Kwestia jednej literki
Sporo lat temu Milorad Pavić wydał trzy odmiany tej samej powieści – męską, żeńską i androgyniczną. Był to sławny "Słownik Chazarski". Różnica między wersjami zdarzała się prawie pod koniec książki i objawiała się w 8 lub 9 zdaniach, tworzących niewielki akapit. Wydaje mi się, że "żeńską" wersję Pavić z typowo męskim (nie)wyczuciem "ukobiecił", doplątując do wrażeń bohaterki tak zwane targające uczucia. Samo myślenie najwyraźniej mu do kobiecości nie wystarczało. A tam, gdzie napisał same myśli, wcale intelektualne i erudycyjne, pasował mu raczej męski rodzaj. Rzecz jasna to wszystko mogło być żartem, albo chwytem reklamowym, żeby kupić dwa rzekomo różne egzemplarze książki i z głupią miną odkryć, że idzie o jeden, mało zróżnicowany akapit.
Według moich możliwości spolszczania wyglądało to tak:
Wersja męska
«Teraz byla najlepsza okazja, żeby nacisnąć spust. Na korzystniejszą nie mogłam liczyć – w ogrodzie był tylko jeden świadek – w dodatku dziecko. Ale zdarzyło się co innego. Sięgnęłam po te kilka ekscytujących stron, które dołączam do listu. Biorąc je zamiast strzelać, spojrzałam na jego saraceńskie palce z paznokciami jak laskowe orzechy i pomyślałam o drzewie, które Halevi wspomina w swojej książce o Chazarach. Pomyślałam, że każdy z nas jest takim drzewem: im bardziej rośniemy w górę ku niebu, przez wiatry i deszcz ku Bogu, tym głębiej musimy zapuścić korzenie w błoto i wody gruntowe ku Piekłu. Z takimi myślami czytałam strony podane mi przez Saracena o zielonych oczach. Zdumiało mnie to pismo i z niedowierzaniem zapytałam dr. Muawię, skąd je wziął.»
Wersja żeńska
«Kiedy mi je podawał, jego kciuk musnął mój i zadrżałam od dotyku. Miałam wrażenie, że w naszych palcach jest nasza przeszłość i przyszłość i że się spotkały. Przez to straciłam wątek przy czytaniu podanych mi stron i zanurzyłam się we własnych uczuciach. W kilku sekundach nieobecności i zapomnienia minęły wieki z niezrozumianymi i niewchłoniętymi wersami, a kiedy po chwili odzyskałam przytomność i nawiązałam ponownie kontakt z tekstem, wiedziałam, że czytelniczka, która powraca z otwartych mórz swoich uczuć, nie jest już tą samą osobą, która przed chwilą wypłynęła na morze. Zdobyłam i dowiedziałam się więcej nie czytając niż czytając te strony, a kiedy zapytałam dr. Muawię, skąd je ma, powiedział coś, co jeszcze bardziej mnie zdumiało:»
Wersja androgyniczna
«Akurat tu i teraz mogłam nacisnąć spust. Lepszy moment nie mógł się trafić. W ogrodzie był zaledwie jeden samotny świadek – tylko jakiś chłopczyk. Ale tak się nie stało. Sięgnęłam po te ekscytujące kartki papieru, które załączam do tego listu. Wziąwszy je, zamiast strzelać z pistoletu, spojrzałam na saraceńskie palce z paznokciami jak orzechy laskowe i pomyślałam o drzewie, które Halevi wspomina w swojej książce o Chazarach. Pomyślałam, że każdy z nas jest właśnie takim drzewem: im wyżej rośniemy ku niebu, przez wiatr i deszcz ku Bogu, tym głębiej musimy zapuścić korzenie przez błoto i podziemne wody ku piekłu. Z tymi myślami w głowie czytałam strony, które dał mi zielonooki Saracen. Wstrząsnęły mną i z niedowierzaniem zapytałam doktora Muawię, skąd je wziął.»
° ° °
Jeden akapit na trzysta stron prozy – co zatem dziwnego, że w wierszu na dwadzieścia wersów, taka różnica spełniać się może w jednej literce. Spełnia się w utworze znanym ongiś powszechnie, gdyż był śpiewany przez Czesława Niemena, chociaż to wiersz Cypriana Norwida – "Italiam! Italiam!", co znaczy "do Włoch, do Włoch". Przy okazji – uważam, że pora zmienić te dziwaczne Włochy na normalną Italię, zostawiając "włoskość" najwyżej w przymiotnikach, bo "italskie" byłoby głupie. Co do pęczka różnych jarzyn na zupę też lepiej zostawić "włoszczyznę", ale jeśli już jechać to "Do Italii! Do Italii!"
Nie wypada tego wiersza nie przypomnieć.
ITALIAM! ITALIAM!
1
Pod latyńskich żagli cieniem,
Myśli moja, płyń z aniołem,
Płyń, jak kiedyś ja płynąłem:
Za wspomnieniem - płyń spomnieniem...
2
Dookoła morze - morze -
Jak błękitu strop bez końca:
O! przejasne - pełne słońca.
Łodzi! wioseł!... Szczęść ci, Boże...
3
Płyń - a nie wróć-że mi z żalem
Od tych laurów tam różowych.
Gdzie Tass śpiewał Jeruzalem,
I od moich dni-laurowych...
4
O! po skarby cię wysłałem:
Cóż! gdy wrócisz mi z tęsknotą -
Wiem to, ale proszę o to -
Niech zapłaczę, że płakałem...
5
Pod latyńskich żagli cieniem,
Myśli moja, płyń z aniołem,
Płyń, jak kiedyś ja płynąłem:
Za wspomnieniem - płyń wspomnieniem...
Gdy Cyprian to pisał, miał 24 lata i przebywał najpewniej w Belgii. Z pozoru młodzieniec wysyłał swą myśl w nadmorskie wybrzeża Italii, wspominając południowe krajobrazy, ładniejsze niż flamandzkie. Ale chyba bardziej chodziło mu o tęskne wspomnienie pani Kalergis w której młodo-durno się w Italii zadurzył, z których to uczuć nic miłośnie spełnionego nie miało wyniknąć. Wspomniany Tasso (Torquado) "śpiewał", czyli czytał swój poemat "Jerozolima wyzwolona" księciu Ferrary i Modeny w okolicach nie nadmorskich. Bo jeśli czytał ze świeżego wydruku, to albo w Ferrarze albo w Parmie. Niewspomniana – współczesna Cyprianowi – Kalergis i wspomniany poemat – z końca XVI wieku – to były naówczas dwie pasje młodego poety.
Kto poszuka publikacje Norwidowego wiersza, najlepiej od bardzo wczesnych po dzisiejsze, ten czytając pierwszą zwrotkę zobaczy, że one są różnie prezentowane – jedni drukują «Za wspomnieniem - płyń spomnieniem...», a drudzy «Za wspomnieniem - płyń wspomnieniem...». I to jest właśnie ta różnica – jednej literki.
Kwestia brakującego "w" nie zaprzątałaby mi uwagi, gdyby nie dociekliwość Krzysia Hariasza, który mnie zapytał, dlaczego tak jest i jak ma tę różnicę tłumacz traktować, to znaczy, którą wersję przyjąć i czy one istotnie się od siebie różnią.
° ° °
Krzysztof czas temu jakiś napisał rozprawkę o liście pasażerów statku "MARGARET EVANS" (Lista pasażerów "Margaret Evans"), a całkiem niedawno wziął na translatorski warsztacik krótki wierszyk Norwida «Z POKŁADU MARGUERITY WYPŁYWAJĄCEJ DZIŚ DO NEW- YORK». Na tej łajbie Cyprian płynął za pół darmo przez 62 dni do Stanów, wyruszając – jak dodał pod tytułem – z Londynu, «1852, decembra, godzina 10 rano». Miał trzydzieści lat, mocno minioną sławkę poetycką, katastrofę miłosną, pustki w kieszeni i perspektywę nędzy w Europie. Powrotną podróż zafundował mu 16 miesięcy później Marceli Lubomirski, książę, więc wracali luksusowo i zaledwie przez dwa tygodnie. Po powrocie, czarne perspektywy europejskie, ledwie co porzucone, otwarły się ponownie przed Norwidem całym urokiem bidy z nędzą, poniewierką i bez–sławą literacką.
Wracam do wiersza "Z pokładu". Jest on przetłumaczony na angielski przez Danutę Borchardt (zasłynęła świetnym, nagrodzonym przekładem "Ferdydurke"):
(tylko pierwsza zwrotka):
I
Whatever sunlight plays on the sails,
Brushes the masts or s-prays the waves;
Fog recedes like a woman's veil,
Clouds behind it resemble mounds of rubble!...
W oryginale:
I
Cokolwiek słońca w żaglach się prześwieca,
Omuska maszty lub na fale s-pryska;
Mgły nikną niby zasłona kobieca,
Obłoki widać za nią jak zwaliska!...
A to przekład Krzysztofa Hariasza:
I
A ray of sunshine pierces the sails,
Climbs the masts and sprays the waves with light;
Morning fog unwraps like a woman’s veil,
Revealing mounds of clouds so bright!...
"Udało mi się zachować rymy" – powiedział Krzysztof i niepewnie zapytał, jakie mam zdanie o jego przekładzie. Szczerze odpowiedziałem, że jak najlepsze i nie tylko z powodu rymów. Przekład Pani Danuty nie przeskakuje poziomu translacji filologicznej. Po przekładzie Krzysztofa od razu widać, że zrobił go poeta – umiejętny i samodzielny. Jeśli Cyprian zażywa an(g)ielskiej sławy w Niebiosach, to dzięki przekładowi K.H.
° ° °
Tyle dygresji; wróćmy do Norwidowskiej Italii, tęskno przywołanej "wspomnieniem" albo może "spomnieniem". Trudno nie zauważyć, że w tym wierszu wyraz z początkowym "w" pojawia się trzy razy, a bez niego tylko raz. Jeśli stan czegokolwiek osiąga 75 procent, to mój wewnętrzny statystyk uznaje, że pozostała ćwiartka albo nie bardzo się liczy, albo wynikła z anomalii. Natomiast tropiciel szczególnych wyjątków podpowiada mi, żebym statystyka nie słuchał i tym wyjątkiem się przejął, a nie trzyćwierćną masówką.
Różnie jest w publikacjach, ale ważne jak jest w rękopiśmiennym oryginale. Na szczęście oryginał ocalał. Poważni świadkowie twierdzą, że znajduje się obecnie w Licheniu Starym koło Konina przy Bazylice Matki Bożej Licheńskiej w Muzeum im. ks. Józefa Jarzębowskiego. Dlaczego papier zapisany przez Norwida w takim muzeum? – bo latami szedł z rąk do rąk i po drodze... – jakby to nazwać: wzrastał...??? - o czym trochę później w streszczeniu awanturniczej historyjki.
Jej autorem jest profesor doktor habilitowany, Józef Franciszek Fert
(https://pl.wikipedia.org/wiki/J%C3%B3zef_Franciszek_Fert), który autograf do swego artykułu przepisał, przyznając, że:
«Tekst niżej podany nie jest identyczny z rękopisem Norwida; zmodernizowałem pisownię i interpunkcję, przeniosłem też numerację strof z oryginalnie wymyślonej notacji marginaliowej na miejsce utrwalone przez konwencję drukarską, tj. na środek kolumny tekstu, co też czynili wcześniejsi wydawcy.»
...co oznacza, że profesor widział oryginał na własne oczy. I przepisał w takiej formie jak wyżej w przypomnieniu
Zapyta ciekawski: Co to takiego oryginalnie wymyślona notacja marginaliowa? Zaraz się wyjaśni. Otóż kiedyś, kiedyś – w roku 1908, a dokładnie 2 stycznia – w dziewiątym numerze 50-tego rocznika DZIENNIKA POZNAŃSKIEGO, konkretnie w "Dodatku literackim i artystycznym" też przedrukowano ten wiersz:
Specjalnie gwiazdką zaznaczono dopisek: "Podajemy ten wiersz z autografu poety, przechowanego w zbiorze rękopisów Towarzystwa Przyjaciół Nauk w Poznaniu (B.E.)." Co by oznaczało, że niejaki B.E. widział papier na własne oczy i jak widział, tak przepisał. Niby bardzo starannie, skoro w przedruku zachowano numerki na lewym marginesie, jak opisał rzecz prof. J.F.Fert. Ale nie ma "spomnienia". Masz ci los.
W roku 1934 wydawca, krytyk, historyk literatury, Tadeusz Pini opatrzył przedmową obszerny wybór wierszy Norwida, w którym też dano "wspomnienie" cztery razy. Masz ci los.
Dla odmiany w "Bibliotece Literatury Polskiej", to znaczy we wspólczesnym portalu internetowym, poważnym, solidnym, ze skrótem "edu" w adresie, podaje się "Italiam! Italiam!" tak samo jak prof J.F.Fert.
Jeśli bym miał na którąś wersję przystać, to na profesorską, skoro nie mogę sam do Lichenia się wybrać. Nie przekonują mnie zabiegi żurnalistów, ani wydawców popularnych edycji.
° ° °
Że mógł się młody poeta Cyprian, roztrzęsiony tęsknotami pomylić i w jednym przypadku literkę opuścić? Mógł. Ale raczej się nie pomylił. On to słowo znał. Samuel Bogumił Linde umieszcza je w swoim słynnym słowniku, podając "ob. wspomnienie", to znaczy "zajrzyj pod wspomnienie", czyli traktuje oba równorzędnie. W podobnie sławnym słowniku Michała Arcta podano, że "spominać, spomnieć" może znaczyć "wspominać, przypominać, wzmiankować, napomykać".
A sam Cyprian Norwid też je poza adresami włoskimi używał. Wszystkich kiedyś uczono, że poeta prorokował o swej twórczości: "Syn - minie pismo, lecz ty spomnisz, wnuku" i "on spomni mnie... bo mnie nie będzie!" Pisał także: "... tam szedłem - (spomnieć trudno bez wytchnienia!...)" – w wierszu pt. ŹRÓDŁO;
albo w utworze pt. PRZESZŁOŚĆ:
"Nie Bóg stworzył przeszłość i śmierć, i cierpienia,
Lecz ów, co prawa rwie,
Więc nieznośne mu - dnie;
Więc, czując złe, chciał odepchnąć spomnienia!"
° ° °
A co właściwie ma się stać w pierwszej zwrotce wiersza pt. "Italiam! Italiam!"?
Oto jakaś postać (powiada się polonistycznie w okropny sposób, że to ma być "podmiot liryczny", co jest nazwą paskudną i skompromitowaną, bo gdy bohaterką jest postać kobieca, to by musiała być kim? "podmiotką?" – liryczną!? kuchenną!? od zawsze mnie wnerwiał ten pomiot polonistyczny), czyli zapewne młodzian Cyprian we własnej rozpoetyzowanej osobie, wysyła swą myśl, żeby w cieniu żagli starorzymskich (latyńskich), jak on sam kiedyś za swoim wspomnieniem, popłynęła z aniołem-pomocnikiem, ale żeby – dla skuteczności lepszej od jego wspomnieniowych podróży – płynąc w tak daleką przeszłość, posłużyła się spomnieniem. Czyli czymś solidniejszym od wspomnienia, czymś, co podoła trudnemu wyzwaniu.
Popatrzmy na inne cytowane "spomnienia" Norwida – każde z nich uwikłane jest w jakiś trud i sięga w sfery czasowe dalsze niż to by mogło robić krótkodystansowe "wspomnienie".
Wygląda na to, że wszelkie sytuacje następujące w zwrotkach 2, 3 i 4 – a tak dużo w nich się dzieje i obrazy biegną tak szybko, że je tu teraz opisywanie zajęłoby dobre parę stron – wybuchają, jakby je coś uruchomiło, jakby wywołało migotliwy, przebogaty "poezjo-clip", coś co w ten sposób stworzyło cały wiersz. To "coś" to spomnienie. Słówko z dużym welonem czasu za sobą, szacowne, obyte w historii i krajobrazach. Znane od pokoleń, bo już kilka wieków wcześniej Polacy "spominali", zaś "wspominać" zaczęli w bliższej Norwidowi epoce.
Ono jest dynamicznym aparatem myśli, sprawdzonym w użyciu od dawna, a wspomnienie to raczej gnuśno używany przyrząd, przydatny na chwilowe, teraźniejsze cielęce zapatrzenie się w siebie. Wspominać może każdy – spominać zaś mogą tylko osoby, istoty (jak ta co "prawa rwie") specjalnie zmotywowane, szczególnie uzdolnione do dodawania skrzydeł wspomnieniom.
Mam wrażenie, że Norwid pisząc "płyń spomnieniem" paradoksalnie w jednym zapisie czerpał słowo z historii języka i równocześnie to stare słowo zamieniał w neologizm.
Dlaczego zatem tak wspaniały wynalazek nie powrócił w swoich fajerwerkach w ostatniej zwrotce? Wszystko jakby zgasło w tym podwójnym "wspomnieniu". No tak – przede wszystkim wiersz się skończył, skończyło się natchnienie. Wyprawa do Italii błysnęła potencją genialnej chwili. A co przyniosła? – może znów płacz. Na całą resztę zostają płynące jedno za drugim zwykłe wspomnienia. Nie piękniej, ale jeszcze na poetycki wers wystarczy.
° ° °
Co ma z tym wszystkim zrobić Krzysztof, ewentualny tłumacz? Po pierwsze nie musi tego wiersza tak samo rozumieć jak ja. Potem – może równoległość słów uznać za ich identyczność. Tak zrobił włoski traduttore – użył cztery razy "ricordo". Ale, po trzecie, może Krzysztof w angielskim znaleźć całkiem podobną relację wyrażeń oddających wspominanie i zaryzykować wierne naśladowanie Norwida. Może też poetycko odejść od dosłowności (jak Barańczak) i zaproponować inne wydarzenie bliskie takim akcjom myśli (duszy), jak wspominanie. A tak naprawdę to nie wiem.
Na marginesie – zdaje się, że najlepiej tłumaczą poezję translatorzy sami wyposażeni w poetycką wrażliwość wobec języka. Niekoniecznie poeci, choć taki przypadek zawsze daje najbardziej interesujące efekty. Całkiem też korzystne – dla rozpoznania wartości powstałego po przekładzie utworu – aby sam "źródłowy" twórca znał język, na który ktoś mu wiersz tłumaczy, a jeszcze lepiej żeby tłumaczeniowe doświadczenie osobiście nabył (jak np. Stanisław Barańczak, Julia Fiedorczuk, albo Tomasz Różycki).
Przekładającym akademikom (polonistom-naukowcom) nie tyle nie wystarcza sama intuicja artystyczna, pozyskana tajemniczym talentem, co jej z reguły nie posiadają, i nie muszą posiadać, prawdę mówiąc. Inne im potrzebne natchnienia i talenta. Np. pani dr hab. Agata Brajerska-Mazur (też z KUL) ciekawie opowiada, że przy tłumaczeniu Norwida na angielski (z całym zespołem studenckim) stosowała metodę "kateny", czyli "zestawianie najważniejszych interpretacji tekstu wyjściowego w celu wyłonienia jego najistotniejszych cech strukturalno-semantycznych." Czyli poza intuicją artystyczną, trzeba na rozum...
Z obu metod powstać może doskonały przekład, albo równorzędny oryginałowi utwór w innym języku. Co byśmy woleli, to rzecz gustu, więc o tym dyskusja jest po nic.
° ° °
A na koniec o losach arkusza z Norwidowskim rękopisem wiersza pt. "Italiam! Italiam!" Tak jak napisał Bolesław Erzepki (B.E.), pod koniec pierwszej dekady XX wieku papier ów, należący wtedy do Bronisława Dąbrowskiego z Winnogóry, był w zbiorach Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk. Profesor Fert opisuje go tak: «tekst na pierwszej stronie dwukartkowego arkusza listowego 20,5 x 13 cm; papier prążkowany, dziś mocno zrudziały, szczególnie na marginesach, złamany na cztery ćwiartki, prawdopodobnie do formatu koperty, oraz zgięty w poprzek arkusza, nieco zmięty; strony 2-4, pierwotnie niezapisane, atrament atg (autografu) pierwotnie prawdopodobnie czarny lub sepia dziś mocno zrudziały. Pod wierszem tym samym atramentem, ale umieszczony prawdopodobnie w innym momencie historii tego dokumentu podpis „Cyprjan K.Norwid".»
B.Dąbrowski albo ten rękopis otrzymał od poety, albo był on raczej przeznaczony dla jego siostry, Boguliny albo Bogusławy, która znała Norwida osobiście. Potem stała się "rzecz nie do wiary", zadziwia się profesor – na pozostałych trzech stronach listu Norwidowego, jego przedostatni posiadacz, Ludwik Gocel, napisał w roku 1957, w grudniu, swój własny list do księdza Jarzębowskiego.
Profesor ten list przepisał do swojego artykułu. Czyta się w nim, że to "upominek gwiazdkowy" dla księdza. Obaj byli wielce zasłużonymi kolekcjonerami, m.in. spuścizny rozmaitej po Norwidzie. Profesor domniemuje takich oto kamuflaży: «"Skromny upominek gwiazdkowy” to w tym wypadku autograf wiersza Italiam! Italiam! Myślę, że to była zakamuflowana aluzja do przesyłanego właśnie Norwidowskiego autografu; próbując właściwie ocenć decyzję Gocla, by na „czystych” kartach bezcennego zabytku zapisywać prywatne – nb. bardzo cenne – wynurzenia, doszukuję się w tej kuriozalnej z punktu widzenia sztuki archiwistycznej decyzji myśli o wyprowadzeniu w pole socjalistycznych służb kontrolnych.»
Mąż siostrzenicy Ludwika Gocla, Krystyny, czyli Jacek Serwański, próbował ustalić, jak rękopis trafił do jej wuja. Otóż w roku 1962 wydano w Londynie książkę pt. Norwid żywy, a jej edytorzy pomieścili w środku fotografię rękopisu, pewnie zrobioną w Anglii, gdyż wtedy znajdował się u księży marianów w Fawley Court nad Tamizą. Jakim sposobem? Dlatego, że tam właśnie z Polski wysłał go w 1957 roku L.Gocel w swoim-nieswoim (norwidowskim) liście do ks.Jarzębowskiego, kustosza w londyńskim FC.
Sam Gocel pozyskał cenny papier w roku 1949 od Stanisława Wasylewskiego – tak napisał w liście księdzu Jarzębowskiemu. Ów St. Wasylewski obronił pracę doktorską z filozofii na Uniwersytecie Poznańskim w roku 1932. Ale jakim filozoficznym sposobem rękopis przeszedł z PTPN w jego ręce – nie wiadomo. Widać przyjaciele nauk mieli swoje sposoby.
Tyle o poetyckiej podróży Cypriana do Italii i do innych krajów.
° ° °
PS. Książka pt. Norwid żywy i wspomniana fotografia nie jest do zobaczenia ani w internetach, ani w jakiekolwiek bibliotece poza Polską, twierdzi wyszukiwarka Google. Znajduje się podobno w bibliotekach szkół wyższych w Kaliszu, w Elblągu, w Poznaniu i w Kielcach. Mnóstwo rękopisów Cypriana jest w Sieci, ale nie "Italiam! Italiam". Ggl trnsl podpowiada rozwiązanie na zaspokojenie wścibstwa: "Ad Lichenum! Ad Lichenum!"
