Polszczyzna-Córszczyzna
W anonsie w New York Times'ie z końca grudnia nie wspomina się, że "Dom" wydany był wcześniej i po raz drugi zjawia się na amerykańskim rynku księgarskim. Ale na zachętę czytelniczą, a i po sprawiedliwości, opisuje się w zajawce kilka bulwersujących wątków przeplatanych w "Domu", które istotnie czynią książkę Olgi Tokarczuk nie tylko pasjonującą, ale i wyjątkową. Skoro zaś takie sympatico, bo wciąż jeszcze cokolwiek napiszą w NYT ma swoje karaty w literackim jubilerstwie, to wspomnieć wypada, że anons jest autorstwa Bena Markowitsa, troszkę jakby kolegi Olgi Tokarczuk z finałowych list Bookera.
Na razie zatem wyrafinowany czytacz amerykański poczyta sobie dobre pisanie/dobre tłumaczenie, a potem na pewno jakieś akademiczki wyłowią pierwsze wydanie i zdysertują uczenie różnice między przekładami.
W moim kolorowaniu edycji sprzed lat przybywa koloru zielonego, co oznacza fragmenty kiedyś opuszczone przez Antonię Lloyd-Jones, a teraz – starannie wymuskane translatorsko – dopełniające angielską wersję w kształt bardzo, ale to bardzo bliski polskiemu oryginałowi.
Na przykład mały rozdzialik "Listy". Po polsku jest tak:
Listy
Dostaję listy prawie tylko od kobiet i prawie wszyscy ludzie, do których piszę listy – to kobiety. Kiedy nie ogląda się telewizji, cały świat widziany z tego miejsca wydaje się zupełnie kobiecy. Kobiety sprzedają żywność w sklepach, organizują spotkania, chodzą po zakupy z dziećmi, wypełniają autobusy do Nowej Rudy i z powrotem, strzygą włosy, umawiają się na wieczór, całują w oba policzki, pachną, przymierzają ciuchy w sklepach, podają żetony na poczcie, rozwożą listy pisane przez kobiety, które czytają kobiety. Mam jeszcze Martę i suki. Także kozę. R. stanowi w tym wyjątek; jego obecność podkreśla tę wszechobecną żeńskość. Na tej samej zasadzie soli się słodkie ciasto drożdżowe, a do kwaśnego sosu dodaje się trochę cukru.
Myślałam o słowach, które są niesprawiedliwe pewnie dlatego, że wyrastają z nierówno i niechlujnie podzielonego świata. Co jest żeńskim odpowiednikiem słowa “męstwo”? “Żeństwo”? Jak nazwać w kobiecie tę cnotę, żeby nie przekreślić jej płci? Nie istnieje żeński odpowiednik słów “starzec” czy “mędrzec”. Stara kobieta to staruszka lub starucha, jakby w starzeniu się kobiet nie było żadnej dostojności, żadnego patosu, jakby stara kobieta nie mogła być mądra. Co najwyżej można powiedzieć o niej “wiedźma” i zaznaczyć, że pochodzi od “wiedzieć”. Ale i tak będzie to obraz złośliwej staruchy o obwisłych piersiach i brzuchu niezdolnym do rodzenia, istoty szalonej ze złości do świata, choć potężnej. Stary mężczyzna może być mądrym i dostojnym starcem, mędrcem. Żeby powiedzieć coś podobnego o kobiecie, trzeba kluczyć, omawiać, opisywać – stara, mądra kobieta. A i tak brzmi to na tyle podniośle, że staje się podejrzane. Ale najbardziej niepokoi mnie słowo “usynowić”, bo nie istnieje “ucórzenie”. Bóg usynowił człowieka.
W pierwszej edycji jest:.... nic.
W drugiej edycji:
«LETTERS
Almost all the letters I receive are from women, and almost all the people I write to are women. If you don’t watch television, the whole world viewed from this place seems entirely female. Women sell food in the groceries, organize meetings, go shopping with their children, fill the buses to Nowa Ruda and back again, cut hair, arrange to meet in the evening, kiss on both cheeks, smell nice, try on clothes in shops, hand out phone tokens at the post office, deliver the letters that women write and women read. I also have Marta and my female dogs. And the nanny goat. R. is the exception; his presence highlights this omnipresent femaleness. On the same principle you add salt to a sweet yeast cake and a pinch of sugar to a sour sauce.
I’ve been thinking about words that are unjust, probably because they arose from an unevenly and sloppily divided world. What is the female equivalent of the word manliness? Womanliness? But the former implies strength and fortitude, while the latter implies weakness. How can women be ascribed this virtue without erasing their gender? The same is true of the words virility and effeminacy — the former implies vigour and energy, while the latter implies affectation and feebleness. In Polish tradition, old men are stereotypically wise and experienced, while old women are typified as bitter and gossipy. It’s as if there were no dignity in the ageing of women, no pathos, as if an old woman could not be wise. At best one might call her a wiedźma, derived from the same root as wiedzieć, meaning ‘to know’, but wiedzma translates as a witch, and at once we have the image of a spiteful old crone with sagging breasts and a belly incapable of giving birth, a creature gone mad with anger at the world, though powerful. An old man can be wise and worthy, in Polish described by the single word mędrzec —meaning ‘a sage’, which even has an echo of the word męski, meaning ‘male’. To say something similar about a woman you have to fudge it, talk around it, paraphrase — a wise old woman. Even so, it sounds grandiose enough to seem suspect. But the word that bothers me the most is mankind. In Genesis, ‘God created them male and female. And he named them “Mankind”.’ In the historical dictionary, a ‘mankind woman’ is a virago, a monster.»
Od razu widać, że ten fragment (w oryginale) dotyczy subtelności i zawikłań w polszczyźnie, które nawet dla rozpracowującej je autorki nie są łatwiutkie do odwikłania. Co dopiero dla tłumaczki. Całkowite zatem zrozumienie dla pierwszego pominięcia i głęboki szacun dla obecnej próby przełożenia anglofonom, co i jak się pulta w polszczyźnie.
Kilka rozdzialików później pan R. przychodzi z rewelacją: «Znalazłem to słowo – powiedział. – Żeński odpowiednik słowa “mędrzec” to “mądrala”.»
Niby OK, ale czy na pewno "mądrala" to ktoś "mądry i dostojny"? Tak zwyczajnie i od razu? Raczej przy dużej dozie dobrej woli.
Antonia L-J i tym razem nie zrejterowała:
«‘I’ve found that word,’ he said. ‘The feminine equivalent of mędrzec — a sage — is mądrala.’ It’s from the same root, and yes, in Polish it’s feminine in grammatical form, but it means a wise guy, a smart alec.»
Nietrudno spostrzec, że po polsku są dwa zdania, a po angielsku trzy. I że trzecie dodane. A w pominiętym rozdzialiku "Listy" takich dodanych po angielsku zdań znajduję cztery sztuki. Ciekawy byłby esej o wpisywaniu owych zdań dodanych, gdyby panie OT i AL-J zechciały kiedyś odsłonić trochę tajemnic.
Są zdania dodane, ale nawet i teraz są opuszczone albo przynajmniej ominięte bocznym ślizgiem. Bo na czymś takim: "Ale najbardziej niepokoi mnie słowo “usynowić”, bo nie istnieje “ucórzenie” – musi się tłumacz pośliznąć, nie ma rady. O ileż łatwiej było pozostać przy męskich skojarzeniach, nawet tak zdradliwych jak gombrowiczowskie: Ojczyna – Synczyzna. Lata temu Carolyn French i Nina Karsov wymyśliły na Synczyznę "Filistria", co po polsku brzmi ryzykownie blisko do "filistra", ale po angielsku idzie wcale z sensem za "filial" (synowski). Gdyby Gombrowicz wymyślił "Córszczyznę", fiknęłyby kozła w pośligu tłumaczki "Transatlantyka".
Być może znajdą się tacy amerykańscy, brytyjscy lub australijscy czytelnicy, którzy widząc dziwaczne słowa z literkami "ź", "ę" i "ą" zechcą je wpisać w jakąś aplikację translatorską, żeby posłuchać jak mają brzmieć. Być może nawet zechcą je samodzielnie na głos powiedzieć. Co do słówka "ucórzenie", to oczywiste, że wcale nie z powodu dziwnych literek "ó"i "rz" Antonia L-J nie skusiła się i nie zmobilizowała do przekładni, nawet mimo obecnej skrupulatności. Po polsku to słowo powstało dopiero co, a i tak nie istnieje, cóż dopiero w środowiskach anglofońskich (i żeby tylko tam), gdzie przez wieki córki jakby przebywały na uboczu Kosmosu, np. nie brane były pod uwagę w podziale ojcowizny. "Daughtistrii" nawet Szekspir nie wymyślił.
° ° °
PS Jeśli Google pokaże istnienie słowa "córszczyzna", to będzie błąd. Ma to być rzekomo miejsce w gminie Kolno, w woj. Podlaskim. W rzeczywistości osada owa nazywa się "Górszczyzna".





