wtorek, 12 września 2023

Dwaj pisarze – z Siemuszowej Pietruscy.

 

Podhorodce. Front pałacu. 

(początek remontu w roku bodaj 2020)

1.

Spośród sześciu ksiąg napisanych w Podhorodcach jedna powstała w tym pałacu (na pewno w tym, bo żaden inny nie wchodzi w rachubę), druga najpewniej w nim, a pozostałe  być może. Dwóch było w połowie XIX wieku autorów, którzy tam je pisali. Obaj nosili nazwisko Pietruski – jeden Stanisław Konstanty, drugi – Oswald. Obaj podpisywali się jako Pietruscy z Siemuszowej.


Siemuszowa dzisiejsza jest to wieś w Polsce, w województwie podkarpackim, a od Podhorodców w Ukranie leży na zachód 140 kilometrów. Podhorodców nie należy mylić z Podhorcami, które są : – jedne pod Hrubieszowem, –drugie pod Tomaszowem, i najsłynniejsze –trzecie w Ukrainie, z ogromnym zamkiem, ładny kawałek drogi na wschód od Lwowa. 

 Hipolit Stupnicki w dziele pt. "Galicya" (1849 rok) wyraźnie pisał:

«Podhorodce, z pięknym pałacem i obszernym zwierzyńcem krajowych zwierząt.

Podhorce, z pałacem dawniej warownym na szczycie wzniosłej góry, w którym się znajduje wiele kosztownych obrazów, zbiór starożytnych rynsztunków i piękny księgozbiór, a między wielu starożytnościami wielki marmurowy stół, na którym odbył się chrzest Jana Sobieskiego.»

... a mimo to pomyłki się zdarzały



Wiadomo, że w 1861 roku właścicielem Siemuszowej był społecznik, polityk, poseł Oktaw Pietruski.

Z pewnością  Stanisław i Oswald sygnując się po szlachecku "z Siemuszowej", mieli na uwadze tę samą wioskę, ale nie jest pewne, czy któryś ją widział na własne oczy.

 

 

Zamek w Podhorcach

Pałac podhorodecki wielkością ani dorównywał zamczysku podhorskiemu; był przytulniejszy, zdatniejszy na spokojną pracownię pisarską, akuratny na bibliotekę z archiwaliami,  i zupełnie nie forteczny.


 

Pałac w Podhorodcach od tyłu 

Obaj pisarze pochodzili z rodu dawnego i kiedyś bardzo rozległego.

 



«Pietruski h. Starykoń, vel Szafraniec-Pietruski, rodzina małopolska, wywodząca się od starożytnego rodu Zaprzańców herbu Starykoń, ze wsi Pietrusza Wola w dawnym pow. pilzneńskim, par. Łączki (Krzep.). Od 1464 zwana Siemuszowskimi z Siemuszowy (Akta Grodzkie Sanockie), osiedliła się na Rusi Czerwonej, gdzie prawdopodobnie około 1590 założyła wieś Pietrusze w pow. krośnieńskim, pisząc się nadal Pietruskimi z Siemuszowy (Bork.). Natomiast według tradycji rodzinnej, mają pochodzić od Szafrańców, piszących się z Siemuszowy, z których Adam Aleksander (zm. 1509) „otrzymawszy w nagrodę zasług majątek Pietrusze pod Krosnem, pierwszy od niego nazwał się Pietruskim z Siemuszowy” (Urus.). W XVIII i XIX wieku byli właścicielami dóbr Głowaczów w Królestwie Polskim, Ruda i Kochawina w pow. żydaczowskim, Mostki, Podhorodce, Hanowce, Juzeptycze, Stańków w pow. stryjskim.»

https://polishgenealogy1.blogspot.com/2017/04/pietruski.html

 


Księgi  podhoredeckie to cztery dzieła zoologiczne, jedno dokumentalne i jedna powieść. 


Cztery Stanisława Konstantego, są to:

Historia naturalna zwierząt ssących galicyjskich, z 1852 r. 

Hist. Natur. hodowla ptaków, T. 1, z 186o

Hist. Natur. hodowla ptaków, T. 2, z 1861 r.

Hist. Natur. T. 3, Gołębie, z 1863 r. 


Dwie Oswalda, są to:

– dzieło historyczne dokumentalne: Elektorów poczet, którzy niegdyś głosowali na Elektów, z 1845 r.

– oraz powieść: Jak to bywało, z 1856 r.


Ten drugi podpisywał się także: Oswald Zaprzaniec z Siemuszowej Pietruski.


Oprócz czterech zoologicznych ksiąg Stanisława Konstantego, z pewnością tutejszych (każdy tom sygnowany: «Pisałem w Podhorodcach w sierpniu 1852 roku /w kwietniu 1859/w lutym 1861 /12 maja 1863»), mamy jeszcze tom 4. o kurach swojskich z 1865 i obszerne wspomnienia z 1869, napisane później we Lwowie. W tej ostatniej są opisy pożaru, który zoologowi zniszczył podhorodecką menażerię w roku 1848. Od tamtej pory miał Stanisław więcej spokoju i czasu na pisanie "Historii naturalnej" w domu, w którym już nie latały oswajane na siłę nietoperze i nie grasowały po sypialniach borsuki.

Oswaldowi, który pisał w pałacu ("Poczet", w roku 1843), osobna menażeria kuzyna (brata?) chyba nie przeszkadzała.

 


2. Niecierpliwość pisarska


 

ELEKTORÓW POCZET

którzy niegdyś głosowali

na ELEKTÓW

Jana Kazimierza r. 1648, Jana III. r. 1674, Augusta II. r. 1697 

 i Stanisława Augusta r. 1764,

najjaśniejszych

KRÓLÓW POLSKICH

 

 ułożył i wydał

Oswald Zaprzaniec z Siemuszowej Pietruski 

LWÓW 1845 






Ze wszystkich ksiąg obu Pietruskich na przygodę czytelniczą najmniej nadaje się "POCZET". Składa się on z 446 stron, zawierających tysiące nazwisk (oczywiście, tylko męskich) od Abrahamowicza do Zyznowskiego  – z zaznaczeniem w tabelach na którego króla wymieniony elektor głosował i skąd pochodził (z jakiego Księstwa, Powiatu, Województwa lub Ziemi). Dla nie-historyka rzecz równie pasjonująca jak książka telefoniczna, ale jest też osiem strom "Przedmowy", która pokazuje, że dla autora "na pozór jałowy i żmudny" wysiłek owocujący spisem nazwisk znaczył żywą historię za nimi ukrytą,  idącą od roku 1648 do 1764, że miał wiele wiadomości i znał sporo anegdot o postaciach realnych, że pasjonowała go elekcyjna polityka, jej kulisy, koterie, przekonania, interesy, że z nich układał mu się obraz szlacheckiego społeczeństwa i że rozumiał jego niuanse i tajemnice. 

 


 

Owo mnóstwo wiedzy aż prosiło się o spełnienie literackie w osobnej powieści, wręcz się domagało... W "Przedmowie" nic innego jak niecierpliwość pisarska kazała Oswaldowi wpleść między metodyczne, historyczne, dokumentalne objaśnienia literacką anegdotę, stylizowaną z zamiarem (być może) artystycznym. Przestrzegam zawczasu Szanowną Osobę Czytającą, że poniższy wir zakręconej stylistyki prowadzi do oczopląsu, toteż dla bezpieczeństwa oferuję również wersję (błękitną) uwspółcześnioną.



«Miłość, którą niegdyś Stanisław z Runowej Oświęcim, dworzanin Władysława IV. ku siostrze swojej Annie pałać miał, dotycze się zupełnie zacisza domowego, gdy jednak w biegu teraźniejszego wieku kilka pism zdarzeniem tem dziwnem, pióro swoje zatrudniło, uwagi moje skreślam. Oświęcim od ojca świętego albo otrzymał rozkrewnienie, albo takowego nie otrzymał, w razie pierwszym, jaką przyczynę mieliby rozmaici pisarze siedmnastego i ośmnastego stólecia, a między innemi z mocy zasad zgromadzenia do którego należał, nieomylność głowy kościoła utrzymujący Niesiecki, o fundacyi kaplicy w Krośnie wzmiankę czyniący, przy początkach herbów nie moralniejsze jeszcze zdarzenia cytujący, nie wspomnieć o tym całym romansie. W razie zaś nie otrzymania pozwolenia pojęcia przyrodniej siostry za małżonkę, na wieleż przykrych i cierpkich przymówek byłby wystawiony Stanisław, ze strony swoich fanatycznych wówczas współobywateli, znajdując się ze schyłkiem roku 1648 pod Wolą, na elekcyi Jana Kazimierza. Przyjmijmy przy tem, iż wystawienie ozdobnej kaplicy w Krośnie dłuższego czasu nad rok jeden 1647, któren na niej jest wyrzezanym, potrzebowało; tudzież iż z Warszawy przed początkiem 1649, w braku kolei żelaznych, do domu nie wrócił, a jawnie się okaże, iż zgiełku szukający Oświęcim, ze zgryzoty wkrótce po siostrze nie umarł. Mógł ją kochać jako brat, na jej cześć kaplicę wystawić, ale z tego jeszcze nie wypływa, jakoby ją za żonę chciał pojąć.» 




            Miłość, którą niegdyś Stanisław z Runowej Oświęcim, dworzanin Władysława IV. miał pałać ku siostrze swojej Annie, dotyczy się spraw intymnych, prywatnych. Skoro jednak niedawno, w naszym wieku, drukowano w kilku pismach artykuły o tym dziwnym zdarzeniu, ja też pozwolę sobie zabrać głos. Oświęcim od ojca świętego albo otrzymał dyspensę, albo jej nie otrzymał. 

            W pierwszym przypadku, nie mieliby żadnego powodu rozmaici pisarze siedemnastego i osiemnastego stulecia, aby wspominać o tym romansie. Między innymi Niesiecki – reprezentujący z racji swej pozycji nieomylność głowy kościoła – który pisząc o fundacji kaplicy w Krośnie, przytaczał znacznie bardziej niemoralne postępki osób starających się o nadanie szlachectwa. 

             Gdyby jednak Stanisław nie otrzymał pozwolenia na poślubienie przyrodniej siostry, na ile przykrych i cierpkich przymówek narażałby się ze strony swoich konserwatywnych współobywateli, gdy pojechał pod koniec roku 1648 do Woli, na elekcję Jana Kazimierza. Weźmy też pod uwagę, że na wystawienie ozdobnej kaplicy w Krośnie potrzebowano dłuższego czasu niż jeden rok 1647, którą to datę na niej wyrzeźbiono. Zauważmy także, iż z Warszawy nie wrócił do domu przed początkiem roku 1649 z powodu braku wówczas kolei żelaznych, a to oznacza, iż Oświęcim, zawsze szukający przygód, wcale nie umarł ze zgryzoty wkrótce po siostrze. Mógł ją kochać jako brat, na jej cześć kaplicę wystawić, ale z tego jeszcze nie wynika, jakoby ją za żonę chciał pojąć.

                                 * anons o tej legendzie poniżej


Wynika z "Pocztu", że z Siemuszowej (Woj. Sandomierskie) dwaj Pietruscy, Daniel i Kajetan, głosowali w roku 1764 na Stanisława Augusta. Ignacy Pietruski też na niego głosował, ale nazwy wsi nie podano, tylko województwo było to samo. Dawniej, w r. 1697, Pietruski niewiadomego imienia głosował na Augusta II.

 


 (Fot. ze strony Antykwariat Sobieski)


° ° ° 

O legendzie:

Napis na kaplicy grobowej brzmi (po łacinie): «...na wieczną pamięć Boga, poświęcona (jest ta kaplica) szlachetnej Annie z Kunowy Oświęcimównie, najukochańszej siostrze, od jej najsmutniejszego i najboleśniejszego brata Stanisława z Kunowy Oświęcima (...) na znak odwiecznej miłości, której nawet śmierć nie może zatrzymać, pogrążonego w smutku i żalu, także dla swoich przodków, następców i potomków, który tę kaplicę zbudował, jako dom modlitwy dla żywych i grób jako miejsce wiecznego spoczynku dla zmarłych,  Anno Domini 1647». Inskrypcja owa dała początek legendzie o kazirodczej miłości brata do siostry, po raz pierwszy opowiedzianej w 1812 roku. 

Według najpopularniejszej wersji Stanisław, dworzanin króla Władysława IV Wazy, po powrocie z misji dyplomatycznych zakochał się w swojej młodszej siostrze. Udał się do Rzymu, aby uzyskać od papieża dyspensę na poślubienie Anny. Kiedy wrócił, zastał siostrę martwą. Niektóre wersje mówią, że Anna została otruta przez matkę lub odrzuconego konkurenta, gdy czekała na powrót brata lub na wieść, że papież pobłogosławił ich związek. Stanisław wydał rozkaz, aby pochowano go obok niej w krypcie pod kaplicą. Trumny Anny i Stanisława stoją obok siebie. Aby móc po śmierci widzieć swoją ukochaną siostrę, poprosił o zrobienie w swojej trumnie małego przeszklonego okienka.

Anna zmarła 13 stycznia 1647 r., prawdopodobnie na skutek gruźlicy lub tyfusu, co dokumentuje odnaleziony w XIX w. dziennik pisany przez Stanisława Oświęcima. Fakt, że w lutym 1647 roku podjął próbę objęcia stanowiska namiestnika księcia Zygmunta Kazimierza Wazy, może także świadczyć o jego rychłym powrocie do ziemskiej rzeczywistości i potrzebie poszukiwania ukojenia. W aktach brak jest wzmianek o jego zamiarze poślubienia siostry, nie ma też wzmianki o jego rzekomym udaniu się do Rzymu w celu uzyskania dyspensy papieskiej. Stanisław żył jeszcze 10 lat po śmierci siostry; walczył pod Beresteczkiem i podczas Potopu, a zginął podczas najazdu księcia siedmiogrodzkiego Jerzego II Rakoczego w 1657 r. na Rzeczpospolitą Obojga Narodów.

          https://en.wikipedia.org/wiki/O%C5%9Bwi%C4%99cim_Chapel


 

3. Dwóch braci znakomitych. Pietruscy.  

Odnalazłem szczęśliwym trafem wiadomości od człowieka, który obu piszących Pietruskich być może widział, spotykał, z nimi rozmawiał. Ta informacja to tylko osiem rymowanych linijek w bardzo długim wierszu, ale nie o Stanisławie wyłącznie, bo i Oswaldzie zarazem. O pierwszym (i tylko o nim) jest skąpa notka w wikipedii, wyraźnie oparta na jeszcze krótszej w Słowniku Geograficznym Królestwa Polskiego, dotyczącej wsi Podhorodce:


«Dawny właściciel wsi Konstanty Stanisław Pietruski, znany naturalista, założył w r. 1835 sad, zawierający 200 gatunków jabłoni, 80 gatunków grusz, 45 gatunków drzew śliwowych, 20 gatunków czerech i wisien i 75 gatunków angielskich agrestów, z których wyrabiał dobre i długotrwałe wino. Hodował on także jedwabniki. Swojego czasu słynęły jego zbiory krajowych zwierząt, ptactwa i owadów w żywych i zachowanych egzemplarzach.» (T. VIII, str. 398)


O drugim, prócz tego wierszyka, ani słowa więcej nie wiem.


Oto Dołhe – tam piękne Podhorodce leżą,

Ich ustroniem rytmiczne rzędy topól bieżą,

Dwóch braci znakomitych za to że kochali

Naukę, utracili z pod nóg ojcowiznę!

Smutno! kiedy się widzi tak biedną ojczyznę

W której ci co się pną, zawsze w tyle stali!

W której się tyle trutniów ich kosztem bogaci,

A drugie tyle marnie drogą ziemię traci!


Autor poczynił przypis, w którym wyjaśnił:


«Pietruscy – jeden zoolog, drugi heraldyk i autor nieznanych prac belletrystycznych, godnych poznania, bo na zacnym gruncie wyrosłych.»


Współczesny admin edytujący ten poemat w sieci dodał od siebie:


«Stanisław Konstanty Pietruski (1811-74) był zoologiem, członkiem Academia Leopoldina w Halle. W swoim majątku w Podhorcach założył ogród zoologiczny, (nie zwierzyniec, ale oparty o dorobek nauki). Publikował prace m.in. zarówno na temat biologii kręgowców jak i entomologii oraz ochrony zwierząt.»


O Oswaldzie też nic nie wiedział.


Autorem wiersza jest Władysław Tarnowski, ten który ułożył śpiewankę "Jak to na wojence ładnie". Poemat pt. "Obrazy z kraju" wydrukowano w lwowskim "Ruchu literackim" w 1877 roku, gdy Tarnowski miał lat 41, a Stanisław Konstanty od trzech lat nie żył.  

 

"Obrazy kraju" publikowano w dwóch częściach pod pseudonimem Ernest Buława, co jest zrozumiałe, gdyż mizerność poetycka jest główną cechą przynajmniej pierwszego fragmentu pt. "Kropiwnik", który ma charakter twórczości młodzieńczej, niby poetyckiej z natchnienia, ale jakości zaledwie pamiętnikarskiej, sztambuchowej. Wyraźnie jest to utwór plagiatowany ze szkolnych lektur Mickiewicza, Słowackiego i pewnie paru innych. Pisany był może za którychś "Ernesta Buławy" wakacji szkolnych, gdy się uczył we Lwowie. Starszy Tarnawski, gdy był już w miarę znanym literatem, opublikował młodzieńcze wypociny, których 20 lat wcześniej nikt by mu do druku nie przyjął. Chciałbym, żeby tak rzeczy się miały, bo tylko w takich okolicznościach Tarnawski mógłby Pietruskich osobiście poznać. 


"Ruch literacki" było to pisemko efemeryczne. «Miał krótki żywot. - objaśniał Jan Bujak – Powstał jesienią 1874 r. założony przez znaną lwowską księgarnię Gubrymowicza i Szmidta... a zszedł z widowni latem 1878, niespodzianie i bez rozgłosu, uduszony przez przeciwników politycznych.» 


Nie chce mi się wierzyć, że dla takiego pisemka poważny pan Tarnawski specjalnie tworzył wieleset-wersowy poemat o podróży do gminy Dołhe, w okolice Podhorodców:


"Od tygodnia tu bawię, mieszkam w małej chacie,

Dzikiej, jak orle gniazdo, rzuconej na górze,

Opierścienionej Stryjem szumiącym, i szacie

Zielonej dzikich sosen, chorał ich w naturze

Gubi się szumem westchnień, które w chmurach giną;

Orły krążą samotnie, chmura chmurę goni,

Ksiega-olbrzym rozwarta – wśród niej czasy płyną,

I zda się raj straconym nie jest w tej ustroni...

Góral strzelec mnie gości, co ma siedmiu synów,»


Bardziej prawdopodobne, że część drugą pt ."List z drogi" Tarnowski  napisał później, być może rozrzewniony kiedyś wspomnieniem swych «wiosennych rozśpiewanych hymnów», gdy za młodu na wakacjach spotkał Pietruskich. "List" jest doroślejszy niż "Kropiwnik",  jest ułożony z obrazów mniej naiwnych, mniej nawiedzonych, a bardziej ironicznych. Ale to też może być ars poetica...


Autorski przypis, że nieznane są prace «belletrystyczne» brata heraldyka wygląda bardzo dziwnie  w lwowskim druku w roku 1877 – powieść Oswalda pt. "Jak to bywało" opublikowano we Lwowie w roku 1856. Nie byłby dziwny, jeśliby pochodził sprzed 20tu laty, gdy nieopierzony poeta szykował (nieskutecznie) utwór do druku – przecież dla siebie przypisu nie zrobił.  Zatem poetyzujący uczeń Tarnowski w roku 1855,  a nawet w rok późniejsze wakacje, mógłby tej powieści nie znać jeszcze. Dowiedział się od Oswalda, że ten oprócz heraldyki powieści pisze o polskiej historii ("na zacnym gruncie wyrosłe") i wyznał, że chciałby którąś przeczytać. 

Nie byłby też dziwny gdyby... gdyby w tym przypisie zostało opuszczone słówko "mi" – "mi nieznanych prac". Jeśli ten wariant przyjąć, trzeba uznać, że Tarnowski za młodu Pietruskich nie spotkał, choć z jego rodzinnych Wróblewic do ich Podhorodców i 50 kilometrów nie było. Może za pobytu w Kropiwniku jednego tylko z Pietruskich spotkał, albo i to nie, więc znał ich wyłącznie z lokalnych opowiadań. Zwłaszcza, że... ...sam autor podaje datę powstania poematu na roku 1875. No, trudno.

° ° °


Znał-nie znał, spotkał-nie spotkał – jedno pewne: Stanisław i Oswald byli braćmi. Obaj poświęcili się nauce, a mniej się troszczyli o gospodarowanie na ojcowiźnie, a jacyś podstępni spekulanci wykupili ich majątek za bezcen, za długi. Jeden był zoologiem, drugi heraldykiem. Może nieco zazdrośnie konkurowali ze sobą w naukowych i literackich dokonaniach, skoro zoolog w swej "Historii naturalnej" taką zawarł cierpką uwagę:

"Zoolog musi być w rozdawaniu indygenatów (tzn. nobilitacji) daleko sumienniejszy jak Heraldyk, bo ten przez swoje pobłażanie może się niejednej rodzinie zbogaconych dorobkiewiczów, której nic tylko klejnot szlachecki brakował, przysłużyć."



4. O zwierzetach ssących. 

Z książki zoologa, Stanisława Konstantego.


Na samym początku tomu pierwszego "Historii naturalnej" autor informuje, że: W dziewiętnastym wieku nauka przyrody pewnym krokiem dąży do celu.

Zapisał tę informację następującym zdaniem:


«W naszym dziewiętnastym wieku, w czasach powszechnej, chociaż nieraz niestety pozornej, podejrzanej oświaty, kiedy niektóre nauki a mianowicie Filozofia naturalna do najwyższego zakresu sięgając, prowadzą rozum ludzki przez rozliczne, zawiłe, kręte drogi, albo na sam szczyt umu albo wtrącają w bezdenną otchłań; postępuje najdawniejsza bo jak świat stara, najpiękniejsza i najużyteczniejsza ze wszystkich gałęzi Umnictwa ludzkiego Nauka Przyrody wolnym ale pewnym niczem nie przeszkodzonym krokiem i dąży do zamierzonego celu, który jest obeznanie się bliższe z przyrodą, tą mową niemą ale dobitną Stwórcy do ludzi i ztąd wynikające uwielbienie dla Tego co przez nią do najskrytszych tajemników serca ludzkiego przemawia.»



Osobie czytającej takie stylizacje od razu było wiadome, że księga nie zawiera suchego wykładu zoologa, lecz gawędę, niemal epos o doświadczeniach, obserwacjach i uwielbieniach kogoś, kto czytelników wprowadzi w fascynujące tajemnice świata przyrody i zarazem w pasje jej badacza.


Tego się można było domyślać z kwiecistego tytułu księgi... 



...a choć jego imponujące zakończenie wygląda nazbyt formalnie i wręcz administracyjnie... 


 


...to przyznam, że dalszy ciąg wstępu zachęcił mnie czytania całości:


«W obwodzie Stryjskim u podnoża gór Karpackich w Podhorodcach istniała menażerya zwierząt różnorodnych krajowych i zagranicznych, założona w roku tysiąc ośmset trzydziestym trzecim w celu badania sposobu życia i obyczajów rzadszych zwierząt ssących, ptaków i gadów. 

Z początku miałem z rozlicznemi trudnościami do walczenia, ale dzięki łaskawym współziomkom, którzy nie przestawali przesyłać rzadsze krajowe zwierzęta, udało mi się przyjść do zbioru którym w całej Austryi żaden prywatny poszczycić się nie mógł. Miło mi jest, jak sobie wspomnę, że w górach skolskich był mały kącik ziemi, gdzie na przestrzeni dwudziestu sążni kwadratowych pięćset różnorodnych zwierząt utrzymywałem. Gdzie widziano ogromne karpackie niedźwiedzie mnożące się obok podolskich susłów; płochliwe grzywacze wysiadujące swoje jaja swobodnie niedaleko najsroższych nieprzyjaciół – jastrzębi i orłów; afrykańskie papugi z krukami galicyjskiemi ubiegające się o pierwszeństwo w wymawianiu słów ludzkich; słyszano około dwieście śpiewających ptaków europejskich wtórujących swoje melodye do uszy rażących krzyków, pysznie ubranych arów i amazonek; widziano krajowe węże, żmije i padalce żyjące w sąsiedztwie bocianów i żórawi, a nareszcie ułaskawione borsuki i kuny, jak psy za swoim panem biegające. Jednem słowem był to piękny zbiór utrzymywany małym kosztem i dający mi sposobność ciekawe postrzeżenia robić. (...)


Pisałem w Podhorodcach w Sierpniu 1852 roku.»


Co do przyjemności czytelniczej – na każdej z następnych dziewięćdziesięciu stron wiele różnych przygód się doświadcza. W ostatniej znanej mi książce St. K. Pietruskiego, tej z roku 1869, która jest wykładowym skrótem wcześniejszych czterech tomów, wspomina on zawarte w tomie pierwszym  «doświadczenia z niedźwiedziami robione», które «11 stron druku, 10 lat pracy kosztowały».


Jest to całkiem osobna nowela, wyjątkowa przez temat doświadczeń, które dotyczyły rozmnażania się niedźwiedzi, a szczególnie w zoologicznej niewoli. Obserwacja tak skrupulatna w detalach, tak udatnie w literaturę zamieniająca zapiski o niedźwiedziej parkoci (termin autora), czyli rui (można by zaryzykować – erotyki), że jest godna pomieszczenia między najlepsze teksty naturalistów. Za jakiś czas wstawię tutaj tę opowiastkę.


W niej pan Stanisław Konstanty nieopatrznie się rozpędził w entuzjazmie – już nie wiadomo literackim, czy zoologicznym –  i kropnął dziwne wyznanie, nieświadomy zapewne podejrzanego, podwójnego znaczenia słów: «Po lewej stronie od niedźwiedzia mieszkała bardzo piękna lecz niezmiernie zła, siwa niedźwiedzica. A po prawej mała bartniczka, która mnie młodemi obdarzyła

(w wydaniu lwowskim z r. 1853 tom pierwszy, strona 25)


Najpierw kilka drobiazgów nie-niedźwiedzich. 


(Wypisy skrócone z objaśnień zwykle dość obszernych i przeważnie o charakterze opisowo-naukowym.)

(...) «Zwierzęta są to istoty z dowolnem zewnętrznem i wewnętrznem poruszeniem, czuciem i mniej lub więcej wykształconemi umysłowemi zdolnościami, które pokarm jednem otworem przyjmują.


Zwierzęta ssące (mammalia) są to wyższe ciała organiczne żyjące, drażliwe mogące przenosić się dowolnie, mające czerwoną ciepłą krew, serce z dwoma komórkami i uszkami dokładne pacierze, szpik grzbietowy i mózg. Lecz odznaczające się od wszystkich innych klas przez to że samice małe żywe na świat wylatują, które mlekiem w piersiach ukrytem karmią. Oprócz tego mają wolno w piersiach wiszące płuca i są ponajwiększej części włosami okryte. Czyli króciej się wyrażając: Zwierzęta żyworodne, ssące, włosami okryte, chodzące, krzyczące. (...)



Nietoperz wielkouch. (Vespertilio auritus).

Malutka dziwna bestyjka.

Wielkouch mieszka w całym kraju, lecz nigdzie nie jest pospolity, lubi siedzieć w kominach, gdzie jak mysz zręcznie się wydrapuje, gdyż ten gatunek ze wszystkich mi znanych najzręczniej łazi. Lecz nie tylko łażeniem, ale i lotem bardzo się różni od swoich współbraci; w istocie ten lot jest szczególny, dziwny, kapryśny, krzywy, wykrętny, a przecież niesłychanie szybki; piszcząc urywkowo si, si, si, lata to do góry, to na dół, robiąc najszczególniejsze ląkotki (gzygzaki) i wykręcając się w powietrzu za rozmaitemi owadami. (...)



Podkowiec podkowa. (Rhinolophus unihastatus).

 Podkowiec podkowa mieszka w górach stryjskich, czy się gdzie indziej w kraju znajduje nie wiem

Trzymałem go przez dni 5 w moim sypialnym pokoju; w dzień zawieszony na haku pod sufitem przesypiał, a w nocy latał sobie po pokoju z początku przy świecy, później jednak czekał zgaszenia tejże. Nieraz leżąc w łóżku, podziwiałem zręczność z jaką umiał lot swój w pokoju napełnionym sprzętami wymierzyć; spuszczając się to do góry, to na dół, nigdzie nie zawadzając, pływał swobodnie w powietrzu ponad moją głową. Lecz ponieważ żadnego pokarmu przyjąć nie chciał (chociaż much w pokoju dosyć było) zginął 5-go dnia zapewnie z osłabienia. (...)

 

 https://www.istockphoto.com/pl/ilustracje/podkowiec

                        Podkowiec


Jeż europejski. (Erinaceus europaeus).

Trzymałem po kilka razy żywe jeże, jednego z nich miałem przez 9 miesięcy. Żywiłem go żywemi myszami, które z wielką zajadłością mrucząc, pożerał, dawałem mu także mięso gotowane, rosół i mleko. W dzień zwinięty w kłębek przesypiał, wieczór dopiero żywszym się stawał. Chowałem go w klatce drucianej wielkiej, lecz ponieważ w domu mnóstwo myszy było, a dla ogromnej ilości ptaków kota ani wpuścić można było, wiedząc jak na wolności łapią myszy zręcznie, brałem go kilkakrotnie do mego pokoju sypialnego na noc. Zwijał się za niemi, żadnej przecież ułowić nie mógł, gdyż dla twardych podeszew u nóg, bardzo po podłodze tupał, co słysząc myszy uciekały; widać że do łapiania tychże w pokojach niedarmo Pan Bóg kota stwarzając, cichym go chodem obdarzył. (...)



Ślepuszonka zwyczajna. (Sorex araneus)..

Slepuszonka zwyczajna, którą w życiu powszechnym niesłusznie za mysz poczytują i strzyżką zowią, mieszka w całym kraju, przecież rzadszą jest w górach jak na równinach, znajduje się w lasach, na polach w ogrodach, a w zimie ciśnie się do szpichlerzy, spiżarń i pokojów, osobliwie jeżeli są w bliskości ogrodów. Żywi się owadami, robakami, ścierwem i korzonkami ogrodowemi; a po domach wypija olej, zjada masło, słoninę i t. p. wiktuały. Piszczy jak mysz tylko przeraźliwiej.»

 

https://animaldiversity.org/accounts/Sorex_araneus/ 

    Ślepuszonka 



5. Pięknota w majowy poranek.

 

(Wypisy z książki drugiej "Historyi Naturalnej", 

czyli z tomu pierwszego o ptakach.)



PTAKI ŚPIEWAJĄCE

GALICYJSKIE

ułożone i opisane podług zalecających je przymiotów,

ze szczególnem uwzględnieniem

śpiewu


Jak twierdził pan Stanisław, słowiki w okolicach Podhorodeckich, a więc na terenach powiatu Drohobyckiego, bywały wiosną tylko przelotem:  «jeżeli który samiec szukający miry zabłąka się w maju do nas, to najczęśeiej tylko popasie sobie w podhorodeckim ogrodzie, da za przyjęcie koncert i znika jak kamfora.»


Bywała natomiast Żółta Pokrzywka.


                                        z wikipedii 

«Lubi mieszkać w ogrodach, sadach i gajach, które swoim do zadziwienia rozmaitym śpiewem uprzyjemnia. W okolicy Podhorodec w  niektórych latach niezmiernie pospolita, ale tylko koło mieszkań ludzkich, tak, że w samym moim ogrodzie mogę co roku 12 do 15 samców naliczyć i to prawie najlepsze nocne śpiewaki, zastępujące w maju i czerwcu miejsce słowików których tu nie ma. Żółte pokrzywki przylatują do nas w pierwszej połowie maja między 8mym a 15tym, samce zaraz swoje przybycie śpiewem ogłaszają, a w sierpniu już odlatują.»


°


«A kto miał sposobność tylko jeden poranek w maju w lesie przepędzić, gdzie oczy zachwycone piękną zielonością pękających listków, a nade wszystko nieskończoną rozmaitością miękich barw rozwijających się kwiatków, a uszy słysząc koncert melodyjny najrozmaitszych skrzydlatych śpiewaków, witających swojemi niewinnemi głosami i wschód słońca i zmatwychwstanie natury, wiosnę, ten korząc się przed wielkością Stwórcy uzna i słusznie oceni pięknotę tej naturalnej muzyki, a ptakom wokalne mistrzostwo przyzna.


(...) lecz cóż powiem o śpiewie, o tej najwyższej poezyi mowy ptasiej, o tej zachwycającej melodyi, tutaj samo pióro z rąk mi wypada, czując, że nie jest zdolne opisać tak, jakby się należało najpiękniejszej własności tych lubych stworzeń.

Śpiew ptaków, zwiastun wiosny, wielki hymn odradzającej się natury, koncert rozlicznych skrzydlatych artystów, który nam darmo dają w najpyszniejszym salonie przyrody pod wysokiem sklepieniem nieba; jest przymiotem śpiewających ptaków tylko samcom właściwym w całej swojej doskonałości.»




Słowik Wielki i Słowik Zwyczajny

«Własności: obydwom gatunkom wspólne. Śpiewem jednakże różnią się znacznie, bo kiedy pierwszy ma powolniejszy, grubszy, więcej fletowy, mocno wybijający głos, drugi ciągnie żałośnie swoje prędsze razem połączone tony, przez co jednak nie tracą na swojej piękności i owszem obydwa te śpiewy górują nad całą orkiestrą ptasią. Szczególniejszą jest rzeczą, że chociaż na pozór zdają się łatwe do oddania słowami, jednakże do tego czasu nikt jeszcze nie potrafił obydwa te śpiewy ani wysłowić, ani też na żadnym instrumencie udać zupełnie. Wielki Naumann i Bechstein dużo sobie w tym względzie pracy zadawali, lecz nadaremnie, a jako dowód mego twierdzenia niech służą następujące próbki.


Śpiew słowika zwyczajnego podług Naumanna.


Ih ih ih ih watiwatiwati

Diwati quoi quoi quoi quoi quoi qui.

Ita lilililililililililili wati wati watih 

(itd)


Śpiew słowika zwyczajnego podług Bechsteina. 


Tinu tinu tinu;

Spe tin sque;

Tio tio tio tio tio tio tio tix;

Goli goli goli goli gia badadoi;

(itd)



Śpiew słowika po francuzku zrozumiałemi słowami oddany. Wyciąg z wykładu zoologicznego pana Dupont de Neumours o instynkcie zwierząt w Instytucie paryskim:


Dors, dors dors dors dors dors,

Ma douce amie,

Amie amie,

Si belle et si chèrie,

Dors en aimant,

Dors en couvant,

Ma belle amie.

Nos jolis enfans,

Nos jolis jolis jolis jolis jolis,

Si jolis, si jolis, si jolis,

Petits enfans,

Mon amie 

Ma belle amie

A l'amour

A l'amour ils doivent la vie,

A tes soins ils doivent le jour,

Dors dors dors dors dors dors,

Ma douce amie,

Aupres de toi veille l'amour,

L’amour


           ° ° °

To słowicze spiewanie francuskie tak odczytuje Googlowski tłumacz:



                                        

6. Pożar

 

Rzeka Stryj w Podhorodcach

 https://archiwum.allegro.pl/oferta/podhorodce-k-stryj-karpaty-stryjskie-5530-kresy-i7062841549.html 

 

W sześciu książkach Stanisława Konstantego ukrywa się siódma. Wydobyć ją trzeba spomiędzy zapisków czysto zoologicznych – o wyglądzie zwierząt, ich budowie, odżywianiu się, rozmnażaniu, hodowaniu ich – i spośród tym podobnych wiadomości. Jest to S. K. Pietruskiego autobiografia, opisy jego działań, obserwacji, mniemań, porażek i sukcesów, zabawnych czasem, a czasem strasznych, bo miłośnik zwierząt bywał niekiedy dla nich okrutny z konieczności, a niekiedy z niewiedzy. O życiu prywatnym, osobistym, rodzinnym mało w tej biografii informacji, gdyż pan Stanisław istniał i spełniał się jako zoolog i prawie wyłącznie na terenie swej menażerii. Nie jest to ściśle biografia osoby z rodziny Pietruskich, nie jest też opowieścią o mieszkańcu Podhorodec ani Galicji ówczesnej, nie jest zapisem życia Polaka w połowie XIX wieku – jest natomiast relacją o tym, jak było się w tamtych czasach, okolicznościach, w tamtej geografii – zoologiem. Cokolwiek robił, czynił jako zoolog; jeśli coś czytał, gdzieś wyjeżdżał, z kimś rozmawiał, kogoś spotykał, uczył się, cokolwiek kupował, a nawet jak sypiał - wszystko to dotyczy zoologa, sadownika, po społu naukowca, hobbysty i maniaka.


Podobno urodził się w roku 1811, a zmarł w 1874, ale skąd te daty pochodzą, nie wiem, tak są podane w wikipedii. Od niego samego wiadomo, tzn. z jego zapisów wynika, że zainteresowanie zoologią odziedziczył po ojcu, który też miał menażerię. Że w rodzinie było co najmniej dwóch braci i co najmniej dwie siostry. Że studiował we Lwowie w latach 1828-30. Że część rodziny (krewny Teofil) mieszkała w niedalekich Łubieńcach, że brat matki mieszkał w Drohojowie (tym niedaleko Przemyśla), że jego brat Oswald był żonaty (on sam pewnie nie ożenił się, bo nigdy o żonie, czy o dzieciach swoich nie wspomina), że jeden z dziadków mieszkał w Głowaczowej, że prababką była starościna rakowiecka, Szumlańska z domu Stadnicka, że bracia, on i Oswald,  stracili majątek rodzinny. 


Gospodarką brat Oswald zarządzał, bo Stanisław na to czasu nie miał, ale jakąś część swego majątku sprzedał na utrzymanie menażerii i na publikację swoich książek. Pod koniec życia przeniósł się do Lwowa i mieszkał przy ul. Piekarskiej.


Ulica Piekarska we Lwowie 

 

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/0/0e/Lw%C3%B3w%2C_ul.Piekarska.jpg

 

Opowieści jego o sobie samym, czyli owa autobiografia, stanowiłaby dzieło w pełni literackie, bardzo ciekawe, objawiające talent gawędziarski i pisarski, rzecz godną włączenia w kanon literacki XIX wieku – nie znalazłem żadnej wzmianki o S.K. Pietruskim, jako o pisarzu; w historii literatury polskiej taki autor, niesprawiedliwie, nie istnieje. 


W tej autobiografii najczęściej pojawiającym się zdarzeniem, co i rusz w poszczególnych książkach opisywanym, jest pożar w roku 1848, który zniszczył kompletnie menażerię, założoną w roku 1833. Tego wydarzenia dotyczą poniższe wypisy.


° ° °


Z tomu: "Historya Naturalna zwierząt ssących dzikich galicyjskich", rok 1853.



Całe życie poświęciwszy Zoologii, strawiwszy dwadzieścia lat nad badaniem sposobu życia i obyczajów zwierząt galicyjskich; założywszy w tem celu piękną menażeryą, którą dnia siódmego stycznia tysiąc ośmset czterdziestego ósmego roku przez pożar straciłem.


(Nietoperz) Podkowiec podkowa mieszka w górach stryjskich, czy się gdzie indziej w kraju znajduje nie wiem; w Podhorodcach zdarzyło mi się dwa  razy posiadać to zwierzątko, raz w roku 1844 a drugi raz w roku 1848. (...) Drugi raz przynieśli mi takiego podkowca na wiosnę w roku 1848, którego dach pobijając między staremi gontami znaleźli; lecz straciwszy świeżo przez pożar dom mieszkalny i menażeryą, będąc ograniczony tylko na jeden mały pokoik, kazałem go wypuścić.


W listopadzie 1846 wydarzył się okropny szczególny wypadek; dozorca mojej menażeryi mając drzwi zepsute w budzie niedźwiedzia naprawiać, otworzył zasuw do siwej niedźwiedzicy, (a wtedy) samiec wszedłszy do jej budy zaczął jej się tak natarczywie zalecać, że go aż ukąsiła; ztąd zaczęła się okropna, straszna walka bo walka na śmierć między dwoma 10 letniemi ogromnemi niedźwiedziami. Chcąc ich rozłączyć lano do budy wodę, rzucano ogień, lecz nic nie pomogło, przerażający to był widok, straszny ryk, pryskanie i taki tentent, że się aż cały domek na podwalinach swoich trząsł; nareszcie przemógł srogi niedźwiedź i rozdarłszy tej samicy brzuch, wyjadł jej wątrobę, poczem spokojnie do swojej budy wrócił. 

Straciłem tym sposobem siwą niedźwiedzicę, ale mój krewny tak był dobry, że mi darowaną mu w mojej menażeryi urodzoną niedźwiedzicę nazad oddał; przywiozłem ją do Podhorodec. Lecz nie długo potem okropny pożar, który dnia 7 stycznia 1848 roku wszystkie moje zbiory żyjących i wielką część nieżywych skarbów, wieloletnią mozolną, odmawianiem sobie pierwszych potrzeb do życia uświęconą pracę w perzynę obrócił, zniszczył i moją menażeryą. Byłem jednak tyle szczęśliwy wyratować przynajmniej zgliszcza 3 rass moich niedźwiedzi, które na żądanie mego przyjaciela pana dra i prof. Pawła Felixa na Jarocinie Jarockiego, dyrektora gabinetu warszawskiego, do Warszawy posłałem.


Tak zostały zakończone moje 10 letnie badania i doświadczenia.


° ° °


Z tomu "Hodowla ptaków zabawnych i użytecznych", rok 1860.



W roku 1845 kupiłem na targu ptasim lwowskim za 2 złr. m. k. dwa piękne grubodzióby samce. (...) byłbym je Bóg wie dokąd posiadał, gdyby nie straszny pożar z dnia 7 stycznia 1848 r. który między tylą żywemi i nieżywemi skarbami i moje grubodzióby pochłonął.


Proszę tylko uważać (obserwować) chowanego w klatce (słowika), jak stojąc na jednej nóżce, ze spuszczonym ogonem i mocno nadętym gardłem, otwierając dopóki można dzióbek, wyrzuca te czarodziejskie tony, które rozniesione przez fale oceanu powietrza całą okolicę zachwycają, i każdego czułego człowieka aż do łez wzruszyć mogą. Piękne bo są zaiste te wieczory majowe, w których nie jeden taki, co o ptakach przez cały rok nie myśli, uniesiony tym śpiewem korząc się przed wielkością Stwórcy, wznosi chcąc nie chcąc ducha ku Temu, który tak nikczemne, małe i skromnie ubrane stworzenie taką niebiańską muzyką natchnął.

Na mnie on działa rozrzewniająco; bo mi przypomina same szczęśliwe chwile życia mojego, drogie lube pełne nadziei czasy, które niestety nigdy się już więcej dla mnie nie wrócą. Przypomina mi młodość upłynioną, całe życie poświęcone zoologii, jak w nocy w moim pokoiku, pisząc rozprawę o rozmnożeniu niedźwiedzi, słuchałem z uniesieniem śpiewu słowików i gruchotania płodzących się w niewoli grzywaczów; ptaki się siliły na nowe zwrotki, a ja zachwycony i podniesiony tą nieporównaną poezyą, marzyłem i układałem Bóg wie jakie zoologiczne projekta. W pięć lat później dnia 7 Stycznia 1848 menażerya moja i ptaszarnia spłonęły, słowiki się popaliły, a ja sam wyskoczywszy boso w koszuli na mróz 20 stopniowy dopiero na dziedzińcu ujrzałem wielkość mojej straty. 


Straciwszy przez pożar wszystkie w Podhorodcaeh nagromadzone żyjące i wielką część nieżywych skarbów, a przez zupełnie przeobrażone stosunki kraju i następujące codzień gorsze żelazne czasy dla posiadaczy dóbr w górach, wszelką nadzieję przyjścia do nowej , przymuszony przez rozliczne materyalne przyczyny do nieopuszczania domu, a przeto jak gdyby przykuty będąc do pięknego wprawdzie ale odludnego ustronia; pozbawiony rozmowy i obcowania z naturalistami, a tak w istocie jeżeli się wyrazić wolno, żywo zagrzebany z mojemi entomologicznemi skarbami; szczerze mówię, że trzeba pewnej mocy duszy, ażeby okolicznościom nie uledz i nie opuścić tej pięknej wspaniałej nauki, której tyle błogich chwil w życiu mojem zawdzięczam. 




Z tomu "Drapieżne gadające i piękne ptaki", rok 1861.


Przez trzydzieści lat okładem utrzymywałem z największem zamiłowaniem jak najrozmaitsze zwierzęta ssące, ptaki i gady w celu robienia spostrzeżeń naukowych.

(...) Uczyłem gadać kruki (posiadam 22-letnie cudów dokazujące), sojki, szpaki, papugi, których w roku 1848 trzynaście sztuk ze wszystkich części świata przez pożar straciłem.

Ułaskawiałem (oswajałem) prześliczne krasnowronki, niedocieczone orzechówki, trudne do chowania dzięcioły i żołny.

Hodowałem rozmaite rasy domowych gołębi, czułe turkawki, słodko nudne synogarlice, rozmnażałem w niewoli dzikie grzywacze, miałem przepiórki, kuropatwy przez kurę wywiedzione, jarząbki, cietrzewie i głuszce, kury swojskie, pantarki, indyki, pawie, dropie małe, żórawie, bociany, czaple, gęsi dzikie, kaczki różne i t.d.  A kto mnie w latach szczęścia odwiedzić raczył, ten przyzna, że mój dom wyglądał wówczas jak arka Noego. 


Miałem 4 żywe orły białogony w życiu mojem. Pierwszego t. j. bardzo wielką samicę dostałem od mego krewnego Teofila Pietruskiego 1835 r. i ta żyła u mnie 13 lat. Drugiego miałem od pana Seweryna Dziokowskiego z Hołobutowa, a parę od Izydora Pietruskiego z Lachowic. Pierwsza była największa i najdłużej się chowała.

Karmiłem ją psami i kotami żywcmi i zabitemi, kogutami, wronami, rybami i ścierwem, a jak się dobrze najadła tego ostatniego, to potem i 3 dni bez jedzenia obejść się mogła. Wodę rzadko piła, osobliwie jak miała krwiste jedzenie, ale jak było gorąco to się lubiła kąpać. Uważałem, że ten orzeł wcale nie jest wymyślny na żer, bo je z ochotą nawet cuchnące mięso. (...) nigdy się nie da w niewoli tak ułaskawić (jak inne). Zaczepiony broni się szponami, rzadko dzióbem i nie bije skrzydłami. Te trzy piękne żywe egzemplarze, które ocalały od pożaru mojej menażerji, straciwszy tyle innych zwierząt i ptaków, kazałem pozabijać i odesłałem ówczesnemu profesorowi zoologii doktorowi Rudolfowi Knerowi dla gabinetu lwowskiego, gdzie się znowu w r. 1848 z całym gmachem uniwersyteckim i wszystkiemi zbiorami popaliły. A więc niebożęta dostały się z deszczu pod rynew.



Z tomu "Gołębie", rok 1864.


Tak wiodła się moja hodowla dzikich gołębi z początku z trudnością, a potem szło wszystko jak najlepiej i przekonany jestem, że by mi się było udało te piękne ptaki zupełnie na domowe przerobić.

Ale we wszystkiem, jak w wielkich rzeczach tak w małych, człowiek proponuje, a Bóg dysponuje; a i mnie to samo spotkało, gdyż szkaradny wypadek położył od razu koniec tym wszystkim badaniom i doświadczeniom.

Dnia 7. stycznia 1848 r. straciłem przez pożar wszystkie moje zbiory żyjących i wielką część moich nieżywych skarbów — w jednym momencie spłonęły owoce długoletniej z odmawianiem sobie innych przyjemności życia uświęconej pracy.

Udawszy się po północy do spoczynku, słyszę mocne pukanie do okna i krzyk „pali się’’, a w dziesięciu minutach był już cały dom w płomieniach.


Stało się to nieszczęście w sam dzień Bożego narodzenia gr.(eckiego) obrz.(ądku) Ludzie wszyscy udali się na noc do swoich rodzin, nikogo nie było w domu; a dla trzaskającego mrozu zapalono na noc mocno w pokoju papug, ogień się chwycił u podłogi pod piecem, a reszta wiadoma. Człowiek, który najpierwej na widok pożaru ze wsi przyleciał, był to do dziś dnia u mnie w miejscu zostający dawniejszy poddozorca mojej menażeryi, który jest teraz dozorcą sadu.


Boso i tylko w koszuli wyskoczywszy przez okno na mróz 20° R., teraz dopiero na dworze ujrzałem wielkość mojej straty. Znaczna część moich niewydrukowanych rękopismów, menażerya zwierząt drapieżnych krajowych, które podobijać musiałem przez bojaźń, ażeby się stare niedźwiedzie nie powyłamywały i nieszczęścia nie narobiły; zbiór żyjących papug ze wszystkich części świata, a mianowicie pąsowe i niebieskie arasy, przepyszne królewskie lory, piękne kakadusy z czerwonym i żółtym czubem, pojętne siwo papugi, gadatliwe i krzykliwe amazonki i t. d.; zbiór żyjących żmij i wężów różnych; tyle ras gołębi ozdobnych — wszystko, wszystko zginęło!

Na drugi dzień rano obzierając pogorzelisko spostrzegłem dwa biedne moje grzywacze siedzące na pozostałych sterczących kominach spalonego domu. Mocno wzruszony wróciłem do pomieszkania mojej matki, gdyż nie miałem wtenczas żadnego schronienia dla nich, i w istocie zaginęły niebożęta połapane przez chłopa jednego.


° ° °


W tomie IV pt. "Swojskie kury" wzmianek o pożarze nie ma.


° ° °


Z tomu "Wspomnienia z lat ubiegłych", rok 1869


Wykład II

Menażerja zwierząt ssących, ptaków i gadów,

tudzież zbiory entomologiczne, założone w Podhorodcach

w roku 1833 a zniszczone przez pożar dnia 7, stycznia 1848 roku.


(...) przed 39 laty, bez badaczów, zbiorów i książek nie było z czego czerpać i uczyć się. Poświęciwszy się zoologii musiałem założyć w r. 1833 w Podhorodcach w powiecie Skolskim własnym kosztem piękną menażerję w celu badania obyczajów i sposobu życia rzadszych zwierząt ssących, ptaków i gadów, którą dnia 7. stycznia pamiętnego roku 1848 przez pożar straciłem.

Dziś jeszcze miło mi jest, jak sobie wspomnę, że w górach Skolskich istniał mały kącik ziemi, gdzie na przestrzeni niespełna 30 sążni przeszło 500 różnorodnych istot utrzymywałem.

(...) menażerja moja Podhorodecka był to przepyszny zbiór, utrzymywany małym kosztem i dający mi sposobność do robienia wielu ciekawych doświadczeń.

Profesorowie zoologii, dr. Columbus i dr. Kuer umyślnie przyjeżdżali ze Lwowa oglądać tę arkę Noego. A Brehmowi i Wiegmannowi musiałem co miesiąc relacje zdawać.

Ale jak we wszystkiem, jak w wielkich, tak w małych rzeczach, człowiek strzela a Pan Bóg kule nosi — tak i mnie to samo spotkało, gdyż szkaradny wypadek położył od razu koniec tym wszystkim badaniom i doświadczeniom.

Dnia 7. stycznia 1848 straciłem przez pożar wszystkie moje zbiory żyjących i wielką część moich nieżywych skarbów.


W jednym momencie spłonęły owoce długoletniej, mozolnej, odmawianiem sobie innych przyjemności życia uświęconej pracy.

Udawszy się do spoczynku, słyszę około 1. godziny po północy mocne pukanie do okna i krzyk: pali się! Było to w sam dzień wilii Bożego narodzenia greckiego obrządku; ludzie moi zapaliwszy mocno w piecu dla trzaskącego mrozu w pokoju papug, udali się na noc do swoich rodzin; ogień się chwycił u podłogi — a reszta wiadoma.

Wyskoczywszy nieubrany przez okno na mróz 20-stopniowy, teraz dopiero na dziedzińcu ujrzałem wielkość mojej straty:

Znaczna część niewydrukowanych moich rękopismów zoologicznych. Menażerja zwierząt drapieżnych krajowych, które podobijać musiałem przez bojaźń, aby się stare niedźwiedzie nie powyłamywały i nieszczęścia nie narobiły; zginęły wtenczas 3 niedźwiedzie, 2 borsuki, 2 kuny leśne, 2 kamionki, wydra, 3 paradne orły, 2 ogromne puhacze, sokoły itd. Dalej spalił się także zbiór żyjących papug ze wszystkich części świata, a mianowicie: przepyszny pąsowy i niebieski ara, śliczniutkie królewskie lory z Borneo, prawdziwy rabin między papugami, wielkie kakadu z czerwonym czubem, piękny i mądry ptak, kakadu małe z żółtym czubem, 3 siwe afrykańskie papugi z czerwonemi ogonami, 5 zielouych amerykańskich amazonek. Zbiór żyjących wężów, żmij i padalców. Wiele ras gołębi ozdobnych. Cała ptaszarnia ptaków śpiewających, owadożernych i ziarnojadów; wyborne słowiki, doskonałe czarnogłówki, pokrzywki rybieoczy, piękne i pojętne drozdy skalne, skowronki, firleje i rozliczne inne ptaki.

Wszystko, wszystko zginęło!

Tyle pamiętam, że rzuciwszy się na łóżko w drugim domu, spałem jak zabity do białego dnia.

Nazajutrz oglądając pogorzelisko, spostrzegłem dwa biedne moje grzywacze, siedzące na pozostałych sterczących kominach spalonego domu.

Te piękne ptaki, cudownym sposobem wyratowane z ognia, nie chciały opuszczać miejsca urodzenia, podobnie jak niegdyś gołąb potopu, wypuszczony, wrócił się do arki.

Mocno wzruszony wróciłem i ja do pomieszkania mojej matki, gdyż nie miałem wtenczas przytułku dla nich, i w istocie zginęły niebożęta, połapane przez jednego chłopa.

Książki tylko, chociaż mocno uszkodzone, bo je wyrzucano z biblioteki na śnieg, zostały wyratowane. Toż samo i przepyszny zbiór entomologiczny, zawierający wówczas przeszło 6.000 owadów krajowych i ze wszystkich części świata, owoc pracy całego życia i znacznych kosztów, który później znacznie pomnożony sprzedałem zakładowi narodowemu imienia Ossolińskich.

  

7. Wypisy o zwierzętach galicyjskich.  

 

Z dzieł Stanisława Konstantego, zoologa.



 http://kalwerktools.home.pl/huntertools/lasicowate/kuna-lesna/

Kuna tumak. (Mustela martes).

W czerwcu 1836 r. dostałem młodego tumaka, który się wkrótce tak ułaskawił, że wszystkich tych co go widzieli w podziwienie wprowadzał. Biegał wolno po  wszystkich pokojach, nikogo nie kąsał, bawił się nieraz na dziedzińcu z mojemi brytanami; skakał im często na grzbiet i jeździł na nich jak małpa na niedźwiedziu. Psy też tego tumaka bardzo lubiły i nie okazywały nigdy wrodzonej im do takich zwierząt nienawiści. Z czasem tak się był do mojej osoby przywiązał, że mi wszędzie do bliskich nawet folwarków jak pies towarzyszył.

Ta kuna jadła ptaszki i myszy żywe, mięso gotowane, ser, i piła mleko, wino lubiła bardzo i to przyspieszyło jej śmierć, bo ją wszyscy winem traktowali, tak że raz przy stole nad miarę wypiwszy, we dwa dni później nieżywą ją na strychu znalazłem. 



 

 https://en.wikipedia.org/wiki/Least_weasel#/media/File:Mustela_nivalis_-

Łasica łaska. (Mustela gale vulgaris).

Miałem raz jednę która się była wpieleszyła do spiżarni, gdzie mięso surowe dla moich zwierząt chowałem, i wyłażąc z mysi dziurki, wybiegała zwinnie na stół i na półki, gdzie mięso leżało. Chcąc ją żywą ułowić zastawiłem na nią miednicę, podstawiwszy deszczułeczkę, na końcu której kawałek mięsa był przywiązany, co mi się wybornie udało. Trzymałem ją przez kilka miesięcy karmiąc żywemi myszami, ptaszkami, mięsem i mlekiem. To ostatnie dawałem jej z początku w miseczce, lecz ponieważ włażąc w nią futerko sobie walała, to widząc maczałem palce, które zręcznie oblizywała i przytem nigdy mnie nie ukąsiła; co ją tak ułaskawiło, że na zawołanie z budki swojej na klatkę wybiegała, i na dwóch łapkach stanąwszy, palce moje ssała. Myśląc że jest zupełnie oswojoną, chciałem spróbować co też pocznie jak ją się na pokój wypuści. Otworzywszy więc drzwiczki od klatki zawołałem, wybiegła wprawdzie w ten moment na stół, ze stołu skoczyła w okamgnieniu na ziemię, ale z podłogi w dziurę i więcej jej nie widziałem. Tak Zoologów zwodzą.



 

 

Wydra zwyczajna. (Lutra vulgaris).

Parzy się w marcu, samica rodzi w maju lub w czerwcu 2—4 małych. Skórki dają piękne futra, ale szkoda którą wyrządzają przez zajadanie ryb w stawach nie może iść w porównanie z użytkiem skórki po zabiciu, gdyż jedna wydra może cały staw wyludnić, tak wiele je a jeszcze więcej z wrodzonej chęci mordowania zagryza.

(...) szczerze sobie życzyłem posiadać chowaną wydrę, lecz zawsze w tym względzie nieszczęśliwy byłem.

I tak ta która na prośbę Dr. Maschka była mi łaskawie darowaną d. 22 września 1840 przez pannę hrabiankę Helenę Tarnowską z Wróblowic, nie doszła mnie wcale z przyczyny, że ją posłaniec w drodze udusił. 



 

Pies wilk. (Canis lupus).

Z młodu wzięty ułaskawić się łatwo daje i żeby tylko był syty, to mu więcej dowierzać można jak kapryśnemu niedźwiedziowi. Miałem kilka razy chowane wilki, których się zawsze przecież dla ich nieczystości, smrodu, chęci mordowania wszystkiego co tylko żyje i od której się nigdy odzwyczaić nie dają, a osobliwie dla ich przeraźliwego wycia podczas rui, pozbyć musiałem. Posiadałem raz wilczycę, która z mojemi brytanami wolno biegała i z niemi razem cudze psy z dziedzińca wyganiała, a nawet z kucharzem, którego bardzo lubiła, do rzeki kąpać się chodziła







Koszatka połcha. (Myoxus glis). 

Popielicą zwana.

Gdzie ich w sadach dużo jest, tam są owocom daleko szkodliwsze jak wiewiórki, bo te psują wprawdzie także wiele najpiękniejszych owoców, ale ponieważ jako dzienne zwierzątka otwarcie swoje szkody wyrządzają przeto daleko łatwiej je wyśledzić i ubić. Ta bestyjka zaś w dzień ukryta prawdziwie jak złodziej w nocy ze swojej kryjówki cicho wyłażąc, wszystkie najdojrzalsze i najpiękniejsze frukta nadgryza, a tym sposobem więcej psuje jak spożywa. 

Nasza połcha wszędzie wylizie, do najlepiej zamkniętych pak się przegryza; wybiera sobie najsoczystsze bery,  najrzadsze renety i kalwile, a pierwej wszystko próbuje, i najadłszy się do woli, ma zwyczaj zostawiać między fruktami, jak gdyby na pamiątkę, swoje odchody, przez co reszta gnije. 

W łapki zwyczajno trudno ją ułowić; koty z przyczyny, że się zajadle broni, niechętnie ją biorą; nic więc nie zostaje jak tylko wyszukać jej kryjówkę, którą sobie zwyczajnie w dziurze od muru lub w jakiej starej pace obiera i ubić. Ale trzeba uważać, gdyż (wydając brzęczący głos z siebie) czepia się do rąk, i przenikliwie na wylot kąsa, przytem ma bardzo twarde życie. 

Połcha mając chód cichy, suwający, biega po gałęziach, ale nie może tak skakać jak wiewiórka, z którą ma jakieś dalekie chociaż dla tej ostatniej wcale niekorzystne podobieństwo; bo o ile wiewiórka jest towarzyska, zwinna, otwarta, lekka, o tyle połcha jest samotna, powolna, fałszywa i unikająca światła dziennego. W ogólności umysłowe jej zdolności są na niskim stopniu. 





Koszatka laskowa. (Myoxus avelianarius).

Długość ciała 3 l/2”—4”, ogona 2 3/4”— 3”. To śliczno lube zwierzątko ma wielkość domowej myszy, a kształt wiewiórki. Z wierzchu rudawo-płowa pod spodem żółtawo-biała, ogonek długi pięknie kosmaty. Główka rnała krótka, oczka wielkie czarne, świecące, wypukłe jak dwa pacióreczki sterczą; uszka okrągławe przytępione, łapki obrośnięte małemi białemi włoskami i opatrzone ostremi pazurkami; oto są charakterystyczne cechy tej niewinnej ładniutkiej bestyjki. 

Kilka razy posiadałem chowane. Pierwsze 3, które miałem, przywiozłem sobie w roku 1832 z Wiednia, gdzie je na targu ptaszym po 3 złr. jednę sztukę kupiwszy, w małym słoiku w kieszeni do Lwowa przywiozłem, nie wiedząc wtenczas, że się obficie w Stryjskim znajdują. 



 



Skrzeczek chomik. (Cricetus vulgaris).

W miesiącu wrześniu 1830 roku bawiąc w Drohojowie u mego wuja, przyniósł mi (tak w oryginale, BK) syn lokaja tamtejszego młodego chomika, którego lejąc wodę do jego jamy wygonił i ułowił. Kiedym go dostał mógł mieć 4—5 tygodni, pierwszem jego pożywieniem było mleko, to mu i w późniejszym wieku bardzo smakowało, osobliwie kwaśne. Kiedym mu dawał mysz żywą, to z wielką zajadłością ją pożerał zaczynając od głowy dla mózgu; brał, z ręki jeżeli mu za wysoko trzymałem to podnosił się na swoich łapkach i w tej postaci, to jest siedząc na tylnych, a trzymając jedzenie w przednich jak wiewiórka jadał. Ale najczęściej pierwej napełniał torebki przyżuchwowe, i jak były zupełnie napchane, to wtenczas tylko można go było do ręki wziąść bez obawy, inaczej mocno kąsał; chociaż lubił jak go po krzyżach głaskano. Jednem słowem był śmiały ale nie łaskawy. Przytem chęć ustawiczna kopania i smród nieznośny robiły go nie miłym w pokoju. W dzień zawsze przesypiał lub przynajmniej cicho siedział, w nocy dopiero gospodarował w swojej skrzyni; gryzł drzewo, grzebał piasek, przewracał kłaki i nieraz taki okropny hałas wyrabiał w pokoju, że trudno było wyspać.

Zresztą miał pewien rodzaj zastanowienia, dane mu imię dobrze pamiętał; dla mnie i dla wszystkich, którzy mu jeść dawali był dosyć posłuszny; cudze osoby które się do jego skrzyni przybliżały bardzo nie lubił, podnosił się na swoich łapkach i mrucząc do ocz skakał. 

Trzymałem go przez 2 lata i może byłbym go daleko dłużej był posiadał, gdyby się przypadkowo nie był wygryzł i uciekł. Tejże samej nocy tak się podkopał, że go na żaden sposób stamtąd bez znacznego zepsucia ściany w kamienicy (mieszkałem wtenczas we Lwowie) dostać nie można było. Tak przesiedział blisko 2 tygodnie, hałas w nocy piekielny wyrabiając, dziura którą w murze wygryzł miała około 5 stop głębości. Na tem się cała historya skończyła, że go mój legawy pies, który na niego ciągle czatował nareszcie złapał i udusił.




Suseł kroplisty. (Spermophilus guttatus).

(...) to piękne zwierzątko ma barwę pantarki, kształt łasicy, oczy i nosek zajęcze, budowę ciała wiewiórki, a obyczaje świszcza. (...)


8. Powieść heraldyka Oswalda.


Drugi pisarz z Podhorodców, Oswald Pietruski, gryzł się ze swoją znajomością heraldyki jedenaście lat, zanim z niej ułożył powieść. Długo przemieniał się z historyka, z dokumentalisty w fabularyzatora, by jedną tylko fikcję stworzyć. "Elektorów Poczet" stał się książką w roku 1845, a  dopiero w 1856 wydrukowano dziełko pt."Jak to bywało". Czy Oswald jest autorem tylko jednej powieści? Poeta Władysław Tarnowski sugerował, że mogło być więcej, choć ich w 1875 na oczy nie widział. Jak dotąd, ani śladu po nich. Trzeba czytać, co się ma.


Ale – czy trzeba? Z tego, co jako historię literatury polskiej dziewiętnastego wieku zapisano w księgach, rozprawach i podręcznikach, wynika, że nie trzeba. Nikt Oswalda nie wspominał.


Nie mogło tak zostać, żebym "Jak to bywało" nie przeczytał, a jak zacząłem, to się rozczytałem, zwłaszcza od czwartego rozdziału w którym pojawiła się cudnej urody Anna, potem zwana Anusia. Panienka owa koniecznie chce wyjść za mąż za ukochanego Jasia, lecz matka się sprzeciwia, jako że one są Wolskie, szlachcianki z imponującą genealogią, a Jasio to zaledwie jakiś tam Drzwiowski, herbu żadnego, towarzysko nikt, albo jeszcze mniej. Jeśliby fabułę szybko streścić, wyjawi się, że Anusia to główna postać, a najważniejszy wątek zdarzeń plecie się wokół niemożliwego do zaistnienia jej zamążpójścia.


Powieść nie jest długa. Gdyby ją współcześnie opublikowano w Wydawnictwie Literackim, byłaby jak połowa "Króla" Szczepana Twardocha. Skojarzenie o tyle ma sens, że Oswald P. nie był gorszym fabularystą niż Szczepan T. Tylko że rozwijać wątki tak jak Twardoch nie umiał. Oswald był z obrazowania, by tak rzec salonowcem, wnętrza komnat, pokoi, a nawet ruder i piwnic odmalowywał drobiazgowo, ale gdy przychodziło do podróży, rzecz załatwiał raz-dwa: wyjechali, przyjechali. Podróżowanie w epice, w powieści to samograj, ale z czego Dumas zrobiłby cały rozdział, Pietruski załatwia w dwóch zdaniach. Pewnie, że lepsze są dwa zdania,  niżby miał tak smędzić, jak Orzeszkowa, która snucie się ścieżką przez pola ciągnie jak flaki z olejem. Ale on nie tylko podróże zbywał krótko. Na przykład opisał skrupulatnie nocne szpiegowanie w Warszawie schadzki pewnej księżnej z młodym Włochem. Aferzystka, która zleciła podpatrywanie, spodziewała się zarobić (na szantażu bez wątpienia), niezłą fortunkę. I otóż, czy zarobiła, czy też nie, i jak efekty szpiegowskie wykorzystała, lub się na nich potknęła – o tym ani słowa. Że jest to intrygantka paskudna, wie czytelnik wcześniej i bez tej inwigilacji, informacyjnie jest więc ona po nic, a fabularnie całkiem zbędna, przez nierozwinięcie wątku. W sumie nastąpiło tu lekkie podkolorowanie postaci, żeby nie całkiem była sztampowa i papierowa, ale kolorki są blade i papierowości niewiele jej ujmują.


Mimo to uważam, że Oswald wymyślił całkiem ciekawą fabułę, której nie psuje wątek romansowy, z pozoru główny – owe zaślubiny utrudnione – choć jest banalny i płaski. Konkuruje z nim kilka innych – historia oszustwa finansowego "na siostrzeńca"; akcja pozyskiwania na lewo tytułu szlacheckiego; poszukiwanie antenatów na Galicyjskiej prowincji; kryminalny motyw morderstwa i znikających zwłok; odnajdywanie męża zaginionego za lasami, za górami, oraz bardziej teatralne niż fabularne wątki wydarzeń na dworach magnackich – jednego w Nieświeżu, u Radziwiłła Panie Kochanku; drugiego w Buczaczu, u zbzikowanego Mikołaja Potockiego. Scenerie dworskie, literacko kapitalne, wypierane są, im bliżej końca powieści, przez wyraźnie gorsze w jakości sceny z podradomskiej wsi Powiatówka, ale pasują one - w sposób jakby zamierzony pisarsko – do ckliwych perypetii romansowych i (jakże by inaczej) do szczęśliwego zakończenia. 


Na pewno zaś świadomie i całkiem udatnie zostały zastosowane chwyty zawieszania akcji, tak zwane suspensy, nagle kończące rozdziały w "najgrubszych" miejscach. W sumie – efekt wcale niezły, jak na twórcę jednej powieści, literata z Bożej łaski, a w każdym razie o wiele mniej w pisanie, w gawędę, w narrację zaplątanego niż brat Stanisław Konstanty. 


Czas akcji to któryś  rok między latami 1774-79, już po pierwszym rozbiorze, gdy jeszcze świeża była pamięć Konfederacji Barskiej i wciąż nie minęło zagrożenie represjami wobec jej uczestników. Z tego właśnie powodu pani Wolska, bodajże warszawianka, wyruszyła do Lwowa, następnie do Buczacza, by odnaleźć ukrywającego się męża. Potem stanie się jasne, że on raczej przed nią się ukrywał, niż z powodu swego rebelianctwa. Przywiezioną na dwór Potockiego Anusię, upatrzył sobie na żonę  dworak Krzymuski, zdziadziały stary kawaler, a wredna matka pchała ją w łapy starucha, ale przecież szlachcica. Dziewczyna w ostatecznej desperacji wymknęła się w przedślubną noc z pałacu. Ciekawie następuje teraz pościg i dramatyczne przygody w ucieczce przez góry-wsie-lasy, ale potem zdarza się ów skrót nieszczęsny, gdy panna wsiadła w kolaskę i ciach-prach dojechała do ciotki we wspomnianej Powiatówce w okolicach Radomia. Tyle wiemy, że to trwało trzy dni.


Anusia, wywieziona na Podgórze nic nie wiedziała o Jasiu, który o losach Anusi też nic nie wiedział, a na dodatek o mały włos ekspediowany byłby z Warszawy do Petersburga, w podejrzanym niby-poselstwie od króla Stasia do carycy Katarzyny. Szczęśliwie przychodzi mu do głowy, żeby zamiast podróżować jako poseł, prywatnie pojechać do Poniatówki, akurat wtedy, gdy Anusia-uciekinierka tam dojechała. 


Czy tak, czy owak układa się akcja w powieści, to widać przez jej sieć wyraźnie, że pisana była przez kogoś w heraldyce zaznajomionego nie pobieżnie. Można wysnuć przypuszczenie, że historyczna pasja pana Oswalda była muzą twórczości pisarskiej. Jasio Drzwiowski, nie szlachcic przecież, chcąc panią Wolską przekonać do siebie, organizuje ekspedycję poszukiwania antenatów w Galicji, a nie spodziewając się jej powodzenia, najzwyczajniej kupuje poświadczenie herbowe u przekupnego urzędnika królewskiego. To działanie jest motorem najważniejszych dla fabuły zdarzeń.


Nim się ta akcja rozwikła, czytelnik poznaje przeróżne tajemnice i poplątania genealogii Potockich, Radziwiłłów, Wolskich i paru innych rodów. U księcia "Panie Kochanku" następuje wręcz, niestety drętwe i nudne, czytanie jakiegoś herbarza, ale niezbyt dokładnego, gdyż jak pisze autor «Nie było jeszcze pod tę porę późniejszych dzieł heraldycznych Kuropatnickiego, Małachowskiego i Pietruskiego.» Pisze tak, wymieniając siebie samego i mając na myśli swój "Elektorów poczet, którzy kiedyś głosowali na elektów".


I tu trzeba z uznaniem dla auto-ironicznej postawy Oswalda Pietruskiego zauważyć, że jego znajomość tajemnic polskiej heraldyki nie wyjawia się w napuszonej, zadufanej narracji kogoś wtajemniczonego w kuluary, sekrety, zawiłości elitarnej warstwy rycerzy Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Wtajemniczony był, owszem, lepiej niż wielu innych, ale autor daje do zrozumienia jasno i oczywiście, że te tajniki nie wszystkie, nie u każdego, nie przez całe dzieje kraju mogą być powodem do dumy i chwały. "Jak dawniej bywało" to właściwie kpina i z dawnych Herbowych i z tych, co by się podpiąć pod nich chcieli.


Jasio przekupił urzędnika, owszem, ale nie jest zachwycony ani procedurą, ani sukcesem, ani wynikającymi zeń benefitami. Ze wstydu nie przyznaje się przed własnym ojcem z pozyskania herbu. Nie wie przy tym, że papcio już wcześniej wykonał dokładnie taki sam numer, ale pozyskał nie jak syn herb Wieniawa, lecz herb Pomian. I chyba też ze wstydu synowi o tym nie powiedział. Na koniec powieści, gdy przychodzi do chrzcin dzieciaka Anusi i Jasia, nad jego becikiem odbywa się ceremonia obdarowania niemowlaka tytułem szlacheckim (którego tajemnica zapewne ma mu być nigdy nie odkryta), tyle że ceremonia zdubeltowana, gdyż w jednym momencie tata i dziadek wpadają na ten sam pomysł. I, o wstydzie sromotny, jeden głośno powiada, że potomek jest herbu Wieniawa, a drugi, że herbu Pomian – i obaj pchają dzieciakowi w bety identyczne dokumety. Rzecz jasna, śmiech powstał ogólny, ale radosny, zaraz obficie winem zakropiony, przy tym powszechnie wyrozumiały, gdyż – trzeba wyjaśnić – dla dobra Anusi, Jasia i czytelnika okropna pani Wolska zmarła w Buczaczu, własną złością zdewastowana.


To jest ironia finalna, ale całą powieść przetykają co i rusz, grubszym lub cieńszym napomknieniem, podobne anty-heraldyczne kpinki. Musiał mieć pan Oswald sporo uciechy, kiedy pisał części pierwszej rozdział piąty pod tytułem "Szlachta Podhorodecka". Realnie jedyną szlachtą podhorodecką byli zapewne Pietruscy. Przynajmniej w roku 177... – tak jest zapisany czas akcji w powieści. Ale to nie Pietruscy występują w piątym rozdziale, lecz fikcyjni Podhorodeccy. Są oni tak podupadli, że aż żal czytać o ich biedzie. Smętnie, choć z tragiczną dumą pani Podhorodecka biadoli, że tu wszystko wokół kiedyś, kiedyś do nich należało, a teraz nawet nie stać ich na biały chleb, zaś mieszkają gorzej niż biedota wiejska.


Czyżby tak właśnie pani Pietruska biadoliła, gdy mąż i szwagier rujnowali budżet rodzinny na kałamarze z inkaustem, bruliony, a potem drukarzy? Może, gdy powstawała powieść, faktycznie podhorodecki pałac, gdzie przed jedenastu laty Oswald pisał "Poczet", już do Pietruskich nie należał. Jak wiadomo, zoolog Stanisław parę wsi sprzedał, by utrzymać menażerię, a z jakim sukcesem brat gospodarował, kto to wie. Auto-ironii heraldyka dopełnia fakt, że w jego spisie szlachty polskiej próżno szukać nazwiska Podhorodeccy. 

 

10. Parkoć niedźwiedzi. 1.

 

Stanisław Konstanty Pietruski

 

POSTRZEŻENIA 

nad czasem rui (parkoci), ciąży i rodzenia galicyjskich

niedźwiedzi.


Dziwną jest rzeczą, że nas dawniejsi i nowsi naturaliści tak niezgodnymi i zaprzeczającymi wiadomościami o mnożeniu się zwierzęcia częstują, które do najpospolitszych należy i pewnie się nie w jednej menażeryi mnożyło (...), że o mnożeniu się niedźwiedzi taki chaos panuje. (...)


W roku 1843 udało mi się po długoletnich mozolnych doświadczeniach nad tymi zwierzętami w lasach karpackich i w mojej menażeryi robionych, ten wątpliwy punkt wyjaśnić (...)

Sądzę jednak, że dla łatwiejszego zrozumienia nie zawadzi czytelników pierwej z miejscowością mojej menażeryi obznajomić. Po prawej ręce 4 kroki od mego mieszkalnego domu i sypialnego pokoju było piękne, 50 kroków długie, a 20 kroków szerokie, sztachetowym płotem ogrodzone miejsce (...) 

Najważniejszą częścią tej menażeryi był domek dla niedźwiedzi 12 łokci długi, a 3/4 łokcia szeroki, z zdrowego jodłowego drzewa wystawiony, mający porządny dach z gontów i spoczywający na 6ciu kamiennych słupach 3 1/2 stopy od ziemi. Ten domek był podzielony na oddziały (pokoje), które wewnątrz dębowymi forsztami wybite, a od frontu żelaznymi kratami uzbrojonymi oknami opatrzone były, ażeby znajdujące się zwierzęta wygodnie widzieć można; między obydwoma bocznymi pokojami, a środkowym znajdowały się z obydwóch stron drzwi wysuwalne; oprócz tego miał każdy taki pokoik po 2 małych drzwiczek, którymi wodę dawano, i szufladę z mocnych forsztów pod spodem 2ma kółkami opatrzoną, jak u taczek, ażeby ją łatwiej wyciągnąć można. Te szuflady, które na mocnych dylach leżały, były dziurkowane przeto mocz ściekał i tylko 2 razy na tydzień czyszczone być potrzebowały. 


W tym domku trzymałem 3 niedźwiedzie, w obydwóch bocznych pokojach niedźwiedzice, a w środkowym niedźwiedzia, którego podług woli do samic wpuszczać i odłączać można było. Niedźwiedź należał do czarno-brunatnej rasy, był to olbrzym swego gatunku 7' (stóp, czyli ok. 2m 10cm) długi, dostałem go w Podhorodcach na obławie dnia 17 sierpnia 1838 roku, a ponieważ miał przeszło pół roku kiedy go ułowiono to wiele cierpliwości kosztowało nim się ugłaskał; przez cały rok był tak dziki, że się nikt odważyć nie mógł go ręką dotknąć, później jednak zrobił się dosyć łaskawym. 


Po lewej stronie od niedźwiedzia mieszkała bardzo piękna lecz niezmiernie zła, siwa niedźwiedzica. A po prawej mała bartniczka, która mnie młodymi obdarzyła. Dawniej słyszałem od doświadczonego myśliwego, iż w lutym znaleziono koło Skolego w gawrze niedźwiedzicę z młodymi i że po zabiciu matki takowe zabrano i sprzedano. Byłbym na to opowiadanie zupełnie nie zważał, ale 5 lat później przejeżdżając w marcu przez Stryj mówił mi karczmarz że właśnie nie dawno jak przyniesiono do cyrkułu troje piastunów, które żywe rozkupione zostały; między tymi była ta niedźwiedzica, którą później t. j. dnia 24 maja od pana barona Zygmunta Handla w darze otrzymałem. Ta okoliczność potwierdziła opowiadanie starego myśliwego, że niedźwiedzie w styczniu i w lutym na świat przychodzą; zostało tylko się lepiej przekonać czyli te dwa zdarzenia nie były wyjątkiem od powszechnej reguły, t. j. czy wszystkie niedźwiedzie dzikie w styczniu rodzą. 


Ażeby się więc lepiej dowiedzieć udałem się do zapalonego myśliwego i pilnego badacza imć. księdza proboszcza Szczudlińskiego w Tuchli, który mi w tym względzie następującą wiadomość udzielił: 

17go lutego 1833 r. dał znać chłop, iż przed dwoma dniami wracając z Węgier obładowany tytoniem boczną drogą przez odwieczne lasy, dla uniknienia finansowej straży odkrył w gawrze niedźwiedzicę z małemi; udałem się w ten moment w towarzystwie jednego tylko myśliwego i wymienionego chłopa na miejsce. Zbliżywszy się do ogromnej jodły, pod którą straszna rodzina mieszkała, wybiegła na nasze spotkanie wściekła matka; strzeliłem i trafiłem w same piersi, lecz natychmiast podniosło się zranione zwierze biegnąc zajadle na mnie. Szczęśliwie wypalił mój towarzysz w tej chwili kiedy niedźwiedzica tylko o 3 kroki ode mnie oddaloną była, tak że ją na miejscu położył. Teraz zbliżyliśmy się ostrożnie do jodły, gdzie małe były i zabraliśmy je do domu. 


Nie zadowolniony przecież tymi wiadomościami udałem się do kilku doświadczonych myśliwych. Ci wszyscy jednomyślnie byli tego zdania, że niedźwiedzie w zimie rodzą. Lecz najdobitniejszy dowód otrzymałem przez list od imć. księdza Kossowskiego proboszcza skolskiego datowany z Kruszelnicy, który jest tak zajmujący, że się obowiązanym być czuję wyciąg z niego udzielić; tenże brzmi następująco:

Wierny memu przyrzeczeniu pospieszam udzielić wiadomość o dwóch ułowionych niedźwiedziętach, takowe zostały 2 lutego po ucieczce matki w jodle starej znalezione. Urodzone były podług wszelkiego prawdopodobieństwa 1 lutego; dano im sobakę za matkę, do 18 lutego były ślepe, a żyły tylko do 13 marca; z przyczyny że im większe rosły tym bardziej się sobaka bała, a nareszcie całkiem porzuciła. 


Teraz wiedziałem z pewnością, że czas rodzenia niedźwiedzi w naszych krajach jest styczeń i luty, (ale nie kwiecień i maj, jak naturaliści mylnie podają). Zostawało mi się jeszcze dowiedzieć, kiedy parkoć tych zwierząt przypada i jak długo noszą; te dwa ważne przedmioty nie mogłem się od nikogo dowiedzieć, bo się w czasie parzenia w najdziksze zarośla zapychają; nic więc nie zostało jak tylko chowane uważać (tzn. obserwować). Zrobiłem to z największą stałością a moje zabiegi najpiękniejszym skutkiem uwieńczone zostały. 


Uważając moje ułaskawione niedźwiedzie dziwiło mnie, że wszystkie w maju niezwyczajnie dobre i dowierzające się stają; niedźwiedź i bartniczka miały wtenczas 1 rok i 3 miesiące i właśnie co kły podostawały, a siwa niedźwiedzica była o rok starsza; ta okoliczność naprowadziła mnie na myśl, iż może maj jest przeznaczony na parkoć tych zwierząt, młodszą parę puszczałem nie raz; razem igrały z sobą, ale więcej nic.


W przyszłym roku 1840 stały się moje niedźwiedzie znowu bardzo łagodne i dowierzające; były nie raz razem, lecz do parzenia się nie przyszło i w tym roku.


3 maja 1841 roku uważałem, że członek rodzajny samicy mojej bartniczki. a mianowicie wargi (labiae) mocno nabrzmiałe były, (miała wtenczas 3 lata i 3 miesiące) sądząc iż się istotnie grzeje i ponieważ ciągle przy drzwiach, które do samca prowadziły siedziała, kazałem drzwi wysuwalne wyciągnąć i niedźwiedzia wpuścić i w samej rzeczy nastąpiło parzenie, które w tym dniu 2 razy powtórzyły i przez cały miesiąc trwało. W czerwcu nie chciała się niedźwiedzica parzyć dlatego też niedźwiedzia nie puszczano. W lipcu członek rodzajny samicy był jeszcze bardzo nabrzmiały co moje nadzieję trochę osłabiło, gdyż jest rzeczą powszechnie znaną, że po upłodnieniu członki rodzajne u wszystkich samic do pierwotnego kształtu wracają. Przecież ponieważ się kilka razy parzyła, a w sierpniu nawet w cycach brzuchowych gatunek kolostrum się okazał, oczekiwałem z największą niecierpliwością co jesień okaże, lecz i tą razą zawiodłem się, gdyż listopad, grudzień a nareszcie i styczeń okazał, że moje oczekiwania na niczem spełzły; niedźwiedzica i tą razą nie była niedźwiedną. Z początku myślałem iż przyczyną tej niepłodności z chorowitego stanu, którego z obydwóch niedźwiedzi pochodzi,  lecz przyszłość okazała żem się pomylił, gdyż to pierwsze parzenie nie było nic innego tylko niedokładne, młodociane, które myśliwi u sarn i innych zwierząt pod nazwiskiem głuchej lub ślepej parkoci dobrze znają.


Na końcu kwietnia 1842 roku zaczęły znowu płciowe części mojej bartniczki mocno nabrzmiewać; 3 maja kazałem zaraz po karmieniu o 4 godzinie po południu niedźwiedzia wpuścić; z początku igrały z sobą, przyczem się tak jak dwoje ludzi stojąc obłapiały. O 6ej godzinie wieczór zaczął się samiec na serio zalecać, lecz niedźwiedzica umiała bardzo zręcznie pozbywać się rubasznej galanteryi swego adonisa; biorąc go dwoma przednimi łapami, rzucała na stronę i uciekała szybko do pokoju niedźwiedzia. Lecz te preliminaria nie długo trwały, o 8 godzinie wieczór było pierwsze styezenie, które się tak jak u świń odbywa, tylko że niedźwiedź swoją samicę przednimi łapami tak mocno obłapia, że się zdaje jakby ją dusił; ta ostatnia wtenczas okropnie ryczała i pryskała aż się cały domek trząsł. 


Akt parzenia trwał dobry kwandrans, a ponieważ członek u samca jest opatrzony krzywą chrząstką dlatego każdego razu następuje tak jak u psów związanie, tylko że nie trwa tak długo. Po parzeniu, które zawsze wieczór i na jednem miejscu t. j. w pokoju samca się odbywało, wracała samica do swego pokoju i zaczynała tam na jednem miejscu, podług taktu skacząc, długo tańcować. Parkoć trwała od 3 do 24 maja; było wszystkiego 13 styczeń (tj. zetknięć) jako to: 3- maja raz, 8- dwa razy, 9- dwa razy, 13- raz, 15- 10- 20- po razu, 28- trzy razy.


Potem puszczałem niedźwiedzia kilka razy, ale nadaremnie, bo go niedźwiedzica przyjąć więcej nie chciała. Do starszej siwej niedźwiedzicy był w tym i w przeszłym roku nieraz puszczany, lecz ona miała taką odrazę do niego, że nigdy do parzenia nie przyszło; prawdziwą przyczynę tej antypatyi nie mogę sobie do tego czasu wytłumaczyć; ukarał on ją okropnie za tego odkosza, jak się później okaże. 

 

Parkoć niedźwiedzi/ 2. 

 

Stanisław Konstanty Pietruski

 

POSTRZEŻENIA 

nad czasem rui (parkoci), ciąży i rodzenia galicyjskich

niedźwiedzi.


Z moich doświadczeń nad ciążą niedźwiedzicy wyciągam następujące postrzeżenia. W lipcu długie kudłate zimowe futro zostało krótkimi letnimi włosami zastąpione (niedźwiedź lenieje tylko raz w rok, krótkie futro letnie dostaje w jesieni długie końce i staje się zimową odzieżą) dlatego wydawała się moja bartniczka jeszcze chudszą, zresztą jadła z wielką żarłocznością i tańczyła wiele w swoim pokoju. Cyce były jeszcze bardzo małe, a kiedy je między palcami duszono to okazywał się żółty płyn gatunek kolostrum. W sierpniu była zawsze jeszcze bardzo hartowata i skakała wiele, cyce nie były też większe jak w przeszłym miesiącu, lecz uważałem że skóra na brzuchu się trochę rozszerzyła i obwisłą była. W wrześniu okazało się więcej kolostrum, oczy stały się bardzo wypukłe a błona tęczowa krwawo zaszła; zimne napoje nie mogła znosić, jadła wiele i skakała ciągle.


W październiku było podbrzusze mocno wiszące i wydawała się daleko grubszą, lecz i tą razą nie mogłem na ciążę z pewnością rachować, bo wszystkie niedźwiedzie w jesieni są bardzo tłuste, a osobliwie że futro zimowe zaczyna już być długie kudłate; i w istocie porównywając ją ze siwą to tamta wydawała mi się jeszcze otylszą. Listopad okazał to wszystko co poprzedzające miesiące, piersi były jeszcze bardzo małe, a brzuch niewiele grubszy jak u drugich niedźwiedzi; a więc po 6 miesięcach ciąży jeszcze nie dało się z pewnością powiedzieć czy jest niedżwiedną. W grudniu uważałem z zadziwieniem, że nic jeść nie chce, i w istocie od 2 grudnia aż do nowego roku prawie żadnego pokarmu przyjąć nie chciała; myśląc że jest chora dawałem jej ulubione jedzenie, jako to: miód, cukier, mleko, lecz wszystkiem pogardzała; wprawdzie wszystkie niedźwiedzie daleko mniej jedzą w zimie jak w lecie, ale przecież przyjmują choć trochę pokarmu; dzikie podczas odwilży opuszczają nawet swoje gawry i szukają pożywienia. Dopiero teraz zaczęły brodawki piersiowe mocno róść, między tylnymi nogami pod brzuchem zgrubiała znacznie, tańczyła wprawdzie zawsze jeszcze, ale daleko rzadziej jak w poprzedzających miesiącach; po tych znakach mogliśmy, którzy ją co dziennie przed oczyma mieli, poznać że jest niedżwiedną. 


Inni, którzy wtenczas moją menażeryą odwiedzali, nie widzieli żadnej różnicy między tą a siwą niedźwiedzicą; tak mało znaczące były te znaki w przedostatnim nawet miesiącu ciąży. W styczniu także nie chciała żadnego pokarmu przyjmować, leżała cały dzień na swojej szufladzie i brzuch miała mocno obwisły; 8 stycznia zaczęła znaczyć, tak jak cielne krowy przed ocieleniem, co dało się spodziewać prędkiego rozwiązania.

Teraz już był wielki czas pomyśleć o niektórych wygodach dla matki i jej przyszłych dzieci, osobliwie ażeby te ostatnie przy czyszczeniu budy nie niepokoić. W tym celu kazałem z boku jej pokoiku przybudować 6’ długą a 4’ szeroką klatkę; w tejże były drzwi i dwa okna kraciane, ażeby całą rodzinę dokładnie widzieć można; drzwi wchodowe przerobione na wysuwalne otworzono, i całe tak urządzono, ażeby jak matka się będzie znajdować w swoim pokoju, takowe zasunąć i małe bestyjki wyjąć można.


22 stycznia rano przybiegł poddozorca menażeryi z nowiną "Panie, już małe niedźwiedzięta mruczą", poleciałem w ten moment, lecz nic nie mogłem zobaczyć, gdyż matka je swojem ogromnem ciałem przykryła. Dopiero o 3 godzinie po południu ujrzałem jedno a następującego dnia drugie, była to dokładna parka i wyznać muszę, że w całem życiu nic podobnie pięknego nie widziałem. Proszę sobie wyobrazić srebrzysto popielate szczenięta (jakby) angielskich brytanów; mają tylko 6” długości, króciutką śklnącą sierść srebrzystej maści, śnieżnie białą szeroką owrózkę przez całą szyję, i przychodzą ślepe na świat.


Ponieważ z doświadczenia wiedziałem, że często chowane zwierzęta nie okazują tej miłości i tego przywiązania dla swoich małych jak na wolności i takowe jeżeli nie całkiem opuszczają, to źle wychowują, bałem się więc, ażeby i moja niedźwiedzica swoich nie zaniedbała. Przyszłość inaczej okazała; w dwóch pierwszych tygodniach ledwie ją można było nakłonić ażeby się trochę wody napiła i tę musiano jej w naczyniu z długą rączką aż tam, gdzie leżała, podawać, bo nie chciała ani na krok odstąpić. Niezmiernie zajmująco było uważać jak takowe od zimna chroniła; przez sztuczne składanie łap robiła niby dach nad niemi, a otwarte miejsce zatykała pyskiem; tym sposobem miały małe piastuny przez oddychanie matki zawsze równą ciepłą temperaturę, a złożone łapy i długie kudłate futro chroniło je od odmian powietrza. Jeżeli był wiatr na dworze, to się niedźwiedzica zawsze tak kładła że jej ciało jak dach przeciw wiatru zasłaniało. W 4 dni po rodzeniu napiła się trochę mleka, lecz takowe musiano jej być z bliska podane, bo się nie chciała ze swego legowiska ruszyć, a jak się przewracała to z wielką ostrożnością, ażeby małe nie przygnieść. Jak miały po 3 niedziel to matka siadała nieraz na tylne nogi a młode wyłaziły jak małpy aż do piersi, które mrucząc ssały. 


Uważałem z przyjemnością, że ta niedźwiedzica i teraz bardzo dobrą i łaskawą była; pokarm brała ciągle z rąk, a jeżeli chciałem które małe do rąk wziąść, to nie okazywała znaków dzikim zwierzętom w takich razach wrodzonej wściekłości. Jednak jeżeli się cudze osoby przybliżały to była niespokojną; na widok psów okazywała nieukontentowanie przez pryskanie, mruczenie, najerzenie włosów i t. d.  Jednem słowem miało to roztropne zwierzę pewien rodzaj zaufania do ludzi. 


Małe piastuny 4 tygodnie były ślepe; lecz już 3go tygodnia zaczęła się ich pięknie śrebrzysto popielata maść na szarą barwę przemieniać; włosy rosły długie kudłate; a owróska biała zaczęła się coraz więcej ścieśniać i znikać. We dwa miesiące zaczęły łazić i przednie ząbki dostawać; w kwietniu oddalały się już daleko od matki, bawiły się często na dziedzińcu lecz wracały zawsze do menażeryi nazad. W maju były wielkości zwyczajnego mopsa, wydalały się często ale ssały zawsze jeszcze 2—3 razy na dzień. W sierpniu kazałem ich odłączyć i wkrótce potem darowałem samicę małą memu krewmemu Teofilowi Pietruskiemu; samca zaś sprzedałem za 17 złr. w srebrze włóczącym się parmeńczykom. Niedźwiedzica stara nie parzyła się tego roku; w następnych latach parzyła się ciągle lecz bezskutecznie, małych już więcej nie miałem. 


W listopadzie 1846 wydarzył się okropny szczególny wypadek; dozorca mojej menażeryi mając drzwi zepsute w budzie niedźwiedzia naprawiać, otworzył zasuw do siwej niedźwiedzicy, samiec wszedłszy do jej budy zaczął jej się tak natarczywie zalecać, że go aż ukąsiła; ztąd zaczęła się okropna, straszna walka bo walka na śmierć między dwoma 10 letnimi ogromnymi niedźwiedziami. Chcąc ich rozłączyć lano do budy wodę, rzucano ogień, lecz nic nie pomogło, przerażający to był widok, straszny ryk, pryskanie i taki tentent, że się aż cały domek na podwalinach swoich trząsł; nareszcie przemógł srogi niedźwiedź i rozdarłszy tej samicy brzuch, wyjadł jej wątrobę, poczem spokojnie do swojej budy wrócił. 


Straciłem tym sposobem siwą niedźwiedzicę, ale mój krewny tak był dobry, że mi darowaną mu w mojej menażeryi urodzoną niedźwiedzicę nazad oddał; przywiozłem ją do Podhorodec. Lecz nie długo potem okropny pożar, który dnia 7 stycznia 1848 roku wszystkie moje zbiory żyjących i wielką część nieżywych skarbów, wieloletnią mozolną, odmawianiem sobie pierwszych potrzeb do życia uświęconą pracę w perzynę obrócił, zniszczył i moją menażeryą. Byłem jednak tyle szczęśliwy wyratować przynajmniej zgliszcza 3 rass moich niedźwiedzi, które na żądanie mego przyjaciela pana dra i prof. Pawła Felixa na Jarocinie Jarockiego, dyrektora gabinetu warszawskiego, do Warszawy posłałem.


Tak zostały zakończone moje 10 letnie badania i doświadczenia. Z tych wypływa że parkoć tych zwierząt w środkowej Europie nie w lipcu, sierpniu, wrześniu i w październiku tylko w maju przypada; że ciąża nie 3, 4, 6, miesięcy tylko 8 1/2 miesiąca czyli 34 niedziel albo 235 — 240 dni rachując od ostatniego styczenia trwa; a nareszcie że małe nie w kwietniu lub w maju, tylko podczas najtwardszej zimowej pory t. j. w styczniu lub w lutym na świat przychodzą.

Ztąd wynika że niedźwiedzie w swojem rozmnożeniu wiele szczególnego i sobie tylko właściwego okazują. Już przez to że są podczas parkoci bardzo łagodne, to się odróżniają od innych drapieżnych zwierząt. Lecz niedźwiedzie różnią się jeszcze przez inne szczegóły od powszechnej reguły, a to przez ciążę, którą aż do ostatniego miesiąca rozpoznać trudno; przez czas rodzenia, który u nich w zimie przypada, co ile mi wiadomo prócz myszy z żadnem innem krajowem zwierzęciem nie dzielą; a nareszcie przez małe, które bardzo drobniutkie na świat przychodzą.

° ° °