W diablej karczmie siedział zadumany homerowo poeta.
Nieczytelnymi maziajami zakończył mu się dygresyjny poemat w trakcie pisania 69 pieśni –
"Jeżeli znajdziesz list, być może język,
w którym pisałem słowa, będzie martwy,
lecz przecież wierzę, że tak jak ja łakniesz
sprawiedliwości, miłości i prawdy,
więc piszę to dla ciebie [nieczytelne]."
– a miał chyba jeszcze pisać o niepewnej ilości lat w które przeciągnie się wojna trojańska za miedzą, bo już minęło przepisowych dziesięć, albo o tajemniczej arce przymierza o kryptonimie "Прекрасная Елена" porwanej i ukrytej w Kijowie, albo o śmierdzącej zdradą sprawie konia trojańskiego za oceanem – albo wcale nie o takich epopejach, tylko o kimś, ale o kim? "Mam w pokoju wszystko, co potrzebne do poezji" – duma poeta, no to po co się przywlókł do diablej karczmy.
Z jakiegoś powodu (może z nadmiaru?) zaraz tu wybuchnie awantura poetycka, a lokal i tak już ledwie się trzyma w kupie jakiej takiej, bo wciąż jedzą, piją, lulki palą, tańce, hulanka swawola. Różycki siadł w końcu stoła... Przed nim przy kuflu poemat w rękopisie, a tam śmieszy, tumani, przestrasza wers za wersem. W karczmie pod szyldem "Hulanki & Swawole" usiadł i nie dbając o karczmarski copy right, tytuł dla książeczki podkradł diabłom z szyldu.
Poemat poprzetykany jest dygresjami o wojnie, o zabijaniu i o życiu, o Bogu kaszlącym i słabym ("Jesień już, a Bóg nadal majsterkuje świat w szopie"), o dawniej i dziś, o diable i cokolwiek o pisaniu poezji, a wśród rozmaitych dygresji kilkanaście dotyczy wprost lub dookoła nimfy Kalipso. Sadowią się między strofami jak monotemat, jak największy koralik w biżuterii poematu. Kalipso to panna homerowa, panna odysowa – panna-nie-panna, pisz pan nimfa, boginka. Wokół szopy krąży diabeł karczemny, bo gdy Bogu nie wychodzi, on ma zamiar krogulczy paznokieć wkludzić. Rozumie się, że gdy nie podoła – babę pośle. Ten sam sposób jest i na niego – pan poeta ma na diabła pannę-nimfę Kalipso.
Było jej zadaniem fabularnym w "Odysei" zatrzymać Odysa w powrocie z wojny trojańskiej na Itakę; internować go miłośnie na swojej wyspie przez siedem lat. A teraz różnie by opowiadać o jej misji w poetycko-diablej karczmie, o roli na tej scenie – może ona ma Bogu pomóc, może diabłu przeszkodzić, może ma być poecie siedmioroczną muzą...? Jej postać, figurę, swoistość i rewelację wyczytuje się w tomiku pt. "Hulanki & Swawole" przed wszystkim innym. Nawet przed tematem szatańsko wciąż aktualnym, czyli przed wiadomą wojną za miedzą, za drogą, za oknami karczmy "H&S".
Wiadomo, jak długo Odys nie był z Penelopą – 20 lat – ale nie ile z nią był (zanim zamusztrowano go na dziesięć lat pod Troję). W błędnej żegludze do domu u czarodziejki Kirke spędził rok. Księżniczka Nauzykaa wzdychała do niego przez trzy do pięciu dni – a u Kalipso przesiedział siedem lat. Odyseja Odysa to nie drugie po "Iliadzie" dziesięć lat, lecz raptem niecałe dwa lata wędrówki – z tego czasu (podejrzanie wybiórczo) sam Odys uplótł opowieść, a Homer poemat. Chyba, że Homerowy oryginał zawierał więcej pieśni o siedmioletnim "kalipsowaniu", a rzecz nam znana to cenzorski wytwór lustratora poetów, niejakiego Pizystrata. Zatem Różycki z kilkunastoma w tomiku wierszami o Kalipso tę lukę zamierzył wypełnić po latach... ...i tu nie wiadomo, ile wstawić: 2600 – od Pizystrata? 103 – od ballady Mickiewicza? 11 – od początku wojny w Ukrainie?
° ° °
Taka oto dygresja z siódmego wiersza: "Nie mam dobrego zdania o miłości" – co na rozum oznacza: nie zdołałem napisać dobrego zdania o miłości, albo: moja opinia o miłości nie jest nazbyt pozytywna. W całości wiersza chodzi zarazem o znaczenie pierwsze (większa połowa), jak i o drugie (mniejsza połowa);
Zeszyt ćwiczeń
Nie mam dobrego zdania o miłości.
W zeszycie ćwiczeń szukam wciąż lepszego.
To jest otwarty dla gości szkicownik,
w którym siada trzmiel i wystygły popiół
spadły ze skrzydeł wędrujących ptaków.
Jak niepiśmienne dziecko, które kreśli
nad przegubami z pomocą żyletki
kolejny rozdział swej nowej powieści,
jest. Wciąż nie mam dobrego o niej zdania.
Jak matka natura jest - daje sygnał
wiśniom, by kwitły, i zaraz przysyła
wściekły wiatr, żeby jej narwał kwiatków,
a tuż potem deszcz - jak stara wariatka,
opłukać ciała, opłakać mogiły.
Bogini Atena również nie miała dobrej opinii o miłości, a konkretnie o miłości Kalipso do wędrowca Odysa. Wkraczamy w mit, choć nie wiadomo na ile wychodzimy z poetyckiej książki Różyckiego. Atena urządziła awanturę na Olimpie, a przynajmniej larum, że oto Odys na wyspie Ogygia u Kalipso rozpacza, żałośliwie szlochając i teskniąc za Itaką, a nimfa go siłą trzyma przy sobie.
Awantura, jaką Atena zrobiła Zeusowi wynikła z dwóch powodów i nie zgadniemy, który z nich ważniejszy. Otóż albo z racji boskiej względności czasu nieśmiertelna Atena nie spostrzegła, że minęło Odysowi w rozpaczy siedem (chudych) ludzkich lat, albo serce jej nagle zmiękło, gdy Odys zaczął niespodziewanie kwękać po siedmiu (tłustych) latach niekwękania. Atrakcji Odysowi na Ogygii nie brakowało – nimfa urodziwa nad podziw, wiecznie młoda, wyżywienie tutaj boskie, obowiązków żadnych, wyspa malownicza, pachnąca kwieciem i cedrowym paleniskiem, tutaj spokój melodyjnie kojący, a pani z Raju skłonna do uciech miłosnych ponoć każdej nocy (choć może w wersji przedpizystratowej - nieustannie).
Nimfa, nieprzytomnie zakochana w Odysie nie wzięła pod uwagę, że heros ów jest istotą marudną oraz towarzyską. A może za późno zaoferowała mu nieśmiertelność, bo dopiero wtedy, gdy miał jej raju powyżej uszu, gdy jęczał i szlochał za zwykłym życiem śmiertelnego króla na Itace i za – nie tak piękną jak Kalipso – Penelopą. Na rzecz zwykłości człowieczej Odys wzgardził ofertą ostatniej godziny.
Nie wiemy, czy Homer znał (autorzy Biblii znali) opowieść o herosie Gilgameszu, który choć miał, podobnie jak Odys, boskich przodków i też nie był zwykłym człowiekiem to przecież podlegał zwykłej ludzkiej śmiertelności, ale tej się właśnie chciał wyzbyć. W poszukiwaniu nieśmiertelności odbył niezgorszą od Odysa gilgameję.
Być może Homer znał gilgameję jako starą Wschodnią bajdę i wbrew niej wspólczesny, bardziej ludzki poemat zamierzył na Zachodzie śpiewać. W tym ludzki bardziej, że nieśmiertelność ani nam osiągalna, ani potrzebna.
° ° °
Po interpelacji Ateny Zeus wysłał na Ogygię Hermesa z rozkazem dla Kalipso, żeby czym prędzej pomogła Odysowi zbudować wielką tratwę i nie zatrzymywała go, gdy odpłynie. Kalipso nie była zachwycona, posmutniała, wściekla się nawet, podejrzewając, że tu idzie o boskobabską zazdrość Ateny, ale nie śmiała sprzeciwić się Zeusowi. Nic kochankowi nie powiedziała o wizycie Hermesa i Odys długo nie wiedział, że nie zdarzyła mu się serdeczna życzliwość zakochanej boginki. Zachował miłe wspomnienia, które potem zwątliło wyznanie Ateny, że to jednak jej zawdzięcza koniec rajskiego przesytu (tak, przesytu, nie mówmy, do licha, o siedmioletniej udręce).
Jak Odys jest nam bardziej ludzki od Gilgamesza, tak Kalipso u Różyckiego jest zimno realistyczna wobec homerowej. Zjawia się w wierszu szóstym, jeszcze nie nazwana po imieniu, ale to ona. "Tylko się nie zakochuj, naiwniaku" – mówi do faceta. Nie wiemy, czy ten facet to Odys, czy Pan Różycki w karczmie, czy może Pan Twardowski, czy jakiś wspólny im trzem poetycki kolega, potrójny ich klon – sobowtrój. Pewne, że od razu wiemy, że tu się nie będzie produkować opowiastki z serii "ach, jak one się we mnie bez pamięci i na zabój kochały!"
Ta panna zimna co wiersz kolejny razi go inwokacyjnie swym zaklęciem. Z efektów, z zapisów wierszowanych w rękopisie przy kuflu, wynika, że przestrzegany facet uczestniczył przez to w szkole poetyckiej. Ów nakaz brzmi jak nauka. "Nie zakochuj się", mówi mu Kalipso, a on poetyzuje z rozbrajającą szczerością: "Jest jeszcze piękniejsza, gdy wyswobadza się nagle z sukienki." Zakochał się pan poeta, czy nie, to już jego sprawa, ale jedną piątą tomiku jej poświęcił. Co znaczy, że dobrze mu na talent zrobiła szkoła zimnej muzy. Muzy – bo może owa panna z zapisków karczemnych (w sensie miejsca, a nie grubiaństwa), jest też, jak tamta z Ogygii – nimfą, boginką, bezśmiertną nadkobietą. Czy on się tego domyśla, coś przypuszcza?
Ona mu mówi ("zapinając stanik") – "iluzją jestem, muzyką", a kiedy mu obiecuje: "Dam ci wino, dam chleb i tkaną koszulę i dam wiatr dobry, żebyś mógł pofrunąć." – to powtarza dokładnie, co Odysowi powiedziała homerowa Kalipso na odjezdne (na odpływne): "...dam chleba, wody, wina czerwonego do woli, żebyś miał czym głód odpędzić, i w szaty odzieję, i poślę za tobą wiatr, byś cało dojechał do ziemi ojczystej..." Więc? Ta z karczmy to ta z wyspy...
Poza pożegnaniem między nimfą Kalipso a Odysem nie ma w znanym nam eposie nic o tym, co się między nimi działo przez siedem lat, żadnych rozmów, żadnych przedsięwzięć, żadnego poranka, popołudnia, wieczoru – noce można zostawić w dyskrecji, choć ich było dwa i pół tysiąca. Wiadomo o Odysie, że gdy wylądował u Feaków w ostatnim etapie przygód potrojańskich, tuż przed powrotem na Itakę, niespodziewanie okazał się aojdą, czyli piewcą, poetą, nie gorszym niż na dworze feackiego króla zawodowiec Demodok. Przez cztery pieśni sam Odys, fabularnie biorąc, wyśpiewuje dworzanom do późna w nocy wszystkie swe przygody, które są esencją odysei.
Że miał taki talent przedtem – na wojnie, w podróżach – ani podejrzewać. Wygląda na to, że i Grek starożytny przeszedł przez szkołę poetycką nimfy Kalipso. W wojownika (czytaj: bandytę), w spryciarza (czytaj: oszusta), w podróżnika (czytaj: włóczęgę) wmontowała przez siedem lat opowiadacza-poetę, prawie artystę, konkurenta aojdów z Homerem włącznie. Jeśli zaś ujawniła się jako uwodzicielska muza, kusząca nauczycielka poezji, to przecież nie w wersji kastratora Pizystrata, ale w wersji poety Różyckiego.
Pizystrat urządzał Grecję wielką z powrotem jakieś dwieście lat po Homerze, a że za poetą przez dwa wieki śpiewano bógwico o przygodach Odysa to i wolne śpiewanie uwieńczeniem uwielczyli jego cenzorzy w hymny układne, w ochędożne heksametry i w 24 porządne Pieśni. Co wyrzucili, nie zachowało się w żadnych skrytkach. Nam znane cztery Pieśni śpiewa Odys Feakom; w nich nic o siedmiu latach z Kalipso poza pożegnaniem w ostatnie dni. Jeśli nie przemilcza, że noc rozstania spędził z nimfą (strasznie stęskniony za Penelopą!!!???), jak wszystkie noce poprzednie, to aby ją okrutną, rozwiązłą pogrążyć pizystracko w oczach słuchaczy.
Nie ma co dalej opisywać, streszczać wszystkich wierszy z poematu o Kalipso. Nie po to je poeta napisał. Wśród sześćdziesięciu dziewięciu jest ich trzynaście co najmniej. Z oczywistych powodów przytoczę tu tylko pierwsze trzy. Są one, rzecz jasna, sztucznie wyrwane z pełnej treści tomiku. Pewnie wolno mi tomik, lub tylko poemat o Kalipso wypożyczać w prywatnych przesyłkach. Na tym poprzestanę. Jest to Pieśń niosąca klęskę wszelkim pizystrackim ulepszaniom poezji. Późno, bo późno, ale jest. Odtajniona. Ujawniona. Odtworzona. Czasy nasze, także trojańskie, jak te Odysowe, przydają jej splendor autentyku.
Spinka
Tylko się nie zakochuj, mówi ona,
upinając włosy, w ustach ma spinkę -
bo i tak wszystko stracisz, będziesz cierpieć,
nie zakochuj się teraz, naiwniaku.
Stoi na tle okna, z którego w spazmach
płynie falami białe światło świata,
w każdej jest milion dusz jak milion głosów,
pszczół wracających z zapachem tymianku,
i ławice planktonu, które gasną
jak oddech lata na plaży, sól gwiazdy
w oku Jońskiego Morza, bańka piany,
pękająca na wardze. Możesz wracać,
prom jest wieczorem i zanim odpłynie,
dwakroć zawoła cię głosem Syreny.
(na stronie 10)
Maj, zakwita step
Tylko się nie zakochuj, mówi, pamiętaj,
zostawiłam ci w sercu maleńką osę śmierci,
aktywuje ją poruszenie. Dni są jak autostrada,
jak zarosłe lotnisko. Oto ciało poezji, do połowy
zanurzone w czasie, do połowy w wodzie,
torturowane, wrzucone do studzienki
kanalizacyjnej. Oto język poezji: słowo chce
wypowiedzieć to, co jest. To, co jest, chce
wypowiedzieć słowo. Gnie się metalowe niebo.
Matce powiedzieli: oto ciało pani syna,
zbieraliśmy części w jarach przy zaporze,
ale nic nie układa się w całość. Oto zegarek
na rękę, lecz bez ręki, bez wskazówek,
i słychać jeszcze szmer owadziego serca.
(na stronie 14)
Nikt nie wie
Tylko się nie zakochuj teraz, głupcze,
przecież wiesz dobrze, jak to się zakończy,
mówi Kalipso, zapinając stanik.
Chłopcy skaczący do wody, niebieska
vespa oparta o kwietnik, espresso
na tarasie, schodzenie po stopniach
do krystalicznej wody, pomarańcza
na kamiennym blacie, dotyk i uśmiech
przyjaciela, wszystko to zginie, głupcze.
Nikt nie pamięta, ile monet bólu
wrzucasz między wersy wiersza, nikt nie wie,
kim była ta madonna na portrecie,
mówi Kalipso. I ja też iluzją
jestem, muzyką, gwizdem twego czasu.
(na stronie 22)
I strofy extra, jeszcze więcej wyjaśniające:
Kalipso
Nie chciałem tu zostawać, lecz przyszła noc
i szybko zrobiła swoje. A hotel
nazywał się Kalipso. Nim zasnąłem,
dziewczyna z recepcji przyniosła mi koc
i tym sposobem zostałem siedem lat.
I nie, to nie jest tak, żebym tylko tu spał,
bo czasem budziłem się i z ogrodu
wchodziłem wprost do migoczącej wody.
Spały cykady, była pora świerszczy
i zanurzałem się w siebie, w płynny księżyc,
i sowa odmierzała z cienia cedrów
każdą minutę swym pohukiwaniem
na znak, że każda jest niepowtarzalna.
Nie sen, a przedłużone pożegnanie.
(na stronie 33)
(na stronie 4)

