Bettina i Gisela von Arnim
Jej Wysokość Hrabianka Gritta Szczurozamczyńska
Dawno, dawno temu był sobie stary zamek wśród wielkich gór, zbudowany na skale wysokiej, ale niższej od otaczających go wzgórz. Dolina wokół skały rozciągała się jak pierścień, a drugim, ciemnym pierścieniem strome góry otaczały dolinę. Dookoła rosła tu i ówdzie strzępiasta turzyca; między trawami płynął dnem doliny strumień, obmywający korzenie krzaków. Wyżej, w gałęziach pisklęta wychylały się gniazd, a gdy strumyk był w dobrym nastroju, opowiadał im bajki, one zaś świergotały zachwycone. Przyjemnie tu się żyło ptakom fruwającym na wietrze, albo śpiewającym słodko. Miały w tych miejscach spokojne i wygodne domostwa.
Jedyne wyjście z doliny było całkiem ukryte wśród skał, a na nich widziało się wejścia do mrocznych pieczar, skąd czasem tryskały wartkie i szumiące strugi, cichnące i spokojniejsze, gdy spływały na dół.
Fundamenty zamku, na których postawiono mury, zbudowano tuż przy krawędziach skały. Gładką powierzchnię murów zakłócało kilka zakratowanych okien, w których szybciej byś się spodziewał szczurzych pysków niż ludzkich twarzy. Wieczorami, gdy świat barwiła jaskrawa czerwień, a górską czerń rozświetlały różowe migoty, stare ściany jakby ożywały. Faktycznie zaś, cały zamek aż wibrował wtedy od tumultu szarych stworzeń: młode szczury ćwiczyły równowagę na ukośnych ścianach, szczurzyca–matka przyprowadzała siódemkę swych małych, żeby zakosztowały wieczornego chłodu, wychodziły stare, tłuste samotniki, a nawet wielogłowy szczurzy król, tak że szare roje całkiem zakrywały ściany. Zamek w promieniach słońca, świecących w okna, wyglądał z daleka, jakby stos kamieni, tańczących w wieczornym blasku, chciał odejść i zostawić właściciela bez posesji. Narożne wieże, oprócz jednej, były zrujnowane, i tylko ta jedna trzymała się całej konstrukcji i prezentowała się pięknie, choć jej gotyckie okna zarosły trawą i mchem.
Zamek należał do hrabiego, Pana Szczurozamczyńskiego, który mieszkał w nim ze swoją małą córeczką o imieniu Gritta.
Już od rana było słychać turkot kołowrotka, którego wrzeciono pracowicie obracała Gritta. Kamienny i mroczny korytarz, pełen dziur do norek myszy i szczurów, prowadził ku krętym schodom na piętro, gdzie siedziała Jej Wysokość Hrabianka Gritta i w sennym jeszcze rozmarzeniu kręciła szpulą kołowrotka, zgrabnie w palcach przędąc cienką nić. Na końcu korytarza znajdowało się w zaokrąglonej futrynie jedno z trzech przeszklonych okien w zamku, które po jednej stronie miało zielone szyby, a po drugiej witraż z postacią Świętego Jerzego. Na parapecie stał dzbanek z goździkami. Słońce, przeświecając przez niebieskie i czerwone szaty świętego, rozjaśniało złociste włosy Hrabianki i rzucało na podłogę cudowne plamy delikatnych kolorów, ogrzewając kamienną podłogę, chociaż na korytarzu wciąż było dość zimno.
Stary służący hrabiego, Müffert, pojawił się w zdezelowanych drzwiach za Grittą, trzymając w rękach miskę z parującą owsianką. Stanął, patrząc na dziewczynkę.
Kwiat w rozkwicie
Serce pełne dobra
– Czy ona też ma tak zwiędnąć w tych zmurszałych ścianach, jak jej biedna matka? – mamrotał Müffert do siebie. – Niechby już pan hrabia przestał dziwaczyć przy budowie swojej maszyny. Młodzi powinni przebywać z młodymi.
* * *
Obrazek, który ilustruje powyższy fragment pochodzi z serii kilkunastu rysowanych przez nastoletnią Giselę i jej przyszłego męża, Hermana Grimma, do planowanego na rok 1845 wydania książki, które jednak nie doszło do skutku.
Mamy tu początek baśniowej powieści (jej oryginalny, niemiecki tytuł brzmi: Das Leben der Hochgräfin Gritta von Rattenzuhausbeiuns, zaś w angielskim tłumaczeniu: The life of High Countess Gritta von Ratsinourhouse), napisanej około roku 1840 przez dwie autorki, córkę i matkę, a wydanej po raz pierwszy, ale z niepełnego rękopisu, dopiero w roku 1925. Po szczęśliwym odnalezieniu całości manuskryptu opublikowano książkę w pełnej wersji – to znaczy z zakończeniem – w roku 1986.
Zakończenie znaleziono w archiwach w Marsburg, w zachodnich Niemczech, a książkę wydano z obrazkami. W tak zwanym wówczas DDR, czyli we wschodniej części Niemiec, dwa lata wcześniej nakręcono fabularny film na podstawie "Gritty". Twórcy filmu, jak widać wyraźnie, nie wiedzieli jeszcze, jak baśń się skończyła i w ostatnich kadrach fabuła pozostaje w swoistym "zawieszeniu", gdy aktorka grająca Grittę mruga ku widzom z tajemniczym uśmiechem.
W Marsburgu znaleziono także zaginioną stronę tytułową rękopisu, a na niej jako autorka figurowała niejaka Marilla Fitchersvogel. Był to literacki pseudonim Giseli von Arnim. Od tej pory w pełnych, współczesnych wydaniach książka posiada dwie autorki – Giselę i Bettinę. Przedtem całość przypisywano Bettinie. Badanie rękopisów, porównywanie pisma jednej i drugiej pani przekonało badaczy, że fabułę wymyśliła córka, matka zaś głównie poprawiała tekst, choć może cokolwiek dopisała. Kiedy Gisela wymyślała i rejestrowała swoją powieść, miała czternaście lat. Kiedy miała dwadzieścia cztery lata, jej bajki (a raczej utwory Marilly F.) były już na tyle popularne, że domagała się od wydawcy zapłaty za druk. Czy swą młodzieńczą książkę próbowała publikować, a wydawcy odrzucali, czy też nigdy tego nie przedsięwzięła? – nie wiem; być może takie informacje istnieją.
Bettina i Gisela von Arnim
Jej Wysokość Hrabianka Gritta Szczurozamczyńska
cz. II.
Müffert rozejrzał się w popłochu, przestraszony, że go usłyszano, po czym kontynuował głośno: – No, dziecko, pośpiesz się i zanieś tę miskę swojemu ojcu.
– Juuż? – zapytała przeciągle hrabianka. Podniosła swe germańsko–stalowo–szare oczy i spod ciemnych rzęs i spojrzała z niepokojem na Müfferta przez przeniknięty słońcem obłok pary, unoszącej się nad płaską misy gorącego kleiku.
– Och, wolałbym, żeby ta doba migiem przeleciała, bo dzisiaj moja kolej!
Hrabianka wzięła miskę, która przy bliższym oglądzie okazała się poobijaną w bojach tarczą rycerską, na której rdzewiejąca, wygrawerowana róża nosiła ślady walki. Czy nasz odważny Hrabia kiedykolwiek pomyślał, że jego tarcza będzie używana w tak mizernej potrzebie? Gritta szła powoli, stąpając cicho po korytarzach i coraz wyraźniej słyszała stukoty młotków i wirowania wierteł. Podeszła do drzwi ozdobionych płaskorzeźbami smoków i masek. Dodawszy sobie odwagi, pociągnęła ciężki żelazny zatrzask.
Dębowe drzwi wiodły do pomieszczenia, w którym były dwa pozostałe w zamku oszklone okna. Młotki, szczypce duże i małe oraz wszelkiego rodzaju dziwne narzędzia wisiały na szarych ścianach lub zwisały na sznurkach z sufitu. Pod ścianami leżały stare manuskrypty, mechanizmy zegarowe i rupiecie pokryte pajęczynami, nadżarte przez robactwo. Centralnym elementem był baldachim łóżka z białego jedwabiu, na którym wyhaftowano scenę z Rajskiego Ogrodu, wyszytą jasnymi nićmi. Jabłka w raju wyróżniały się jasnoczerwonym kolorem, ale postacie Adama i Ewy, których hrabia używał jako cel, były całkiem podziurawione strzałami.
Hrabia spocony i z wściekłą miną trącał jakimś narzędziem niezwykłą maszynę, która wyglądała jak stare krzesło z wysokim oparciem. W odpowiedzi na jego poszturchiwania maszyna zdawała się rozciągać i wyginać, aż w końcu poduszka siedzenia odskoczyła do góry. Potem odskoczyła jeszcze raz, i znów, i znów, za każdym razem wywołując wyraz wielkiej satysfakcji na twarzy hrabiego. Wreszcie spojrzał z ukosa na Hrabiankę.
– Czy przyjdzie Müffert?
– Ojcze, kładę twoje jedzenie na krześle. – Położyła tacę na jedynym krześle w pokoju, a potem wzięła stojący w rogu stary dzban i postawiła go obok miski.
– Czy ja mogłabym dziś wzbić się za Müfferta? Jestem taka lekka – dodała, zbliżając się ze strachem do niego i maszyny.
– Nic z tego! – odpowiedział gniewnie hrabia, ściągając brwi. – Nic z tego! Müffert dziś skacze! Głupie gadanie! Głupie gadanie! – Rzucił jej gniewne spojrzenie, które sprawiło, że Gritta wybiegła za drzwi.
Mechaniki nauczył się Hrabia w młodości, ale nie z własnego zamiłowania, lecz by kontynuować tradycję rodzinną. Jego pra-pra-pra-pradziadek, ponieważ był poczwórnym pra-, znał się doskonale na mechanizmach i działaniu starych zegarów i innych maszyn. Został on mianowany Hrabią Dobroszczurskim, gdy z pomocą swojej maszyny wyleczył rany Piotra Pierwszego, którego rodzina została wygnana przez Deratyzatora Dworskiej Spiżarni i pozbawiona wszelkich praw z powodu mnóstwa wygryzionych dziur oraz po wykryciu spisku Wyjadaczy Cukru. Gdy umarł ostatni potomek Deratyzatora Dworskiej Spiżarni, szczury znów zadomowiły się w pałacu na dobre tak, że kiedy młody Hrabia powrócił ze studenckich wojaży, by rządzić posiadłością, zastał stary zamek całkowicie zamieszkały przez szczury, roszczące sobie doń prawa. Wtedy postanowił przyjąć nazwisko Hrabiego Szczurozamczyńskiego.
Od tej chwili kurtyna zapadła na jego dalsze dzieje. Wiadomo, że ożenił się z Hrabiną Myszouszną, że mieszkał z nią w starym zamku i że z pasją pracował tam za zamkniętymi drzwiami i nawet jego stara służąca nie wiedziała nic więcej, prócz tego, że gromadził księgi i narzędzia. Pewnego ranka stanął w drzwiach Muffert i oznajmił, że zapasy prosa, którymi karmili się do tej pory, skończyły się. Hrabia, kontynuując dzieło swego mistrza, zrobił maszynę zbierającą proso dla mieszkającego w pobliżu bogatego rolnika, który obiecał mu część plonów. Dzięki tej maszynie zdobył sławę.
* * *
Bettina z domu Brentano była żoną Achima von Arnim. Można znaleźć na tym blogu jego fantazyjną powieść "Izabella z Egiptu", którą tu bodaj pierwszy raz po polsku prezentowałem (nie jest to czyste tłumaczenie z oryginału, ale nieco skrócona jego wersja, współcześnie opowiedziana). Nie zachwyciły mnie zbytnio inne opowieści Achima, za to historia zapomnianej książki jego żony i córki wydała mi się ciekawsza niż dokonania pana domu. Bettina i Gisela są dziś na tapecie studiów feministycznych, zaś Arnim zapomniany prawie zupełnie i jak sądzę – sprawiedliwie. Napisałem "pan domu", ale to nie całkiem prawda, ich małżeństwo nie można nazwać nieudanym, ale przebiegało ono nie pod jego dyktatem. Taki obrót spraw nie był czymś oczywistym na początku XIX wieku.
Bettina pochodziła z wielodzietnego domu. Jej matka miała siedemnaście lat, gdy wydano ją za wdowca, kupca włoskiego, który w tym czasie miał już pięcioro dzieci. Pani Maximiliana z domu La Roche urodziła dwanaścioro dzieci w ciągu dwudziestu lat tego małżeństwa. Jak łatwo obliczyć, była pełne 9 lat, co do dnia, w ciąży. Umarła bidulka, dożywszy ledwie 37 lat.
Jej córka, Bettina, nie wyszła tak młodo za mąż; była jak na owe czasy starą panną, gdy w wieku 26 lat poślubiła Achima, który zbliżał się do trzydziestki. Mówiono o nich, że są "podstarzałą parką". Historycy powiadają, że poznali się dzięki jej bratu, Klemensowi Brentano, który był wcale uznanym poetą i, podobnie jak Achim, przyjacielem braci Grimm. Co do zapełniania pokoi dziecięcych zaczęło się prawie tak samo, jak z matką. Po sześciu pierwszych latach Achim i Bettina mieli już pięcioro dzieci i nie wiadomo, czy nie sprzyjały ich poczęciu coroczne powroty małżonki do pałacu Wiepersdorf z mieszkania w Berlinie, które wynajęła już w trzecim roku małżeństwa. Chyba to się nie zdarzało w Berlinie, bo Achim miał do pokonania prawie 100 kilometrów, a wówczas podróż taka trwała dwa dni. Przez trzy lata udawało się Bettinie unikać ciąży, a po szóstej, przez sześć lat do roku 1827 rodzina się nie powiększyła. Bettina wyznała kiedyś, że w ciążę z ostatnim dzieckiem, czyli z Giselą, zaszła "pomimo tego, że byli ostrożni". Ona zatem nie miała zamiaru wcześnie zakończyć żywota, jako maszynka do rodzenia, niczym jej własna matka i mnóstwo innych kobiet. Achim umarł cztery lata później, w 1831, a Bettina przeżyła go o dwadzieścia osiem. Mała Gisela pamiętała ojca jak przez mgłę.
Zapewne głową rodziny nie był zbyt tęgą. Żona zarządzała wytworem produktów na rolniczej posiadłości i ich zbytem na berlińskim rynku, a zarazem prowadziła dom pełen dzieciarni. Pisała do męża, że traci czas, próbując być menadżerem gospodarstwa i zaniedbuje swój talent literacki. Co oznacza, że ani gospodarz z niego był dobry, ani pisarz. Powiadają biografowie, że wdawał się w szemrane towarzystwa polityczne, zatrącające antysemityzmem. Bettina natomiast była osobą zorientowaną społecznie całkiem odmiennie, zwłaszcza po jego śmierci, i do dziś pozostaje wzorem dla pań zatroskanych o byt klas niższych, o edukację i pozycję kobiet, również dla tych, co walczą z autorytaryzmem władzy. Po zatargu z pruskimi cenzorami została skazana na trzy miesiące więzienia i tylko dzięki zakulisowym działaniom przyjaciół nie odbyła kary, bo sama gotowa była całość odsiedzieć.
Bettina i Gisela von Arnim
Jej Wysokość Hrabianka Gritta Szczurozamczyńska
cz. III.
Mniej więcej w tym czasie Jego Królewska Mość napisał do kilku firm zajmujących się budową maszyn w królestwie, prosząc o wykonanie maszyny ratunkowej i obiecując, że najlepszy producent otrzyma order Królewskiego Zakonu Maszyn Pierwszej Klasy. Hrabia, który również dostał tę wiadomość, rozpoczął pracę nad taką maszyną; trudził się od dłuższego czasu i wciąż nie ukończył pracy. A ponieważ nikomu innemu nie udało się jeszcze wyprodukować maszyny ratunkowej, monarcha nadal siedział na tronie, drżąc ze strachu.
Przez ten czas Hrabia Szczurozamczyński został ojcem, jego żona umarła, pomysły przychodziły i odchodziły, wokół zamku szalały zimowe wiatry, rozkwitały wiosny, jesienie obdzierały drzewa z liści, śniegi ozdabiały wieże i mury obronne zamku, a mała Gritta rzadko wystawiała zmarznięty nos przez okno. Często hrabia spędzał cały dzień na wypróbowywaniu nowego pomysłu, który wykoncypował po całonocnym badaniu bardzo mistycznych książek. "Dlatego jest prawdopodobnie mądrzejszy od innych ludzi" – wyjaśniał Müffert.
Stary służący wszedł do pokoju z bolesnym wyrazem twarzy. Od roku musiał co drugi dzień zmieniać się z Grittą w maszynie ratunkowej. Hrabianka była zbyt lekka, toteż maszyna podrzucała ją za wysoko i spadając dziewczynka uderzała łokciami w oparcia siedziska, więc zwykle wychodziła z próby z kilkoma czarnymi i niebieskimi siniakami. Za to Müffert zawsze doświadczał twardego lądowania i za każdym razem spodziewał się, że nadchodzi koniec życia.
Każdego dnia sprężyna maszyny była coraz bardziej nakręcana, a właściwym zadaniem urządzenia było, po delikatnym naciśnięciu gałki w chwili zagrożenia, wyrzucenie siedzącego w górę. Hrabia przez rok dokonywał ulepszeń, aby podrzucony pasażer, osiągając właściwą trajektorię, nie doznał obrażeń. Ktokolwiek i cokolwiek, człowiek czy zwierzę, znajdujące się w pobliżu wymagającego wynalazcy, musiało przetestować jego maszynę.
Tego dnia sprężyna została nakręcona mocniej niż kiedykolwiek. Hrabia cofnął się daleko. Müffert usiadł w fotelu, nabrał odwagi, ile tylko mógł, przycisnął gałkę, i momentalnie wzbił się w powietrze po czym... zawisł na długim drągu wystającym ze ściany. Był to metalowy drąg, pięknie rzeźbiony i inkrustowany figurami z brązu, który prawdopodobnie służył dawniej do zawieszania oświetlenia. Teraz jednak zwisał z niego tylko długi lep na muchy, a Müffert dołączył do bzyczącej i brzęczącej kompanii. Wskoczywszy na drąg, Müffert usiadł na nim okrakiem, spoglądając z niepokojem z wysokości na przestrzeń, po której zwykle latał szerokim łukiem. Hrabia patrzył na niego szeroko otwartymi oczami.
– Kuno Gebhardt Müffert! Wyglądasz jak lampa, wisząc w ten sposób, – krzyknął ze złością. – Chodź, dziecinko, córeczko swego taty, dziś maszyna działa prawidłowo. – Podniósł małą Grittę i posadził na siedzisko maszyny. – No, dobrze, – powiedział, – potem zmniejszę trochę napięcie sprężyny. – Ojcze, – zawołał Gritta,– teraz jest o wiele mocniej, niż zawsze. – Nonsens – warknął hrabia.
Mała Gritta chwyciła mocno gałkę, nacisnęła i poleciała w górę. Zaniepokojona widokiem nóg biednego Müfferta, kołyszącego się bezpośrednio nad nią, odchyliła się w locie, złapała się jego nóg i w takim zawieszeniu została. – Ajajaj! – wrzasnął jej ojciec z irytacją. – Czy to moje dziecko, moja własna córka zawisła tam?
Müffert podciągnął przestraszoną i drżącą dziewczynkę, pomagając jej wejść do małej niszy w ścianie i siąść obok niego pod starym, zniszczonym obrazem Matki Boskiej. Na dole jej ojciec szalał. Gritta nie mogła zeskoczyć, nie łamiąc karku, — uświadomił sobie. Rozzłoszczony sięgnął po miskę z kaszą. – Kiedy zejdziesz na dół, – krzyczał dalej, – posmakujesz rózgi! Na drzewie naszych przodków, rosnącym na dziedzińcu, wystarczy jeszcze witek na rózgę do wpompowania żwawszej krwi w zajęcze serce strachliwej pannicy!
Jedna łyżka owsianki za drugą znikała w wykrzywionych złością ustach hrabiego, gdy zastanawiał się, jak sprowadzić oboje na dół. Kiedy skończył jeść, poszedł po kawałek drewna lub czegokolwiek do zrobienia drabiny. Ale Müffert wiedział, że wszystko w zamku zostało już spalone minionej zimy z powodu strasznych mrozów.
* * *
Po śmierci męża Bettina postanowiła sama zabłysnąć na niwie literackiej i wydała w 1835 roku książkę o swej dziewczęcej korespondencji z mistrzem, geniuszem owych czasów, Johannem Goethem. Rzecz była dość skandaliczna, lecz o tyle bezpieczna, że Goethe zmarł trzy lata wcześniej. Przypuszczano, że wszystko zmyśliła, ale parędziesiąt lat później znaleziono ponoć listy Goethego do niej. Przyjęto zatem, że owszem bardzo wiele zmyśliła, ale nie wszystko. Bezapelacyjnie natomiast jest faktem, że we wczesnej młodości Bettina miała solidnego hopla na punkcie poety. O tych hoplach i również skandalach napisał Milan Kundera powieść Nieśmiertelność. Bettina istnieje w historii literatury znacznie wyraźniej niż jej mąż, choć rzecz jasna, nie na takiej pozycji, jak mistrz na którym zawadiacko zrobiła sobie nazwisko. Sprytnie też nie działała straceńczo w samotności, bo zwierzyła się z pomysłu księciu Hermannowi von Pückler-Muskau i zyskała jego cichy protektorat.
Bez wątpienia te podpatrzone u mamy szelmostwo i odwaga dały Giseli śmiałość domagania się, gdy publikowano jej bajki, zapłaty takiej samej, jaką oferowano Andersenowi. Gisela dorastała jako tak zwane cudowne dziecko, na dodatek przez matkę rozpieszczane. Do szkoły chodzić nie chciała, uczyły ją pisania, arytmetyki i geografii jej siostry. Szekspira z domowej biblioteki przeczytała, gdy miała siedem lat. Jej rękopis o Hrabiance Szczurozamczyńskiej Bettina obficie poprawiała ołówkiem, uznając rzecz za wartą fatygi, ale jako autorkę pozostawiła pseudonim literacki córki, swojego nazwiska nie dopisując; współczesną podwójność autorek zrobili wydawcy.
Ale mimo wczesnych sukcesów na "cudownym dziecku" się skończyło. Od momentu małżeństwa, zaraz po śmierci matki, o życiu Giseli nie sposób znaleźć wiadomości. Jest właściwie osobnym tematem na powieść życie Giseli z Hermanem Grimm, gdyż było to małżeństwo dziecięcych przyjaciół i albo osoba męża absorbowała ją zupełnie, albo to ona była cichym wspólnikiem i może kimś więcej w tytanicznych wręcz osiągnięciach naukowych, publikatorskich Hermana.
Ktoś, kto fascynował Giselę od dzieciństwa, nie był, oczywiście, byle kim. Oboje wzrastali w znaczących kręgach intelektualnych, on – jakkolwiek to brzmi – był synem i siostrzeńcem Braci Grimm. Zajmował się tytanami sztuki i literatury – Goethem, Szekspirem, Dürerem, Michałem Aniołem, Dantem, Rafaelem. Uważa się go za pioniera teorii recepcji dzieła sztuki, mimo że w swych pismach zaledwie użył tego sformułowania, głębiej koncepcji nie rozwijając. I tu upatrywałbym rękę Giseli. Podobnie w pomyśle ilustrowania dzieł o sztuce ich fotograficznymi reprodukcjami.
Dodanie do trzeciego (1896) wydania pracy o Rafaelu osobnego rozdziału pt. "Historia odbioru dzieła sztuki" wynikła, jak sądzę, co najmniej z rozmów z żoną o książce i o sztuce w ogóle. A może to coś więcej – czyli potajemnie dołączony esej Giseli. Jeśliby to było ze strony profesora uhonorowanie pamięci żony, nie żyjącej już wtedy od siedmiu lat, rzecz staje się i odkrywcza i prawdziwie romantyczna. W czasie jednej z ich podróży po Włoszech umarła w 1889 roku we Florencji.


