czwartek, 3 kwietnia 2025

Pyszna surreałka, czyli ogon słonia.

 

Pyszna surreałka.


Pięćdziesiąt cztery lata temu przyjaciółka Glorii, Joanna, pojechała do Mexico City, aby wybadać, czy Leonora zechce się z Glorią spotkać. Wiedziano, że artystka nie udziela wywiadów, nie znosi mediów, nie zaprasza, nie bywa, nie lansuje się prawie w ogóle. Gloria chciała z nią rozmawiać, bo w New York University pisała doktorat o teatrze surrealistycznym. Joanna zastała Leonorę przy jej domu siedzącą na drzewie księżycowym i otrzymała  odpowiedź, że z naukowcami nie rozmawia, ale może zechce, jeśli jej ta doktorantka wyjaśni, dlaczego podczas demonstracji w Nowym Jorku feministki palą biustonosze. Gloria z pierwszej ręki, własnej, wiedziała dużo o nowojorskich zawieruchach i listowny kontakt zaczął działać. Od pierwszej odmowy, przez wspólną buntowniczość doszło do przyjaźni.


Co to jest drzewo księżycowe? — Terri zapytała Glorię. Nie wiem — odpowiedziała Gloria — ale nazwa jest przecudna.

 


 

Jeśli Leonora przyjęła Joannę, siedząc na drzewie przed domem, to na jednym z trzech, do dziś tam rosnących. Wtedy rok był 1971, w lutym wróciło z misją Apollo 14 około pięć setek nasion różnych drzew, które się przeleciały po orbicie Księżyca. Naukowcy nie wiedzieli, co z nich na Ziemi wyrośnie i ceregielili się z nasionami więcej niż rok. Ale nie Leonora, bo jej drzewo księżycowe migiem do wiosny pod domem urosło. 


Ta pani, co na nim widziała Leonorę Carrington to Joanna Pottlizer, pisarka i reżyserka teatralna. Dwie panie, które o tym rozmawiały to prof. Terri Geis, historyczka sztuki, i prof. Gloria Orenstein, badaczka literatury i sztuki.  Spotkały się, aby wspominać Leonorę w sierpniu 2011 roku, w trzy miesiące po śmierci artystki. Byłaby to smutna okoliczność, gdyby nie fakt, że o Leonorze nie dało się mówić inaczej, jak pogodnie, kolorowo, a najlepiej na wesoło.


Gloria Orenstein opowiedziała Terri Geis swoją najpyszniejszą anegdotę o zdarzeniu z 6 lipca 1971 roku. Z Leonorą wymieniały listy, ale malarka przekonywała doktorantkę, że nie poczuje surrealizmu, jeśli nie przyjedzie do Meksyku. Gloria zwyczajnie była zarobiona na uczelni, w domu, z dziećmi, przy mężu, a na dodatek nie mogła samodzielnie dysponować swoimi pieniędzmi. O wyjeździe ani marzyć, więc żeby cokolwiek meksykańskiego ze sobą uczynić, kupiła kolorowe ponczo. Nałożyła zachwycona i powiedziała... – a dokładnie to było tak:


« 6 lipca 1971 roku założyłam tę meksykańską sukienkę i stanęłam przy kuchennym stole, który był moim biurkiem, podniosłam ręce do nieba i powiedziałam: „Jeśli nie mogę pojechać do Meksyku, to proszę, wyślijcie Meksyk do mnie”. I w tym momencie zadzwonił telefon. To była Leonora, mówiła z brytyjskim akcentem: „Tu Leonora Carrington. Właśnie przyjechałam z Meksyku i chciałabym cię poznać, Gloria”. Byłam wstrząśnięta, jakby mnie prąd poraził. Po prostu zdarzyło się coś niewiarygodnego. Powiedziałam jej: „Nie wiem, czy uwierzysz, bo to niesamowite” i opowiedziałam, co się stało, a ona: „Oczywiście, że wierzę, Gloria, jestem czarownicą”. Znowu wpadlam w dygot: „Och, wow, czarownica, to przecież przerażające!” Nic wtedy nie wiedziałam o pogańskim innowierstwie, o animizmie, nic o czarach, nic oprócz zabawy na Halloween. Powiedziała: „Może przyjdziesz do mnie dziś wieczorem do hotelu Chelsea, porozmawiamy”. Więc w mojej meksykańskiej sukience pobiegłam do hotelu Chelsea i tam ją spotkałam.»


Czarodziejstwa Leonory i życzliwość brata Glorii, który dał jej swoją kartę kredytową, sprawiły, że obie wybrały się na tydzień z Nowego Jorku do Paryża. Terri, która dopytywała, co robiły, co widziały, gdzie chodziły, dowiedziała się głównie tyle, że ze sobą gadały, gadały i gadały.

 


Fot. 1/ 2/ 3/ 4/ 5. from a film "Gloria's Call"*


Rok później Gloria zdecydowała, że odwiedzi Leonorę w Meksyku. O tej wyprawie naopowiadała Terri mnóstwo przygód z podróży do Veracruz, do Tuli, do Teotihuacán, o mistycznych przeżyciach pod piramidami, o egzorcyzmach, ale weźmy tę o czytaniu książki szykowanej do druku... a dokładnie było tak:


« Odebrała mnie z lotniska i zabrała do swojego domu. Dała mi mnóstwo rzeczy do oglądania i do czytania (...), ale najważniejszy był maszynopis "Trąbki do słuchania". Powiedziała, żebym poszła na górę i przeczytała. Zajęło mi kilka dni czytanie "Trąbki...". Kiedy doszłam do końca i przeczytałam ostanie zdanie: „Jeśli staruszka nie może pojechać do Laponii, to Laponia musi przyjść do staruszki”, zbiegłam na dół i powiedziałam: „Leonoro, czy zdajesz sobie sprawę, że to właśnie ci powiedziałam: „Jeśli nie mogę pojechać do Meksyku, to Meksyk musi przyjść do mnie”?” A ona odpowiedziała: „Oczywiście! Dlatego cię tu przyprowadziłam, żebyś zobaczyła, czy powinnam wydać tę książkę. A teraz co o tym myślisz?” Powiedziałam: „Oczywiście, że powinnaś wydać książkę. Nie jestem osobą, którą można o to prosić, ale myślę, że tak”. Wydała książkę i od tamtej pory ukazała się w wielu językach.

 

Fot.2.

 

Dla Glorii u Leonory w Meksyku "wszystko było magiczne". «Pewnego razu powiedziała, że powinnam wrócić do Meksyku w przyszlym roku, a ona w tym czasie postara się o cygański wóz i będziemy podróżować po całym Meksyku cygańskim taborem. Spodobało mi się jej marzenie o wędrownym życiu Cyganów i uwierzyłam w jej projekt. Natępnego lata zadzwoniłam do Leonory, żeby jej powiedzieć, że kupiłam bilet na samolot i jestem gotowa na naszą przygodę. Leonora zaskoczona zapytała o jakiej przygodzie mówię. Przypomnialam jej o cygańskim taborze, a ona wybuchła śmiechem: "Och, Gloria, nie powinnaś była brać mnie aż tak poważnie.» 

° ° °


Ogon słonia. 


Proponuję teraz repetę tej samej anegdoty, ale w wersji z roku 1989, wygłoszonej podczas sympozjum na Uniwersytecie Kalifornijskim. Gloria Orenstein pomieściła ją w referacie o poszukiwaniu "Metodologii Cudowności".


«Latem 1971 roku kończyłam pracę doktorską na temat „Wpływ surrealizmu na współczesny teatr we Francji i Ameryce Łacińskiej po 1940 roku”. Korespondowałam z Leonorą Carrington, którą wówczas uważałam za surrealistyczną dramatopisarkę mieszkającą w Meksyku. Pisałam o jej sztukach, nie wiedząc, że jest wybitną malarką.


Ponieważ Leonora zdawała sobie z tego sprawę i zastanawiała się, dlaczego interesują mnie jej sztuki teatralne, a nie jej malarskie dzieła, zaczęła wysyłać kolorowe reprodukcje swoich prac artystycznych z sekcji rotograwiurowej meksykańskich gazet. Nigdy nie zapomnę wrażenia, jakie te reprodukcje wywarły na mnie w tamtym czasie.


Jednak kontynuowałam pisanie rozdziału o jej dramatach i kiedy go skończyłam, wysłałam go do Meksyku. W swojej odpowiedzi Leonora taktownie poinformowała mnie, że absolutnie nic nie zrozumiałam z jej twórczości. Powiedziała, że ​​żyje w wielu wymiarach, na wielu planetach, a moja analiza jej sztuk jest jak opisywanie słonia przez kogoś, kto widział tylko jego ogon. 

 

Miałam przed sobą lato 1971 roku, w którym powinnam dokończyć moją rozprawę. Nie widziałam niczego Cudownego w moim życiu, ponieważ zostałam sama w Nowym Jorku, kończąc  doktorat, podczas gdy mąż, dzieci i wszyscy inni byli na wakacjach. Nie mając żadnych krytycznych prac o pisarstwie Leonory, nie miałam metodologii, na której mogłabym polegać. Jedynym rozwiązaniem byłaby wizyta u niej w Meksyku, ale w tamtym czasie nie mogłam sobie na to pozwolić.


Nagle, zupełnie niespodziewanie, przyszedł mi do głowy bardzo dziwny i osobliwy pomysł i wiedziałam, że muszę go zrealizować. Postanowiłam, że kupię sobie meksykańską sukienkę, skoro nie mogłam pojechać do Meksyku, i że założę ją, gdy będę przepisywać rozdział o jej sztukach, w nadziei, że poprzez jakąś mistyczną osmozę sukienka przyniesie objawienie prawdziwego znaczenia jej twórczości, takie, które mogłaby zapewnić tylko podróż do Meksyku. 


6 lipca 1971 roku założyłam fioletową meksykańską sukienkę, gdy miałam siąść do przepisywania rozdziału. Spojrzałam w lustro i zupełnie bez skrępowania wypowiedziałam takie słowa: „Jeśli nie mogę pojechać do Meksyku, niech Meksyk przyjdzie do mnie!” W tym momencie zadzwonił telefon i głos z głębokim brytyjskim akcentem zwrócił się do mnie z drugiego końca przewodu, mówiąc: „Tu Leonora Carrington. Właśnie przyjechałam z Meksyku i chciałabym się z tobą spotkać!”   Nigdy nie byłam bardziej zszokowana niż wtedy. To właśnie ta rozmowa telefoniczna sprawiła, że ​​surrealistyczna koncepcja Cudowności oficjalnie wkroczyła do mojego bardzo zwyczajnego codziennego życia i zaczęła je czynić „surrealistycznym”.

 

Fot3.


Później tego wieczoru spotkałam Leonorę w Chelsea Hotel. Na powitanie palcami wykonała znak rogów księżyca. „Co to jest?” zapytałam naiwnie. „To są Święte Rogi”, odpowiedziała całkiem rzeczowo. „Święte Rogi? – jęknęłam – Ale czego?” „Święte Rogi Poświęcenia”, odpowiedziała. „Poświęcenia? – wymamrotałam w całkowitym zdumieniu. – Ale czego?” Jej odpowiedź zabrzmiała głośno i wyraźnie: „Poświęcenia Bogini!” Zastanawiałam się, co to może oznaczać. Sama wzmianka słowa „bogini” wydała mi się obrazoburcza, nieodpowiedzialna, tabu, ale bardzo kusząca. Do tej pory znałam tylko judeochrześcijańskiego męskiego Boga i różne boginie w innych rodzimych i niezachodnich religiach. Ale Leonora wydawała się odnosić do bogini, która była odpowiednikiem Boga! W tym momencie wiedziałam, że muszę pójść za nią i zbadać jakie znaczenie nadaje ona słowu „Bogini”.»


Fot.4.

 

 

Cztery lata po tym słynnym Szóstym Lipca w wydawnictwie z Kalifornii opublikowano pierwszy raz w Stanach książkę z porcją prozy Leonory Carrington, sześć opowiadań, między innymi "Owalną Damę" (o spalonym koniku bujanym) i "Debiutantkę" (o hienie-przyjaciółce). Ilustracje dał Pablo Weisz, a wstęp do zbiorku napisała Gloria Orenstein. Z dość marnej korekty widać, że był pośpiech, że wydawcy chcieli być pierwsi, bo już wiedziano na Zachodnim Wybrzeżu, że na Wschodnim szykuje się wielki strzał z "Trąbką do słuchania". Ale nie to jest ważne, lecz to, że we wstępie, niedługim, ale soczystym...

– na przykład:


«Bohaterka opowieści, Lukrecja, zostaje przekształcona w białego konia, Tartarusa. Okultystyczne odczytanie przypowieści ujawnia, że ​​koń, nazwany na cześć greckiego Podziemia, symbolizuje w mitologicznym wszechświecie Carrington Inny Świat. To jest święte królestwo, w którym zwycięży mądrość celtyckiej bogini koni, Epony, „białej” bogini. Stając się białym koniem, Lucrecia staje się boginią poprzez metempsychozę i w ten sposób uzyskuje wstęp do Innego Świata, gdzie nabywa zdolności i wiedzę o tych, którzy osiągają boskie stany bytu.»


...widać jak szybciutko doktorantka Gloria używając najtajniejszych terminów ze swobodą poszła za Leonorą i w pełni wtajemniczona zobaczyła całego słonia.

 

* 

a film by Cheri Gaulke

featuring Gloria Feman Orenstein

story by Gloria Feman Orenstein

written by Anne Gauldin and Cheri Gaulke


© 2018 ACCCA Productions

https://aeon.co/videos/a-mindbending-trip-that-summons-the-forgotten-women-of-surrealism 

Fot.5.

 

° ° °

            Zajawka do cyklu "Leonora czarodziejka":

                         Przed "Leonorą czarodziejką".


”Miszmasz” albo Impresje z podróży do Portugalii i Francji, 2025. Odc.3.

 

Krzysztof Hariasz

”Miszmasz” albo Impresje z podróży do Portugalii i Francji, 2025. 

Odc.3. 


Chagall, Matisse, Picasso... Muzea oraz liczne galerie. Nie uda nam się wszystkich muzeów zobaczyć. Ponieważ albo mamy mało czasu, albo akurat tego dnia zamknięte. Udaje się właściwie tylko Picasso, co po niedawno widzianej wystawie w muzeum w Cleveland (a dwa lata temu odwiedziliśmy nowiutkie muzeum Picassa w Paryżu) jest jakby dopełnieniem „obrazu.” Ja zanotowałem nieznane mi dotychczas dzieło zatytułowane „Radość życia”. W moim wieku jest się z czego cieszyć. 



 „La joie de vivre” 

 

Idziemy się przejść wzdłuż brzegu morza w Antibes. Najpierw dość prozaicznie, niemalże spacerkiem, ścieżką między posiadłościami miliarderów, ale zabawa wkrótce się kończy. Wkraczamy na kamienny szlak, gdzieniegdzie w miarę solidny, w innych miejscach po prostu skalny gruz. Widoki rzecz jasna dramatyczne i równocześnie bardzo piękne. Natomiast morze dzisiaj lekko poirytowane. Gdzie fale podchodzą zbyt blisko do szlaku, mamy schody w górę. Gdzie trochę bezpieczniej, schody w dół. Kamienny rollercoaster. Ale dzielnie kuśtykam na czele wycieczki, nadając tempo. W sumie to dobrych kilka kilometrów, więc już ledwo dyszę. Zaciskam zęby i staram się myśleć o niczym. Co prawdopodobnie dla postronnego oka wygląda jakbym był zamyślony. Widzi to też oko Posejdona, który wysyła w tym momencie falę wyższą niż najwyższe schody. Fala bezzwłocznie mnie dopada, zupełnie bezbronnego, jak to woda świetnie potrafi – na moment, ale skutecznie. Cała moja prawa strona jest mokra, w butach chlupie, na okularach kleksy ze słonej wody. 

 

Próbuję zdecydować, czy to doświadczenie będę mógł przedstawić znajomym w innym, lepszym świetle. Na przykład, że kąpałem się w Morzu Śródziemnym. 



Na szlaku. 


 

Wycieczka do Vence, miasteczka w którym Gombrowicz spędził ostatnie pięć lat swojego życia. I gdzie jest pochowany. Odwiedzamy grób, ale bardziej nas interesuje jak żył. Niestety, kiedy mieszkanie na pierwszym piętrze willi „Alexandrine,” które wraz z Ritą wynajmowali zostało pozyskane na muzeum, nie było już w nim żadnych mebli ani innych oryginalnych pamiątek. Na szczęście, pani Kasia, która muzeum zawiaduje i nas po nim oprowadza, ma bardzo dużą wiedzę na temat jak wyglądało życie państwa Gombrowicz i na dodatek bardzo ładnie o wszystkim opowiada. Wyglądamy z balkonu na rynek miejski i ogródek kawiarni, w której Gombro pijał poranną kawę. Na pożegnanie dostajemy prezenty promocyjne, w tym ołówki z cytatem „Im mądrzej, tym głupiej.” I dlatego właśnie te moje notatki nie wznoszą się na wyżyny intelektualizmu.😃 

 


 

W miejscowej katedrze oglądamy dużych rozmiarów mozaikę Chagalla, który w tej okolicy też mieszkał (Gombrowicz podobno próbował nawet przez lornetkę szpiegować jakich to gości Chagall przyjmował). Katedra jest z 11-go wieku, romańska w stylu, ze stryszkiem pełnym nie używanych już kościelnych przedmiotów. Między innymi taki fragment oparcia z szesnastowiecznych ław dla księży. Jakby przewidywali, że Gombrowicz tu kiedyś zawita. 

 


 

Po drodze wstępujemy do St. Paul de Vence, położonego na stromej górze miasteczka-twierdzy. Dzisiaj oczywiście wysokie i grube mury służą bardziej jako malownicze tło niż przeszkoda nie do pokonania. Właśnie malowniczość tego miejsca spowodowała, że upodobali je sobie artyści wszelkiego rodzaju. A co za tym idzie, dziesiątki galerii, sklepów z wyrobami rękodzielniczymi, itd. Wspinamy się jak, nie przymierzając, taternicy jacyś. Prawie na samym szczycie mały cmentarz i grób Chagalla. Ładny ma widok z góry. 



 St. Paul de Vence. 

 

Organizujemy sobie dwudniową wycieczkę do Lyonu. Pociągiem. Najpierw, aż do Marsylii, wzdłuż Lazurowego Wybrzeża a później przez Prowansję. Celem są właściwie tylko odwiedziny u koleżanki, której ja nie widziałem od co najmniej 30-tu lat. Starzejemy się. Spotkanie oczywiście bardzo miłe. A przy okazji łazimy trochę po mieście. Co ciekawe, podobnie jak te na wybrzeżu, miasto Lyon jest również położone na wzgórzach. W czasie Drugiej Wojny Światowej był tu podobno ważny ośrodek działalności konspiracyjnej francuskiego ruchu oporu. Zwiedzamy przejścia pomiędzy ulicami i budynkami, którymi konspiratorzy uciekali przed ścigającą ich policją i żołnierzami okupanta. Musieli mieć niezłą kondycję, aby po tych schodach biegać. A może po prostu byli młodzi. 

 



 

Jedziemy do Nicei. Miasto zostało założone przez Greków w 350 p.n.e. i nazwane na cześć bogini Nike. Stosunkowo od niedawna należy bezdyskusyjnie do Francji. Wcześniej, przez jakiś czas (od 1815 do 1860) nazywało się Nizza i było włoskie, co jest do dzisiejszego dnia zauważalne w architekturze i nazwach ulic. Spacer po nadbrzeżnych promenadach i starówce. Na plaży, zamiast piasku, kamienie. I podobno tubylcy tak właśnie preferują (Kamieniste plaże zamieniają się w piaszczyste dopiero w Antibes. Nagle, czyli zgodnie z wolą człowieka). Jak wszędzie na Lazurowym Wybrzeżu, w tle góry. Wyjeżdżamy samochodem na jedną z tych gór, do miejscowości Eze, skąd podobno rozpościera się piękny widok nie tylko na Niceę ale i sąsiednie Monako. Niestety, chmury dzisiaj wiszą nisko i niewiele udaje nam się zobaczyć. Ale za to jedziemy w chmurze. Jak w gęstej mgle. Myślę sobie, że ludzie, którzy w tych górach mieszkają muszą od czasu do czasu doświadczać chwil, kiedy dolna granica chmury (dno?) jest, powiedzmy, na wysokości ich brzuchów. Wtedy, chodząc po pokoju, stąpają po ziemi mając głowę w chmurach. 



 

Będąc na Lazurowym Wybrzeżu wypada oczywiście zobaczyć Cannes, słynne między innymi z filmowego festiwalu. Przejeżdżamy tylko obok schodów z czerwonym dywanem. Zamiast tego zwiedzamy port i nadbrzeżne bulwary. Słychać język rosyjski. Podobnie zresztą jak w Nicei. Domyślam się, że Rosjanom odpowiada ten region z dwóch powodów. Po pierwsze, i ci porewolucyjni „biali,” i współcześni oligarchowie spędzali prawdopodobnie dużo czasu nad Morzem Czarnym, na Krymie, w klimacie sprzyjającym relaksowi. I to im się podobało. A po wtóre, i jedni, i drudzy mają (mieli) pieniądze. Dużo pieniędzy. Świat jest bardzo dziwnie zorganizowany, często (zwykle?) niesprawiedliwie. Ale Rosja to jest rozdział sam w sobie. Nie jadę. 




Przez te wszystkie wrażenia czuję się trochę jak „barbarzyńca w ogrodzie,” Herbert wprawdzie pisał o miejscach we Włoszech i Francji, ale chyba na tym wybrzeżu nie był. A tu też Grecy i Rzymianie zakładali cywilizację europejską, i ślady ich stóp są do dzisiaj widoczne. Także dla takich barbarzyńców jak ja. Nawet w dniu naszego wyjazdu, w drodze na lotnisko mijamy mały romański kościółek, wokół którego archeolodzy rozpoczynają właśnie prace wykopaliskowe. Kościółek (zdrobnienie z powodu miniaturowej wielkości, kolego, nie z miłości) jest z piątego wieku n.e. 

 

A czym się różni koniak (cognac) od armaniaku (armagnac)? Nasz gospodarz z południa Francji twierdzi, jedyna różnica (oprócz oczywiście ceny) to to, że koniak jest dwa razy destylowany a armaniak tylko raz. Nie mam powodu mu nie wierzyć – wino pija i do obiadu (lunch), i do kolacji (dinner), więc chyba się trochę orientuje w śródziemnomorskiej kulturze kulinarnej (Zresztą tu jest urodzony i wychowany). Przytakuję, nie buntuję się, popijam. 

Twoje zdrowie, cierpliwy czytelniku! 


Koniec

° ° °

Poprzedni cykl Krzysztofa Hariasza tutaj:

Listy z Podróży do Polski

                                                                                                    Listy Ilustrowane

                                                    Fotografie Misi (MAH) z podróży do Polski