środa, 27 września 2023

O "Empuzjonie", empuzach i empuzjonie.

 

O "Empuzjonie", empuzach i empuzjonie.                    

Kolejny raz przy czytaniu książki Olgi Tokarczuk mam tak, że chciałbym przejść, jak ona, przez to samo poszukiwanie tak zwanych materiałów, albo wertowanie archiwów, albo przez te same czytania, jakie były jej potrzebne do napisania powieści. Rzecz, rzecz jasna, nie do wykonania i potrzeba niepotrzebna, skoro powieść ma się przed oczyma. 

Mam też wielką chęć – i również nie pierwszy raz, nasłuchania się, co autorka opowiada o swoim dziele i o sobie piszącej to dzieło. Jej opowieści są to często dalsze ciągi książek, kartki nieistniejące, a oczekiwane. Nawet nie przedmowy lub wstępy od-autorskie, ale rozdziały integralne, części tekstu, które, czytając całość, jakby niebacznie, nieostrożnie się pominęło. 

W przypadku "Empuzjonu" od razu chciałoby się przeczytać Księgę niepokoju Pessoi, albo Czarodziejską górę Manna. I właściwie nie bardzo wiem po co – żeby jak autorka przeżyć to samo nawiedzenie tematem? ideą? urodą literatury? Przecież za chwilę, otwierając "Empuzjon", będę znał rezultat jej przeżyć i nawiedzeń. To po jakie licho byłaby moja niezdarna penetracja w interiorach, przez które ona przeszła i dlaczego mi się jej zachciewa? Może te chęci biorą się z ofert w książkach Tokarczuk zawartych? – z zaproszeń, z pokuszenia nie tylko do przeczytania, ale i do podróżowania, do przewędrowania. Dokąd? Gdzie? Dokładnie nie wiem dokąd, ale długo by o tej krainie gadać. Wydaje mi się, że chodzi o wyprawę w te obszary Istnienia, które graniczą z obszarami fantazji i z obszarami realności, rozdzielając je i tworząc trzecią krainę Bycia W Literaturze, po której Olga Tokarczuk jest przewodnikiem. Albo (w niej) kusicielką!


° ° °


Żeby wydawało się że...


    Sanatoria przeciwgruźlicze były instytucjami na przełomie wieków XIX i XX stworzonymi po to, żeby się wydawało, że jedni leczą, a inni są leczeni, choć może niektórzy w obu grupach sądzili, że tak jest naprawdę, a nie, że tylko się tak wydaje. Biorąc polskie znaczenia wytłuszczonego słowa da się napisać, że były to instytucje stworzone również po to, by się w nich wydawało pieniądze, duże pieniądze również. Ulokowanie akcji powieści w takim sanatorium powoduje, że opisywana sytuacja siłą rzeczy jest co najmniej dwuznaczna, w sensie – przewrotna, a może nawet oszukańcza. 


Przy czytaniu "Empuzjonu" zaczęło mnie prześladować sformułowanie "żeby się wydawało, że...". 

Kiedy kolejny raz przeczytałem, że coś się Mieczysławowi Wojniczowi wydawało, przeszukałem elektroniczne wydanie i okazało się, że słowa "wydawało się... wydawała... wydawać...wydaje... zdawać" występują ponad sto trzydzieści razy. Zatem w 400-stronicowej powieści częściej niż na co czwartej stronie coś się komuś wydaje, statystycznie rzecz jasna, gdyż jest tego szczególne nagromadzenie w kilku rozdziałach, np. "Dziury w ziemi" albo w "Biada mi, biada!". W "Empuzjonowym" sanatorium coś "wydaje się" najczęściej głównej postaci. To, że się tutaj leczy solidnie ze strasznej gruźlicy wydaje mu się najrzadziej. Jemu albo jej. Kto czytał, ten wie, że konstrukcja tej osoby, fizyczna przede wszystkim, ale i psychiczna też, jest taka, że tylko wydaje się być możliwa do perfekcyjnego ustalenia i opisania.

Skupiony na "Empuzjonie" przypisałem tej właśnie powieści spełnienie w literackim dokonaniu postulatu "żeby się wydawało, że...". Nie tkwiłem w tym błędzie zbyt długo, gdyż zaraz przypomniałem sobie "Prowadź swój pług..." w którym samej narratorce wydarzenia dzieją się tak "żeby wydawało się, że..." – narratorce, o czytelniku nie wspominając. A to opowiadanie, skonstruowane w taki sposób, żeby wydawało się, że bohaterka nie zginęła w wypadku samochodowym? A powieść o takiej aranżacji seansów spirytystycznych, żeby wydawało się, że widma zjawiają się naprawdę? A "Prawiek", który ma taką geografię, żeby wydawało się, że leży w środku świata? A nawet "Księgi Jakubowe", które zaczynają się od Jenty, na niej się kończą, przez nią są opowiedziane, ale taki mają tytuł i fabułę, żeby się wydawło, że są o tytułowym Jakubie?


Zasada "żeby wydawało się, że..." jest, a w każdym razie można to podejrzewać, główną metodą konstruowania przez Olgę Tokarczuk światów literackich. W "Empuzjonie" instytucja w której rozgrywają się wydarzenia to dla jej metody wręcz samograj.  Być może ten fakt był główną podnietą pisarki, świadomą, lub intuicyjną do napisania powieści z pozoru wtórnej do Czarodziejskiej góry, nawiązującej do niej, niby skazanej z góry na bycie w cieniu wielkiej Góry. 


Sanatorium, czyli coś, co wydaje się być tym, czym istotnie nie jest, to obiekt dla dziwności zdarzeń lepszy nawet niż Zamek, lepszy niż zakamarki Petersburga, zdecydowanie przydatniejszy literacko niż zadżumiony Oran. Dla dziwności i straszności. Prawdę mówiąc, sanatorium to miejsce straszne. Tę okoliczność znikomo tylko wykorzystał autor Czarodziejskiej góry. A już w porównaniu do utworu Olgi Tokarczuk – prawie w ogóle. Ta zaś nie tylko przydała okropieństwa miejscu, ale przede wszystkim temu, co stanowi istotę dzieła T. Manna – dywagacjom, dyskusjom, opiniom. Rozmowy panów z Pensjonatu w "Empuzjonie" są, na zdrowy rozum rzecz biorąc, najzwyczajniej  maszkarne i przerażające. Aż takie u Manna nie są. Toteż nie w Davos ulokowały się empuzje, ale Görbersdorf. 


° ° °

Gdzie szukać empuzjonu.


Co to jest empuzjon w "Empuzjonie"? Miejsce, czy sytuacja? Obiekt, czy idea? Olga Tokarczuk wyjaśniała przy okazji promocji książki, że kojarzyć trzeba empuzjon z sympozjonem. Czyli z taką sytuacją podczas uczt starożytnych Greków, gdy biesiadnicy po spożyciu posiłku oddają się dysputom filozoficznym, ale również śpiewom i uciechom z tancerkami. Słowo sympozjon znaczyło też same rozmowy, albo rodzaj piśmiennictwa, z regułu filozoficznego. Dziś nazywa się tak zebrania akademickie, służące do przelewania z próżnego w puste, albo zbiór esejów. Gdyby oznaczało miejsce, gdzie działają empuzy, należałoby słowo to kojarzyć z poligonem, albo z nazwą związaną na przykład z greckim dromos, jak kosmodrom. Tę ofertę w świetle wyjaśnień autorki najlepiej byłoby wykluczyć. 


    W książce nie znajdziemy wyświetlenia zagadki, gdyż nawiązania do empuz są zaledwie dwa i ich samych dotyczą, a nie tytułowego empuzjonu. Jest nim albo cały Görbersdorf z tym, co się w nim i w okolicach dzieje, albo Pensjonat Dla Panów z biesiadami i po nich dyskusjami odbywanymi wesoło pod trującą nalewkę. Przy tym dywagujący panowie wywlekają z wielką chęcią ów pensjonatowy empuzjon na zewnątrz, jak nie do lasu, to do kawiarni, albo na sanatoryjny deptak. Można by nawet powiedzieć, że swój mizogiński empuzjon rozsiewają po okolicy równie zapamiętale, jak własne prątki gruźlicze. Biorąc pod uwagę sposób w jaki się oni empuzjonują, czyli tematy rozmów, to epidemiczność, infekcyjność w obu przypadkach jest równie dewastująca. Można też przyjąć, że do Pensjonatu przybyli już empuzjonem zarażeni, jak gruźlicą, której się przecież nie w Görbersdorf nabawili. Byłby to więc rodzaj zabawy zawsze niebezpieczny, a w tej dolinie po prostu samobójczy.


    Albo zupełnie inaczej – empuzjon jest imprezą nie owych panów, ale empuz; nie męskich biesiad częścią wesołą, ale uciechą mitologicznych boginek. To one miałyby empuzjoński wyraj w sanatorium, wśród facetów chorych nie tylko na płuca. "Wyrajem" empuz było – wampirowanie, albo i kanibalizm z orientacją na płeć męską. Niektórzy powiadają, że była tylko jedna empuza, ale to nieprawda, gdyż było ich wiele. Ich matką była Hekate, czyli, jak mówią niektórzy, prawdziwa władczyni Tartaru, najciemniejszych i najgłębszych miejsc pod ziemią dla dusz zesłanych na wieczne cierpienie, co oznacza, że było to miejsce bardziej piekielne od Hadesu. Z orientacją otrzymaną po kądzieli empuzy buszują w świecie i zjadają tych facetów, których dusze zasługują na męki Tartaru, a nie na hadesową otępiałość.


    W "Empuzjonie" empuzy najwyraźniej są demonami zemsty, karzącymi osobników męskich, zamieszkałych w dolinie sanatoryjnej. Wydaje się zatem, że doktor Brehmer założył lecznicę w miejscu od dawna przeklętym, w którym demony żeńskie przez grubo ponad dwa wieki brały odwet na facetach za cierpienia kobiet z niedalekich okolic. Cóż w tym dziwnego, że marksizujący doktor Hermann Brehmer ulubił sobie miejsce diable i w nim ulokował swą instytucję na utopii zbudowaną? Nic też nie byłoby dziwnego, jeśliby Olga Tokarczuk na empuzjon wybrała lokację w najbardziej diablim pensjonacie w Görbersdorf.  


Czy empuzy to narracyjne stworki, "bezimienni mieszkańcy ścian, podłóg i stropów”?  Autorka nie nazwała je "bezimienne mieszkanki", jakby to były skrzaty-duszki-demonki obojga płci, przypuszczam, pre-formy prawdziwych, krwiożerczych empuz. Czy są nimi dwie dziwne staruchy łuskające bób? Przynajmniej jedna z nich ma obrzmiałą nogę, jakby to była noga ośla, albo z miedzi, czyli kończyna typowo empuzia. Ale jest jeszcze trzecia starucha, ukrywająca się, co oznaczałoby, że to nie empuzy, lecz Erynie. Dlaczego mityczne empuzy lubiły wampirzyć i kanibalizować, nie jest zbyt jasne, ale za to Erynie to boginie zemsty za nieprawość i złe sumienia. Panowie z Pensjonatu na gniew i karę zasługują w pełni za poglądy marksistowskie z bolszewickim sznytem. Ale i za czyny również, najbardziej Opitz, właściciel pensjonatu, a reszta gronka także – za ukrywanie, przemilczanie, niepotępianie jego zbrodni, ku czemu ich skłaniają mizogińskie teorie i bez wątpienia tych teorii praktykowanie. Empuzy, kimkolwiek są, być może jako wykonawczynie krwawej pomsty służą Eryniom, które karzą mękami mącąc umysły i sumienia.


Jak widać, nie bardzo rozgryzłem, co to jest empuzjon w "Empuzjonie", ani czym są w powieści same empuzy. Jednakowoż, tak jest ta książka napisana, żeby mi się wydawało, że wiem, czym jest i jedno i drugie.


...tak napisana... – czyli jak? Obok zmyślonej fabuły horroru pomieszczono w książce dziwnie dużo dokumentalnych komponentów – na przyklad fotografie realnie istniejącego miejsca, prawie cały autentyczny artykuł z epoki (Tygodnik Ilustrowany, rok 1895, nr 38, str 190), nieomal cytaty z prawdziwych tekstów historycznych postaci, a nawet na końcu podziękowanie Autorki  “Jerzemu Markowi i Uli Ososko za pomoc w jak najdokładniejszym odtworzeniu Görbersdorfu” – całkiem jak nie w powieści, ale w zbiorku rozpraw akademickich, albo wręcz traktatów, albo przynajmniej esejów. To znaczy – sympozjon, ale jakiś dziwny, przecież nie taki jak "Czuły narrator", czy "Lalka i perła". Sympozjon na opak, traktaty odwrotne, dysputy tak głupie i wredne, że zagrożone zemstą i warte krwiopijczych empuz – jednym słowem: empuzjon.

Poszukiwanie desygnatu dla tytułu o tyle ma sens, że dotyczy on całości książki, a nie tylko tych jej części, z których zbiór traktatów-esejów ułożyłby się w osobną całość. Co jest fabułą, jakby osobno relacjonuje dwumiesięczny pobyt głównej postaci Mieczysława w dolinie oraz jego wcześniejsze życie poza nią. Tej postaci nie można wprawdzie kojarzyć z empuzjonowaniem reszty jegomości z Pensjonatu, ale ona w tej atmosferze się znajduje, coś musi ze strasznym dziwactwem zrobić, a i ono z nią swoje zamierza uczynić. Z tym, że główna postać nie tyle do zjawiska z tytułu nie przystaje, ile istnieje obok i mimo niego, a skoro tak to tworzy się w powieści konflikt pomiędzy częścią fabularną, a częścią empuzjonalną. Przez ten konflikt czytamy dzieło fascynujące: powieściowe traktaty magicznie do-fabularyzowane.  Może dlatego Olga Tokarczuk powiedziała, pytana o książkę po Noblu, że będzie ona zupełnie inna niż poprzednie.


Albo w ten sposób: Tytuł oznacza sympozjon na opak i dotyczy  całości książki, a nie tylko mizogińskich  traktatów, niemal esejów, które mogłyby ułożyć się w osobną całość. Tytuł dotyczy także fabuły o pobycie głównej postaci  w dolinie sanatoryjnej oraz jego-jej wcześniejszego życia poza nią. To osoba od niemal wszystkich z maszkarnego Pensjonatu  oddzielona swą odmiennością, ale  która w jego atmosferze, w empuzjonie, się znajduje i wydaje się bezbronna. Główna postać nie tyle do zjawiska z tytułu nie przystaje (jak się okazuje - dzięki naiwnej odwadze), ile istnieje obok i mimo niego, który to kontrast, a właściwie konflikt sprawia, że  czytamy dzieło fascynujące:  horror empuzjońskich traktatów, sfabularyzowanych w mit duszy wyzwolonej.


Powinienem ten napuszony skrót myślowy rozwinąć w mniej pompatyczne objaśnienie, ale jego pierwszą część już chyba objaśniłem. Co do drugiej części to pastylka na wyzwolenie duchowe, zażyta przez Miecia-Klarę, jest jak najoczywiściej mityczna i od mitycznych istot pozyskana, a przemiana  Miecia w Klarę nie jest fizyczna – jego dusza już się nabyła w narzucanej męskiej formie i zapragnęła być formą żeńską z wyboru, do czego dojście jest głównym wątkiem fabuły. 


 ° ° °


O Wojniczu 


Bycie mężczyzną nie spełnia jego zapotrzebowania na istnienie, nie zaspokaja w pełni potrzeb jego różnorodnej egzystencji, można więc przypuścić, że przeciwieństwo męskości, czyli żeńskość, też ich nie zaspokoi, bo jest równie jednostronna. Wojnicza nie usatysfakcjonuje ta lub owa płeć, gdyż on-ona jest i tym i tą jednocześnie. Będąc obojniakiem jest ponad prostą, oczywistą płciowością. Jego (kłopot bycia) sposób istnienia jest troisty – kobiecy, męski i wspólny.  Przeistoczenie w kobietę, wygląda jak porzucenie, wciąż w ramach wyboru, narzuconej mu jednowymiarowej męskości. A tak naprawdę on-ona nie musi wybierać między tym a tym, bo on-ona samym-samą sobą doświadcza dwu- albo trójistności. Świat nie był wtedy i nie jest dziś gotowy na tego rodzaju istoty.


Mogę sobie wyobrazić, że sobowtórem Mieczysława Wojnicza jest Bruno Schulz wespół z chłopcem z jego opowiadań, istoty też jakby wyhodowanej w szklarni w okolicach Lwowa. Obaj, chłopiec i Miecio mieli kuzynów o imieniu Emil, którzy całkiem podobnie ingerowali w ich dzieciństwo, ale jest też podobieństwo ściślejsze z Brunem – ze względu na kategorię sensu, który był dla obu postulatem trudnym, bo im sens wynikał ”z różnych rzeczy częściowo, nigdy w całości, zawsze tylko fragmentami.”


° ° ° 

   

Zaświaty


    W początkowych partiach powieści istoty narracyjne, narracjonujące, ulegają wrażeniu, że Wojnicz przybywa z zaświatów. Nie jest całkowicie oczywiste, że przybył pociągiem, bo może mglistą okoliczność kłębów pary z parowozu wykorzystał, by się zjawić na stacji. Na dodatek obuty jest w bardzo lekkie obuwie, które nie tylko w górach na nic zupełnie, ale przecież i w długiej podróży ze Lwowa przez Wrocław praktyczności nie miało. Razem – wydawało mi się, że to są buty, kupowane na ostatnią, jak to się powiada, podróż. 


Być może ujawniam się z obsesją obuwniczo-trumienną, skoro przypisuję teraz powieści obrazy, które kilka lat temu przypisałem postaci Wieniczki w nowojorskim spektaklu Emila Vardy. Wienia przybywał na scenę spoza niej, nie z kulisów tak zwanych, ale od strony widowni, z miejsca swego pochówku; dochodził na czarno ubrany do dwóch postaci kobiecych, zagradzających mu dalszą drogę. One zaś nakazywały mu całkowitą zmianę wizerunku pogrzebowego na poprzedni, włóczęgowsko-pijacki, a więc przebranie się z garniturku w wyszmelcowane palto i przebucie z cienkich trumniaczków na trzewiki, w których łaził na Dworzec Kurski. Rozumiałem tę scenę, jako niedopuszczenie go w głębsze krainy umarłych przez Erynie, które skazywały faceta na męki kolejnego wędrowania ku Pietuszkom. To się zgadzało z mitem o Eryniach pilnujących wejścia w zaświaty.


W przypadku "Empuzjonu" mogę sobie wyobrazić, może wydawać mi się, że dwie stare kobiety to te same Erynie zagradzające Wojniczowi, jak Wieniczce, drogę do ostatecznej krainy pośmiertnej i sprawiające, że zreinkarnuje się w odmienionej postaci i że powróci z przedsionka sanatoryjnego i z zaświatów w inne istnienie. I że nie będzie to kara, jako że Erynie karały złych.


Na początku książki obie staruchy łuskają bób. Ten bób, niczym strzelba u Czechowa, zjawia się ponownie na końcu opowieści. Norman Davies w kalendarzach Europy wyszukał czasy, w których sądzono, że bób był łącznikiem między ziemią i piekłem.


Brnę, jak widać, ku interpretacji, jakoby Wojnicz przybył do Görbersdorfu martwy, powalony gruźlicą we Lwowie, albo we Wrocławiu i że taki zjawia się w kłębach pary. To może być mylna droga, ale warto by sprawdzić, czy korespondencja Miecia do ojca rzeczywiście istniała jako fakt pocztowy w urzędach Cesarstwa. Görbersdorf z "Empuzjonu" niekoniecznie musi być miejscem żywych, mimo dokumentalnych fotografii. Klara Opitz wyjeżdżająca stamtąd, wydostająca się ze strefy przygranicznej piekła za pomocą ziarnka bobu, jest być może kolejną wersją Eurydyki, którą nie przygłupi Orfeusz odszukał, ale którą wspomogły najgroźniejsze dla facetów boginie starożytności.


° ° °


Zielnik


Obok zielnika z książki Olgi Tokarczuk na ziemiach polskich pojawił ongiś się inny zielnik innego M. Wojnicza. W posiadanie pierwszego wszedł prawdziwy Michał W. w roku 1912, a następny, powieściowy, stworzył w 1913 Mieczysław W.


Gdy najpierwszy raz stworki narracyjne wspominają o zielniku, wciąż jeszcze leżącym w walizce po przyjeździe Mieczysława do sanatorium, domyślać się można, że napomknienie owo jest istotne, ale dlaczego takie jest, nie wiadomo aż do ostatniego rozdziału. Okazuje się w nim, że empuzy polubiły Miecia również z powodu jego zajmowania się suszeniem liści, "żeby je wkleić i ocalić od rozkładu i śmierci". Wampiro-kanibalki görbersdorfskie są tym faktem przejęte i wzruszone. Przypuszczalnie czytelnik też jest wtedy ostatecznie wzruszony i usatysfakcjonowany.


    Nie wiadomo jakich rozmiarów jest wirtualny album Mieczysława W. Natomiast wiadomo, że realna księga pozyskana od włoskich jezuitów przez Michała W. ma 136 kart o rozmiarach 22 i pół centymetra na 15 cm. Empuzy wiedziały, że Mieczysław przyklejał liście na karty swojego zielnika, lecz czytelnik "Empuzjonu" nie wie, czy przywiózł on ze sobą specjalny klej do sanatorium, czy miał może taśmy przylepne (były takie w 1913 roku?)*, czy dokonywał opisów poszczególnego liścia lub kwiatu, jak suszki przygotowywał. 

 

*po dokładniejszym przeczytaniu książki:

«Wojnicz był wtedy zajęty przeglądaniem swojego zielnika, gdzie na każdej karcie starannie wysuszone i przypięte maleńkimi paseczkami papieru trwały na wieczność rośliny.»

 

    Księga Michała W. właściwie takim albumem nie jest, gdyż zielarska jej część prezentuje roślinki namalowane, a nie wlepione, dzięki czemu przetrwały sześć stuleci, jako że obiekt ów powstał prawdopodobnie w pierwszej połowie XV wieku. Zielnik Mieczysława na pewno był zielnikiem, księga Michała nazywana jest Manuskryptem Wojnicza.


    Szczegółowe informacje o Manuskrypcie są w Wikipedii. Jest też w Sieci olbrzymi dokument PDF z detalicznymi skanami owej księgi, a oryginał znajduje się w bibliotece Uniwersytetu w Yale.


    Nie wiem, co i jak rosło w średniowieczu, toteż nie mogę miarodajnie orzec, czy roślinki namalowane w Manuskrypcie tylko wydają mi się fantasmagoryczne, czy istotnie takimi są. Ponoć znawcy nie zidentyfikowali tej botaniki. Kiedy ogląda się zwykły zielnik, rozplaskane roślinki, choćby najbardziej pospolite, opatrzone, z łąki lub z ogródka, wyglądają tak niezwykle, jak przywiezione z Marsa. Może więc zielnik fascynował Mieczysława jako przedmiot pokazujący efekt patrzenia przeziernego, zanim jeszcze dowiedział się on od Thilo von Hanha, że taki sposób patrzenia istnieje.


Relacje między zielnikiem Miecia Wojnicza i Manuskryptem Michała Wojnicza są nie do prześlepienia i muszą mieć osobne, ukryte znaczenie, zrozumiałe w przeziernym odczytaniu "Empuzjonu". W dotychczasowych (r.2022) rozmowach z Olgą Tokarczuk nikt o to nie zapytał, ona sama z siebie też nie mówiła o dwóch albumach dwóch Wojniczów. 


Manuskrypt zawiera mnóstwo tekstu, napisanego w nieodcyfrowanym dotychczas języku. Pierwsze karty to obrazki roślinek, ale potem pojawiają się rysunki nagich kobiet w przedziwnych konstelacjach astrologicznych i anatomicznych. Jest na owych kartach średniowiecznej księgi opowiedziane o kobietach coś dziwnego, magicznego, z pierwszej ręki czarowniczego. Aż korci podejrzewać, że "Empuzjon" stanowi nierozgłoszone oficjalnie odczytanie z Manuskryptu tajnego języka czarownic. Albo dopisanie dalszego ciągu do ezoterycznej treści, którą czarownica Olga zna z książki na książkę coraz lepiej.


° ° °


Tropem równie ciekawym w gąszczu kontekstów "Empuzjonu", ciekawszym nawet od "Czarodziejskiej Góry", jest ślad wyraźnie zaznaczony na początku książki, czyli "Księga niepokoju". Nie Mann, lecz Pessoa. Nikt o nim nie pisze, nie wspomina w tzw. opiniach, albo esejach o "Empuzjonie". Nawet prof. Czapliński w świetnym tekście w magazynie "Książki" (r.2022) ani się o Pessoi zająknął. Z łatwością znajdują recenzenci końcową listę wodzów intelektu, którzy mizogińskie głupoty przez całe wieki pletli, a nie widziałem jeszcze tekściku, w którym by się zjawiło nazwisko autora motta z początku książki. A to jest trop fascynujący, przede wszystkim za sprawą heteronimów oraz mnogich osobowości poetyckich i egzystencjalnych Pessoi, co jest osobną tajemnicą Miecia W. i Klary O.

                        ° ° °


 

        Książki-koleżanki


Kiedy opowieść Olgi Tokarczuk o "Trąbce do słuchania" Leonory Carrington była dostępna tylko w wersji angielskiej, miało się do przetłumaczenia z powrotem na polski takie zdanko: "But the anarchic tone and pervers nature of this little book made a powerful impression, one that has never left me." Są w nim dwa sformułowania, a razem cztery wyrazy – "anarchiczny ton" i "przewrotna natura".  Słówko "pervers" niepokoi polskiego czytacza bardziej chyba niż angielskiego, który zapewne widzi w nim najpierw znaczenie główne, właśnie "przewrotność", a dopiero później drugie czy trzecie, czyli "perwersję". Mnie zaintrygowały niezdrowo dalsze znaczenia i sądząc, że tłumaczka napisała "perwersyjna  natura" zamiast "przewrotny charakter", uznałem, że to za grubo powiedziane o "Trąbce", bo perwersji jakiejś oczywistej się nie doczytałem w niej, a i do metaforycznej nie miałem przekonania. Teraz wiem, że powinienem się był nie ekscytować nadmiernie "perwersją" i jednak pozostać przy "przewrotności". Teraz – to znaczy, kiedy polski oryginał tekstu pani Olgi jest już dostępny. W roku 2023 stanowi on posłowie do kolejnej polskiej edycji, tak jak w roku 2020 był posłowiem do wersji angielskiej wydanej w Nowym Jorku.


W polskim oryginale wyjawiła się rzecz ważniejsza: dwa angielskie sformułowania to są tak naprawdę dwa wyrazy – anarchiczność i przewrotność. Siła uderzeniowa (i siła znaczenia) jednego celnego słowa jest większa niż rozwlekłość frazy, bo nią się dłubie w sensach jak wytrychem, a jednym słowem otwiera się kłódkę sensu gładziutko jak kluczem:


«Anarchiczność i przewrotność tej niewielkiej książeczki zrobiła na mnie tak wielkie wrażenie, że zapamiętałam ją na całe życie.»


Czyli, że tę książeczkę samą w sobie przygarnęła Olga Tokarczuk do własnej prywatności. Chociaż wyraźnie zabrakło dodatku "z pewnością", bo przecież nie z zaświatów czyni OT to wyznanie, ważniejsze jest, że wiemy, gdzie i na jak długo uplasowała Ona dziełko Leonory. Cały przekład posłowia bardzo jest świetny, ale przewaga źródła  oczywista, bo co innego książkę "zapamiętać na całe życie", a co innego doznać po jej przeczytaniu "wrażenia, które nigdy nie minęło".


A odkąd owe zapamiętanie i wrażenie należałoby liczyć? Odkąd one tkwią w życiu Olgi? 


«Pierwszy raz przeczytałam "Trąbkę do słuchania" bez znajomości biografii autorki...»


Byłby to dowolny rok po 1974 (pierwsze wydanie "Trąbki"), jeśli Olga czytała po angielsku, albo rok 1998, jeśli czytała po polsku. Załóżmy tę drugą datę, kiedy była już autorką czterech książek, i nagle bach! – "wielkie wrażenie... na całe życie". Mam podejrzenia, solidne jednak jak pewność, że już wtedy podejrzewała, ba, wiedziała na bank, że ono upomni się kiedyś u niej o swoje literackie zaistnienie.


Składam wydarzenia z ostatnich lat: 2019, Nobel, wspaniały wykład, ale ostatnia rzecz to "Księgi Jakubowe"; 2020, kompilacja esejów "Czuły narrator" – a nowej powieści nie ma; 2020, gdzieś za oceanem niezbyt wielkie posłowie do "Trąbki" – a nowej powieści nie ma; nagle: 2022, powieść "Empuzjon"; 2023, Góry Literatury: festiwalowa prezentancja posłowia po polsku w nowej edycji "Trąbki" w Wydawnictwie Literackim.


"Nagle... Empuzjon" - nie, to nieprawda, wcale nie nagle. Jest rok 2016, sala Muzeum Gombrowicza we Wsoli, z Olgą Tokarczuk rozmawia Jerzy Sosnowski, do końca części oficjalnej spotkania zostały 4 minuty i pięć sekund, i wtedy JS zadaje pytanie:


«– Chciałbym cię zapytać, czy masz jakieś takie... pomysły, do których już się prawie przymierzałaś, już zaczynałaś widzieć, że będzie jakaś książka z tego, a potem coś... coś... właśnie jakieś tam... jak z tego powiedzenia, motyl przeleciał na Tokio, zmieniła się konfiguracja i już domyślasz się, że... że nie wrócisz do tej idei, która już miała się krystalizować w książkę. Masz coś takiego?

 



– Mam... takie właściwie dwie książki, które leżą i czekają na mnie. Wspominam o tych dwóch, bo one są w miarę już jakby ubrane w ciało, ale mam jakiś problem, żeby wrócić do tego. Natomiast książek, które się pojawiły jako pomysł, jako zarys, no, to mnóstwo. Ale te dwie, o których chętnie państwu opowiem, to po pierwsze, spora książka dla dzieci... podróż pełna przygód, fantastycznych, dziwnych zwrotów akcji... w końcu nawet metafizyczna... metaforyczna. (...)


Natomiast ta druga książka, której początek nawet opublikowałam w "Odrze"... Ludzie mnie o nią często pytają, zwłaszcza ci tam od nas, którzy czytają "Odrę". To jest taka książka, która się dzieje u nas na Dolnym Śląsku, w Gersberdorfie, czyli w miejscowości dzisiaj zwanej Sokołowsko, w której powstały pierwsze na świecie sanatoria leczące gruźlicę. Ludzie z Davos przyjeżdżali, żeby nauczyć się, jak się leczy gruźlicę i potem zbudowano Davos, gdzie, jak wiemy się dzieje "Czarodziejska góra". Tę zbieżność próbowałam trochę wykorzystać, do napisania takiego jakiegoś pastiszu, mogłabym powiedzić, "Czarodziejskiej góry", ale zawsze ineresował mnie temat mizogynii, który jest tematem bardzo ważnym dla mnie, jako dla kobiety, która uczestniczy w kulturze i czyta literaturę i natyka się na takie rzeczy, które są mizogynistyczne i jakby nie wiadomo, co z nimi zrobić. Czy przemilczeć? Czy buntować się? Czy krzyczeć? One się pojawiają cały czas. I jest to jeden z filarów naszej kultury. I żeby... rozprawić się literacko z mizogynią, tam, w tym Gersberdorfie, na początku XX wieku, w jakiś pastiszowy, groteskowy sposób. Mam wszystko wymyślone, są sceny naszkicowane, sens, zakończenie... I ciągle mi nie starcza czasu i uwagi, żeby do tego wrócić, bo stale pojawiają się takie tematy, jak Jakub Frank, albo Duszejko. Ale... myślę, że kiedyś wrócę do tej książki, zwłaszcza, że ona jest prawie gotowa, żeby ruszyć z nią i napisać powieść o mizogynii, uświadomić na czym polega, ale obśmiać przede wszystkim, spsychoanalizować, przeleczyć terapeutycznie. Ciekawie brzmi, prawda?»



A zatem "Empuzjon" był od samego początku książką zorientowaną ku innym książkom. Najłatwiejszy trop wiódł do "Cz. g." i błyskawicznie wydeptano na nim szeroki trakt interpretacji, refleksji, objaśnień i dociekań. Nikt rok temu nie podążył śladem motta, wiodącym do "Księgi niepokoju" Fernando Pessoi. Może przeoczyłem, że ktoś skręcił ku dziwnej księdze innego Wojnicza, która jest stara, wielka i nikt nic z niej nie rozumie, ale jest w znacznej części zielnikiem.

     Nie przypadkiem złożyłem teraz kalendarium "Trąbki" i "Empuzjonu", gdyż uważam, że ta pierwsza jest książką-koleżanką tej drugiej. Korespondują one ze sobą nie tylko w tym, o czym opowiadają, ale i jak opowiadają. Najoględniej można powiedzieć, że zbudowane są na tym samym fundamencie artystycznym, czyli na estetyce surrealizmu – być może uda mi się napisać o tym obszerniej. O innej sprawie nie wymyślę zbyt wiele, ale też jest ważna – obie nie są napisane przez facetów. I w końcu – "Empuzjon" jest anarchiczny i przewrotny. Nie potrafię sensownie dociekać, jak "Empuzjon" przelecza terapeutycznie mizogynię, ale widzę wyraźnie, jak w nią wali anarchicznie, jak rozpirza jej filary, warcholi w tym niby-porządku i wrednym przymierzu. 



 

reedycja tekstów z roku 2022



Przed wydrukiem książki

kwiecień – maj 2022


Co w "Empuzjonie" jest empuzjonem? Czy to jest miejsce, czy sytuacja?

Obiekt czy idea? Pytanie na lipiec 2022.


°°°


Następne pytanie – skąd się wziął Wojniczowi pomysł na zielnik?

“Bo nie po­wie­dzia­ły­śmy jesz­cze o ziel­ni­ku, któ­ry le­żał wciąż w jego wa­liz­ce, ale któ­ry wkrót­ce zy­ska swo­je sta­łe miej­sce na sto­li­ku noc­nym i od­tąd bę­dzie czę­sto oglą­da­ny. Woj­nicz od razu po­sta­no­wił, że bę­dzie zbie­rać li­ście tu­tej­szych drzew – ich ko­lo­ry były tak osza­ła­mia­ją­ce, jak to zda­rza się tyl­ko w gó­rach. Nie­któ­re ga­tun­ki oczy­wi­ście moż­na by zna­leźć i we Lwo­wie, na przy­kład klon (któ­ry jest mi­strzem ka­me­le­ono­wa­to­ści li­sto­wia), czy na­wet buk, któ­re­go gra­ni­ca wy­stę­po­wa­nia po­kry­wa się wła­ści­wie z tą nie­zwy­kłą prze­strze­nią zwa­ną Eu­ro­pą: może po­wi­nien zna­leźć się w jej ewen­tu­al­nym her­bie. Inne ro­śli­ny wię­dły już, prze­kwi­ta­ły, więc było ja­sne, że Woj­ni­czo­wy ziel­nik uzu­peł­nią tyl­ko li­ście drzew – roz­po­czy­nał się fe­styn opa­da­nia, jak­by bli­skość śmier­ci uru­cha­mia­ła w owych drze­wach za­pa­sy nie­zwy­kłej ener­gii, któ­re jed­nak za­miast iść na pod­trzy­ma­nie ży­cia, po­zwa­la­ły im świę­to­wać umie­ra­nie.”


cytat z fragmentu reklamującego książkę w 2022





 i tak przez następne około 100 stron

potem są nieco inne rysunki, prawie zawsze

obrazujące nagie kobiety

https://www.holybooks.com/wp-content/uploads/Voynich-Manuscript.pdf


°°°

Następne pytanie: Że co? Albo dokładniej: Żeby się wydawało, że co...?


Wrażenia swoje przy czytaniu "Empuzjonu" nazwę ogólnie "Żeby się wydawało, że..."



= = =


Przeokropny ruch anonsowy zrobił się w związku z zapowiedzią nowej książki Olgi Tokarczuk. Rozgłasza się tytuł niby jak zwyczajny, jednowyrazowy, pospolity wręcz, jakby powszechnie się spodziewano, że pod takim tytułem Noblistka (Nasza Noblistka) napisze nową powieść. Wszyscy wiedzą, tylko ja nie wiem, co ten tytuł oznacza. Zrobiło mi się wstyd i zacząłem szukać po wszelkich dostępnych słownikach, od Lindego, przez Karłowicza, aż do PWN i PAN – i nic. Nic. Kompletnie. Nie tylko słowniki nie objaśniają słowa "empuzjon", ale wręcz go nie zawierają. Gorzej – sugerują, że nie ma słowa po polsku zaczynającego się od "empu". Dalej więc nie wiem, co wszyscy wiedzą, bo nikt się nie przyznaje, że nie wie. I męczą mnie (durne, jak widać) pytania, czy całkiem przez Olgę Tokarczuk jest ono wymyślone? czy z jakichś potajemnych zbiorów podebrane? na przykład ze zbioru słów w jakiejś miejscowości, albo z pogaduszek w języku jakiejś rodziny, czy skądś w tym rodzaju?


Jest nikły ślad we francuskim "empuse", co mogłoby na "empuzjon" być przerobione metodą "trędupąotrotuar" gdzieś, kiedyś, nie wiadomo gdzie i kiedy. I nawet, jak mi się zdaje, znaczy ono (między innymi) "wampir", co pasowałoby do owych, powtarzanych w anonsach, strasznych wypadków w okolicy uzdrowiska Görbersdorf. Nikłość tego śladu jest bardzo nikła.


Rzecz jasna, tajemnica się wyjaśni w czerwcu w samej książce, albo może już w maju w promocyjnych akcjach. Ale na razie mam zagadkę, choć jak widać tylko ja.


Miejscowość Görbersdorf ma świetną passę literacką, jako że dopiero co Joanna Bator w książce pod tytułem "Gorzko, gorzko" też o niej pisze, czy wspomina, nie wiem, muszę przeczytać. I znów odstałem od powszechnej wiedzy, gdyż właśnie wyszło na jaw, że sprawa tego uzdrowiska jest powszechnie znana. Naprawdę tak było do dzisiaj, że nie miałem pojęcia o wsi Görbersdorf, a od powojnia – wsi Sokołowsko. Mogłoby tak zostać, bo po co mi wiedza z tak zwanego realu o miejscowości powieściowej. Jeśli ta powieść pozostaje w sferze fikcji, oczywiście, a nie para-, czy pełnoprawnego dokumentu. Prywatnie stawiam na fikcję.


Z chłopięcej ciekawości przeszperałem zasób światowej wszechwiedzy o Sokołowsku. Nie wiem, czy dobrze zrobiłem, bo powieść Olgi Tokarczuk dzieje się podobno w czasach, gdy o jakimkolwiek, maluśkim choćby Sokołowsku nikt nie myślał, czyli w nieistniejącym od bardzo dawna Görbersdorf, czyli właściwie w legendzie, i to tak dawnej, że miejsca i czasy mają prawo uchodzić za zmyślone.


Nigdy nie wiadomo, jak długo potrwa w realu stabilność dzisiejsza, i być może jeszcze lata a lata będzie w tym miejscu Sokołowsko, zapowiada się jednak, że Görbersdorf  nabierze solidnego statusu w geografii (i historii) artystycznej, całkiem podobnego, jaki ma Rohatyn. 


Nie mam zielonego pojęcia, jakie postacie wystąpią w powieści, czy również te "prawdziwe", kiedyś tam bywające, jak to było w "Księgach Jakubowych", ale ucieszyło mnie, że ujawniony w anonsach "Empuzjonu" jego (główny?) bohater, niejaki Mieczysław Wojnowicz, jest tak literacki, tak urojony, że żadna wyszukiwarka sieciowa nie znalazła mi śladu kogoś o tym powiązaniu imienia z nazwiskiem.


° ° °


...to może być pyszny horror


Aż bym chciał posłuchać, jak Olga Tokarczuk opowiadała Michałowi Nogasiowi końcowe partie wywiadu w gazecie Wyborczej, bo tak wkr...nej pani Olgi w dostępnych w Sieci wypowiedziach jeszcze nie słyszałem, choć bywała niesłodka tu i tam. Chyba, że nie opowiadała, bo dopisała wściekłe smaczki w ramach autoryzacji.


Horror nowej książki, która wyjdzie w świat za tydzień, może być przepyszny, skoro pisarka własnym postaciom nawtykała od "bezzębnego bełkotu" i skoro będzie o empuzach.


Empuzy to klawoskie potworki. Robert Graves opisał je tak:

Obleśne demony, dzieci Hekate, zwane Empuzami, mają ośle zady

 i noszą brązowe buciki lub też, jak twierdzą inni, mają jedną nogę osła i jedną z brązu. Straszą zazwyczaj podróżników, ale można ich przepędzić wyzwiskami; gdy je usłyszą, uciekają z krzykiem. Empuzy przybierają postać suk, krów lub pięknych dziewic: W tym ostatnim wcieleniu przesypiają się z mężczyznami w nocy lub podczas dziennej drzemki i wysysają z nich wszystkie siły żywotne, powodując w ten sposób śmierć swych kochanków.

Empuzy ("wdzierające się siłą") są to żarłoczne, uwodzące demony kobiece. ... Utrzymywano, że mają ośle zady, ponieważ osioł był symbolem obleśności i okrucieństwa. ... Hekate, prawdziwa władczyni Tartaru, nosiła sandały z brązu – złote sandały były atrybutem Afrodyty – córki jej zaś, Empuzy, poszły za jej przykładem. Potrafiły zamieniać się w piękne dziewice, krowy, a nawet suki ... 

Przypuszczam, że takie mniej więcej empuzy biegają w "Empuzjonie" po haszczach wokół sanatorium, albo i po pokojach namężczyźniających się kuracjuszy, a gdy oni bełkocą bezzębnie o męskiej wyższości, one wysysają ich mściwie, albo im pożerają co nie bądź. Co tam Mannowskie chorowite demonki w Davos, a i strachy nieuleczalności gruźlicy w owej epoce (nawiasem mówiąc, nie wiem, czy nawet pani O.T. zdoła mnie namówić do przeczytania  "Czarodziejskiej Góry" porządnie wreszcie, od okładki do okładki; się zobaczy), w "Empuzjonie" może się dziać!

° ° °



Po opublikowaniu

czerwiec – lipiec 2022


...od razu trzeba być jak Jenta


Na samym początku "Empuzjonu" czytelnik dostaje zalecenie, aby jak Jenta przenikać wzrokiem nieprzenikiwalne. Konkretnie: materiał płaszcza i okładki paszportu, aby w nim czytać dane właściciela.

“Je­że­li sku­pi­my na mo­ment uwa­gę, zo­ba­czy­my pe­łen fan­ta­zji cha­rak­ter pi­sma ja­kie­goś ga­li­cyj­skie­go urzęd­ni­ka, któ­ry sta­ran­nie wy­peł­nił ru­bry­ki do­ku­men­tu: Mie­czy­sław Woj­nicz, ka­to­lik, stu­dent Po­li­tech­ni­ki Lwow­skiej, uro­dzo­ny 1889, oczy nie­bie­skie, wzrost śred­ni, twarz po­cią­gła, wło­sy ja­sne.”

A może owo "my" to nie my, czytelnicy? Jacyś inni w "Empuzjonie" my? 


To dopiero druga stroniczka książki, za nią grubo ponad czterysta. Zaczęło się czytanie.

Ewentualność wsadzenia palca w pejzaż i wiercenia w nim dziury do nicości, co się rozbija na krople spadające na liście.


° ° °

Pod koniec pierwszej części rozdziału pierwszego owi "my" ujawniają się i są to bez wątpienia "Bezimienni mieszkańcy ścian, podłog i stropów", wymienieni w "Osobach" przed tekstem głównym.

Czy tylko oni?


° ° °

Po pierwszym rozdziale mam absolutną pewność, że "Empuzjon" to znakomita powieść.


° ° °

Przypuszczam, że do pewnego momentu trzeba tropić w tekście owe "my", ale potem wystąpią wcale jawnie i czytelnik wiele się o nich dowie. W końcowych partiach drugiej części drugiego rozdziału mówią one  "...nie powiedziałyśmy jeszcze o zielniku...", co świadczy, że są to Osoby płci żeńskiej. Nie chcę zmyślać zbyt wcześnie, ale po cichu podejrzewam, że to są empuzy, albo jakieś stworki blisko z nimi skoligacone. 

Mam wrażenie, że tak "gładko", jak prozę "Empuzjonu" czytało mi się poprzednio w książkach Olgi Tokarczuk pierwszą połowę "Prawieku". Akapity wydają się szybciej przeczytane, niż są wydrukowane, trzeba wracać wzrokiem, bo ma się wrażenie pomijania ważnych fragmentów, nieprzyswajania za pierwszym razem całej urody tekstu.

Coś malutkiego: "Światło na wygnaniu."


° ° °

...............................męska kolacja na stole, na którym w południe leżał trup kobiety.........................

Faktycznie – to, co faceci przy tej kolacji gadają, mogło wściec nawet autorkę, która ich rozmowę napisała. Ale zaserwowane im nieprzeżuwalne mięsko rekompensuje obrzydliwością obrzydzenie czytelnika.

Wygląda na to, że młody Wojnicz jest jakby inny od reszty jegomości w pensjonacie. Czy to ma coś wspólnego z jego "wstydliwą przypadłością"?

Na razie rozdział nr 3 "Bażanci dystans".


° ° °


Na końcu książki rewelacyjna "Nota autorska". Wymienione towarzycho wyborowe, wykwintny orszak do zaganiania laską na listopadowy empuzjon w pierwszą pełnię.

Całość: absolutna rewelacja. Do przeczytania po raz drugi z wielkim smakiem.



Herri Met de Bles – Landscape with the Offering of Isaac

Google Art Project – w "Empuzjonie" istotne jest, co widać-nie-widać

w pieczarze w lewym dolnym rogu obrazu 


°°°


  Kolejny raz przy czytaniu książki Olgi Tokarczuk mam tak, że chciałbym przejść przez to samo, co ona poszukiwanie tak zwanych materiałów, wertowanie archiwów, przez te same czytania, jakie były jej potrzebne do napisania powieści. Rzecz, rzecz jasna, nie do wykonania i potrzeba niepotrzebna, skoro powieść ma się przed oczyma. Mam też wielką chęć – i również nie pierwszy raz, nasłuchania się, co autorka opowiada o swoim dziele i o sobie piszącej to dzieło. Jej opowieści są to często dalsze ciągi książek, kartki nieistniejące, a oczekiwane. Nawet nie przedmowy lub wstępy od-autorskie, ale rozdziały integralne, części tekstu, które, czytając całość, jakby niebacznie, nieostrożnie się pominęło. W przypadku "Empuzjonu" od razu chciałoby się przeczytać Księgę niepokoju Pessoi, albo Czarodziejską górę Manna. Po co? – żeby jak autorka przeżyć to samo nawiedzenie tematem? ideą? urodą literatury? Może te chęci biorą się z ofert w książkach Tokarczuk zawartych? – z zaproszeń, z pokuszenia do przeczytania, podróżowania, przewędrowania, do wyprawy. Dokąd? Gdzie? Długo by o tej krainie gadać. W obszary Istnienia, które graniczą z obszarami fantazji i z obszarami realności, rozdzielając je i tworząc trzecią krainę Bycia W Literaturze, po której Ona jest przewodnikiem. Albo kusicielką!


° ° °


    Sanatoria przeciwgruźlicze były instytucjami na przełomie wieków XIX i XX stworzonymi po to, żeby się wydawało, że jedni leczą, a inni są leczeni. Niektórzy w obu grupach sądzili, że tak jest naprawdę, a nie, że tylko się tak wydaje. Biorąc polskie znaczenia da się napisać, że były to instytucje stworzone również po to, by się w nich wydawało duże pieniądze. Ulokowanie akcji powieści w takim sanatorium powoduje, że opisywana sytuacja jest co najmniej dwuznaczna, w sensie – przewrotna, a może nawet oszukańcza. 


° ° °


    Latem roku 2022 dyskutuje się o dwóch książkach "sanatoryjnych", na razie w Polsce, bo "Empuzjon" jeszcze nie przetłumaczony. 


(W maju 2024 wiadomo, że niebawem będzie wersja angielska, applowskie Books i Barnes&Noble zapowiadają na 24 września.)


Ponoć w Polsce opłaca się dziś wznawiać Czarodziejską Górę T. Manna, bo idzie jej sprzedaż z powodu książki Olgi Tokarczuk.


° ° °



    Przy czytaniu "Empuzjonu" zaczęło mnie prześladować sformułowanie "żeby się wydawało, że...". 

    Kiedy kolejny raz przeczytałem, że coś się Mieczysławowi Wojniczowi wydawało, przeszukałem elektroniczne wydanie i okazało się, że słowa "wydawało się... wydawała... wydawać...wydaje... zdawać" występują ponad sto trzydzieści razy. Zatem w 400-stronicowej powieści częściej niż na co czwartej stronie coś się komuś wydaje, statystycznie rzecz jasna, gdyż jest tego szczególne nagromadzenie w kilku rozdziałach, np. "Dziury w ziemi" albo w "Biada mi, biada!". W "Empuzjonowym" sanatorium coś "wydaje się" najczęściej głównej postaci. To, że się tutaj leczy solidnie ze strasznej gruźlicy wydaje mu się najrzadziej. Jemu albo jej. Kto czytał, ten wie, że konstrukcja tej osoby, fizyczna przede wszystkim, ale i psychiczna też, jest taka, że tylko wydaje się być możliwa do perfekcyjnego ustalenia i opisania.


    Skupiony na "Empuzjonie" przypisałem tej właśnie powieści spełnienie w literackim dokonaniu postulatu "żeby się wydawało, że...". Nie tkwiłem w tym błędzie zbyt długo, gdyż zaraz przypomniałem sobie "Prowadź swój pług..." w którym samej narratorce wydarzenia dzieją się tak "żeby wydawało się, że..." – narratorce, o czytelniku nie wspominając. A to opowiadanie, skonstruowane w taki sposób, żeby wydawało się, że bohaterka nie zginęła w wypadku samochodowym? A powieść o takiej aranżacji seansów spirytystycznych, żeby wydawało się, że widma zjawiają się naprawdę? A "Prawiek", który ma taką geografię, żeby wydawało się, że leży w środku świata? A nawet "Księgi Jakubowe", które zaczynają się od Jenty, na niej się kończą, przez nią są opowiedziane, ale taki mają tytuł i fabułę, żeby się wydawło, że są wyłącznie o tytułowym Jakubie?


    Zasada "żeby wydawało się, że..." jest, a w każdym razie można to podejrzewać, główną metodą konstruowania przez Olgę Tokarczuk światów literackich. W "Empuzjonie" instytucja w której rozgrywają się wydarzenia to dla jej metody wręcz samograj.  Być może ten fakt był główną podnietą pisarki, świadomą, lub intuicyjną do napisania powieści z pozoru wtórnej do Czarodziejskiej góry, nawiązującej do niej, niby skazanej z góry na bycie w cieniu wielkiej Góry


    Sanatorium, czyli coś, co wydaje się być tym, czym istotnie nie jest, to obiekt dla dziwności zdarzeń lepszy nawet niż Zamek, lepszy niż zakamarki Petersburga, zdecydowanie przydatniejszy literacko niż zadżumiony Oran. Dla dziwności i straszności. Prawdę mówiąc, sanatorium to miejsce straszne. Tę okoliczność znikomo tylko wykorzystał autor Czarodziejskiej góry. A już w porównaniu do utworu Olgi Tokarczuk – prawie w ogóle. Ta zaś nie tylko przydała okropieństwa miejscu, ale przede wszystkim temu, co stanowi istotę dzieła T. Manna – dywagacjom, dyskusjom, opiniom. Rozmowy panów z Pensjonatu w "Empuzjonie" są najzwyczajniej  maszkarne i przerażające. Aż takie u Manna nie są. Toteż nie w Davos ulokowały się empuzje, ale Görbersdorf. 





  Co to jest empuzjon w "Empuzjonie"? Miejsce, czy sytuacja? Obiekt, czy idea? Olga Tokarczuk wyjaśniała przy okazji promocji książki, że kojarzyć trzeba empuzjon z sympozjonem. Czyli z taką sytuacją podczas uczt starożytnych Greków, gdy biesiadnicy po spożyciu posiłku oddają się dysputom filozoficznym, ale również śpiewom i uciechom z tancerkami. Słowo sympozjon znaczyło też same rozmowy, albo rodzaj piśmiennictwa, z regułu filozoficznego. Dziś nazywa się tak zebrania akademickie, służące do przelewania z próżnego w puste, albo zbiór esejów. Gdyby oznaczało miejsce, gdzie działają empuzy, należałoby słowo to kojarzyć z poligonem, albo z nazwą związaną na przykład z greckim dromos, jak kosmodrom. Tę ofertę w świetle wyjaśnień autorki najlepiej byłoby wykluczyć. 


    W książce nie znajdziemy wyświetlenia zagadki, gdyż nawiązania do empuz są zaledwie dwa i ich samych dotyczą, a nie tytułowego empuzjonu. Mimo wszystko coś niecoś mam do wyboru – albo cały Görbersdorf z tym, co się w nim i w okolicach dzieje, albo Pensjonat Dla Panów z biesiadami i po nich dyskusjami odbywanymi wesoło pod trującą nalewkę. Dywagujący panowie wywlekają z wielką chęcią ów pensjonatowy empuzjon na zewnątrz, jak nie do lasu, to do kawiarni, albo na sanatoryjny deptak. Swój mizogiński empuzjon rozsiewają po okolicy równie zapamiętale, jak własne prątki gruźlicze. Sposób w jaki się oni empuzjonują, czyli tematy rozmów, wskazuje, że epidemiczność, infekcyjność w obu przypadkach jest równie dewastująca. Do Pensjonatu przybyli już empuzjonem zarażeni, jak gruźlicą, której się przecież nie w Görbersdorf nabawili. Jest to więc rodzaj zabawy zawsze niebezpieczny, a w tej dolinie po prostu samobójczy.


    Albo – empuzjon jest imprezą nie owych panów, ale empuz; nie męskich biesiad częścią wesołą, ale uciechą mitologicznych boginek. To one miałyby empuzjoński wyraj w sanatorium, wśród facetów chorych nie tylko na płuca. "Wyrajem" empuz było wampirowanie, albo i kanibalizm z orientacją na płeć męską. Niektórzy powiadają, że była tylko jedna empuza, ale to nieprawda, gdyż było ich wiele. Ich matką była Hekate, czyli prawdziwa władczyni Tartaru, najciemniejszych i najgłębszych miejsc pod ziemią dla dusz zesłanych na wieczne cierpienie, miejsce bardziej piekielne od Hadesu. Z orientacją otrzymaną po kądzieli empuzy buszują w świecie i wiedzą, których facetów zjeść, gdyż ich dusze zasługują na męki Tartaru, a nie na hadesową otępiałość.


    W "Empuzjonie" empuzy są demonami zemsty, karzącymi osobników męskich, zamieszkałych w dolinie sanatoryjnej. Doktor Brehmer założył lecznicę w miejscu od dawna przeklętym, w którym demony żeńskie przez grubo ponad dwa wieki brały odwet na facetach za cierpienia kobiet z niedalekich okolic. Nic dziwnego, że marksizujący doktor Hermann Brehmer ulubił sobie miejsce diable i w nim ulokował swą instytucję na utopii zbudowaną. 


    Czy empuzy to narracyjne stworki, "bezimienni mieszkańcy ścian, podłóg i stropów”?  Autorka nie nazwała je "bezimienne mieszkanki", więc to były skrzaty-duszki-demonki obojga płci, przypuszczam, pre-formy prawdziwych, krwiożerczych empuz. Czy są nimi dwie dziwne staruchy łuskające bób? Przynajmniej jedna z nich ma obrzmiałą nogę, jakby to była noga ośla, albo z miedzi, czyli kończyna typowo empuzia. Ale jest jeszcze trzecia starucha, ukrywająca się, co oznaczałoby, że to nie empuzy, lecz Erynie. Dlaczego mityczne empuzy lubiły wampirzyć i kanibalizować, nie jest zbyt jasne, ale za to Erynie to boginie zemsty za nieprawość i złe sumienia. Panowie z Pensjonatu na gniew i karę zasługują w pełni, po marksistowsku z bolszewickim sznytem – za poglądy. Ale i za czyny również, najbardziej Opitz, właściciel pensjonatu, a reszta gronka także – za ukrywanie, przemilczanie, niepotępianie jego zbrodni, ku czemu ich skłaniają mizogińskie teorie i bez wątpienia tych teorii praktykowanie. Empuzy, kimkolwiek są, być może jako wykonawczynie krwawej pomsty służą Eryniom, które karzą mękami mącąc umysły i sumienia.


    Jak widać, nie bardzo rozgryzłem, co to jest empuzjon w "Empuzjonie", ani czym są w powieści same empuzy. Jednakowoż, tak jest ta książka napisana, żeby mi się wydawało, że wiem, czym jest i jedno i drugie.


    ...tak napisana... – czyli jak? Obok zmyślonej fabuły horroru pomieszczono w książce dziwnie dużo dokumentalnych komponentów – na przyklad fotografie realnie istniejącego miejsca, prawie cały autentyczny artykuł z epoki (Tygodnik Ilustrowany, rok 1895, nr 38, str 190), nieomal cytaty z prawdziwych tekstów historycznych postaci, a nawet na końcu podziękowanie Autorki  “Jerzemu Markowi i Uli Ososko za pomoc w jak najdokładniejszym odtworzeniu Görbersdorfu” – całkiem jak nie w powieści, ale w zbiorku rozpraw akademickich, albo wręcz traktatów, albo przynajmniej esejów. To znaczy – sympozjon, ale jakiś dziwny, przecież nie taki jak "Czuły narrator", czy "Lalka i perła". Sympozjon na opak, traktaty odwrotne, dysputy tak głupie i wredne, że zagrożone zemstą i warte krwiopijczych empuz – jednym słowem: empuzjon.

    Poszukiwanie desygnatu dla tytułu o tyle ma sens, że dotyczy on całości książki, a nie tylko niby-traktatów-esejów. Fabuła relacjonuje dwumiesięczny pobyt głównej postaci Mieczysława w dolinie oraz jego wcześniejsze życie poza nią. Tej postaci nie można wprawdzie kojarzyć z empuzjonowaniem reszty jegomości z Pensjonatu, ale ona w tej atmosferze się znajduje, coś musi ze strasznym dziwactwem zrobić, a i ono z nią swoje zamierza uczynić. Z tym, że główna postać nie tyle do zjawiska z tytułu nie przystaje, ile istnieje obok i mimo niego, a skoro tak to tworzy się w powieści konflikt pomiędzy częścią fabularną, a częścią empuzjonalną. Przez ten konflikt czytamy dzieło fascynujące: powieściowe traktaty magicznie do-fabularyzowane.  Może dlatego Olga Tokarczuk powiedziała, pytana o książkę po Noblu, że będzie ona zupełnie inna niż poprzednie.


Albo w ten sposób: Tytuł oznacza sympozjon na opak i dotyczy  całości książki, a nie tylko mizogińskich  traktatów, niemal esejów, które mogłyby ułożyć się w osobną całość. Tytuł dotyczy także fabuły o pobycie głównej postaci  w dolinie sanatoryjnej oraz jego-jej wcześniejszego życia poza nią. To osoba od niemal wszystkich z maszkarnego Pensjonatu  oddzielona swą odmiennością, ale  która w jego atmosferze, w empuzjonie, się znajduje i wydaje się bezbronna. Główna postać nie tyle do zjawiska z tytułu nie przystaje (dzięki naiwnej odwadze), ile istnieje obok i mimo niego, który to kontrast, a właściwie konflikt sprawia, że  czytamy horror empuzjońskich traktatów, sfabularyzowanych w mit duszy wyzwolonej .*

––––––

* Pastylka na wyzwolenie duchowe, zażyta przez Miecia-Klarę, jest jak najoczywiściej mityczna i od mitycznych istot pozyskana, a przemiana  Miecia w Klarę nie jest fizyczna – jego dusza już się nabyła w narzucanej męskiej formie i zapragnęła być formą żeńską z wyboru, do czego dojście jest głównym wątkiem fabuły. 


 

Który z nich to Miecio Wojnicz?



Jestem prawie pewien, że pierwszy z prawej.




    O Wojniczu 


    Bycie mężczyzną nie spełnia jego zapotrzebowania na istnienie, nie zaspokaja w pełni potrzeb jego różnorodnej egzystencji, można więc przypuścić, że przeciwieństwo męskości, czyli żeńskość, też ich nie zaspokoi, bo jest równie jednostronna. Wojnicza nie usatysfakcjonuje ta lub owa płeć, gdyż on-ona jest i tym i tą jednocześnie. Będąc pciowym dubletem jest ponad prostą, oczywistą płciowością. Jego (kłopot bycia) sposób istnienia jest troisty – kobiecy, męski i wspólny.  Przeistoczenie w kobietę, wygląda jak porzucenie, wciąż w ramach wyboru, narzuconej mu jednowymiarowej męskości. A tak naprawdę on-ona nie musi wybierać między tym a tym, bo on-ona samym-samą sobą doświadcza dwu- albo trójistności. Świat nie był wtedy i nie jest dziś gotowy na tego rodzaju istoty.



° ° °

    Mogę sobie wyobrazić, że sobowtórem Mieczysława Wojnicza jest Bruno Schulz, wespół z chłopcem z jego opowiadań – obie istoty jakby wyhodowane w szklarniach w okolicach Lwowa. Obaj, chłopiec i Miecio mieli kuzynów o imieniu Emil, którzy całkiem podobnie ingerowali w ich dzieciństwo, ale jest też podobieństwo ściślejsze z Brunem – ze względu na kategorię sensu, który był dla obu postulatem trudnym, bo im sens wynikał ”z różnych rzeczy częściowo, nigdy w całości, zawsze tylko fragmentami.”




° ° ° 

    Zaświaty


    W początkowych partiach powieści istoty narracyjne, narracjonujące, ulegają wrażeniu, że Wojnicz przybywa z zaświatów. Nie jest całkowicie oczywiste, że przybył pociągiem, bo może mglistą okoliczność kłębów pary z parowozu wykorzystał, by się zjawić na stacji. Na dodatek obuty jest w bardzo lekkie obuwie, które nie tylko w górach na nic zupełnie, ale przecież i w długiej podróży ze Lwowa przez Wrocław praktyczności nie miało. Razem – wydawało mi się, że to są buty, kupowane na ostatnią, jak to się powiada, podróż. 


    Być może ujawniam się z obsesją obuwniczo-trumienną, skoro przypisuję teraz powieści obrazy, które kilka lat temu przypisałem postaci Wieniczki w nowojorskim spektaklu Emila Vardy. Wienia przybywał na scenę spoza niej, nie z kulisów tak zwanych, ale od strony widowni, ze swego pochówku; dochodził na czarno ubrany do dwóch postaci kobiecych, zagradzających mu dalszą drogę. One zaś nakazywały mu całkowitą zmianę wizerunku pogrzebowego na poprzedni, włóczęgowsko-pijacki, a więc przebranie się z garniturku w wyszmelcowane palto i przebucie z cienkich trumniaczków na trzewiki, w których łaził na Dworzec Kurski. Rozumiałem tę scenę, jako niedopuszczenie go w głębsze krainy umarłych przez Erynie, które skazywały faceta na męki kolejnego wędrowania ku Pietuszkom. To się zgadzało z mitem o Eryniach pilnujących wejścia w zaświaty.


    W przypadku "Empuzjonu" mogę sobie wyobrazić, że dwie stare kobiety to te same Erynie zagradzające Wojniczowi, jak Wieniczce, drogę do ostatecznej krainy pośmiertnej i sprawiające, że zreinkarnuje się w odmienionej postaci i że powróci z przedsionka sanatoryjnego i z zaświatów w inne istnienie. I że nie będzie to kara, jako że Erynie karały złych.


    Na początku książki obie staruchy łuskają bób. Ten bób, niczym strzelba u Czechowa, zjawia się ponownie na końcu opowieści. Norman Davies w kalendarzach Europy wyszukał czasy, w których sądzono, że bób był łącznikiem między ziemią i piekłem.


    Brnę, jak widać, ku interpretacji, jakoby Wojnicz przybył do Görbersdorfu martwy, powalony gruźlicą we Lwowie, albo we Wrocławiu i że taki zjawia się w kłębach pary. To może być mylna droga, ale warto by sprawdzić, czy korespondencja Miecia do ojca rzeczywiście istniała jako fakt pocztowy w urzędach Cesarstwa. Görbersdorf z "Empuzjonu" niekoniecznie musi być miejscem żywych, mimo dokumentalnych fotografii. Klara Opitz wyjeżdżająca stamtąd, wydostająca się ze strefy przygranicznej piekła za pomocą ziarnka bobu, jest być może kolejną wersją Eurydyki, której nie oszukał przygłupi Orfeusz, ale którą wspomogły najgroźniejsze dla facetów boginie starożytności.


° ° °





Zielnik w "Empuzjonie"


Wypisy

z rozdz. 2


Wojnicza tak pochłonęło wyszukiwanie najpiękniej ubarwionych liści, że zapomniał o tym, co zdarzyło się w Pensjonacie dla Panów. Bo nie powiedziałyśmy jeszcze o zielniku, który leżał wciąż w jego walizce, ale który wkrótce zyska swoje stałe miejsce na stoliku nocnym i odtąd będzie często oglądany. Wojnicz od razu postanowił, że będzie zbierać liście tutejszych drzew – ich kolory były tak oszałamiające, jak to zdarza się tylko w górach. Niektóre gatunki oczywiście można by znaleźć i we Lwowie, na przykład klon (który jest mistrzem kameleonowatości listowia), czy nawet buk, którego granica występowania pokrywa się właściwie z tą niezwykłą przestrzenią zwaną Europą: może powinien znaleźć się w jej ewentualnym herbie. Inne rośliny więdły już, przekwitały, więc było jasne, że Wojniczowy zielnik uzupełnią tylko liście drzew – rozpoczynał się festyn opadania, jakby bliskość śmierci uruchamiała w owych drzewach zapasy niezwykłej energii, które jednak zamiast iść na podtrzymanie życia, pozwalały im świętować umieranie.




z rozdz. 7


»Wojnicz zatem wyobraził sobie cały Görbersdorf jako bajkę – bajkę, która dzieje się na obrazku zdobiącym pudełko od pierniczków. Można było pomyśleć wszystko, nie bać się, że w konsekwencji ujrzy się coś nieprzyjemnego czy nie do przyjęcia. Ta zabawa Wojnicza przypominała trochę robienie zielnika: zasuszanie każdego doświadczenia, wklejanie go do kolekcji i przyglądanie mu się jak okazowi. Coś musi się tutaj dziać każdego roku w listopadzie...«





z rozdz 8


»Powinien teraz podejść do niego i pocałować go w rękę, tak jak zwykle robił. I powiedzieć jeszcze: „Tak, ojcze”. Wtedy ojciec jakby nasycał się jego podporządkowaniem, gest poddaństwa go uspokajał, choćby na chwilę. Mieczyś mógł wyjść z pokoju i zająć się swoimi sprawami: figurami szachowymi, zielnikiem, swoją ukochaną łaciną. Ojciec zostawał poza zamkniętym pokojem syna nieświadomy, że jego kontrola i wpływy tam nie sięgają i nijak się mają do rozpłaszczonego między bibułami liścia paproci i jego piennych, regularnych spiral.




z rozdz 13


– Masz tak zdumiewająco długie palce – powiedział kiedyś Thilo i wyciągnął rękę, żeby wziąć dłoń Mieczysława w swoje zimne dłonie. Wojnicz był wtedy zajęty przeglądaniem swojego zielnika, gdzie na każdej karcie starannie wysuszone i przypięte maleńkimi paseczkami papieru trwały na wieczność rośliny.

– Spójrz, tu jest konwalia, Convallaria maialis – powiedział do leżącego. – Wydaje się taka zwyczajna, prawda? Oglądałeś ją wiele razy w życiu, ale opisałbyś ją z pamięci tylko bardzo ogólnie. Mam rację?

Thilo pochylił się nad konwalią zadowolony, że wymaga się od niego uwagi. Było coś roztkliwiającego w jego przejęciu, w zainteresowaniu rośliną wprawdzie martwą, ale zachowującą wciąż swoją niepowtarzalną cudowną strukturę, porządek żyłek, piękno kształtów, barokowość krawędzi, powtarzalność wzorów.

– Szkoda, że to już jesień, mógłbym i tutaj nazbierać lokalnych okazów – powiedział Wojnicz.

– Możesz poczekać do wiosny. Zima minie szybko.

– Och, nie – żachnął się Wojnicz. – Na Boże Narodzenie będę już w domu. Ty też.

– Ja tu zostanę. Na tym cmentarzu, gdzie leży Opitzowa i wszyscy inni.

Wojnicz odłożył zielnik i spojrzał na Thila z naganą.

– Przytul mnie – powiedział cicho Thilo.



z rozdz 13


Od dłuższego czasu Thilo nie schodził już na kolację. Jego krzesło stało więc najpierw puste, a potem zniknęło i wszystko wyglądało, jakby tak było zawsze. Wojnicz zwykle czekał do ostatniej chwili, aż zabrzmiał z dołu gong. Nie schodził, bo miał ochotę pobyć trochę sam, zwłaszcza że najwięcej czasu spędzał przy Thilu. W takich chwilach rzadkiej samotności w swoim pokoju siedział przy zielniku, w zamyśleniu przeglądając zbiory.



z rozdz 13


Popołudniem poprzedzającym wycieczkę do Heuriger, jak mawiał o tej wiejskiej restauracji August, odwiedził Wojnicza w jego pokoju. Wsunął się świeżo ogolony, pachnący wodą kolońską, której zapach wziął zaraz w posiadanie całe pomieszczenie. Wyciągnął zza pazuchy swojego tabaczkowego tużurka zieloną butelkę.

– Przyniosłem mały aperitif – powiedział z miłym przyjacielskim uśmiechem. – Wystarczy akurat na dwa kieliszki. Wypijmy za przyjaźń.

Usiedli przy stoliczku, gdzie Wojnicz pisał właśnie widokówki do ojca i stryja. Wsunął je pod zielnik, choć przecież August nie znał polskiego. Przynajmniej taką miał nad nim przewagę. Rozmawiali o tym i owym – o zaletach zielnika, o zdrowiu Thila, o rychłym nadejściu zimy. Nagle August pochylił się poufale do niego i powiedział:

– Rozgryzłem cię, ty piękna istoto, Mieczysławie – wymówił jego imię, jakby się go długo uczył. – Wiem, kim pan jest.



z rozdz 16


Tu jesteśmy, nieco zmienione, ale takie same jak przedtem, ciepłe, ale i zimne, patrzące i ślepe. Tu jesteśmy, tu są nasze ręce ze spróchniałych gałęzi, nasze brzuchy, sutki z purchawek, łono, które przechodzi w lisią norę, w głąb ziemi, i pielęgnuje teraz lisi miot. Widzisz nas wreszcie, Mieczysławie Wojniczu, dzielny inżynierze z płaskich bezleśnych stepów? Widzisz nas, wątła ludzka istoto zajmująca się suszeniem liści, żeby je wkleić i ocalić od rozkładu i śmierci?


° ° °


    Wraz z książką Olgi Tokarczuk na ziemiach polskich pojawił się drugi zielnik M. Wojnicza. W posiadanie pierwszego wszedł Michał w roku 1912, a egzemplarz następny, powieściowy, stworzył Mieczysław w roku 1913. Pierwszy trafił z Włoch do Anglii, drugi będzie tam dopiero, gdy któraś z genialnych tłumaczek pani Olgi przełoży "Empuzjon" (jeszcze raz: 24 września 2024)


    Gdy najpierwszy raz stworki narracyjne wspominają o zielniku, wciąż jeszcze leżącym w walizce po przyjeździe Mieczysława do sanatorium, domyślać się można, że napomknienie owo jest istotne, ale aż do ostatniego rozdziału nie wiadomo, dlaczego jest ono istotne. Okazuje się w nim, że empuzy polubiły Miecia również z powodu jego zajmowania się suszeniem liści, "żeby je wkleić i ocalić od rozkładu i śmierci". Wampiro-kanibalki görbersdorfskie są tym faktem przejęte i wzruszone. Przypuszczalnie czytelnik też jest wtedy ostatecznie wzruszony i usatysfakcjonowany.


    Nie wiadomo jakich rozmiarów jest album Mieczysława W. Natomiast wiadomo, że księga pozyskana od włoskich jezuitów przez Michała W. ma 136 kart o rozmiarach 22 i pół centymetra na 15 cm. Empuzy wiedziały, że Mieczysław przyklejał liście na karty swojego zielnika, lecz czytelnik "Empuzjonu" nie wie, czy przywiózł on ze sobą specjalny klej do sanatorium, czy miał może taśmy przylepne (były takie w 1913 roku?), czy dokonywał jakiś opisów poszczególnego liścia lub kwiatu, jak suszki przygotowywał.


    Księga Michała M. takim albumem nie jest, gdyż zielarska jej część prezentuje roślinki namalowane, a nie wlepione, dzięki czemu przetrwały sześć stuleci, jako że obiekt ów powstał prawdopodobnie w pierwszej połowie XV wieku. Zielnik Mieczysława na pewno był zielnikiem, księga Michała nazywana jest Manuskryptem Wojnicza.


    Szczegółowe informacje o Manuskrypcie są w Wikipedii. Jest też w Sieci olbrzymi dokument PDF z detalicznymi skanami owej księgi, a oryginał znajduje się w bibliotece Uniwersytetu w Yale.


    Czy roślinki namalowane w Manuskrypcie tylko wydają się fantasmagoryczne, czy istotnie takimi są? Znawcy nie zidentyfikowali tej botaniki. Kiedy ogląda się zwykły zielnik, rozplaskane roślinki, choćby najbardziej pospolite, z łąki lub z ogródka, wyglądają tak niezwykle, jak przywiezione z Marsa. Może więc zielnik fascynował Mieczysława jako przedmiot pokazujący efekt patrzenia przeziernego, zanim jeszcze dowiedział się on od Thilo von Hanha, że taki sposób patrzenia istnieje.


    Relacje między zielnikiem Miecia Wojnicza i Manuskryptem Michała Wojnicza są nie do prześlepienia i muszą mieć osobne, ukryte znaczenie, zrozumiałe w przeziernym odczytaniu "Empuzjonu". W dotychczasowych rozmowach z Olgą Tokarczuk nikt o to nie zapytał, ona sama z siebie też nie mówiła o dwóch albumach dwóch Wojniczów. 


    Manuskrypt zawiera mnóstwo tekstu, napisanego w nieodcyfrowanym dotychczas języku. Pierwsze karty to obrazki roślinek, ale potem pojawiają się rysunki nagich kobiet w przedziwnych konstelacjach astrologicznych i anatomicznych. Jest na owych kartach średniowiecznej księgi opowiedziane o kobietach coś dziwnego, magicznego, z pierwszej ręki czarowniczego. Aż korci podejrzewać, że "Empuzjon" stanowi nierozgłoszone oficjalnie odczytanie z Manuskryptu tajnego języka czarownic. Albo dopisanie dalszego ciągu do ezoterycznej treści, którą czarownica Olga zna, i z wiekiem coraz lepiej (to nie grubiański nietakt, lecz aluzja literacka).

° ° °





Panie na zabiegach sanatoryjnych według Manuskryptu 



    Tropem najciekawszym w gąszczu kontekstów "Empuzjonu", frapującym, kuszącym bardziej niż ścieżki ku Czarodziejskiej górze, jest ślad wyraźnie wskazany przez Autorkę na początku powieści, czyli "Księga niepokoju". Nie Mann, lecz Pessoa. Nikt o nim nie pisze, nie wspomina w tzw. opiniach, albo esejach o "Empuzjonie". Nawet prof. Czapliński w świetnym tekście w magazynie "Książki" ani się o Pessoi zająknął. Z łatwością znajduje się końcową listę wodzów intelektu, którzy mizogińskie głupoty przez całe wieki pletli, a nie widziałem jeszcze tekściku, w którym by się zjawiło nazwisko autora motta z początku książki. A to jest trop fascynujący, po pierwsze z tego powodu, że zarówno "Bojaźń i drżenie", jak i "Zapiski z podziemia", ale też "Tako rzecze" są literackimi miernotkami przy "Księdze niepokoju", po drugie – sprawa heteronimów i mnogich osobowości poetyckich i egzystencjalnych Pessoi. Oto wielka tajemnica Miecia W. i Klary O.

    Jeśli pobyt Mieczysława w Görbersdorf jest misją to Pessoa nazwał ją precyzyjnie – "Znaleźć osobowość w utracie osobowości..." 

Podziwiam odwagę i mistrzostwo OT – zdecydować się na pisanie własnej książki, przeczytawszy Pessoę, mogła tylko samurajka. Albo czarownica.


° ° °


     W "Empuzjonie" mottem do całości jest fragment z "Księgi niepokoju" Fernando Pessoa. I to NIE jest ozdobnik, złota myśl na początek, wianuszek czy wstążeczka wokół książki. To jest drogowskaz w KOSMOS, w  nibule, co końca nie mają, ani początku. Pessoa nigdy takiej książki nie opublikował, pisał do walizki, dosłownie – rękopisy znaleziono po jego śmierci w walizce, czy może w kufrze. "Empuzjon" to jest świetlista, malownicza, ale malutka kometka w Kosmosie "Księgi niepokoju". Ta książka Portugalczyka, ułożona przez wydawców, nie wciąga może zrobionym, wyedytowanym jej początkiem, trzeba ją otworzyć gdzieś w środku – i wtedy już się z niej nie wyjdzie. W Pessoę wpada się jak w Görbersdorf – wyjść na zewnątrz można tylko, jako ktoś inny. Kombinowanie wokół "Empuzjonu" bez Pessoi to puste ple-ple.


Zapewne myśl o wirtualności ludzkiego istnienia, wirtualności równorzędnej do tak zwanej realności zawiera się, choć nie powiedziana wprost, już w pierwszych partiach "Księgi niepokoju", i taki pomysł podsuwa czytelnikowi Fernando Pessoa chyba od samego początku. Obraz ludzkich przedsięwzięć wirtualnych, zmyślonych, wyobrażonych zjawił mi się jako połowa dyptyku traktującego o nas na tej planecie, zanim doczytałem do miejsca w którym Pessoa napisał swojemu narratorowi takie oto przypuszczenie: "Kto wie, czy powieść nie jest najdoskonalszą rzeczywistością i najdoskonalszym życiem, które Bóg tworzy poprzez nas i których tworzenie jest jedynym celem naszego istnienia? Wydaje się, że cywilizacje istnieją tylko po to, aby tworzyć sztukę i literaturę; to słowa o nich mówią i po nich zostają. Dlaczego te ekstraludzkie postaci nie miałyby być naprawdę rzeczywiste? Mój umysł dręczy boleśnie myśl o tym, że mogłoby tak być... "


Kto wie? – ale sztuka i literatura nie wyczerpują form wirtualnych. Obok powieści istnieją księgi zwane świętymi, które tworzą byty nie nazbyt namacalne i konkretne, albo z nich same powstają. Istnieją też księgi, zapisujące historię ludzi, i też nie są powieściami. Obok sztuki istnieje wirtualność intelektualna, chociaż aspiruje ona do wytwarzania bytów rzekomo realnych, jako to koncepcje polityczne, a nawet ekonomiczne. O bycie, zwanym filozofia na szczęście wiadomo już od pewnego czasu, że to twór intelektualny, mało co objaśniający, a jeśli – to nie realność ludzkiego istnienia, ale pewien rodzaj ludzkiego wyczynu wirtualnego.


Realność to jest cokolwiek, co wiąże się wprost i bezpośrednio z zaczynem, ochroną i zakończeniem życia (istnienia). Toteż miłość, myślenie i religie są wirtualnością. Żadna z tych potężnych abstrakcji nie jest potrzebna życiu; realność, czyli istnienie, może się bez nich obyć. Nie mówiąc o zbędnych, pomniejszych abstrakcjach, idących w setki. Druga połowa ludzkiego sposobu bycia, sposobu na wirtualizacji opartym, nie wydaje się koniecznie niezbędna na tej planecie czemukolwiek, co człowiekiem nie jest (jak sobie inni radzą poza tą planetą, nie mam pojęcia). 


 Z przejawów życia najbardziej wirtualnym wydaje się być sen. Śni nie tylko człowiek, mojemu psu śniło się coś z całą pewnością, ale to co mu się śniło, nie wydawało mu się do niczego potrzebne przy obgryzaniu kości. Natomiast mnie moje sny zawsze wydawały się co najmniej przyjemne lub straszne i na dodatek po obudzeniu potrzebne. Nie wiem, czy mój pies był za dnia ciekaw tego, co mu się będzie śniło, nie komunikowałem z nim aż tak głęboko, ale ja byłem zawsze ciekaw swoich przyszłych snów.  Być może ziarno naszego człowieczeństwa tkwi w eksploracji naszych snów. Psiejstwo mojego psa nie wydawało się tkwić w umiejętności wykorzystywania psiego śnienia. 


Wirtualność moich śnionych wizji przenoszę w realność i tą samą jej przyznaję rację, co bułce i kawie na śniadanie oraz nie wchodzeniu pod jadący tramwaj. Z czcią wielką traktuję tych, którzy tę wirtualność po-senną zamieniali w literaturę, a słyszałem, że bywali i tacy, co ją zamieniali w matematykę. Za młodu wierzyłem tym, którzy twierdzili, że po-senność nie powinna wspomagać intelektu. Wyrocznią był mi postulat poetów-surrealistów o pracy twórczej podczas spania.  


Wirtualność po-senna z pewnością nie jest jedynym źródłem literatury i jedyną jej siłą sprawczą. Nie wszystkie majaczące po nocach śpioszki i śpiochy są literackimi geniuszami. Mistyczna jest nasza niewiedza, skąd owa dziedzina ludziom się wzięła i skąd na nią zapotrzebowanie. Tworzenie powieści jest wirtualne, przynależy więc do owej nie-realnej połowy naszego istnienia. Czy to jest jedyny cel naszego istnienia? Jeżeli w ogóle jakiś cel, jak to się mówi, przyświeca nie tylko nam, ale i całej planecie. 


Czy literatura przydaje najwyższej doskonałości naszemu życiu? Czy jest najdoskonalszą formą bytu? Pessoa zakładał, że mogłoby tak być. Faktycznie – postać z jego powieści, a przez nią w znacznym stopniu on sam, nie zaistnieliby, gdyby nie literatura. W tym przypadku zakład Pessoi jest trafny. A co do reszty? Chyba jego ta cała reszta nie bardzo frapowała, o ile istniała poza jego twórczością. Filozofia i literatura Pessoi sprawdzają się zatem same w sobie. I na tym polega ich rzetelność. A co nas, wybrednych czytelników, obchodzi pisanina nierzetelna?


° ° °


Miecio vel Klara to dziecko Afrodyty i Hermesa – trzeba i tym tropem pójść.


° ° °

    Czytam "Księgę niepokoju" Fernando Pessoi bardzo wolniutko i wielokrotnie – fascynujący jego sposób pisania, wynikły z uruchamiania inteligencji wrażliwością. Gdyby to opisać polskimi literaturami to coś jakby Gombrowicz, Schulz i Konwicki razem, tylko o poziom wrażliwości wyżej, coś jakby  Stasiuk się naintelektualizował, a przy tym zamiast samochodem jeździłby pojazdem wrażliwości wewnątrz siebie i ani o centymetr na zewnątrz. Z niepolskich skojarzeń – Musil piszący eseje Camusa. Czyli Pessoa niepowtarzalny.

    Źle napisałem, nieprawdziwie – to nie utwór Pessoi taki jest w oryginale, to tłumaczenie, polszczyzna przekładu Michała Lipszyca brzmi znajomo, podobnie do pisania G. S. K. i S. Ale to są moje skojarzenia, nieobowiązujące, z braku innych. Ciekawe, że nie mam skojarzeń z twórczością pań...

    Jak motto z jego twórczości ma się do książki Olgi Tokarczuk? Czy jak korona lub herb nad tronem? Czyli, że jest nad tekstem zawsze i nieodłączne? Która z postaci w "Empuzjonie" byłaby Pessoi nabliższa? Stawiam na Thilo von Hahna. Pessoa bardzo, bardzo często używa słowa pejzaż, zdarza się, że trzy razy w jednym akapicie. Dla Thilo pejzaż ma znaczenie szczególne, przejawia on wręcz rodzaj obsesji pejzażem.

W poprzednich książkach OT słowo pejzaż pojawiło się częściej niż cztery razy tylko w "Dom dzienny dom nocny" (8x). W "Empuzjonie" – z powodu Thilo? za Fernandem? – użyła go autorka co najmniej 17 razy. 


W wersji z 2022 następowała "antologia" pejzażu w "Księdze niepokoju" F. Pessoi – długaśne wypisy, ale to osobny tekst, tutaj nadmierny.



czerwiec 2024

° ° °