tęsknotę, której wcześniej nie znał, tęsknotę za prawdziwym przyjacielem. Enkidu powiedział: – Pójdę z tobą, Shamhat. Zabierz mnie do Uruk, gdzie wśród miasta murów olbrzymich, stoi świątynia Isztar i pałac Gilgamesza, króla, który w swej potędze szaleje. Ja jemu rzucę wyzwanie. Krzyknę mu prosto w twarz: Jestem najpotężniejszy! Jeśli zechcę, sprawię, że zadrży świat! To ja jestem z wielkich największy!


– Chodź – rzekła Szamhat – pójdziemy do Uruk, zaprowadzę cię do Gilgamesza, potężnego króla. Zobaczysz wielkie miasto o masywnych murach, zobaczysz młodych ludzi, przepysznie odzianych w najlepsze lny i wełny haftowane, lśniąco kolorowe, odzianych w szale z frędzlami i w szerokie pasy. W Uruk każdy dzień to festiwal, tańce na ulicach i śpiewy, muzycy z bębnami i grający na lirach, urocze kapłanki przed świątynią Isztar gawędzą roześmiane, rozjaśnione rumiano od miłosnych uciech, gotowe zaspokajać pożądliwych mężczyzn, by służyć swej bogini tak, że nawet starcy zrywają się z łóżek.


– Za mało jeszcze wiesz o życiu, więc musisz poznać Gilgamesza, to król potężny, bohater, szczęście i cierpienia są jego przeznaczeniem. Gdy przed nim staniesz, zdziwisz się, jak męski jest, a przy tym urodziwy, ile pulsuje w nim jurnej mocy. Jest nawet wyższy niż ty i silniejszy, tyle życiowej w nim jest siły,  że gdy nie musi, może nawet nie spać.


– Enkidu, nie bądź taki napastliwy. Wiedz, że bóg słońca, Szamasz, kocha go, że bóg Anu dał mu bystry umysł, a to jest ojciec bogów, że Enlil dołożył zmyślności, a to jest bóg ziemi, zaś Ea, bóg wody, przydał mu mądrości. Ty sam, nim jeszcze wstąpiłeś na stepowe wzgórza, Gilgameszowi w snach się objawiłeś.


I to, co sama słyszała w tej sprawie, wyjawiła Enkidu.

– Pewnego dnia przyszedł do swej matki, bogini Nissun, z prośbą o objaśnienie snu. – Widziałem – mówił – jasną gwiazdę, przecinającą niebo z rana, upadła prosto do mych stóp, jak wielki kamień tuż przede mną, chciałem ją podnieść, lecz ciężka była ponad moje siły. Kiedy chciałem głaz przesunąć, ani drgnął. Tłum ludzi zebrał się dokoła, mieszkańcy Uruk się tłoczyli,  by to zobaczyć, niektórzy nawet poklękali. Dziwili się, jak małe dzieci, że taki głaz, jak gwiazda z nieba spadł. A ja, to dziwne, wziąłem go w ramiona, objąłem i tak go przytulałem, jak mąż przytula żonę. Potem głaz podniosłem i go przed tobą położyłem. A ty mi wtedy powiedziałaś, że on jest mną, mym drugim ja.


Mądra, wszystkowiedząca matka Gilgamesza, bogini Nisun, odpowiedziała: – Synu mój, ta jasna gwiazda, ten głaz z nieba, którego dźwignąć nie umiałeś, oznacza bohatera, herosa, który ci będzie przyjacielem. Tak samo weźmiesz go w ramiona, obejmiesz i tak przytulisz, jak mąż przytula żonę. On będzie twoim sobowtórem, twym drugim ja, możesz zaufać mu w przygodzie najniebezpieczniejszej. Spotkasz go wkrótce i uznasz za serdecznego druha. Oto, co znaczy twój sen.


– Oby się spełnił, – rzekł Gilgamesz, – niechaj się zjawi ten przyjaciel, prawdziwy kompan, któremu będę mógł zaufać w przygodzie najniebezpieczniejszej.


Gdy Szamhat skończyła opowiadać, Enkidu przysunął się do niej, a ona znowu go zapragnęła, więc znów na sześć dni i sześć nocy oddali się miłości.





PRZYGODA DRUGA


Przybycie Enkidu do Uruk i spotkanie z Gilgameszem.



Potem Szamhat dała Enkidu jedną ze swych sukien, aby się przyodział. Za rękę go poprowadzila, jak dziecko, do pierwszej chaty pasterzy. Otoczyli go tłumnie pasterze i bardzo się dziwowali. "Co za niezwykły człowiek", szeptali. "Do Gilgamesza podobny, wysoki, silny, muskuły ma twarde jak kamienie." Posadzili go przy swym stole, podali mu piwo i chleb. Enkidu usiadł i patrzy. Jedzenia ludzkiego nie widział do tej pory, więc nie wie, co ma robić. "Możesz jeść, powiedziała Szamhat, bo to jest jedzenie, które, my ludzie jemy i pijemy." Nieufnie spróbował chleba, zjadł jeden kawałek i drugi, a potem cały bochenk, a potem następny, i jadł, aż się nasycił, do tego wypił siedem bukłaków piwa, aż poczuł, jak serce w nim rośnie, twarz mu poczerwieniała i zaczął śpiewać z radości.


Przycięto mu długie włosy, umyto i nasmarowano  skórę pachnącym olejem, tak że nabrał ludzkiego wyglądu. Przystojny był i błyszczący, jak narzeczony na ślub. Kiedy pasterze posnęli, Enkidu wziął swoje strzały i miecz. Odpędzał przez całą noc wilki i lwy od stad, czuwał jak strażnik bez snu, a pasterze spali spokojnie.


Pewnego dnia, gdy był z Szamhat i się kochali, Enkidu zobaczył, że zbliża się młody człowiek. – Szamhat – powiedział – przyprowadź mi tego człowieka. Chciałbym z nim porozmawiać. Dowiedzieć się, dokąd idzie.


Kapłanka zawołała młodzieńca, którego Enkidu zapytał: "Dokąd idziesz w takim pośpiechu?" A on mu odpowiedział: 

– Spieszę się na ślubne przyjęcie. Muszę na ceremonię stół przygotować i wykwintne na nim ustawić potrawy. Kapłan pobłogosławi parę młodą, a gdy goście świętować będą ich ślub,  małżonkę młodą powiodą, do bocznych komnat, osobnych, gdzie na łożu małżeńskim wciąż dziewicza, czekać będzie na Gilgamesza, króla warownego Uruk. To on ma prawo do pierwszej nocy z pannami młodymi po ślubie. Po nim małżonek przychodzi. Tak w swych dekretach bogowie rozkazali: od chwili, gdy pępowinę króla przy narodzinach się przerywa, przerywanie błon dziewiczych to jego obowiązek.


Słuchał tego Enkidu i bladła mu twarz z oburzenia. – Teraz wiem, że pójdę do Uruk, do pałacu, gdzie potężny króluje Gilgamesz. Rzucę mu wyzwanie. Krzyknę mu prosto w twarz: Jestem najpotężniejszy! Jeśli zechcę, sprawię, że zadrży świat! To ja jestem z wielkich największy!


Poszli oboje do warownego Uruk, przodem Enkidu, a za nim szła Szamhat.


Kiedy szedł główną ulicą miasta, ludzie z Uruk gromadzili się tłumnie przy nim, cisnęli się coraz bliżej, żeby na niego popatrzeć, zadziwieni jak małe dzieci padali jemu do stóp. "Co za niezwykły człowiek", szeptali. "Do Gilgamesza podobny, wprawdzie nie tak wysoki jak on, ale zbudowany mocarniej. Wzrastał na dzikim stepie i jadł z gazelami trawę, pił mleko antylop i łań. Godny przeciwnik króla, naszego Gilgamesza. Ten dziki człowiek wszelkiemu królowi sprosta."


Zaczęła się weselna ceremonia, muzycy stukali w bębny i grali na lirach, a goście wesoło śpiewali przy biesiadzie, zaś narzeczona czekała w swoim łożu, gotowa na Gilgamesza, by się dlań, jak dla boga, otworzyć i bogini Isztar poświęcić, i tak otwarta dla króla, o mężu musiała zapomnieć.


Gilgamesz już miał wejść do weselnego domu, gdy zjawił się tam Enkidu. Stanął przed progiem, jak skała blokując drzwi.



Ten typ ilustracji: Hassan Nozadian







 

Gilgamesz, wściekły, podszedł i chwycił go, jedne potężne ramiona otoczyły drugie potężne ramiona, zderzyły się ich czoła, naparli na siebie jak byki, zatoczyli się obaj w uścisku i uderzyli w dom, zatrzeszczały w podwojach drzwi, zatrzęsły się wszystkie ściany, a oni przewalali się po ulicach, po placach, zmagając się ze sobą spleceni i każdy napinał muskuły chcąc wyrwać się z uścisku drugiego mocarza.


Wreszcie Gilgamesz rzucił dzikiego człowieka na ziemię i przygniótł go kolanem. A wtedy gniew mu minął. Rozluźnił mocarny uścisk, kończąc zapasy. Enkidu rzekł: – Gilgameszu, jesteś jedyny wśród ludzi. Uczyniła cię twoja matka, wspaniała bogini Nisun, silniejszym i odważniejszym niż jakikolwiek śmiertelnik, słusznie Enlil obdarzył cię władzą królewską, bo twoim przeznaczeniem jest panowanie nad ludźmi. 


Objęli się obaj i ucałowali. Za ręce się ujęli jak bracia. Szli ramię przy ramieniu. 


Rzekł Gilgamesz: – Oto mam przyjaciela wyśnionego w snach.


Enkidu krzyknął do kapłanki Szamhat: – Dzięki ci, święta kurtyzano, żeś mnie sprowadziła do Uruk, gdzie znalazłem pięknego przyjaciela.


Tak się zaczęła ich braterska przyjaźń. 

Pewnego dnia oznajmił Gilgamesz: – Nadeszła pora wyruszyć do Cedrowego Lasu, gdzie mieszka okropny potwór Humbaba. Musimy go zabić i świat uwolnić od zła.


Westchnął Enkidu. W jego oczach zalśniły łzy. Zapytał Gilgamesz: – Dlaczego wzdychasz, przyjacielu? Dlaczego w twych oczach lśnią łzy?


Enkidu mu odpowiedział: – Ach, drogi przyjacielu, chciałbym krzyczeć, lecz gardło mam ściśnięte, w rękach nie czuję sił. Byłem tam, znam te strony, gdy po wzgórzach biegałem z gazelami, gdy jelenie wiodły mnie w step. Ten las jest nieskończony, ciągnie się tysiąc mil. Żaden człowiek nie ośmieliłby się zanurzyć w jego głębiny.


Odezwał się Gilgamesz:  – Posłuchaj, mój przyjacielu, nawet jeśli ten las ciągnie się w nieskończoność, muszę wejść w jego mrok, wspiąć się na jego zbocza i ściąć olbrzymie cedry, z których każdy na tyle wysoki, że obalony spadając wzbija trąbę powietrzną.


Odrzekł Enkidu: – Jakiż człowiek ośmieli się wejść w głąb Lasu Cedrowego? Uświęcony on jest przez Enlila. Czyż nie oznajmił on, że wstęp tam jest zabroniony? Czyż nie on osadził Humbabę, by odstraszał każdego człowieka? Nie możemy wyruszyć w tę podróż. Nie możemy zabić potwora. On z paszczy zionie ogniem, jego ryk ogłusza jak piorun, jego szczęki to pewna śmierć. Jego uszy słyszą  najlżejszy szmer w lesie, każde poruszenie liści, odległe na setki mil. Któż z ludzi, który z bogów mógłby go pokonać? Dlatego Humbaba, potworny nibyczłowiek, koszmarna szkarada, jest strażnikiem lasu, bo Enlil go tam postawił, by odstraszał ludzi. Ktokolwiek wejdzie do jego siedziby, zabije go własny strach.


Gilgamesz odpowiedział: – Mówisz jak tchórz, przyjacielu. Czy wiesz, że to co powiedziałeś, jest niegodne ciebie, Enkidu? Zasmucasz moje serce. Wiadomo, że nie jesteśmy bogami, nie mamy wstępu do niebios. Zwykli z nas śmiertelnicy. Tylko bogowie są wieczni.  Nasze dni – policzone, a to, co osiągniemy, przeminie z wiatrem. Czego zatem się lękać, skoro i tak przyjdzie śmierć? Gdzież twoja odwaga? Jeśli zginę w tym Lesie, podczas wielkiej wyprawy, czyż nie będzie ci wstyd, gdy ludzie zapytają: "Gilgamesz zginął jak bohater z Humbabą walcząc, ale gdzie ty byłeś wtedy, Enkidu? Siedziałeś bezpiecznie w domu!"


– Przecież biegałeś po wzgórzach, ścigając się z antylopami, własnymi rękami zabijałeś włóczące się wilki i lwy, byłeś zawsze odważny, nie znało lęku twe serce zaprawione w bojach. Czy pójdziesz ze mną, czy nie, dotrę tam i zetnę drzewa, zabiję strasznego Humbabę, uczynię wiecznym me imię, uczynię wieczną mą sławę i ludzie będą mnie pamiętać.


Z grobową miną słuchał tych słów Enkidu. Długo stał milcząc. W końcu skinął głową. Gilgamesz podbiegł, ścisnął dłoń przyjaciela i rzekł: – Enkidu, chodźmy do kuźni i rozkażmy kowalom zrobić dla nas broń, którą mogą unieść tylko najsilniejsi herosi.


Kowale wysłuchali poleceń. Odlali tak wielką broń, że zwykły człowiek nigdy by jej nie dźwignął: siekiery po sto kilo ważące, noże z rękojeściami z czystego złota. Zbroje i broń dla każdego z herosów ważyły po trzysta kilo.





PRZYGODA TRZECIA


Przygotowanie wyprawy do Cedrowego Lasu i do walki z Humbabą.



Zasiadł Gilgamesz na tronie i tak przemówił do ludu na ulicach: – Słuchajcie mnie, czcigodni starcy warownego Uruk. Muszę wyruszyć do Lasu Cedrowego, gdzie żyje straszny potwór Humbaba. Muszę zdobyć ten Las Cedrowy, i wiele drzew w nim muszę naciąć, Humbabę zaś zabiję, a cały świat pozna jak potężny jestem. Uczynię wiecznym me imię, uczynię wieczną mą sławę i ludzie będą mnie pamiętać.


Po czym Gilgamesz zwrócił się do młodych: – Słuchajcie mnie, młodzieńcy z warownego Uruk, wojownicy, towarzysze moi w bojach.  Wyruszę na spotkanie Humbaby, przejdę drogi, których nikt dotąd nie przeszedł, stoczę walki, jakich nikt dotąd nie stoczył. Dajcie mi wszyscy swe błogosławieństwo nim ruszę, abym wrócił z Cedrowego Lasu zwycięzcą, bym znów mógł wasze twarze zobaczyć. A teraz świętujmy razem Nowy Rok na ulicach warownego Uruk, niech rozbrzmiewają dźwięki lir,  niechaj brzmią dudniące bębny.


Wtedy wystąpił Enkidu: – O, czcigodni starcy warownego Uruk, przekonajcie naszego króla, by nie wyruszał do Cedrowego Lasu, by nie walczył ze straszliwym Humbabą, którego ryk jest głośniejszy niż grom, który miota z paszczy płomienie, a jego szczęki to śmierć, zaś jego uszy słyszą najlżejszy szmer w lesie, każde poruszenie liści, odległe na setki mil. Któż z ludzi, który z bogów mógłby go pokonać? Dlatego Humbaba jest strażnikiem lasu, bo Enlil go tam postawił, by odstraszał ludzi.


Skłonili się starcy przed królem i rzekli: – Panie, jesteś młody, twe serce bije szybko i z piersi ci się wyrywa. Szalone są twoje zamiary. Słyszeliśmy o Humbabie, jest niebezpieczny, strach patrzeć nań, jego dech to ogień, jego paszcza to śmierć. Kto z ludzi ośmieli się wejść do Lasu Cedrowego? Kto z nas i kto spośród bogów pokona potwora? Dlatego Humbaba jest strażnikiem lasu, bo Enlil go tam postawił, by odstraszał ludzi.


Gdy Gilgamesz usłyszał słowa starców, wybuchnął głośnym śmiechem. Podniósł się z tronu i rzekł: – Drogi przyjacielu, zanim ruszymy w drogę, złóżmy wizytę mej matce, chodźmy do jej świątyni, niech przemówi do nas dostojna Nisun, wszechwiedząca i mądra. Pokłońmy się przed nią, o błogosławieństwo poprośmy i radę.


Ręka w rękę dwaj przyjaciele weszli do świątyni Nisun. Gilgamesz pokłon złożył bogini Nisun i rzekł: – Muszę wyprawić się do Lasu Cedrowego, muszę w tę podróż wyruszyć, żeby spotkać strasznego Humbabę, muszę przejść drogami, jakimi nikt nie wędrował i stoczyć bój, jakiego nikt dotąd nie doświadczył. Matko ma droga, bogini wspaniała, wspomóż mnie, daj błogosławieństwo na drogę, bym wrócił z Lasu zwycięzcą, bym mógł znów ciebie zobaczyć.


Ze smutkiem słuchała tych słów bogini Nisun. Ze smutkiem do swych pokoi odeszła, gdzie uczyniono jej kąpiel z tamaryszku i mydeł leczniczych, gdzie ubrała najlepsze swe suknie, pas szeroki, naszyjnik z klejnotów i bezcenną koronę. Wspięła się schodami aż na świątynny dach, zapaliła wonne kadzidło na cześć boga Szamasza i wzniósłszy ramiona taką złożyła modlitwę: – Panie nieba, dałeś mojemu synowi piękno, odwagę i siłę, lecz po co go niespokojnym sercem obciążyłeś? A teraz w nim wzbudziłeś podnietę do walki ze strasznym Humbabą, z której może nie wrócić. Skoro zdecydował się iść, chroń go aż dotrze do Lasu Cedrowego, aż zabije potwornego Humbabę, by wypędzić ze świata zło, którego nienawidzisz. Nie zapominaj go chronić, gdy niebem codziennie wędrujesz, a nocą twoja kochanka Aja niech go zawierzy czujnym gwiazdom.

 



– O, Panie chwalebny, słoneczny Szamaszu, ty rozjaśniasz cały świat, ty rodzisz światłość, która po niebie się rozlewa i odkrywa kształt ziemi, rysuje góry, prześwietla doliny, przed którą zło i ciemność umykają, która budzi stworzenia, odmykając im oczy, by cię ujrzały, niechże ta światłość radosna chroni mego syna. W jego podróży zuchwałej czyń mu dni długie, czyń mu noce krótkie, niech stąpa nogami silnymi, krocząc mocarnie po ziemi.


– A gdy on i Enkidu, jego drogi przyjaciel, przybędą do celu, wzburz wiatry, zbełtaj je przeciwko Humbabie, rozdmuchaj tajfuny, zbudź wichry północne, sztormy od południa, tornada z zachodu, ze wschodu cyklony przeciwko Humbabie, niech go przygniotą do ziemi, niech go sił pozbawią i unieruchomią, by łatwiej mój syn mógł go zabić. A potem muły twe szybkie zaniosą cię do łoża nocnego, byś spoczął,  bogowie ci przyniosą soczyste pokarmy, a kochanka Aja obetrze twą twarz skrajem białej szaty. Wysłuchaj mnie, Panie, ochroń mego syna, w swojej wspaniałości prowadź go do Lasu, a potem przywiedź bezpiecznie do domu.


Gdy boska Nisun, mądra, wszechwiedząca, skończyła modlitwę, zeszła schodami z dachu i zawezwała Enkidu. "Drogie me dziecko, choć nie ja cię zrodziłam, lecz teraz cię czynię moim drugim synem." Tak mówiąc na szyi Enkidu zawiesiła drogocenny amulet.  "Jak kapłanka przygarnia porzucone dziecię, tak ja ciebie Enkidu, przygarniam jako moje dziecko. Bratem bądź Gilgameszowi. Wskazuj mu drogę do cedrowych wzgórz i bezpiecznie przyprowadź do domu."


Ze łzami w oczach słuchał jej Enkidu. Jego brat Gilgamesz uścisnął mu dłoń.


Siegnęli po broń: gigantyczne siekiery, kolosalne noże, kołczany i łuki. Rozstąpili się starcy. Wznieśli okrzyki młodzieńcy.


Wystąpili starsi z adresem do króla: – Do warownego Uruk powracaj bezpiecznie. Nie tylko na sile swej polegaj w boju, ale bądź ostrożny i mierz celnie ciosy. Pamiętaj, co mówi starożytna mądrość: 

Jeśli idziesz przodem, 

osłaniaj tych z tyłu, 

jeżeli znasz drogę, 

chroń swoich przyjaciół.

 


 

– Enkidu zna drogę, pozwól mu prowadzić, on wie, jak do Cedrowego Lasu trzeba iść, w walce jest wypróbowany, silny i odważny,  ochroni ciebie na każdym przystanku,  a w niebezpieczeństwie stać będzie przy tobie. Oby Szamasz sprzyjał twym planom, oby ścieżki twe były proste, oby prowadziły do Lasu, oby noce były bezpieczne, a co się czai w nich, niechaj ginie, oby Lugalbanda cię chronił. Pamiętaj, że kiedyś twój ojciec, Lugulbanda, też się wyprawiał do dalekich gór.


Potem starsi zwrócili się do Enkidu: – Powierzamy króla twej opiece.  Chroń go i prowadź przez zdradzieckie przejścia,  pokazuj mu, gdzie szukać świeżego pożywienia, gdzie trzeba kopać do źródlanych wód, prowadź go do Lasu, walcz z nim ramię w ramię. Niech cię wspiera Szamasz i oby sprzyjał twym planom, a potem sprowadź was obu bezpiecznie do warownego Uruk.


Enkidu powiedział Gilgameszowi: – Skoro musisz to zrobić, ja muszę być z tobą. Zatem ruszajmy. Odtąd serca nasze będą nieustraszone. Ja pójdę pierwszy, bo wiem jak iść do Cedrowego Lasu, gdzie mieszka Humbaba.


Rzekli starcy im obu: – Obyście pobili złego Humbabę, w szybkiej bitwie go pokonajcie, potem nogi umyjcie radośnie w jego rzece. Dokopujcie się na postojach do wody, napełniajcie nią skórzane bukłaki, każdy dzień poświęcajcie słonecznemu bogu Szamasz.






PRZYGODA CZWARTA


Podróż do Cedrowego Lasu i sny Gilgamesza.

 



Po czterystu milach przystanęli, by coś zjeść, po tysiącu mil rozbili obóz. Podróżowali zaledwie trzy dni i trzy noce, a przeszli tyle, ile zwykły człowiek z trudem by uszedł przez miesiąc i pół. W czasie, gdy słońce zachodziło, w głębokiej studni dokopali się wody i napełnili nią skórzane bukłaki. Gilgamesz wspiął się na szczyt wzgórza, rozsypał ofiarną mąkę i rzekł: "Ześlij mi góro pomyślny sen." Enkidu dopełnił modłów, prosząc o znaki we snach, a gdy zawiał wiatr pomyślności, poczynił specjalny rytuał – w schronieniu, co na noc zbudował, Gilgamesza ułożył na podłodze, a wokół leżącego usypał magiczny krąg z garści ofiarnej mąki, zasłoną w drzwiach rozpiętą odgrodził wnętrze chaty od świata i wtedy Gilgamesz na siedząco, policzek na kolanach oparłszy, zasnął. Zbudził się o północy i zapytał Enkidu: 


– Co się stało? Czyś to ty mnie dotknął, czy jakiś bóg przechodził obok? Dlaczego cierpnie mi skóra? Dlaczego mi tak zimno? Enkidu, przyjacielu, miałem sen, niedobry to był sen. Przechodziliśmy przez wąwóz, a gdy spojrzałem do góry, ujrzałem ogromną skałę, tak wysoką, że myśmy obaj tacy mali byli jak muchy. Spadła na nas ta wielka skała. Powiedz mi przyjacielu, co taki sen oznacza?


Odrzekł Ekindu: – Przyjacielu, nie musisz się martwić tym snem, to bardzo pomyślny sen. Ta skała to był Humbaba. I runął, jak wielka góra. To znaczy, że Pan Nieba, Szamasz, nam ofiarowuje zwycięstwo, to my zabijemy potwora, a jego zwłoki zostaną na polu bitwy.


Gilgamesz uszczęśliwiony pierwszym pomyślnym snem uśmiechnął się radośnie.


Przeszli czterysta mil, stanęli, by się posilić, a na noc obóz rozbili, gdy przeszli tysiąc mil. Zajęła im ta podróż trzy noce i trzy dni. Zwykłemu człowiekowi taka droga zabrałaby miesiąc i pół. Słońce zajść nie zdążyło, gdy oni kopiąc studnię znaleźli świeżą wodę i w skórzane bukłaki naleli. Gilgamesz wszedł na wzgórze, by złożyć ofiarę z mąki i prosił: "Ześlij mi góro pomyślny sen." Modlił się również Enkidu o znaki pomyślne we snach, aż poczuł łaskawe podmuchy wiatru. Potem tajemny rytuał uczynił – Gilgamesza na podłodze ułożył i wokół niego rozsypał z garści ofiarną mąkę, zasłonił drzwi jakby siecią, od świata się odgradzając i wtedy Gilgamesz na siedząco, policzek na kolanach oparłszy, zasnął. Zbudził się o północy i zapytał Enkidu: 


– Co się stało? Czyś to ty mnie dotknął, czy jakiś bóg przechodził obok? Dlaczego cierpnie mi skóra? Dlaczego mi tak zimno? Enkidu, przyjacielu, miałem sen, jeszcze gorszy niż tamten poprzedni.


– Znienacka ujrzałem górę, jeszcze większą niż tamta, zrzuciła mnie z siebie w przepaść i w tej przepaści przygniotła. Wtem jasność dokoła rozbłysła, oślepiła mnie, że nic nie widziałem. Z tej jasności wyszła jakaś postać, jakby młodego człowieka, był piękny i cały lśnił, ujął me ramię i z łatwością wydobył mnie spod wielkiej góry, podał mi wodę, bym pił i błogi poczułem spokój. Powiedz mi, przyjacielu, co taki sen oznacza?


Odrzekł Ekindu: 

– Przyjacielu, nie musisz się martwić tym snem, to bardzo pomyślny sen. Ta skała to znów był Humbaba. I runął, jak wielka góra, ale nie zdołał cię zabić. Ten piękny młodzieniec, co przyszedł ci na ratunek, to był Szamasz-Słońce, który sprzyja wszystkim twym planom.


Gilgamesz uszczęśliwiony drugim pomyślnym snem uśmiechnął się radośnie.


Znowu po czterystu milach zrobili postój, by jeść, a na obóz się zatrzymali po tysiącu. Wędrowali trzy dni i trzy noce, a zwykły człowiek przez miesiąc i pół z trudem by tyle uszedł. Gdy słońce schodziło na zachód dokopali się w studni do wody i świeżą naleli w bukłaki. Na wzgórze Gilgamesz wszedł, dla bogów mąkę rozsypał i rzekł: "Ześlij mi góro pomyślny sen." Enkidu w swojej modlitwie błagał o znaki we snach. Zawiał łaskawy wiatr na znak, że ceremonię tajemną może odprawić Enkidu – wokół Gilgamesza leżącego rozsypać ofiarną mąkę, okręgiem go otoczyć, a drzwi zasłonić od świata, aby Gilgamesz na siedząco, policzek na kolanach oparłszy, zasnął. Zbudził się o północy i zapytał Enkidu: 

– 

Co się stało? Czyś to ty mnie dotknął, czy jakiś bóg przechodził obok? Dlaczego cierpnie mi skóra? Dlaczego mi tak zimno? Enkidu, przyjacielu, miałem sen, jeszcze gorszy niż te dwa poprzednie.


– Słyszałem straszny ryk niebios, od którego zadrżała ziemia, potem zapadła ciemność i cisza przerażająca. Nagle od błysku pioruna stanęły w ogniu drzewa, a zanim ogień zgasł, całą ziemię pokryły popioły. Powiedz mi, przyjacielu, co taki sen oznacza?


Odrzekł Ekindu: 

– Przyjacielu, nie musisz się martwić tym snem, to bardzo pomyślny sen. Te płonące niebiosa to właśnie jest Humbaba, który chciał zabić cię błyskawicami i ogniem, ale nawet płomieniem nie może cię dosięgnąć. To my zabijemy Humbabę. To my go zwyciężymy. Jak by nas nie atakował, triumf należy do nas.


Gilgamesz uszczęśliwiony trzecim pomyślnym snem uśmiechnął się radośnie.


Stanęli, by się posilić, gdy przeszli czterysta mil, a obóz rozbili, gdy mieli za sobą ich tysiąc. Przez trzy dni i trzy noce tyle przeszli. Zwykłemu podróżnemu ta droga ciągnęłaby się cały miesiąc i jeszcze pół. Przez cały zachód słońca kopali w ziemi studnię, by znaleźć żyłę wody i napełnić puste już prawie bukłaki. Gilgamesz na szczyt wzgórza się wspiął, mąkę sypnął na ofiarę bogom i rzekł: "Ześlij mi góro pomyślny sen." Enkidu się modlił o dobroczynne znaki we snach, a gdy poczuł powiew wspierający modlitwę, przystąpił do obrzędu – na podłodze w obozowej chacie, ułożył Gilgamesza i wokół niego usypał garścią okrąg z mąki, drzwi zasłaniając siecią odgrodził wnętrze chaty od świata i wtedy Gilgamesz na siedząco, policzek na kolanach oparłszy, zasnął. Zbudził się o północy i zapytał Enkidu: 

– Co się stało? Czyś to ty mnie dotknął, czy jakiś bóg przechodził obok? Dlaczego cierpnie mi skóra? Dlaczego mi tak zimno? Enkidu, przyjacielu, śniłem czwarty sen, jeszcze gorszy niż trzy poprzednie.


– Widziałem strasznego orła z lwim łbem, sfrunął na mnie jak wielka chmura, paszczę wykrzywił i z tej paszczy żywy ogień buchnął na mnie, a wtedy przy mym boku zjawił się młodzieniec nieziemsko błyszczący, schwycił potwora za skrzydła, połamał je i skręcił mu kark, po czym cisnął trupa o ziemię. Powiedz mi, przyjacielu, co taki sen oznacza?


Odrzekł Ekindu: 

– Przyjacielu, nie musisz się martwić tym snem, to bardzo pomyślny sen. Ten orzeł to był Humbaba. Chociaż pikował na ciebie, chociaż chciał cię spalić, nie mógł ci zrobić krzywdy. Młodzieniec, który cię ocalił, to był Pan Nieba, Szamasz. On stanie obok nas, gdy potwór zaatakuje. Cokolwiek się zdarzy, triumf należy do nas.


Gilgamesz uszczęśliwiony czwartym pomyślnym snem uśmiechnął się radośnie.


Znów uszli czterysta mil, przystanęli, aby coś zjeść, a rozbili obóz, gdy pokonali ich tysiąc. Zajęła im ta podróż tylko trzy dni i trzy noce, a przeszli tyle, ile kto inny z ledwością by przebrnął przez jeden miesiąc i pół. Słońce już zachodziło, kiedy w studni głębokiej dokopali się wody, i wlali ją w skórzane bukłaki. Gilgamesz wszedł na szczyt wzgórza, rozwiał mąkę w ofierze i rzekł: "Ześlij mi góro pomyślny sen." Enkidu zaś modlił się o dobre znaki we snach, a gdy zawiał korzystny podmuch, zajął się tajemnym obrządkiem – w chacie, co na noc zbudowali, Gilgamesza na klepisku ułożył, a dookoła niego mąkę ofiarną sypiąc zakreślił magiczny krąg z porcji ofiarnej mąki, potem zasłoną w drzwiach odgrodził wnętrze od świata i wtedy Gilgamesz na siedząco, policzek na kolanach oparłszy, zasnął. Zbudził się o północy i zapytał Enkidu: 


– Co się stało? Czyś to ty mnie dotknął, czy jakiś bóg przechodził obok? Dlaczego cierpnie mi skóra? Dlaczego mi tak zimno? Enkidu, przyjacielu, śniłem piąty sen, jeszcze gorszy niż wszystkie poprzednie.


– Walczyłem z ogromnym bykiem, który tak buchał nozdrzami, że z rozoranej ziemi kłęby kurzu ciemnością zakryły niebo, przygniotły mnie kamiennym ciężarem, i byłyby mnie zmiażdżyły, gdyby nie jakiś człowiek, którego ramiona wydobyły mnie spod zwałów i który napoił mnie źródlaną wodą z bukłaka. Powiedz mi, przyjacielu, co taki sen oznacza?


Odrzekł Ekindu: 

– Przyjacielu,  nie musisz się martwić tym snem, to bardzo pomyślny sen. Ten byk nie jest naszym wrogiem. To syn tego samego boga, który nam pomaga, jasnego Szamasza, naszego opiekuna i pana nieba, stojącego obok nas w każdej opresji. Człowiek dający ci wodę, byś z kurzu oczyścił gardło, to twój bóg Lugalbanda. Zatriumfujemy z jego pomocą, jak nikt inny na świecie.


Doszli wreszcie na skraj Cedrowego Lasu. Już mogli słyszeć straszny ryk Humbaby. Gilgamesz stanął jak wryty. Zadrżał z wrażenia. Po jego policzkach spłynęły łzy. "Och, Szamasz, – krzyknął, – chroń mnie w niebezpiecznej wyprawie. Nie zapominaj o mnie, pomagaj mi, słuchaj mych modlitw." Stanęli obaj i słuchali. Przeszła krótka chwila i wtem z niebiosów usłyszeli głos boga, przemawiającego do Gilgamesza: 

– Pospieszcie się, atakujcie, póki czas atakujcie Humbabę, nim umknie w głębie swego lasu, nim się w nim skryje, nim się otoczy siedmiokrotną aurą, siejąc rozbłyski, co was w kamień zmienią. W tej chwili ma na sobie tylko jedną obręcz. Teraz go zatem atakujcie!


Obaj herosi stali nieruchomo na skraju Cedrowego Lasu patrząc i słuchając. Nie wiedzieli, co mają bogu odpowiedzieć.





PRZYGODA PIĄTA


Walka z Humbabą.


Wciąż stali obaj nieruchomo u skraju Cedrowego Lasu, dziwując się wielkości rosnących tu drzew. Wyraźnie widzieli tuż przed nimi wydeptane ścieżki, którymi Humbaba stale chadzał w tę i z powrotem. Daleko w głębi zobaczyli Cedrową Górę poświęconą bogini Irnina, zamieszkaną przez bogów. Widzieli na jej stromych zboczach bogactwo cedrów, pachnących ostro i przyjemnie.


Strach ogarnął Enkidu. Twarz jego zbielała, jakby mu odcięto głowę. Powiedział Gilgameszowi: – Drogi przyjacielu, nie pójdę już dalej, jestem przerażony, nie mam sił do walki. Idź sam w ten straszny Las, sam zabij Humbabę, sam okryj się sławą. Wracam do warownego Uruk, i niech wszyscy wiedzą, jak podle stchórzyłem.


Odrzekł mu Gilgamesz: – Drogi przyjacielu, bracie mój, sam nie potrafię pokonać Humbabę. Błagam cię, zostań. Stój u mego boku. Jak powiadają: dwie łodzie złączone, nigdy nie utoną; potrójną linę niełatwo jest zerwać. Jeśli sobie nawzajem pomożemy w walce, któż nas pokona? Zaatakujmy to monstrum okropne. Już tyleśmy przeszli, że musimy działać, cokolwiek czujemy.


Odrzekł mu Enkidu: – Tyś go nigdy nie spotkał, więc nie wiesz jaki horror czai się przed nami. Ja go już widziałem, i pamiętam, jak mi ten widok zmroził krew. Kły wystają mu z lwiej paszczy ostrzejsze od noży i całe zakrwawione, gdy rusza naprzód, szaleje jak spiętrzony potok płomieni. Nie można go zatrzymać. To ponad moje siły.


Rzekł doń Gilgamesz: – Odwagi, bracie miły, teraz już nie czas na strach.  Już tyleśmy przeszli, tyle gór przekroczyliśmy, w naszej podróży jesteśmy u celu. Wzrastałeś w dzikim stepie, własnymi rękami zabijałeś włóczące się wilki i lwy, odważny jesteś, a serce masz zaprawione w boju. Chociaż teraz w rękach czujesz słabość i choć nogi ci drżą, wciąż jesteś wojownikiem i wiesz, co to bój. Wznieś wojenny okrzyk i niech głos twój zadudni jak głęboki bęben. Niech ci serce przypomni, czym jest radosne upojenie walką, a o śmierci zapomnij. Jeżeli sobie pomożemy wzajem i ramię w ramię staniemy do bitwy, nas obydwu imiona zasłyną i ludzie o nas będą pamiętać na zawsze.


Weszli obaj w głębię Cedrowego Lasu, ściskając w dłoniach siekiery, noże wydobywszy z pochew, weszli na ścieżki, które wyrąbał Humbaba.


Szli, aż zobaczyli jaskinię potwora. Czekał na nich w środku. Jego widok zmroził im krew. Spojrzał na obu przyjaciół, wyszczerzył kły, ogłuszająco ryknął na nich. Wlepił wzrok w Gilgamesza. "Młodziaku – powiedział – do domu to ty nie wrócisz. Szykuj się na śmierć." Zadrżał z przerażenia Gilgamesz, zwiotczały jego muskuły, strach przeszył serce i poczuł suchość w ustach, nogi mu drżały, a stopy jakby wrosły w ziemię. 


Enkidu zobaczył lęk Gilgamesza. – Przyjacielu drogi, – powiedział, – wojowniku niezłomny, szlachetny bohaterze nie trać odwagi, sam powiedziałeś niedawno – dwie łodzie złączone, nigdy nie utoną; potrójną linę niełatwo jest zerwać. Jeśli sobie nawzajem pomożemy w walce, któż nas pokona? Naprzód więc.


Weszli do wnętrza jaskini. Humbaba rzucił się ku nim rycząc: 

– Gilgameszu, ja wiem kim jesteś. Nie bądź głupkiem. Idź stąd. Wyjdź z Cedrowego Lasu. Czy jakiś szaleniec cię namówił na walkę ze mną? Powyrywam ci wszystkie kończyny, zmiażdżę cię i twój krwawy strzęp wdepczę w ziemię.


– A ciebie, Enkidu, ty żółwi i rybi synu bez jaj, płodzie bez ojca, nieznający mleka swej matki, widziałem cię na pastwiskach, gdy byłeś młodszy, widziałem jak żarłeś trawę wśród stad, nie zabiłem cię wtedy, bo lichy byłby z ciebie posiłek. I ty śmiesz prowadzić Gilgamesza? Teraz stoicie przede mną zestrachani, jak małe dziewczynki. Przegryzę wam gardła, odgryzę od ciał wasze głowy, rzucę wasze śmierdzące jaja sępom i wronom na pożarcie.


Cofnął się Gilgamesz. Wykrztusił ze ściśniętego gardła: – Straszna jest paszcza Humbaby. To właściwie tysiące okropnych paszcz, nie zniosę tego widoku. Czuję się stłamszony. Zbyt się lękam, by stanąć do walki.


Odpowiedział mu Enkidu: – I czemuż to, przyjacielu, odzywasz się jak ostatni tchórz? To, co mówisz jest niegodne ciebie. Zasmucasz moje serce. Nie pora się wahać i cofać. Dwóch nierozłącznych przyjaciół nie można pokonać. Odwagi. Przypomnij sobie swą siłę. Jestem przy tobie. Ruszajmy więc do ataku.


Poczuł Gilgamesz, jak wraca jego mocarna odwaga. Ruszyli na Humbabę dziko, jak dwa wściekłe byki. Potwór ryknął straszliwie, jakby piorun huknął im w uszy, tupnął i rozwarła się ziemia, rozdzieliły się wzgórza Libanu, w jednej chwili poczerniało niebo, siarczana mgła spadła na nich, piekąc  w  oczy  do  łez.  Wtedy  Szamasz  przywołał  wichry,  południowe i północne  wichury,  nawałnice  ze  wschodu  i  z  zachodu  zawieje, sztormy i huragany, tornada i cyklony, by potwora przygwoździć do ziemi i sparaliżować. Powalony wiatrami nie mógł się ruszyć do przodu, nie mógł się wycofać. Zobaczył to Gilgamesz, skoczył ku niemu z nożem i ostrze przystawił Humbabie do gardła.


– Łaski. O, Gilgameszu, – wyharczał Humbaba. – Pozwól  mi żyć w Cedarowym Lesie. Jeśli darujesz mi życie, będę twym niewolnikiem, dostaniesz ode mnie cedrów, ile zapragniesz. Ty, król Uruk, z łaski wielkiego Szamasza, zbuduj sobie na jego cześć wspaniały cedrowy pałac. Wszystko jest twoje, jeśli darujesz mi życie.


Odezwał się Enkidu: – Drogi przyjacielu, nie słuchaj niczego, co ten potwór ci obiecuje. Zabij go, zanim cię otumani.


Odezwał się Humbaba: – Żaden śmiertelnik, Enkidu, nie zna lepiej praw tego Lasu niż ty. Wiesz, że to moje miejsce i że jestem jego strażnikiem. Enlil mnie tu postawił, abym odstraszał ludzi i pilnuję Cedrowego Lasu według rozkazów Enlila. Jeśli mnie zabijecie, wzbudzicie gniew bogów i sroga będzie ich zemsta. Z łatwością mogłem was zabić, gdyście byli u skraju Lasu. Mogłem was powiesić na cedrowych gałęziach, by was zżarły sępy i wrony. Więc okażcie łaskę, jak i ja okazałem. Ubłagajcie Szamasza, by darował mi życie. 


Przemówił Enkidu: – Drogi przyjacielu, działaj szybko, bo lepszej okazji nie będzie, zabij Humbabę, nie słuchaj, co mówi, nie wahaj się, poderżnij mu gardło zanim nas zatrzyma Enlil, zanim rozgniewa się i on i Szamasz. Utwierdź swą sławę, niech ludzie już zawsze mówią o odwadze Gilgamesza, który zabił Humbabę w Cedrowym Lesie.


Widząc, że jest nieodwołalnie skazany, Humbaba ryknął okropnie: – Obu was przeklinam. Za to, czegoście się dopuścili, niech umrze Enkidu, niech kona w bólu, niech sam ze swym smutkiem zostanie Gilgamesz, niech jego serce nie zazna w żalach spokoju.



Humbaba pokonany 

 

Opuścił Gilgamesz wzniesioną siekierę, lecz Enkidu powiedział: – Odwagi, przyjacielu, niech twe uszy nie słyszą klątwy Humbaby. Nie wierz ani jednemu słowu. Zabij go! Teraz!


Gilgamesz, słysząc słowa przyjaciela, przyszedł do siebie. Z bojowym okrzykiem wzniósł wielką siekierę, zamachnął się i uderzył w kark Humbaby, aż trysnęła krew. Drugim ciosem przeciął mu mięśnie i zgruchotał kości. Zatoczył się potwór, zmętniały jego oczy, a po trzecim ciosie upadając zwalił wielki cedr i runął razem z drzewem na ziemię. W jego przedśmiertnym ryku zatrzęsły się góry Libanu, jego krew jak rzeka spłynęła w doliny i na dziesięć mil w Lesie zadudniło echo. Obaj przyjaciele pocięli jego ciało na kawałki, wyrwali jelita, oderżnęli głowę z zębami ostrzejszymi niż noże i z okropnymi, przekrwionymi oczami.


Ze swymi siekierami weszli w głębię Lasu, zaczęli ścinać cedry, a dookoła leciały wielkie wióry, Gilgamesz obalał największe pnie, zaś Enkidu je okorowywał. Mówił Enkidu pracując: – Swą potężną siłą zabiłeś Humbabę, leśnego strażnika. Któż może w tym widzieć niesławę? Pościnaliśmy drzewa w Cedrowym Lesie, obaliliśmy na ziemię największe z nich, te które wierzchołkami sięgały do nieba. Zrobimy z nich gigantyczne wrota na sto stóp wysokie, na trzydzieści szerokie, spławimy je Eufratem do świątyni Enlila w Nippur. Nie ludzie będą przez nie przechodzili, lecz tylko bogowie. Niech tak będzie na chwałę Enlila i ku radości mieszkańców Nippur.


Powiązali razem wszystkie kłody i zbudowali tratwę. Enkidu sterował nią na rzece. Gilgamesz dźwigał wielki łeb Humbaby.






 

PRZYGODA SZÓSTA


Zaloty bogini Isztar do Gilgamesza i walka z Niebiańskim Bykiem.



Po powrocie do warownego Uruk Gilgamesz wykąpał się, umył włosy szare od kurzu, rozczesał je na plecy. Brudną, zakrwawioną odzież wyrzucił, ubrał się w najpiękniejsze wełny, wdział szatę znakomitą, purpurową, wyszywaną złotem, pasem owinął się szerokim z frędzlami, a potem nałożył koronę.


Takim go zobaczyła bogini Isztar i gdy patrzyła na wspaniałego herosa, serce jej zabiło szybciej, a ognie pożądania zapłonęły w biodrach.


– Chodź do mnie, Gilgameszu – wezwała go Isztar – ożeń się ze mną, daj mi swe soczyste owoce, bądź moim mężem, bądź mi słodkim kochankiem. Dam ci więcej niż mógłbyś wyśnić: rydwan z lapis lazuli o złotych kołach i róg sygnałowy z bursztynu, w zaprzęgu dam ci olbrzymie muły, co biegną jak burza. Gdy zechcesz wejść do mej cedrem pachnącej świątyni, kapłanki klęcząc całować będą twe stopy, uklękną przed tobą królowie zachodu oraz książęta wschodu i nieść ci będą daniny. Pobłogosławię wszystko, co posiadasz, kozy twe będą rodzić po trzy koźlęta, jagniąt będziesz miał podwójną ilość, twoje osły pobiegną szybciej niż muły, zaprzęgi twych rydwanów wygrają każdy wyścig, a wołów pozazdrości ci cały świat.

 


 

Odrzekł Gilgamesz: – Za wysoko się cenisz, ani mi się marzą takie bogactwa. Powiedz mi też, czy mógłbym ci odpłacić, nawet gdybym ci ofiarował swoje klejnoty, pachnidła i bogate suknie? I co się ze mną stanie, jeśli serce swe ku innemu odwrócisz i pogniewasz się na mnie?


– A poza tym nie chcę być kochankiem wystygłego, zepsutego pieca, podziurawionych drzwi, przez które wieje wiatr, pałacu, którego tynki sypią się na głowy, smoły lepko brudzącej ręce, dziurawego bukłaka z którego kapie woda, zmurszałych fundamentów, które nie utrzymują murów, taranu, co się dobija do bramy nieprzyjaciół, albo butów, co uwierają nieznośnie.


– Który z twych mężów pokochał cię na zawsze? Który mógł zaspokoić twoje nieustanne żądze? Przypomnę ci, jak każdy z nich cierpiał i jakie marne były ich losy. Na pewno pamiętasz, co uczyniłaś pięknemu Dumuzi: kochałaś go dopóki oboje byliście młodzi, a gdy uczucie minęło, zesłałaś go do podziemnych światów, gdzie przez całe lata wył z rozpaczy. Kochałaś pstropiórego dudka, a gdy uczucie minęło, połamałaś mu skrzydła i dotąd w lesie żałośnie łka Mój-czuub! Mój-czuub! Kochałaś lwa o niezrównanej sile, a gdy uczucie minęło, wykopałaś siedem razy siedem dołów, siedem razy siedem pułapek, a gdy się już nie mógł wydostać, zostawiłaś go, aby skonał. Kochałaś pełnokrwistego, bojowego ogiera, a gdy uczucie minęło skazałaś go na wieczne batożenie i kłucie ostrogami w nieustającym galopie, na ciągłą gorycz na wargach, której żadna woda nie spłucze, a jego matkę Silili na nieustanny płacz.


– Kochałaś najzręczniejszego pasterza stad, który każdego dnia wypiekał ci świeży chleb i przyrządzał pieczeń z dopiero co ubitego jagnięcia, a gdy uczucie minęło, zamieniłaś go jednym dotykiem w wilka, którego do dziś jego juhasi przepędzają kijami i gryzą własne psy. Kochałaś Iszullanu, ogrodnika, co ci przynosił świeżo zerwane daktyle i dekorował twój stół. Uwodziłaś go, kusząc – "Słodki Iszullanu, obnaż się, chcę posmakować twojej krzepkości, a ty posmakuj mego łona", ale nie chciał i odrzekł: "Wystarczająco najadłem się w domu. Czy muszę spożywać chleb niesławy i pić piwo wstydu?" Ty, obrażona na te słowa, zamieniłaś go w karła, skaczącego pokracznie w jego własnym, gnijącym ogrodzie. Czy mój los będzie inny? Jeśli się zgodzę zostać twoim kochankiem, potraktujesz mnie równie okrutnie jak tamtych.


Wrzasnęła Isztar wściekle i wpadła w furię. Szalejąc i szlochając wzniosła się ku niebiosom, ku swemu ojcu Anu, ku swej matce Antu. – Ojcze, Gilgamesz, oszczerczo mnie zniesławił! Rzucił na mnie straszne obelgi, mówił okropne, niewybaczalne słowa.


Odpowiedział Anu księżniczce Isztar: – Może to ty go sprowokowałaś? Może chciałaś go uwieść? Czyżby cię obraził bez żadnego powodu?


– Och, ojcze, – rzekła Isztar, – błagam, daj mi, choćby na krótko Byka Niebios. Sprowadzę go na ziemię, by zabił łgarza Gilgamesza i rozniósł w perzynę jego pałac. A jeśli odmówisz, wyłamię wrota do podziemnych światów i tyle upiornych trupów wypuszczę, że pożrą żyjących i będzie więcej martwych, niż żywych.

 


 


Odpowiedział Anu księżniczce Isztar: – Jeśli ci dam Byka Niebios, siedem lat głodu spadnie na Uruk. Czy masz tyle zboża, by starczyło na jadło dla ludzi i na paszę dla bydła?


Odrzekła księżniczka Isztar: – Oczywiście, mam tyle ziarna na jadło i paszę, wystarczy na siedem lat.


Gdy Anu usłyszał tę odpowiedź, zawołał Byka Niebios i wręczył księżniczce Isztar wędzidło, przyczepione do byczego nosa. Zawiodła Isztar Byka na ziemię, a ledwie jej dotknął zatrzęsła się, wyschły strumienie i bagna, w Eufracie wody opadły o stopę. Prychnął Byk nozdrzami, otwarła się ziemia i zginęło stu wojowników. Prychnął Byk nozdrzami po raz wtóry, otwarła się ziemia i zginęło dwustu wojowników. Prychnął Byk po raz trzeci, otworzyła się ziemia pod Enkidu, który wpadł w jamę po pas, ale zaraz wyskoczył i chwycił Byka za rogi, a ten plunął mu pianą w twarz, podniósł ogon i osrał herosa od góry do dołu. Rzucił się naprzód Gilgamesz i krzyknął: "Walcz przyjacielu, nie ustawaj, wspólnie go pokonamy." Zaszedł Enkidu Byka od tyłu, uchwycił za ogon, zaparł się stopą o udo, a Gilgamesz w tej samej chwili, zręcznie jak wprawny rzeźnik, wbił mu noże pod łopatkę i w kark za rogami.


Zabili Byka Niebios, wykroili mu serce, porżnęli na kawałki i Szamaszowi złożyli w ofierze. Skłonili przed bogiem głowy i siedli obok siebie, jak bracia.


Isztar była wściekła i zrozpaczona. Wspięła się na wały obronne Uruk, wiła się oszalała z żalu, zawodząc: – Gilgamesz, barbarzyńca, mnie najpierw pohańbił, a potem uniknął kary, zabijając Byka Niebios.


Słysząc jej zawodzenia, Gilgamesz zaśmiał się w głos. Odciął z byczego ścierwa kawał zadu i rzucił nim w Isztar. – Łap! To należy do ciebie, jak ci mało, wyrwę mu flaki i zawinę wokół twych ramion.


Zebrała Isztar swe kapłanki, które się mężczyznom oddają na jej cześć i lamentując, wspólnie ułożyły na ołtarzu skrwawione udo Byka.


Zwołał Gilgamesz swych najlepszych rzemieślników. W zadziwieniu oglądali potężne rogi Byka Niebios, każdy ważył trzydzieści funtów, grube były jak dwa męskie kciuki złożone, mogły razem pomieścić cztery setki galonów wody. Kazał Gilgamesz przynieść oliwę do namaszczenia posągu jego ojca Lugalbandy i w kaplicy mu poświęconej zawieszono olbrzymie rogi.


Umyli obaj przyjaciele w rzece zbrudzone ciała i ramię przy ramieniu wrócili do pałacu. Triumfalnie objechali miasto na rydwanie, a ludzie wiwatowali na ich cześć.


Wygłosił Gilgamesz w pałacu mowę do swych dworzan: – Powiedzcie, kto z młodzieńców jest najprzystojniejszy? Powiedzcie, kto z herosów jest najdzielniejszy? Odpowiem wam, najwspanialszy jest Gilgamesz, najodważniejszy jest Enkidu. To my jesteśmy zwycięzcami, którzy rzucili zadem Byka w twarz Isztar, i teraz w naszym mieście nie ma nikogo, kto by ją pomścił.


Przez całą noc trwała fiesta w pałacu, a gdy już wszyscy posnęli, Enkidu śnił zatrważający sen. Obudził Gilgamesza i zapytał: "Drogi przyjacielu, dlaczego wielcy bogowie zwołują naradę?"





PRZYGODA SIÓDMA


Śmierć Enkidu.


– Bracie ukochany, – opowiadał Enkidu – miałem okropny sen, śniło mi się, że obrażeni na nas bogowie zwołali naradę i Anu powiedział: "Zaszlachtowali Byka Niebios i zabili Humbabę z Cedrowego Lasu. Jeden z nich musi umrzeć." Enlil nakazał: "To Enkidu, nie Gilgamesz, musi umrzeć."


Wkrótce Enkidu zachorował. Leżał w łożu, jego serce biło coraz słabiej, a łzy spływały po policzkach jak strumienie. Zawołał Gilgamesza: – Drogi przyjacielu, bracie mój, bogowie odbiorą ci mnie. Nie będę mógł wrócić. Śmierć mnie powiedzie w podziemne światy, a ciebie, drogi bracie, nie zobaczę już nigdy.

 




Zaszlochał Gilgamesz słysząc słowa przyjaciela, łzy spłynęły mu po policzkach. 

– Drogi bracie – powiedział – do tej pory byłeś rozsądny, ale teraz pleciesz bzdury. Skąd wiesz, że twój sen nie jest dobrym znakiem? Strach sprawił, że twe usta brzęczą jak rój much. Choć to brzmi strasznie, ten sen może być pomyślny. Bogowie ślą sny zdrowym, nigdy osłabłym, więc tylko zdrowy człowiek ma sny. Modlić się będę do wielkich bogów o pomoc, do Szamasza i do twego boga Anu, ojca wszelkich bogów, wystawię jemu złotą statuę. Nie martw się przyjacielu, wkrótce wyzdrowiejesz, moje ofiary wrócą cię do zdrowia.


Odrzekł Enkidu: – Żadna złota statua nie wyleczy choroby, kochany przyjacielu. Decyzji Enlila nikt nie cofnie. Mój los jest postanowiony i nic tego nie zmieni.


O świcie z pierwszym promieniem słońca, zwrócił się Enkidu do Szamasza, podniósł głowę, a łzy ciekły mu po policzkach. – Wołam do ciebie, Panie, bo los obraca się przeciwko mnie. To ten głupi traper, wypatrzywszy mnie w stepie, zniszczył moją wolność. Sam zniszczył swoją życiodajną pracę, niech więc wraca do domu z pustymi rękami, niech w jego wnyki nie wpada żadna zwierzyna, a jeśli wpadnie, niech się rozwiewa jak mgła, niech ten dureń głoduje, za to, że mnie tu przywiódł.


Rzuciwszy przekleństwo, poczuł w sercu ulgę, a zaraz potem przeklął Szamhat, kapłankę ze świątyni Isztar. 

– Przeklinam, Szamhat, twój los na wieczność i niech moja klątwa cię dotknie, ledwie ją wypowiem. Obyś nigdy nie miała domu i rodziny, obyś nigdy nie niańczyła własnego dziecka, niech twoi mężczyźni wybierają młodsze i ładniejsze, niech ci przetrzepują skórę, jak gospodynie trzepiące dywany, obyś od mężczyzn nie zaznała rozkoszy, niech twój dach przecieka, niech dzikie psy nocują w twej sypialni, niech ci się sowy lęgną na strychu, niech cię obrzygują pijacy i obyś swe interesy prowadziła w podłych spelunach, obyś chodziła w łachmanach, brudna i śmierdząca, niech cię wyklinają gniewne żony, niech ciernie zawsze ranią twe stopy, niech młodzi szydzą z ciebie, a motłoch niech cię opluwa na ulicach. Niech to wszystko będzie ci odpłatą, Szamhat, za to żeś mnie uwiodła w dzikim stepie, gdzie byłem silny, niewinny i wolny.


Promienisty Szamasz, opiekun ludzi, usłyszał te modły. Rozległ się głos z niebios: 

– Enkidu, czemu przeklinasz kapłankę Szamhat? Czy to nie ona nauczyła cię jeść chleb, pokarm bogów, pić piwo, napój boski, któż jak nie ona odziała cię w piękne suknie, czy to nie ona przywiodła cię do Gilgamesza, twego najserdeczniejszego druha? To on ci znajdzie miejsce w honorowym łożu, on cię ułoży na królewskich marach, to on po swej lewicy umieści twą statuę na wieczną pamiątkę, której stopy całować będą książęta tej ziemi, wszystkim mieszkańcom Uruk każe iść w twym kondukcie, a gdy odejdziesz, zaryczy z żalu tak, że lwom na stepie ścierpnie sierść na skórach.


Wysłuchał Enkidu głosu z niebios i uspokoił szalejące serce. Pomyślał o Szamhat i po chwili rzekł: 

– Szamhat, święta kurtyzano, życzę ci całkiem odmiennego losu, cofam przekleństwa, teraz moje usta będą cię błogosławić. Obyś była uwielbiana przez najszlachetniejszych błękitnej krwi, niech cię kochają książęta, niech idąc do ciebie już na dwie mile drżą z podniecenia, niech gryzą wargi, czekając na ciebie, niech wszyscy wojownicy chcą się kłaść przy tobie, niech ci Isztar da hojnych kochanków, znoszących skrzynie złota i klejnotów, niech mężczyźni będą gotowi porzucić dla ciebie  matki i żony z siedmiorgiem dzieci.


Nie wstawał Enkidu z łoża, gdyż serce jego słabło. Opowiedział Gilgameszowi następny sen: 

– Kochany bracie, śniłem też drugi sen. Widziałem, jak grom rozdarł niebo i strasznym echem toczył się po ziemi, ja stałem na mrocznej równinie. Wtem zjawił się stwór z lwią głową i straszną paszczą, miał lwie łapy, lecz orle szpony i skrzydła. Spadł na mnie i porwał za włosy, próbowałem walczyć, ale jednym ruchem obalił mnie, jak fala obraca tratwę, skoczył na mnie i miażdżył mi kości. Krzyczałem "Gilgameszu, ratuj mnie, ratuj." Ale tyś się bał i nie przyszedłeś z pomocą. Zaledwie ten stwór mnie dotknął, ptasie pióra porosły mi na ramionach, związał mi ręce na plecach i pociągnął w podziemne światy, w gmach ciemności i śmierci, skąd na ziemię się już nie wraca. Ci, którzy tam wpadli, pozostają w ciemnościach, jeść muszą ziemię, poić się gliną, ich ciała porastają pierzem, światła nie widzą, rygle na drzwiach zarasta gruby kurz. Widziałem tam stosy koron dumnych królów, co rządzili światem, co składali bogom bogate ofiary. Widziałem kapłanów i ich pomocników, czarowników i proroków. Spostrzegła mnie królowa podziemia, Ereszkigal i zapytała: "Kogóż to przyprowadzono nowego?"


Słaby się poczuł Enkidu, odeszła jego siła. Przez jedenaście dni słabł coraz bardziej. Dwunastego dnia usiadł na łożu i zawołał Gilgamesza: "Przyjacielu, oto już bogowie zdecydowali i oto przegrywam tę bitwę."





PRZYGODA ÓSMA


Lament Gilgamesza i ceremonie pogrzebowe.




 

Całą noc przepłakał Gilgamesz przy zmarłym przyjacielu. O świcie z pierwszym promieniem słońca zawołał: 

– Enkidu, najdroższy bracie, przyszedłeś do Uruk z dzikich stepów, na których jak matka wychowywała cię gazela, jak ojciec troszczył się o ciebie dziki osioł, wzrastałeś pijąc mleko antylop i saren, wędrując ze stadami, uczyłeś się odnajdować najbujniejsze pastwiska. Niech cisza grobowa na zawsze, we dnie i w nocy panuje na ścieżkach, którymi szedłeś do Cedrowego Lasu. Niech lamentują w warownym Uruk mądrzy starcy, którzy nam błogosławili, gdyśmy tam wyruszali, niechaj ten lament się niesie po górach, na które się wspinaliśmy, niech pastwiska płaczą nad tobą, jak nad swym synem, niech lamentuje Las w którym ścinaliśmy drzewa, niech płaczą cyprysy i cedry, niech lamentują niedźwiedzie, hieny, pantery, lamparty, jelenie, szakale, lwy, dzikie byki, gazele, niech płacze rzeka Ulaja, którą przekraczaliśmy, niech się ten lament niesie wzdłuż Eufratu, z którego piliśmy święte wody, poświęcone bogom, niech rozpacza cała młodzież Uruk, która widziała, jak wspólnie zabijaliśmy strasznego Byka Niebios, niech lamentują rolnicy, wznosząc w swych dożynkowych pieśniach pod niebiosa twą chwałę, niech smutek ogarnie pasterzy, którzy karmili cię masłem i zsiadłym mlekiem, niech płaczą za tobą wszystkie kapłanki Isztar, które cię masowały wonnymi olejkami, niech z bólem cię wspominają kowale, szlifierze, odlewacze, jubilerzy, złotnicy, niech sobie rwą włosy z żalu kapłani we wszystkich świątyniach, ja wraz nimi lamentować będę.


– Słuchajcie mnie, czcigodni starcy, słuchajcie mnie, młodzi przyjaciele, mój ukochany druh nie żyje, mój ukochany brat jest martwy, póki oddycham żal za nim we mnie nie wygaśnie, będę łkał za nim, jak kobieta, która straciła jedyne dziecko. O, Enkidu, byłeś u mego boku jak topór, którego uderzeniu mogłem zaufać, jak celny nóż, jak ochronna tarcza, byłeś mi bliższy niż własna suknia, własny pas, z których mnie teraz odarto na zawsze. Przyjacielu ukochany, rączy jak rumak, zwinny jak jeleń, szybki jak lampart na stepie, przeszliśmy tyle gór, zabiliśmy Byka, zabiliśmy Humbabę, jakim to snem śpisz, że pociemniała ci twarz, że wstrzymał się twój oddech?"


Lecz Enkidu nie uniósł głowy, by odpowiedzieć. Gilgamesz dotknął jego piersi, lecz nie poczuł w nim bijącego serca.


Potem zakrył Enkidu twarz, jak pannie młodej, koronkową woalką. Krążył wokół niego, jak niespokojny orzeł, chodził bezradnie jak lwica, gdy jej młode wpadną w sidła, rwał włosy z głowy, poszarpał na sobie odzież, jakby go parzyła.


O świcie z pierwszym promieniem słońca zawołał: 

– Niech kowale, złotnicy, wytapiacze srebra i innych metali, szlifierzy drogich kamieni stworzą twój posąg, Enkidu, mój przyjacielu. Niech to będzie statua najpiękniejsza na świecie, jakiej jeszcze nigdy nie zrobiono. Broda ma być zakryta błękitnym lapisem, a pierś pokryta złotem najwyższej próby. Obsydian i inne szlachetne kamienie, klejnoty we wszystkich kolorach, oprawione w złoto i srebro przypłyną do Uruk z prądem Eufratu, aby pomnik Enkidu ozdobić. Znajdę ci miejsce w honorowym łożu, ułożę cię na królewskich marach, po mojej lewicy umieszczę twą statuę na wieczną pamiątkę, której stopy całować będą książęta tej ziemi, rozkażę wszystkim mieszkańcom Uruk iść w twym kondukcie. Gdy cię pochowam, głowę posypię kurzem z gościńca i lwią skórę ubrawszy, ucieknę w dziki step.


O świcie z pierwszym promieniem słońca wydał rozkazy rzemieślnikom, a sam poszedł otworzyć wrota królewskiego skarbca, obejrzał swe zasoby i zaczął wynosić złoto i klejnoty, broń drogocenną, inkrustowaną złotem i kością słoniową, by je przed Enkidu złożyć, jako ofiary dla podziemnych bogów. Pozabijać kazał mnóstwo tucznych wołów i owiec i ułożyć z nich wysoki stos ofiarny w imieniu Enkidu, także dla bogów z podziemnych Otchłani. Oczami wyobraźni widział płynącą tam piekielną rzekę.


Rozwarł Gilgamesz pałacową bramę, by wszyscy dostąpili udziału w jego hołdach przy ofiarnym stole z bezcennego drewna cisowego, na którym ustawił misę z krwawego karneolu i napełnił ją miodem, zaś misę z lapis lazuli wypełnił masłem i taką ofiarę złożył Szamaszowi.


Bogini Isztar ofiarował polerowany oszczep z czystego cedru, mówiąc: – Przyjmij to wielka bogini i bądź u boku mego przyjaciela, aby nie cierpiał z rozpaczy, gdy zejdzie do podziemnych Otchłani.


Bogu Sin, rządzącemu księżycem, ofiarował nóż z zakrzywionym ostrzem z obsydianu, mówiąc: – Przyjmij to boże Sin i bądź u boku mego przyjaciela, aby nie cierpiał z rozpaczy, gdy zejdzie do podziemnych Otchłani.


Królowej Ereszkigal, mrocznej władczyni umarłych ofiarował kolbę z lapis lazuli, mówiąc: – Przyjmij to, królowo Ereszkigal, i bądź u boku mego przyjaciela, aby nie cierpiał z rozpaczy, gdy zejdzie do podziemnych Otchłani.


Potem układał na ofiarnym stole coraz to inne kosztowności ze swojego skarbca. Dla Tammuza, pasterza ukochanego przez Isztar – flet z karneolu; dla Namtara, zarządcy podziemnego świata – krzesło i berło z lapis lazuli; dla Huszbiszy, służebicy bogów Otchłani – złoty naszyjnik; dla Quassu-Tabat, zamiatacza piekieł – srebrną bransoletkę; dla Niszuluhy, ochmistrzyni podziemnego świata – zwierciadło alabastrowe, w którym na odwrotnej stronie wyobrażone były fale Eufratu; dla Bibbu, rzeźnika z Otchłani – nóż obosieczny z lapisu. Mnóstwo innych ofiar wciąż jeszcze czeka na dokładny opis, tak było ich wiele. Gdy stół się zapełnił, błagał ich wszystkich Gilgamesz: "Przyjmijcie tę ofiarę i bądźcie u boku mego przyjaciela, aby nie cierpiał z rozpaczy, gdy zejdzie do podziemnych Otchłani."


Gdy skończył się pogrzeb, zgodnie z obietnicą, przebrał się Gilgamesz w lwią skórę i udał się na włóczęgę w dzikie stepy.





PRZYGODA DZIEWIĄTA.


Włóczęga Gilgamesza w poszukiwaniu tajemnicy wiecznego życia.



Szlochał Gilgamesz, śmiercią przyjaciela zrozpaczony, włócząc się po dzikich pustkowiach. – Czy ja też muszę umrzeć? Czy jak Enkidu leżeć będę na marach? Jak mam przetrzymać smutek, co mi gryzie serce? Czy strach przed śmiercią zgłuszę w dzikim stepie? O, gdybym odnaleźć mógł tego jednego człowieka, Utnapisztima, syna Ubar-Tutu, którego bogowie uczynili nieśmiertelnym! Zapytałbym go jak pokonać smierć.


Pewnej nocy miał senną wizję stada lwów w legowisku. Sięgnął po siekierę, w drugą dłoń ujął ostry sztylet. Niczym rzucony oszczep wpadł między nie, zabił kilka z nich, inne uciekły ranne. Śnił, że leży na ich futrach, a udźce piecze na ogniu. Po obudzeniu wykopał studnię w stepowym gruncie i zaczerpnął świeżej wody do picia.


Zatroskał się Szamasz widokiem zbłąkanego Gilgamesza. – Czemu wędrujesz, Gilgameszu, wiecznego życia nie znajdziesz nigdy.


Odrzekł Gilgamesz strapiony: – Czy u kresu mojej włóczęgi, kiedy zejdę w podziemia Otchłani, też nie znajdę wytchnienia? Czy śniąc przepędzę resztę mych dni?  Pozwól mym oczom pławić się w twym blasku, aż do ich kresu. Czyż nie jest tak, że tylko umarli z podziemnych światów nie widzą twej jasności?



Wzięte z: Epic of Gilgamesh: New illustrated edition. Trnsl. Valentin Rey

https://www.amazon.com/Epic-Gilgamesh-New-illustrated-M/dp/B0CXGQLDMF

 

Wędrował Gilgamesz z sercem pełnym udręki ciągle na wschód, by tam odnaleźć Utnapisztima, aż dotarł do wysokich gór, zwanych Podwójne Szczyty. Czubkami dotykają one sklepienia niebios, a ich podnóża sięgają podziemiów, czuwają nad zachodami słońca i strzegą bezpiecznych jego wschodów. Dwóch ludzi w postaciach skorpionów strzeże tunelu, którym słońce wędruje z zachodniej strony ziemi, by się wyłonić nad wschodnim horyzontem. Straszne są postacie ludzi-skorpionów. Poświaty znad ich głów sięgają szczytów gór. W pierwszej chwili strach przeszył Gilgamesza na ich widok, lecz opanował się mężnie i ruszył w ich kierunku.


Mężczyzna-skorpion krzyknął do swej żony: "Ten, kto się zbliża musi być bogiem!"


Kobieta-skorpion odkrzyknęła mu: "On jest bogiem w dwóch trzecich, a w jednej części człowiekiem!"


Zapytał męski skoprion: – Jakie jest imię twoje? Czy z rozkazu bogów ośmieliłeś się przyjść aż tutaj? Dlaczego tak długo wędrowałeś przez morza i góry nie do przejścia, po pustynnych pustkowiach, na które nie śmie wejść śmiertelnik? Ujawnij cel swej włóczęgi. Chcę go poznać.


– Nazywam się Gilgamesz, jestem królem warownego Uruk, wyruszyłem, by znaleźć mego przodka Utnapisztima, któremu dano życie wieczne i policzono między bogów. On jest moją jedyną nadzieją. Chcę go zapytać, jak udało mu się pokonać śmierć.


Rzekł męski skorpion: – Nikt nie może przejść przez Podwójne Szczyty, nikt nigdy nie wszedł do tunelu, do którego wstępuje Bóg Słońce po zachodzie i na wskroś przemierza ziemię. Wewnątrz są nieprzeniknione ciemności, nie ma nawet najlżejszego blasku światła. Dwunastogodzinna droga prowadzi przez nieprzeniknioną ciemność.


Rzekła kobieta-skorpion: – Temu dzielnemu człowiekowi, gnanemu rozpaczą, wyziębionemu mrozami, spalonemu pustynnym słońcem ono samo pokazywało drogę do Utnapisztima.


Rzekł męski skorpion: – Droga w tunelu przez całą długość prowadzi w dół. Czarna smoła ciemności będzie przed i za tobą. Musisz tam biec szybciej niż wiatr, bo masz tylko dwanaście godzin. Jeśli nie dojdziesz do wschodniego wyjścia, zanim słońce wejdzie od zachodu, nie będzie dla ciebie ratunku przed jego śmiercionośnym żarem. Wejdź do wnętrza Podwójnych Szczytów i niech cię one prowadzą bezpiecznie. Oto przed tobą jest brama tunelu.


Zaledwie błysnął pierwszy promień wschodu, przekroczył Gilgamesz próg tunelu. Zaczął biec. Jedną godzinę biegł przez gęstą czerń, bez blasku żadnego przed, za nim i obok. Drugą godzinę biegł przez gęstą czerń, bez blasku żadnego przed, za nim i obok. Trzecią godzinę biegł przez gęstą czerń, bez blasku żadnego przed, za nim i obok. Czwartą godzinę biegł przez gęstą czerń, bez blasku żadnego przed, za nim i obok. Piątą godzinę biegł przez gęstą czerń, bez blasku żadnego przed, za nim i obok. Szóstą godzinę biegł przez gęstą czerń, bez blasku żadnego przed, za nim i obok. Siódmą godzinę biegł przez gęstą czerń, bez blasku żadnego przed, za nim i obok. Ósmą godzinę biegł przez gęstą czerń, bez blasku żadnego przed, za nim i obok. Dziewiąta godzinę biegł przez gęstą czerń, bez blasku żadnego przed, za nim i obok. Dziesiątą godzinę biegł przez gęstą czerń, bez blasku żadnego przed, za nim i obok. Jedenastą godzinę biegł przez gęstą czerń, bez blasku żadnego przed, za nim i obok. Została jeszcze dwunasta godzina. W ostatniej sekundzie dwunastej godziny zdołał wydostać się z tunelu, nim słońce doń weszło.


Wbiegł prosto w ogród o boskiej piękności, bo to był ogród bogów, zarosły drzewami, pełnymi olśniewających klejnotów. Były tam drzewa porosłe rubinami, gałęzie ukwiecone lapisem lazuli, pokryte girlandami najbarwniejszych korali, wielkimi jak daktyle. Lśnił cały ogród od pereł, diamentów, szafirów i szmaragdów. Nie mógł powstrzymać się Gilgamesz, by ich nie dotknąć w zachwycie. Z oddali przyglądały mu się boginie.





PRZYGODA DZIESIĄTA


Spotkanie Gilgamesza z Utnapisztim.



Nad brzegiem Oceanu siedziała Sziduri na progu swej tawerny. Od słonej bryzy zasłaniała twarz woalką, obok niej stał złoty dzban i warzelnia w której bulgotał zacier. Zobaczyła nadchodzącego Gilgamesza, odzianego w lwią skórę, zmęczonego i z udręką na twarzy. Rzekła do siebie w przestrachu: "Ten okropny włóczęga na pewno jest mordercą. Idzie prosto tutaj, aby mnie zabić." Szybko pobiegła do tawerny, zaryglowała drzwi i wspięła się na dach. Usłyszał Gilgamesz hałas, spojrzał w górę i zobaczył ją patrzącą nań z wysokiego dachu. – Dlaczego zamykasz tawernę? –  krzyknął. – Chcę wejść do środka. Jeśli mnie nie wpuścisz, rozwalę zamek, wyważę drzwi.


Krzyknęła Sziduri: – Wyglądasz tak dziko, że ze strachu zamknęłam drzwi i uciekłam na dach. Powiedz, jakie twe imię i dokąd idziesz?


– Moje imię Gilgamesz, jestem królem warownego Uruk. To ja zabiłem Humbabę z Cedrowego Lasu, to ja pokonałem Niebiańskiego Byka.


Zapytala Sziduri: – Ale dlaczego tak zapadnięte są twoje policzki, a twa postać taka wynędzniała? Dlaczego twoja twarz jest ogorzała od mrozu i pustynnego słońca? Skąd tyle smutku w twoim sercu? Czemu twe okrycie jest w strzępach, a ty przewracasz się ze zmęczenia, jakbyś się włóczył długo przez dzikie stepy?


Odrzekł Gilgamesz: 

– Jakżeby nie miały zapaść się moje policzki, jakżeby miała nie zgorzeć moja twarz od pustynnego słońca? Jakżebym mógł nie mieć smutku w sercu? Jakżebym mógł nie być znękany do ostatka? Mego przyjaciela, mojego brata, Enkidu, którego tak kochałem, który we wszystkich niebezpieczeństwach mi towarzyszył, dosięgło ludzkie przeznaczenie i pokonało go. Przez sześć dni odwlekałem jego pogrzeb, myśląc z nadzieją – "Jeśli moja rozpacz jest dostatecznie przemożna, to jej siła wróci go do życia." Przez sześć dni i siedem nocy lamentowałem, aż w końcu robaki wyszły z jego nosa. Przeraziło to mnie, przeląkłem się śmierci i uciekłem na pustynie i w góry. Nie mogę znieść tego, co stało się z mym przyjacielem Enkidu i w boleści zaszyłem się w dzicz. Jakże mój rozum ma znaleźć spokój? Mój przyjaciel Enkidu obrócił się w proch ziemi. Ale ja nie chcę w ten proch się obrócić i już nigdy nie powstać z niego. Nie chcę, jak Enkidu, zatonąć w piekielnej rzece Otchłani.


Rzekła Sziduri: 

– Po cóż tak się włóczysz, Gilgameszu? Tego, co szukasz - wiecznego życia - nie znajdziesz. Wraz z człowiekiem bogowie stworzyli śmierć, życie wieczne zatrzymali dla siebie. Ludzie rodzą się, żyją, potem umierają, taka jest kolej rzeczy z boskich wyroków. Ale póki nie przyjdzie koniec, w szczęściu spędzaj życie, a nie w rozpaczy. Z każdego dnia korzystaj. Zabawy i tańce, wyborne jedzenie, piękne, czyste stroje, pachnące kąpiele, w domu radość z dziecięcego śmiechu, z pieszczot współmałżonka -  tak powinni żyć ludzie i cieszyć się, że żyją.


– Cóż znaczą twoje słowa, karczmarko – powiedział Gilgamesz – skoro me serce jest chore po śmierci Enkidu. Pokaż mi drogę do Utnapisztima. W którym kierunku mam ruszyć? Przepłynę Ocean, a jeśli nie zdołam, wrócę w dzikie stepy.


Odpowiedziala mu Sziduri: 

– Nigdy nie było drogi przez rozległy Ocean, ani też nigdy nie było człowieka, który byłby w stanie przemierzyć ten ogrom. Jedynie bosko odważny Szamasz, wspinając się po niebie, przekracza te wody od brzegu do brzegu, ale nikt poza nim tego nie dokona. Ocean jest morderczy, nieubłaganie bezlitosny, a na środku falują Wody Śmierci, wystarczy ich dotknąć, by natychmiast zginąć. Żadnym sposobem go nie przepłyniesz, ale jeśli nawet spróbujesz, co poczniesz na Wodach Śmierci? Jest jeden człowiek, który mógłby pomóc, Urszanabi, był on kiedyś przewoźnikiem Utnapisztima. Ścina gałęzie w lesie, ma ze sobą załogę Skamieniałych Zjaw. Idź do niego. Zapytaj. Jeśli się zgodzi, możesz wpłynąć, a jeśli nie – zawracaj.


Sięgnął Gilgamesz po swoją siekierę, zza pasa wydobył sztylet, rzucił się naprzód i jak strzała z łuku wpadł między drzewa z krzykiem bojowym, dudniącym po lesie. Gdy Urszanabi zobaczył błysk siekiery i refleks sztyletu, stanął do walki, ale jednym ciosem Gilgamesz go ogłuszył, związał mu ręce, a potem runął na załogę Skamieniałych Zjaw. To byli ci, którzy wiedzieli, jak chronić łódź na falach Wód Śmierci. Porozbijał Gilgamesz zaczarowaną załogę na kamienne kawałki i potopił w wodzie. Wrócił do Urszanabiego. 


– Kim jesteś – zapytał przewoźnik – jak się nazywasz? Ja jestem Urszanabi, przewoźnik Utnapisztima.


– Jestem Gilgamesz, król warownego Uruk, miasta boga Anu, przywędrowałem tunelem Słońca przez góry. Pokaż mi drogę do Utnapisztima.


Rzekł Urszanabi: – Przed chwilą własnymi rękami zniszczyłeś w furii jedynych przewoźników, załogę Skamieniałych Zjaw. Tylko oni potrafili przeprowadzić łódź przez Wody Śmierci. Ale jeszcze nie wszystko stracone. Możemy się przeprawić przez rozległy Ocean, jeśli zdołasz tą siekierą narąbać na wiosła pięć razy po pięć tuzinów pni, piętnaście razy wyższych od człowieka i nad brzeg przyniesiesz. Zaczekam na ciebie.


Poszedł Gilgamesz w głąb lasu, pięć razy po pięć tuzinów pni narąbał na wiosła, oczyścił z gałęzi i z kory, wyrzeźbił w nich uchwyty i przyniósł do przewoźnika. Załadowali je wszystkie na łódź i wypłynęli.


Żeglowali bez odpoczynku trzy dni i trzy noce, przepłynęli tyle, co zwykli ludzie w sześć tygodni i dotarli do falujących Wód Śmierci. Ostrzegł Urszanabi Gilgamesza: – Teraz ostrożnie, weź pierwsze wiosło, steruj przed siebie i niech nawet jedna kropla Wód Śmierci nie spadnie na ciebie. Gdy się roztrzaska pierwsze wiosło, weź drugie, potem trzecie, a zanim ostatnie z trzystu zużyjesz Wody Śmierci mają być za nami.


Wszystkie wiosła rozbiły się w strasznych wodach, a jeszcze ich nie przepłynęli. Wtedy Gilgamesz zdjął swoje okrycie, zdjął z Urszanabiego koszulę, związane razem rozciągnął w ramionach jak żagiel i łódź zaczęła płynąć. 



 


Z daleka, na brzegu stojąc samotnie, zobaczył ich Utnapisztim, dziwiąc się, kto doń przypływa. "To łódź Urszanabiego, lecz czemu nie ma z nim załogi Skamieniałych Zjaw? Kim jest ten obcy człowiek, stojący na pokładzie? Nie widziałem go przedtem."


Wylądował Gilgamesz. Zobaczył starca i rzekł: – Powiedz mi, gdzie znajdę Utnapisztima, którego wliczono w poczet bogów, któremu dane  jest życie wieczne?


Rzekł Utnapisztim: – Dlaczego tak zapadnięte są twoje policzki, a twa postać taka wynędzniała? Dlaczego twoja twarz jest ogorzała od mrozu i pustynnego słońca? Skąd tyle smutku w twoim sercu? Czemu twe okrycie jest w strzępach, a ty przewracasz się ze zmęczenia, jakbyś wędrował z drugiego krańca świata?


Odrzekł Gilgamesz: : – Jakże policzki moje mają nie być zapadnięte, a ja nie wynędzniały? Jakże me serce ma nie być pełne smutku? Oto mojego przyjaciela, mojego brata, Enkidu, którego ponad życie kochałem, który mi we wszystkich wyprawach towarzyszył, dosięgło ludzkie przeznaczenie i pokonało go. Przez sześć dni odwlekałem jego pogrzeb, myśląc z nadzieją – "Jeśli moja rozpacz jest dostatecznie przemożna, to jej siła wróci go do życia." Przez sześć dni i siedem nocy lamentowałem, aż w końcu robaki wyszły z jego nosa. Przeraziło to mnie, przeląkłem się śmierci i uciekłem na włóczęgę przez pustynie i góry. Nie mogę znieść tego, co stało się z mym przyjacielem Enkidu i w boleści uciekłem w dzicz. Jakże mój rozum ma znaleźć spokój? Mój przyjaciel Enkidu obrócił się w proch ziemi. Ale ja nie chcę w ten proch się obrócić, i już nigdy nie powstać z niego. Nie chcę, jak Enkidu, zatonąć w piekielnej rzece Otchłani. Dlatego muszę odnaleźć Utnapisztima, którego nazywają Żyjący w Oddali, muszę zapytać go, jak można pokonać śmierć. Wędrowałem przez świat, wspinałem się na niebosiężne góry, przeszedłem pustynie, przepłynąłem Ocean, od dawna nie śpiąc jak człowiek, jestem brudny, zrozpaczony i ledwie żywy, a co osiągnąłem? Co zyskałem na końcu tej drogi? Niech bramy smutku wreszcie zatrzasną się za mną.


Rzekł Utnapisztim: – Czemu trwasz w rozpaczy? Urodziłeś się w części bogiem, w części człowiekiem, twymi rodzicami są bogowie, czemu więc zachowujesz się jak głupiec? Otrzymałeś tron, otacza cię rada mądrych starców, możesz korzystać z dobrych rad, których nie słuchają głupcy. Powiedziano ci "Panuj nad ludem". Nie musisz jak nędzasz zadowalać się otrębami, nie musisz jeść okruchów zamiast całej kromki, ani odziewać się w szmaty przewiązane sznurem. Masz światły rozum, więc nie jesteś jak bezrozumny, szalony głupiec. Pomyśl, Gilgameszu, w jak szczęśliwym jesteś położeniu. Tymczasem szarpiesz się w udręce i bólach, i tyle osiągnąłeś, że wyglądasz, jakby nadeszły twe ostatnie dni. Powiadasz, że szukasz nieśmiertelności, a wyglądasz, jakbyś miał zaraz umrzeć. Jak księżyc wędruje niezmiennie przez nocne niebo, tak nieustannie czuwają bogowie, patrzą na nas, nie tylko nieśmiertelni, ale nawet snu niepotrzebujący. Tak to jest urządzone od najdawniejszych dni."


Mówił dalej Utnapisztim: – Tak, to bogowie odebrali życie twemu bratu Enkidu. Sam wiesz, że życie człowieka jest krótkie i kruche jak trzcina. Przystojny młodzieniec, piękna dziewczyna - i nagle śmierć przychodzi, by ich zabrać w podziemia. Nikt nie widział jej twarzy, ani głosu jej nie słyszał, a jest dzika i nagła, potrafi dopaść młodzieńca i starca. Mimo to budujemy domy, mimo to zakładamy rodziny, gromadzimy majątki do podziału, spieramy się w dysputach, jakby życie ludzkie trwało wiecznie. Rzeka niosąca wody podnosi je ponad brzegi, a my jesteśmy, jak motyle latające nad jej nurtem: patrzymy w słońce i nagle jest tylko nic. Podobni są do siebie śpiący i umarli. Ale ten, kto śpi, otwiera oczy, obudzony wraca ze snu, a ze śmierci nie wraca nikt. I nikt z nas nie wie, kiedy nadejdzie ostatni dzień. Bogowie na wspólnym zgromadzeniu decydują o twoim losie, układają twoje życie tak, byś nie znał czasu swej śmierci.






PRZYGODA JEDENASTA


Opowieść o Potopie i poszukiwaniu nieśmiertelności.




 

Przyjrzał mu się Gilgamesz i rzekł: – Wyglądasz, jakbyś był bogiem, ale przecież jesteś jak ja, nie dostrzegam żadnej różnicy między nami. Zamierzałem z tobą walczyć, ale teraz, kiedy stoję przed tobą, nie jestem zdolny do walki, dziwna siła krępuje mi ręce. Powiedz mi, jak to się stało, że ty, śmiertelnik, pokonałeś śmierć i na równych prawach znalazłeś się w gronie bogów?


– Zdradzę ci tę tajemnicę – rzekł Utnapisztim – wyjawię ci sekret bogów. Znasz historię Szuruppaku, starożytnego miasta nad Eufratem i wiesz, że byłem tam królem dawno, dawno temu, w czasach, gdy bogowie zdecydowali zesłać Potop na ziemię. Było ich pięciu: Anu – ojciec wszystkich, Enlil – doradca, Ninurta – zausznik tronu, Ennugi – zarządca ziemskich wód, i Ea – książę wśród bogów. Wszyscy przysięgli rzecz trzymać w tajemnicy, ale pewnego razu usłyszałem, jak Ea przy moim domu szepce: "Płocie trzcinowy, słuchaj, płocie trzcinowy, słuchajcie ściany tego domu, niech król Szuruppaku, syn Ubar-Tutu, szybko ten dom zburzy i zbuduje w zamian wielki statek, niech zostawi cały swój przybytek, a ratuje życie. Statek ma być kwadratowy, to znaczy tyle ma mierzyć na długość, co na szerokość. I ma być przykryty dachem, tak szczelnym, jak Ocean szczelnie zasłania swą głębię." 


– Zrozumiałem polecenie boga Ea i odpowiedziałem: "Panie, wykonam twój rozkaz, dokładnie jak nakazałeś, ale powiedz mi, jak mam ludziom wyjaśniać, dlaczego ten statek buduję?"


"Powiedz im – rzekł Ea – że Enlil cię znienawidził, że już nie możesz mieszkać w tym mieście, że nawet po tej ziemi, na której on panuje, nie możesz chodzić, że twym przeznaczeniem jest zejść w Wielką Głębię, udać się pod opiekę Ea, twego pana. Powiedz pozostałym mieszkańcom królestwa, że obdarzy on ich wielką obfitością i co tylko zechcą, otrzymają, a nawet i więcej w postaci mnóstwa ptactwa, bezmiaru ryb i bogatych zbiorów."


– Wymyśliłem konstrukcję, wyrysowałem plany i z pierwszymi promieniami świtu przystąpiono do budowy. Stolarze przynieśli siekiery i piły, wyplatacze mat – kamienne prasy, splatacze lin – wielkie sznury, nawet dzieci nosiły smołę. Także ubodzy pomagali, jak potrafili, nosząc i piłując drewno, podając gwoździe. Pod koniec piątego dnia kadłub był gotów: burty na dwieście stóp wysokości i rozległy pokład. Zrobiłem pod nim sześć mniejszych pokładów, tak że cały statek miał siedem pięter. Na każdym z nich było dziewięć przedziałów, a każda szpara dobrze uszczelniona, wstawiłem dźwigi do wyciągania wody z zęzy, osadziłem wiosła. Zużyłem po trzy tysiące galonów smoły i lepiku. Tragarze przynieśli trzy tysiące galonów oleju. Na wyżywienie wszystkich pracujących zabijano byki i owce, toczono beczki piwa i wina, które pito jak wodę. Gdy praca dobiegła końca, urządziłem ucztę jak na Nowy Rok. Wodowanie było trudne. Wsunęliśmy statek po kłodach do rzeki, zanurzył się w wodzie na dwie trzecie wielkości. Załadowałem do środka całe moje srebro i złoto, całą rodzinę, wszystkich krewnych, wszelkiego rodzaju zwierzęta oswojone i po parze dzikich, poza tym różnych rzemieślników i artystów.


– Zaraz potem bóg Szamasz dał mi znak, że już czas i powiedział: "Pora na pokład, zapieczętuj właz." Spojrzałem na niebo, nadciągał straszny sztorm. Czym prędzej wszedłem na statek. Jeden z budowniczych, Puzu-Enlil, któremu oddałem resztę mych majętności, uszczelnił właz.


– Zaledwie błysnął pierwszy promień świtu, zjawiła się nad horyzontem ogromna czarna chmura i zasłoniła całe niebo. W jej środku grzmiał bóg burzy, Adad. Za nim dwaj bogowie zniszczenia, Szullat i Hanish, uderzyli w doliny i góry. Nergal, bóg zarazy, odsłonił pokrywę Wielkiej Głębi, Ninurta otworzył śluzy niebios, bogowie Anunnaki wznieśli płomienne pochodnie, cały kraj podpalając. Najmniejsza jasność zginęła w ciemności i śmiertelna cisza zaległa w niebie. Ziemia pękała, jak gliniany garnek. 


– Przez cały dzień, bezustannie wiał sztormowy wiatr, najpierw padał deszcz, ale potem Potop wybuchł jak wojna, przytłaczając ludzi. Przez spadające wody nie było nic widać tak, że własnej ręki nie dało się dojrzeć. Tego przestraszyli się nawet bogowie. Nie mogli się schronić gdzie indziej, niż w pałacu Anu, u samych wyżyn nieba, lecz Anu zamknął przed nimi bramy. Skulili się pod ścianą pałacu jak stado zmokłych psów.


– Aruru, matka ziemian, która zawsze mówiła słodkim głosem, teraz wyła jak kobieta w porodowych bólach: "Niech przeklęty będzie ten dzień, kiedy zgodziłam się na naradzie bogów na to zło! Jak mogłam zniszczyć swoje własne dzieci, wysyłając na nich ten Wielki Potop! Czyż po to stworzyłam ludzką rasę, by teraz oglądać, jak ludzie wypełniają Ocean niczym ryby?" Inni bogowie także rozpaczali, smutno szlochając jak ona.


– Przez sześć dni i siedem nocy powodzie i sztormy niszczyły ziemię. Ulewa ustała siódmego dnia rano. Odpłynęły fale Oceanu. Ale żadnego lądu nie było widać, tylko wodę ze wszech stron, płasko rozlaną jak dach. Z ludzkiej rasy wyginęli wszyscy. Taki widok ujrzałem, gdym odemknął właz i wyszedłem na światło słoneczne. Ukląkłem, kryjąc twarz we łzach. Gdy się znów rozejrzałem, zobaczyłem w oddali skrawek tego, co zostało z Góry Nimush, mieliznę w jej pobliżu, na której statek osiadł i tkwił uwięziony przez następne sześć dni i siedem nocy. Siódmego dnia rano wypuściłem gołębicę. Odleciała i wróciła na statek, bo nie było lądu, by mogła osiąść. Po pewnym czasie wypuściłem jaskółkę, odleciała i wróciła na statek, bo wciąż nie było lądu, by mogła osiąść. Potem wypuściłem kruka, odleciał i nie wrócił, bo woda już nieco opadła i znalazł drzewo na którym mógł osiąść.


– Kiedy ziemia się ukazała po wyschnięciu wód, uwolniłem zwierzęta, złożyłem na szczycie góry ofiarę z owcy dla bogów, ułożyłem w dwóch rzędach po siedem waz rytualnych, spaliłem trzciny pachnące, gałęzie cedru i mirtu. Bogowie poczuli miłą woń ofiary i zlecieli się do niej, jak muchy.


– Była wśród nich Aruru, trzymała w dłoniach naszyjnik z lapis lazuli, ofiarowany jej przez Anu, kiedy kwitła ich miłość. "Przysięgam, – powiedziała, – na ten klejnot bezcenny, że tych strasznych dni nie zapomnę. Niech z twej ofiary korzystają bogowie, oprócz Enlila, ponieważ to on bezmyślnie zesłał Wielki Potop i zatopił moje dzieci."


– Enlil, który też nadleciał, zobaczył mój statek i wpadł we wściekłość, szalał i przeklinał innych bogów: "Kto z was pomógł tym ludziom się uratować? Czyż Wielki Potop nie miał ich wszystkich zniszczyć?" Ninurta odpowiedział: "A któż, jak nie Ea, najmądrzejszy z nas, mógłby mieć taki pomysł?"


– Zwrócił się Ea do Enlila: "Jak to się stało, że ty, ponoć najmądrzejszy i najodważniejszy z bogów, tak nierozważnie Wielkim Potopem chciałeś zniszczyć ludzkość? Słuszne jest karanie grzesznika za grzechy, karanie przestępcy za zbrodnie, ale miłosierdzie zabrania zabijać wszystkich za grzechy niektórych. Sprawiedliwiej byłoby nasłać lwy na ludzi, aby co dziesiątego rozszarpały, stada wilków, klęskę głodu lub śmiertelną zarazę. Doprawdy nie złamałem przysięgi, nie ujawniłem ludziom tajemnicy bogów, wyszeptałem tylko wiadomość do ścian, do płotu, i przypadkiem Utnapisztim usłyszał. Wymyśl teraz, jaki ma być jego los."


– Wszedł Enlil na pokład statku, wziął za ręce mnie i moją żonę, kazał nam uklęknąć, dotknął naszych czół i, stojąc przed nami, pobłogosławił nas. "Posłuchajcie bogowie. – rzekł – Do dziś Utnapisztim był człowiekiem, śmiertelnikiem, ale od tej chwili on i jego żona będą bogami takimi, jak my, będą żyć wiecznie u dalekich źródeł wszystkich rzek." Potem bogowie przenieśli nas do dalekich źródeł wszystkich rzek. W to miejsce, w którym teraz jesteśmy.


– Gilgameszu, a kto, powiedz, w twojej sprawie zgromadzi wszystkich bogów? Kto ich przekona do obdarowania cię wiecznym życiem, którego szukasz? Skąd mają wiedzieć, że na nie zasługujesz? Spróbuj przejść pierwszą próbę, postaraj się nie zasnąć przez siedem dni. Przezwyciężysz senność, to być może zdołasz przezwyciężyć śmierć.


Usiadł Gilgamesz pod ścianą, żeby rozpocząć próbę. Ledwie się o mur oparł, sen spłynął nań jak mgła.


Powiedział Utnapisztim żonie: – Popatrz na tego człowieczynę! Dopiero co domagał się życia wiecznego, a ledwie usiadł, zapadł w sen, jak w gęstą mgłę."


Ona zaś odpowiedziała: – Potrząśnij nim i obudź go, niech wraca bezpiecznie do siebie tą samą drogą, co tu przybył.


– Wszyscy ludzie to kłamcy. – powiedział Utnapisztim – Kiedy się obudzi, sama się przekonasz, że będzie chciał nas oszukać, więc w każdy przespany przezeń dzień upiecz oddzielny bochenek chleba i po kolei układaj je obok niego. A dla pewności rysuj osobny znak na ścianie.


Piekła kobieta chleb i każdego dnia układała obok śpiącego, a dla pewności robiła osobny znak na ścianie. Pierwszy bochenek sczerstwiał na kamień, drugi bochek wysechł jak skóra na słońcu, trzeci sklęsł do połowy, czwarty pokrył się białym nalotem, piąty spleśniał, szósty się zaśmierdł, siódmy był jeszcze w piecu, gdy Utnapisztim litościwie potrząsnął śpiącym. Obudził się Gilgamesz i powiedział: – Byłbym zasnął, gdybyś mną nie potrząsnął.


Wtedy Utnapisztim pokazał mu bochenki: – Popatrz, co leży obok ciebie, policz te bochenki, które moja żona piekła w każdy twój przespany dzień. Pierwszy, ten jak kamień, upiekła siedem dni temu, drugi, ten wyschnięty – sześć dni temu, i tak po kolei, trzeci jest sklęśnięty, czwarty zbielały, piąty spleśniały, szósty śmierdzący. A teraz spójrz na ścianę, każdy znak to jeden dzień twego spania.


Gilgamesz był zrozpaczony: – Co ja teraz zrobię, gdzie pójdę? Widzę, że śmierć może mnie dopaść nawet w moim własnym łóżku, i gdziekolwiek indziej, gdziekolwiek się obrócę. Wszędzie jest tylko śmierć.


Utnapisztim powiedział przewoźnikowi: – To był ostatni raz, Urszanabi, żeś się przeprawił przez Ocean, aż na ten brzeg. A co do tego człowieka, który jest brudny, zmęczony, którego włosy zarasta kurz, a skóra lwia na nim w strzępach i nie ma śladu po jego urodzie herosa, to zabierz go do łaźni, umyj go porządnie, wyrzuć brudne skóry do morza, niech zabiorą je fale, wyczesz mu włosy i spleć ładnie na plecach, natrzyj ciało pachnącym olejkiem i odziej w szaty godne króla. Niech z podróży wraca do swego miasta Uruk czysty i odświętny.


Zaprowadził Urszanabi Gilgamesza do łaźni, umył mu włosy, rozebrał z lwich skór i wyrzucił je w fale Oceanu, pachnącym olejkiem natarł mu ciało, związał włosy jasną przepaską i ubrał go w piękne szaty. Gilgamesz znów wyglądał jak król. Weszli obaj na pokład łodzi przewoźnika i zaczęli odpływać.


Żona Utnapisztima powiedziała mężowi: – Zatrzymaj ich, ten człowiek przebył długą drogę, pokonał wiele trudności, by do nas dotrzeć. Czy nie powinieneś dać mu coś, żeby nie wracał z pustymi rękami?


Gilgamesz usłyszał jej słowa, zawrócił łódź ku brzegowi. 

 


 


– Gilgameszu, – powiedział Utnapisztim, – przeszedłeś długą drogę, przetrwałeś wiele trudów, aby tu dotrzeć. Wyjawię ci coś bardzo sekretnego, coś co jest tajemnicą bogów. W wodach Wielkiej Głębi rośnie mały, kolczasty krzew, ma ostre kolce, które będą kłuć twoje palce jak róża. Jeśli znajdziesz w Oceanie tę roślinę i wyniesiesz ją na powierzchnię, posiądziesz sekret młodości. 


Przywiązał Gilgamesz do stóp dwa ciężkie kamienie i zanurkował w Wielką Głębię, pociągnęły go ciężary w najgłębsze wody. Zobaczył kolczasty krzew, chwycił go, raniąc sobie palce do krwi, odciął sznury przywiązane do kamieni i wypłynął na powierzchnię, a fale doniosły go na brzeg.


Pokazał, co wyłowił, Urszanabiemu: – Popatrz na tę cudowną roślinę, ona mnie nie tylko wyleczy ze strachu przed śmiercią, ale przywróci dawną młodość. Kiedy wrócę do Uruk, wypróbuję jej moc, by zobaczyć jak działa. Dam jej kawałek do spróbowania jednemu z mych przybocznych starców, a jeśli się odmieni, nadam mu tytuł Starca Odmłodzonego. Potem sam ją zjem i powrócę do beztroskiej młodości.


Wyruszyli w powrotną drogę do Uruk. Przeszli czterysta mil i obóz rozbili, aby się posilić. Nieopodal zobaczył Gilgamesz staw z chłodną, czystą wodą. Położył kolczasty krzew na ziemi i poszedł się wykąpać. Wąż, który się wił w pobliżu, wyczuł zapach ostrokrzewu, podpełzł i zjadł go. Zaledwie cała roślina zniknęła w jego paszczy, stara skóra opadła z węża.

 


 

Gdy Gilgamesz wyszedł ze stawu, nie znalazł swej cudownej rośliny, zobaczył odmłodzonego węża i gorzko zapłakał przed przewoźnikiem: – Co teraz mam zrobić? Cały mój wysiłek na nic. Urszanabi, zatem na próżno trudziły się me ręce? Na próżno krwawiło me serce? Niczego nie osiągnąłem, bo zwyczajny gad pożarł moją cudowną roślinę. Głębiny, w którą musiałem nurkować, nigdy nie znajdę drugi raz. Wszystkie moje narzędzia w niej utonęły, nawet nasza łódka została na brzegu Oceanu.


Przeszli jeszcze wiele mil,  w końcu dotarli do celu. Stanęli pod miastem. – Popatrz, Urszanabi, na boską Świątynię Eanny, na Uruk tak masywny mur, że równego nie ma w miastach na ziemi. Zobacz – wieże obronne błyszczą, jak w słońcu lśniąca miedź. W nich kamień schodów starszy jest niż sobie wyobrażasz, zbliż się do Świątyni Eanny, oddanej bogini Isztar,  żaden król nie ma równie pięknej, przejdź murem wokół Uruk, sprawdź fundamentów potęgę, mistrzostwo murarskiej roboty, zobacz jakie otacza bogactwo: palmy, ogrody, sady, wspaniałe pałace, świątynie, sklepy i targowiska, domy, place publiczne. Tutaj uwiecznię w kamiennej kronice swoje wędrówki, trudy i zmagania.



KONIEC PRZYGÓD GILGAMESZA