Pyszna surreałka.
Pięćdziesiąt cztery lata temu przyjaciółka Glorii, Joanna, pojechała do Mexico City, aby wybadać, czy Leonora zechce się z Glorią spotkać. Wiedziano, że artystka nie udziela wywiadów, nie znosi mediów, nie zaprasza, nie bywa, nie lansuje się prawie w ogóle. Gloria chciała z nią rozmawiać, bo w New York University pisała doktorat o teatrze surrealistycznym. Joanna zastała Leonorę przy jej domu siedzącą na drzewie księżycowym i otrzymała odpowiedź, że z naukowcami nie rozmawia, ale może zechce, jeśli jej ta doktorantka wyjaśni, dlaczego podczas demonstracji w Nowym Jorku feministki palą biustonosze. Gloria z pierwszej ręki, własnej, wiedziała dużo o nowojorskich zawieruchach i listowny kontakt zaczął działać. Od pierwszej odmowy, przez wspólną buntowniczość doszło do przyjaźni.
Co to jest drzewo księżycowe? — Terri zapytała Glorię. Nie wiem — odpowiedziała Gloria — ale nazwa jest przecudna.
Jeśli Leonora przyjęła Joannę, siedząc na drzewie przed domem, to na jednym z trzech, do dziś tam rosnących. Wtedy rok był 1971, w lutym wróciło z misją Apollo 14 około pięć setek nasion różnych drzew, które się przeleciały po orbicie Księżyca. Naukowcy nie wiedzieli, co z nich na Ziemi wyrośnie i ceregielili się z nasionami więcej niż rok. Ale nie Leonora, bo jej drzewo księżycowe migiem do wiosny pod domem urosło.
Ta pani, co na nim widziała Leonorę Carrington to Joanna Pottlizer, pisarka i reżyserka teatralna. Dwie panie, które o tym rozmawiały to prof. Terri Geis, historyczka sztuki, i prof. Gloria Orenstein, badaczka literatury i sztuki. Spotkały się, aby wspominać Leonorę w sierpniu 2011 roku, w trzy miesiące po śmierci artystki. Byłaby to smutna okoliczność, gdyby nie fakt, że o Leonorze nie dało się mówić inaczej, jak pogodnie, kolorowo, a najlepiej na wesoło.
Gloria Orenstein opowiedziała Terri Geis swoją najpyszniejszą anegdotę o zdarzeniu z 6 lipca 1971 roku. Z Leonorą wymieniały listy, ale malarka przekonywała doktorantkę, że nie poczuje surrealizmu, jeśli nie przyjedzie do Meksyku. Gloria zwyczajnie była zarobiona na uczelni, w domu, z dziećmi, przy mężu, a na dodatek nie mogła samodzielnie dysponować swoimi pieniędzmi. O wyjeździe ani marzyć, więc żeby cokolwiek meksykańskiego ze sobą uczynić, kupiła kolorowe ponczo. Nałożyła zachwycona i powiedziała... – a dokładnie to było tak:
« 6 lipca 1971 roku założyłam tę meksykańską sukienkę i stanęłam przy kuchennym stole, który był moim biurkiem, podniosłam ręce do nieba i powiedziałam: „Jeśli nie mogę pojechać do Meksyku, to proszę, wyślijcie Meksyk do mnie”. I w tym momencie zadzwonił telefon. To była Leonora, mówiła z brytyjskim akcentem: „Tu Leonora Carrington. Właśnie przyjechałam z Meksyku i chciałabym cię poznać, Gloria”. Byłam wstrząśnięta, jakby mnie prąd poraził. Po prostu zdarzyło się coś niewiarygodnego. Powiedziałam jej: „Nie wiem, czy uwierzysz, bo to niesamowite” i opowiedziałam, co się stało, a ona: „Oczywiście, że wierzę, Gloria, jestem czarownicą”. Znowu wpadlam w dygot: „Och, wow, czarownica, to przecież przerażające!” Nic wtedy nie wiedziałam o pogańskim innowierstwie, o animizmie, nic o czarach, nic oprócz zabawy na Halloween. Powiedziała: „Może przyjdziesz do mnie dziś wieczorem do hotelu Chelsea, porozmawiamy”. Więc w mojej meksykańskiej sukience pobiegłam do hotelu Chelsea i tam ją spotkałam.»
Czarodziejstwa Leonory i życzliwość brata Glorii, który dał jej swoją kartę kredytową, sprawiły, że obie wybrały się na tydzień z Nowego Jorku do Paryża. Terri, która dopytywała, co robiły, co widziały, gdzie chodziły, dowiedziała się głównie tyle, że ze sobą gadały, gadały i gadały.
Rok później Gloria zdecydowała, że odwiedzi Leonorę w Meksyku. O tej wyprawie naopowiadała Terri mnóstwo przygód z podróży do Veracruz, do Tuli, do Teotihuacán, o mistycznych przeżyciach pod piramidami, o egzorcyzmach, ale weźmy tę o czytaniu książki szykowanej do druku... a dokładnie było tak:
« Odebrała mnie z lotniska i zabrała do swojego domu. Dała mi mnóstwo rzeczy do oglądania i do czytania (...), ale najważniejszy był maszynopis "Trąbki do słuchania". Powiedziała, żebym poszła na górę i przeczytała. Zajęło mi kilka dni czytanie "Trąbki...". Kiedy doszłam do końca i przeczytałam ostanie zdanie: „Jeśli staruszka nie może pojechać do Laponii, to Laponia musi przyjść do staruszki”, zbiegłam na dół i powiedziałam: „Leonoro, czy zdajesz sobie sprawę, że to właśnie ci powiedziałam: „Jeśli nie mogę pojechać do Meksyku, to Meksyk musi przyjść do mnie”?” A ona odpowiedziała: „Oczywiście! Dlatego cię tu przyprowadziłam, żebyś zobaczyła, czy powinnam wydać tę książkę. A teraz co o tym myślisz?” Powiedziałam: „Oczywiście, że powinnaś wydać książkę. Nie jestem osobą, którą można o to prosić, ale myślę, że tak”. Wydała książkę i od tamtej pory ukazała się w wielu językach.
Dla Glorii u Leonory w Meksyku "wszystko było magiczne". «Pewnego razu powiedziała, że powinnam wrócić do Meksyku w przyszlym roku, a ona w tym czasie postara się o cygański wóz i będziemy podróżować po całym Meksyku cygańskim taborem. Spodobało mi się jej marzenie o wędrownym życiu Cyganów i uwierzyłam w jej projekt. Natępnego lata zadzwoniłam do Leonory, żeby jej powiedzieć, że kupiłam bilet na samolot i jestem gotowa na naszą przygodę. Leonora zaskoczona zapytała o jakiej przygodzie mówię. Przypomnialam jej o cygańskim taborze, a ona wybuchła śmiechem: "Och, Gloria, nie powinnaś była brać mnie aż tak poważnie.»
° ° °
Ogon słonia.
Proponuję teraz repetę tej samej anegdoty, ale w wersji z roku 1989, wygłoszonej podczas sympozjum na Uniwersytecie Kalifornijskim. Gloria Orenstein pomieściła ją w referacie o poszukiwaniu "Metodologii Cudowności".
«Latem 1971 roku kończyłam pracę doktorską na temat „Wpływ surrealizmu na współczesny teatr we Francji i Ameryce Łacińskiej po 1940 roku”. Korespondowałam z Leonorą Carrington, którą wówczas uważałam za surrealistyczną dramatopisarkę mieszkającą w Meksyku. Pisałam o jej sztukach, nie wiedząc, że jest wybitną malarką.
Ponieważ Leonora zdawała sobie z tego sprawę i zastanawiała się, dlaczego interesują mnie jej sztuki teatralne, a nie jej malarskie dzieła, zaczęła wysyłać kolorowe reprodukcje swoich prac artystycznych z sekcji rotograwiurowej meksykańskich gazet. Nigdy nie zapomnę wrażenia, jakie te reprodukcje wywarły na mnie w tamtym czasie.
Jednak kontynuowałam pisanie rozdziału o jej dramatach i kiedy go skończyłam, wysłałam go do Meksyku. W swojej odpowiedzi Leonora taktownie poinformowała mnie, że absolutnie nic nie zrozumiałam z jej twórczości. Powiedziała, że żyje w wielu wymiarach, na wielu planetach, a moja analiza jej sztuk jest jak opisywanie słonia przez kogoś, kto widział tylko jego ogon.
Miałam przed sobą lato 1971 roku, w którym powinnam dokończyć moją rozprawę. Nie widziałam niczego Cudownego w moim życiu, ponieważ zostałam sama w Nowym Jorku, kończąc doktorat, podczas gdy mąż, dzieci i wszyscy inni byli na wakacjach. Nie mając żadnych krytycznych prac o pisarstwie Leonory, nie miałam metodologii, na której mogłabym polegać. Jedynym rozwiązaniem byłaby wizyta u niej w Meksyku, ale w tamtym czasie nie mogłam sobie na to pozwolić.
Nagle, zupełnie niespodziewanie, przyszedł mi do głowy bardzo dziwny i osobliwy pomysł i wiedziałam, że muszę go zrealizować. Postanowiłam, że kupię sobie meksykańską sukienkę, skoro nie mogłam pojechać do Meksyku, i że założę ją, gdy będę przepisywać rozdział o jej sztukach, w nadziei, że poprzez jakąś mistyczną osmozę sukienka przyniesie objawienie prawdziwego znaczenia jej twórczości, takie, które mogłaby zapewnić tylko podróż do Meksyku.
6 lipca 1971 roku założyłam fioletową meksykańską sukienkę, gdy miałam siąść do przepisywania rozdziału. Spojrzałam w lustro i zupełnie bez skrępowania wypowiedziałam takie słowa: „Jeśli nie mogę pojechać do Meksyku, niech Meksyk przyjdzie do mnie!” W tym momencie zadzwonił telefon i głos z głębokim brytyjskim akcentem zwrócił się do mnie z drugiego końca przewodu, mówiąc: „Tu Leonora Carrington. Właśnie przyjechałam z Meksyku i chciałabym się z tobą spotkać!” Nigdy nie byłam bardziej zszokowana niż wtedy. To właśnie ta rozmowa telefoniczna sprawiła, że surrealistyczna koncepcja Cudowności oficjalnie wkroczyła do mojego bardzo zwyczajnego codziennego życia i zaczęła je czynić „surrealistycznym”.
Później tego wieczoru spotkałam Leonorę w Chelsea Hotel. Na powitanie palcami wykonała znak rogów księżyca. „Co to jest?” zapytałam naiwnie. „To są Święte Rogi”, odpowiedziała całkiem rzeczowo. „Święte Rogi? – jęknęłam – Ale czego?” „Święte Rogi Poświęcenia”, odpowiedziała. „Poświęcenia? – wymamrotałam w całkowitym zdumieniu. – Ale czego?” Jej odpowiedź zabrzmiała głośno i wyraźnie: „Poświęcenia Bogini!” Zastanawiałam się, co to może oznaczać. Sama wzmianka słowa „bogini” wydała mi się obrazoburcza, nieodpowiedzialna, tabu, ale bardzo kusząca. Do tej pory znałam tylko judeochrześcijańskiego męskiego Boga i różne boginie w innych rodzimych i niezachodnich religiach. Ale Leonora wydawała się odnosić do bogini, która była odpowiednikiem Boga! W tym momencie wiedziałam, że muszę pójść za nią i zbadać jakie znaczenie nadaje ona słowu „Bogini”.»
Fot.4.
Cztery lata po tym słynnym Szóstym Lipca w wydawnictwie z Kalifornii opublikowano pierwszy raz w Stanach książkę z porcją prozy Leonory Carrington, sześć opowiadań, między innymi "Owalną Damę" (o spalonym koniku bujanym) i "Debiutantkę" (o hienie-przyjaciółce). Ilustracje dał Pablo Weisz, a wstęp do zbiorku napisała Gloria Orenstein. Z dość marnej korekty widać, że był pośpiech, że wydawcy chcieli być pierwsi, bo już wiedziano na Zachodnim Wybrzeżu, że na Wschodnim szykuje się wielki strzał z "Trąbką do słuchania". Ale nie to jest ważne, lecz to, że we wstępie, niedługim, ale soczystym...
– na przykład:
«Bohaterka opowieści, Lukrecja, zostaje przekształcona w białego konia, Tartarusa. Okultystyczne odczytanie przypowieści ujawnia, że koń, nazwany na cześć greckiego Podziemia, symbolizuje w mitologicznym wszechświecie Carrington Inny Świat. To jest święte królestwo, w którym zwycięży mądrość celtyckiej bogini koni, Epony, „białej” bogini. Stając się białym koniem, Lucrecia staje się boginią poprzez metempsychozę i w ten sposób uzyskuje wstęp do Innego Świata, gdzie nabywa zdolności i wiedzę o tych, którzy osiągają boskie stany bytu.»
...widać jak szybciutko doktorantka Gloria używając najtajniejszych terminów ze swobodą poszła za Leonorą i w pełni wtajemniczona zobaczyła całego słonia.
*
a film by Cheri Gaulke
featuring Gloria Feman Orenstein
story by Gloria Feman Orenstein
written by Anne Gauldin and Cheri Gaulke
© 2018 ACCCA Productions
https://aeon.co/videos/a-mindbending-trip-that-summons-the-forgotten-women-of-surrealism
° ° °
Zajawka do cyklu "Leonora czarodziejka":














