sobota, 21 stycznia 2023

Legenda o Ewie Ankwiczównej

 



 Ewa Horeszkówna (Dorota Naruszewicz) z filmu A. Wajdy

 

Legenda o prawdziwej Ewie Henrietcie Ankwiczównie, zamienionej w "Panu Tadeuszu" w zmyśloną Ewę Horeszkówną, kwieciście się rozbuchała pod koniec XIX wieku. Do przesytu zapewne, gdyż na początku następnego wieku, we wstępie do BN-owskiego wydania epopei imię prawdziwej panienki pojawiło się tylko raz się. A był to esej ważny przez cały wiek XX i nikt nie napisał konkurencyjnego. Autor jakby celowo pominął, przemilczał, zlekceważył pompatyczną opowieść o tajemniczym romansie. Dla profesora Pigonia postać Ankwiczównej nawet na jedno osobne zdanie nie zasłużyła. Napomknął o niej, dokończając ostatnie zdanko w wątku mówiącym, że Tadeusz, a zwłaszcza kwestarz Robak, najwięcej może mają z samego Autora: "Zresztą i z konkretnych także losów poety weszło niejedno w tę postać; podobnoś, poza imieniem ukochanej Ewy, niejedno z doznań rzymskiej miłości do Ankwiczówny włączył Mickiewicz w obraz miłości Jacka do Horeszkówny."  

(Pierwszy tekst na ten temat:

 https://osiemipolminuty.blogspot.com/2023/01/zegnaj-pigoniu.html )

Mało, bo mało napisał Profesor, ale mimo krótkości użył słów: "ukochanej" i "rzymskiej miłości". A to były właśnie filary owej legendy – dokumentalnie, faktograficznie najbardziej wątpliwe i najbardziej domniemane. Zrodziła się owa klechda, mit czy rewelacja z tego, co się działo pomiędzy panienką a Poetą w Rzymie od grudnia 1829 roku aż do Wielkanocy 1830 i jeszcze później jesienią. Hrabiostwo Ankwiczowie przywieżli do Włoch chorowitą córkę, by w południowym klimacie zdrowia nabrała. Panna miała lat około dwudziestu, choć jej wyprawiano w owym czasie osiemnaste urodziny. Dlaczego? Nie wiem. Spędziła z Mickiewiczem kilka miesięcy, to znaczy często dość w towarzystwie jego, na wycieczkach po mieście, po okolicach, na towarzyskich herbatkach, balach chyba też, na wieczorkach muzycznych, gdzie to ona grała na fortepianie, a on się zachwycał, a przede wszystkim na rozmowach, rozmowach, rozmowach. Panienka była rozgarnięta, poecie do gustu przypadła, spotkania z nią uważał za sympatyczne, a ona była wniebowzięta. Nic im nie przeszkadzało, że pan Adam był od panny Ewy paręnaście lat starszy.


Legendę o wzajemnej miłości niezwykłej ułożył Antoni Edward Odyniec, towarzysz wędrówek emigranckich Adama od Odessy po Drezno i Rzym. Kreował się on, pleciuga, plotkarz i epistolograf niezmożony, na swata hrabianki i wieszcza. Parędziesiąt lat później kropnął Antoni Edward sążniste księgi w formie listów z owych podróży, a w tomie dotyczącym "rzymskiej miłości" dostarczył mnóstwa detali z wydarzeń i przeżyć – Adama, Ewy (Henrietty) i swoich. Na tych relacjach ksiądz Jan Siemieński stworzył jeszcze przed końcem XIX wieku obszerną książczynę pod tytułem "Ewunia", która legendę w lud poniosła, bo miała kilka edycji, choć wydawanych nakładem autora. W tym samym czasie poważny biograf Mickiewicza i badacz jego twórczości, profesor Józef Kallenbach, uznał legendę o miłości za oczywistość i w swych monumentalnych monografiach obficie ją prezentował. 


Ankwiczówna ponoć była pierwowzorem Ewy Horeszkównej z "Pana Tadeusza". Przez to, jak powiadała legenda, że hrabia Ankwicz kompletnie zdewastował wszelkie zamierzenia Ewy i Adama w kwestii zamążpójścia i ożenku. W legendzie twierdzą, że żonie nakazał, aby powiedziała poecie, by ewentualne konkury do ręki córki wybił sobie z wyobraźni. Hrabina odparła, że jej takie oznajmienie przez usta nie przejdzie i niech hrabia sam to zrobi. Hrabia jakoś nie bardzo się chyba odważył na powiedzenie wprost, bo stoi w legendzie, że zaczął często przy Adamie napomykać, jakoby muszą do Polski wracać, gdyż córcię trzeba tam za mąż wydać. Była to jakoby forma owej czarnej polewki, którą poczęstować miano w pałacu Horeszków Jacka Soplicę, by sobie małżeństwo ze Stolnikówną z głowy wybił. Tragedia, rzekomo, taka sama i do rzymskiej tak podobna, że aż pan hr. Ankwicz użalał się, czy też przechwalał, że go Mickiewicz w postaci Stolnika w poemacie pokazał.


Tutaj można wspomnieć drugą, i ostatnią, wzmiankę prof. Pigonia o "miłości rzymskiej", którą poczynił w przypisie, ale też nie o niej wprost, lecz o Stolniku. Napisał: "Ankwicz sam jakoby rozpoznał się w Stolniku, chociaż wiadomo dzisiaj, że małżeństwu Mickiewicza bardziej była przeciwna wskutek dumy rodowej matka (por. moją notatkę w «Głosie Narodu» 1925, nr 171)."


Jak widać, z legendą zgadza się tylko pierwsza część informacji, a to nie jedyna niefrasobliwość uczonego, gdyż notatka wspomniana dotyczy polemiki z tekstem z "Wiadomości Literackich" z roku 1925 o niepochlebnych uwagach Norwida co do "Pana Tadeusza", a napomknień o Ankwiczach nie ma w tej notatce ani śladu. Tak się przyjęło za pominięciem profesora legendę pomijać, że tej błędnej informacji we Wstępie BN-owskim redaktorzy nie poprawili przez blisko sto lat. 

Byłyby do poprawki podstawą także listy hrabiny Ankwiczowej, która częściej niż córka pisywała do Mickiewicza już po ich rozstaniu się definitywnym pod koniec 1830 roku. Styl jej listów chyba trzeba złożyć na epistolograficzną wówczas konwencję przesadnego kreślenia uczuć, bo jeśli nie, to wyglądałoby, że nie z córką Ewą romansował poeta, lecz z mamusią Anną.





Z poematu:



(...) I już miał się oświadczać: lecz pomiarkowano, 

I czarną mu polewkę do stołu podano. 

Podobno Stolnikównie wpadł Soplica w oko, 

Ale przed rodzicami taiła głęboko.


– tak mówił Gerwazy Hrabiemu


a tak rzecz całą wyznawał sam Robak-Jacek na łożu śmierci – 


Ileż to razy chciałem serce me otworzyć,

I już się nawet przed nim do próśb upokorzyć! 

Lecz spojrzawszy mu w oczy, spotkawszy wejrzenia 

Zimne jak lód, wstyd mi był mojego wzruszenia!.. 

Spieszyłem znowu jak najzimniej dyskurować

O sprawach, o sejmikach, a nawet żartować!! 

Wszystko to prawda z pychy: żeby nie ubliżyć 

Imieniowi Sopliców, żeby się nie zniżyć

Przed panem prośbą próżną, nie dostać odmowy... 

Bo jakieżby to były między szlachtą mowy,

Gdyby wiedziano, że ja, Jacek........

Soplicy Horeszkowie odmówili dziewkę! 

Że mnie Jackowi, czarną podano polewkę!..

W końcu, sam już nie wiedząc jak sobie poradzić,

 Umyśliłem ze szlachty mały pułk zgromadzić

I opuścić na zawsze powiat i ojczyznę,

(...)

Biedna, słysząc o moim odjeździe, pobladła, 

Bez przytomności, ledwie że trupem nie padła, 

Nie mogła nic przemówić: aż się jej rzuciły

Strumieniem łzy — poznałem jak byłem jej miły!...

(...)

Gwałtem porwać? wszak mógłbym; zza krat i zza klamek 

Wydarłbym ją, rozbiłbym w puch ten jego zamek;

Miałem za sobą Dobrzyń i cztery zaścianki! 

Ach, gdyby ona była jak nasze szlachcianki 

Silna i zdrowa! gdyby ucieczki, pogoni

Nie zlękła się, i mogła słuchać szczęku broni!... 

Lecz ona biedna! tak ją rodzice pieścili,

Słaba, lękliwa! był to robaczek motyli,

Wiosenna gąsiennica! i tak ją zagrabić,

Dotknąć ją zbrojną ręką, byłoby ją zabić:

Nie mogłem, nie!...



Co na pewno w owych poezjach się zgadza z realiami, to kondycja obu panienek. I jedna i druga raczej były słabowite, rozpieszczone, przywykłe do luksusów. Ani Jacek Soplica, ani Adam Poeta funduszów na luksusy żonine nie mieli. Jak by sobie Jacek poradził w razie korzystnej koniunktury, nie wiadomo, natomiast gdyby Adam poślubił Ewę-Henriettę, los jego byłby gorzej niż marny, albowiem w swych dwóch małżeństwach Ankwiczówna przepuściła na wystawne życie solidny majątek i zmarła zadłużona, zlicytowana, w biedzie i na łaskawym chlebie przyjaciółki. Pod koniec jej życia (oczy zamknęła w 1878r.) zbiórki ją wspomagające urządzał niedoszły swat, Odyniec. 


Nie wiadomo, czy Ewa Horeszkówna była tak samo dobrze wykształcona (domowym nauczaniem) jak Ankwiczówna, która znała bardzo dobrze ze cztery języki, Goethego i Byrona deklamowała z pamięci. Druga różnica to była bezsprzecznie uroda – ta z poematu słynęła pięknością nieziemską, ta z legendy miła bardzo, mądra, religijna, delikatna, ale niezbyt nadobna, w czym ponoć przypominała Mickiewiczowi Marylę.



 Henrietta Ewa Ankwiczówna, portret z epoki

Jest jeszcze pewien dokument związany z legendą – rzekomy list Henrietty Ewy Ankwiczównej, drukowany najpierw w Gazecie Lwowskiej, potem w Kurierze Polskim. Gładkość jego stylu jest zadziwiająca, gdyż z innych relacji w legendzie, nawet o opinii samego Mickiewicza w tym względzie, panna Ankwiczówna z polszczyzną nie radziła sobie tak świetnie, jak z językami francuskim, czy angielskim. Ponadto nie wynika ze wszelkich zapisów, że Ewa prowadziła z kimś z terenów polskich korespondencję aż na tak długie listy. Jej najbliższa przyjaciółka, Marcelina Łempicka, była z nią w Rzymie.



Kurier Polski

Nr 146

Warszawa

Niedziela dnia 3 maja 1830



W Gazecie Lwowskiej jest umieszczony na­stępujący list pisany z Rzymu do Lwowa. 


Wiadomo ci, że Mickiewicz jest w Rzymie i pewnie go nam zazdrościsz. Należy się spo­dziewać że w tym miłym klimacie natchnię­ty pięknościami tak zachwycającego kraju, ubogaci literaturę ojczystą stosownemi poezja­mi, i równie świetnemi jak wszystkie jego dzieła. Jakże ci wyrazić radość, której do­znajemy widząc go pośród nas, tem więcej, że jako człowiek towarzyski zyskuje w poufałem zgromadzeniu, gdzie i duch jego jest obecny. Często się zdarza (jak to przeszłej zimy tutaj doświadczyłam) że ludzie za auto­rów ogłoszeni, tracą na bliższem ich poznaniu; lecz przeciwnie Mickiewicz na pierwszym wstę­pie powabny i spokojny, ale wszedłszy z nim w ścislejsze obcowanie, można dopiero poznać krainę jego myśli, a każde słowo zdradzi w nim iskrę jenjnszu wielkiego poety i czułą duszę autora Wallenroda. Ten poeta jest jeszcze więcej godny uwielbienia z swej prostoty i skromności, nigdy bowiem o swoich dziełach nie mówi, chyba zmuszony pytaniami, na które wrodzona grzeczność każe mu odpowiadać, a nieraz uważałam, że nawet w małem gronie 10ciu osób  zdawał się być przyćmiony ich światłem, gdyż jest tak mało mówiący, jakby lękał się oka­zać swoję wielkość; najchętniej zaś rozmawia we 4 osoby i chociaż zazwyczaj melancholiczny; jednak w niniejszem zgromadzeniu jego rozmowa jest żywa, pełna rozmaitych ciekawych wie­ści, których mu dostarczają obszerne wiado­mości. Gdyby kiedy mogło zabraknąć z nim rozmowy, możnaby go jeszcze ująć i zachwycić muzyką; lubi ją równie jak poezję wyznając, że jest je­go główną namiętnością, i chociaż sam wcale nie grywa, zna tak dobrze muzykę, jakby ca­łe życie strawił na jej nauce; szczególnie unosi się nad dziełami Mozarta i Rossyniego. Trzy razy w tygodniu przyozdabia on nasze małe wie­czorki, lecz to dla nas nigdy zadosyć, ażeby go widzieć i słyszeć mówiącego; jednak wyznam szczerze, że jeszcze więcej go lubię na przechadzce po gruzach starożytnego Rzymu, obok tegoczesnych kościołów, któremi odwieczna Ci­té jeszcze się szczyci. Rozprawiając o tych szczątkach i nietrwałości dzieł ludzkich, jenjusz jego poezji zmienia się w uwagi pro­ste i zwyczajne, lecz raptem zachwycony staje się w myślach tak wielki i nowy, że chciałabym zawsze pisać wszystko co powiedział, ażeby nic z pamięci nie stracić. Święta Wielkanocne przepędzi jeszcze z nami, potem zamierza odbyć wielkie podróże, chce zwiedzić Grecją, Kair, Alexandrją i Palestynę. Co za obszerne pole dla jego jenjnszu. Z powrotem myśli być w Paryżu. Może też jeszcze nie wiecie, że Wallenrod jest przetłumaczony na rossyjski język przez P. Chevirieff, który jest także teraz w Rzymie. Mickiewicz chwali to tłumaczenie. Sławny tutejszy malarz Slatier zrobił pysz­ny portret naszego poety, tak że wszyscy tu­tejsi znawcy uczcili to dzieło swemi pochwa­łami, a hr. Artur Potocki kupił go i przezna­czył podobno do Krakowa. Jest tu także przy­jaciel Mickiewicza Odyniec; nie znam wprawdzie pism jego, ale muszą być piękne, równie jak on w całem znalezieniu się jest wesoły, żywy, rozsądny i światły. 



Ostatnia uwaga w tekście, dziwnie "zapina" informacje poprzednie o Mickiewiczu. Z pewnością ktoś list pannie Ewie dopomógł zredagować, wygładzić, wysłać, w prasie rozpropagować. Ale chyba żeby aż całkiem za nią napisał, to raczej nie.




Z czasów najbujniejszego rozkwitu legendy Ewunio-Adamowej, czyli w ostatnich latach XIX wieku, mamy jeszcze opinię Marii Konopnickiej, która pisała i o życiu Poety i o jego duchu. Jeśli prof. St. Pigoń wątpił nieco w prawdę owego mitu, to u Konopnickiej znalazł swoich zwątpień dobrą podbudowę. Pisarka chłodno oceniała zapały ducha Poety w tej przygodzie, mizerne ognie tu wyczuwając kobiecą intuicją, a nie męskimi rozczuleniami.


A i to zaznaczyć trzeba, że znajomość poety z domem Ankwiczów więcej mu zgotowała goryczy, niźli słodkich  wzruszeń. 

Nie wiadomo i nawet wątpić o tem wolno, czy rzeczy te istotnie miały taki przebieg, jak to utrzymują ci, którzy w historyi nieszczęsnego Jacka Soplicy i pięknej Stolnikówny Ewy, chcą widziec odbicie dramatu rozegranego częścią przy Via Mercede w Rzymie, a częścią w Medyolanie, pomiędzy poetą a rodziną Ankwiczów. To pewna, że owo wspólne zwiedzanie osobliwości rzymskich zimą, a wiosną wspólne wycieczki do Tivoli, do Albano w góry, do Genzano, gdzie powstał ów wiersz o pannie Łempickiej pisany, do Subiaco,  że to wszystko nie tylko uczyniło poetę poufałym w domu Ankwiczów gościem, ale wznieciło także między nim a córką domu żywą i wzajemną sympatyę. 

Nie była to zapewne miłość; ze strony Mickiewicza przynajmniej — nie była. 

„W tym lesie, po którym przeszła pożoga“, — że przypomnę tu jeszcze słowa Zana — nie łatwo było o zieleń  i kwiecie.

Ale, jeśli nie było miłości tak wielkiej jak ta, która się stała tragedyą życia poety, było uczucie dość żywe, dość silne, aby na niem oprzeć zamiary małżeństwa. 

Otóż właśnie zdradzenie się poety z zamiarami temi, lubo niejasne, lubo może ograniczające się na tem, co wyraz swój znalazło w wierszu „do mego Cicerone w Rzymie", samo owo zdradzenie się, było prochem rzuconym na starodawną pychę hrabiego Ankwicza. Pychę, której obrazem jest wła­śnie stolnik w stosunku swoim do Jacka Soplicy. 

Jeśli tu więc był dramat, to rozegrał się on na grun­cie milczącego starcia się dwóch sił, dwóch ambicyi, równych mocą, chociaż nierównych wartością, dumy poety i pychy utytułowanego pana. 

Co do córki, wiemy, iż musiała trochę płakać, albo przynajmniej mówić o płakaniu, skoro Mickiewicz, żegnając ją, już w Porta Pia w danym na pamiątkę notesiku wpisał: „Wyjeżdżamy z Rzymu. Będziemy zdrowi“. (Panna Ankwiczówna wątłego była zdrowia) — "Nie będziemy płakać ani we dnie, ani w nocy“. 

Słuszną uwagę czyni syn poety, że „tak się mówi do rozpieszczonego dziecka" — które zresztą może być bardzo miłem dzieckiem — „ale nie do uwielbianej kochanki. 

Uwielbianą kochanką, tą, z którą „tam gdzie płakał, i gdzie się z nią bawił, poeta wszędzie cząstkę duszy swej zostawił" — tą kochanką młodości poety była i pozostała na zawsze Maryla. A kiedy Mickiewicz w jednym z listów, już po tej rzymskiej goryczy z Ankwiczami, pisanym, mówi: „Nikt miejsca jej w sercu mem nie zajął i nigdy nie zajmie" jest to bardzo żywa i bardzo prawdziwa prawda. 



Ewa (Iza Bellina) i Jacek (Jan Szymański) z filmu "Pan Tadeusz" z roku 1928