środa, 27 sierpnia 2025

SELMA LAGERLÖF. Legenda o różach wigilijnych.


Ta ilustracja i pozostałe - z filmu Helen Bendix (YT 2021)


SELMA LAGERLÖF.


Legenda o różach wigilijnych.*


Ze szwedzkiego przełożył Konstanty Bukowski (1912)

 


Żona rozbójnika, mieszkającego w jaskini, w lesie Göinge, wybrała się pewnego dnia na żebraninę po okolicy. Sam rozbójnik, wyklęty przez Arcybiskupa, nigdy nie opuszczał lasu, lecz zadowalał się czatowaniem przy drogach na podróżnych, którzy się odważyli w obręb lasu wkroczyć. Ale w owych czasach mało podróżowano w Skanii**. Jeżeli się zdarzyło, że człek ten w ciągu kilku tygodni nie miał na polowaniach szczęścia, żona jego udawała się na wędrówkę po ludziach. Towarzyszyć jej zwykło pięcioro dzieci, w podartych ubraniach, w łapciach, z torbami na plecach. Gdy żona rozbójnika przekroczyła próg jakiej chaty, nikt nie odważał się odmawiać jej czego żądała: wiedziano, że w przeciwnym razie powróci nazajutrz i podpali domostwo. Toteż obawiano się baby i jej dzieci więcej niż wilków.


* Róża wigilijna, po niemiecku Christrose, roślina z rodziny zawilców (anemony), kwitnie około Bożego Narodzenia.

** Prowincja w południowej Szwecji.



 

Wędrując tak od chaty do chaty, przybyła do Oeved, gdzie w owe czasy znajdował się klasztor. Zadzwoniła do furty klasztornej i zażądała strawy: furtian odsunął okienko w bramie i podał sześć bułek — jedną dla niej i po jednej dla każdego z dzieci

Tymczasem dzieci żebraczki rozpierzchły się dokoła. Jedno z nich niebawem powróciło do stojącej przy bramie matki, oznajmiło, że coś ciekawego znalazło i pociągnęło ją za suknię, prowadząc za sobą.

Klasztor otoczony był zewsząd dużym, mocnym murem, ale dzieciak odnalazł uchylone drzwiczki, ukryte z tyłu. Skoro je żona rozbójnika ujrzała, otworzyła na oścież i weszła, nie pytając nikogo o pozwolenie, według swego zwyczaju.

 



 

Klasztorem w Oeved zarządzał przeor Hans, który znał się na ziołach. Poza murami klasztornymi założył on plantację ziół, i tam właśnie żona rozbójnika wtargnęła.

Zobaczywszy ogród baba tak osłupiała, że stanęła jak wryta u wejścia. W połowie lata ogród przeora posiadał tyle różnobarwnych kwiatów, że od patrzenia na nie aż oczy bolały.

W ogrodzie zajęły był pieleniem jeden z braciszków. On to pozostawił furtkę niedomkniętą, aby móc przez nią powyrzucać wyrwane zielsko i chwasty. Gdy zobaczył wchodzącą do ogrodu żonę rozbójnika z pięciorgiem dzieci, podbiegł ku nim i rozkazał, aby natychmiast wyszli. Ale żebraczka zdawała się słów jego nie słyszeć i szła wprost przed siebie, rzucając ciekawe spojrzenia na prawo i lewo.

Braciszek myślał, że go nie zrozumiała; chciał ją ująć za ramię, by skłonić do odwrotu, ale skoro żona rozbójnika zmiarkowała, o co mu chodziło obrzuciła go takiem spojrzeniem, że się cofnął o kilka kroków. Baba, zgarbiona pod ciężarem torby żebraczej, teraz się wyprostowała i rzekła:

– Jestem żoną rozbójnika w Göinge; jeżeli masz odwagę, to mnie dotknij.

I widocznym było, że gdy wymawiała te słowa, była przekonana, iż braciszek ją pozostawi w spokoju.

Ałe braciszek, choć wiedział z kim ma do czynienia, nie dal za wygraną, przybrał jednak ton łagodniejszy: – Trzeba ci wiedzieć, że tu jest klasztor, dokąd żadna kobieta nie ma prawa wstępu.

Słowa te na żonie rozbójnika nie zrobiły wrażenia. W dalszym ciągu kroczyła wśród kwiatów, przyglądając im się uważnie. Zrozpaczony braciszek widział się zmuszonym skoczyć do klasztoru po pomoc. Powrócił wkrótce z dwoma silnymi mnichami. Żona rozbójnika zrozumiała, że to nie żarty.

Stanęła na ścieżce z rozłożonymi rękami i jęła z całej siły wołać, że jeżeli nie pozwolą pozostać w ogrodzie tak długo, jak zechce, sprowadzi szereg nieszczęść na klasztor. Mnisi byli jednak niewzruszeni, za wszelką cenę postanowili pozbyć się jej z ogrodu. Wtedy żona rozbójnika z wrzaskiem rzuciła się na nich, zaczęła kopać i kąsać, w czym jej skwapliwie dopomagały dzieci. Mnisi pojęli, że sami nie dadzą sobie rady, i udali się do klasztoru po posiłki.

W przejściu, dzielącym ogród od klasztoru, spotkali przeora Hansa, który, usłyszawszy zgiełk, pospieszył do ogrodu; musieli wyjaśnić mu całą prawdę.

Przeor udzielił im nagany i polecił obu mnichom by powrócili do swych zajęć, a choć był już w podeszłym wieku, jedynie w towarzystwie braciszka udał się do ogrodu,

Żona rozbójnika przechadzała się tam wśród kwiatów z taką miną, jak gdyby poznawała w nich starych znajomych. Do niektórych uśmiechała się, na widok innych kiwała głową.

Przeor kochał swój ogród tak, jak tylko można kochać coś ziemskiego, Podszedł do niej i zapytał czy ogród się jej podoba. Żona rozbójnika odparła:

— Najpierw zdawało mi się, że nigdy dotąd nie widziałam piękniejszego ogrodu, ale teraz wiem, że ani go porównać z tym, który widuję co roku.


Nie spodziewał się takiej odpowiedzi siwy przeor; gdy usłyszał, że żona rozbójnika widziała ładniejszy ogród, zwiędłą jego twarz pokrył rumieniec.

Braciszek, stojący obok, zaczął natychmiast upominać żonę rozbójnika.

— Nie pragnę robić przykrości ani przeorowi, ani tobie — odparła żona rozbójnika — mówię tylko, że gdybyście ujrzeli ogród, który mam na myśli, to byście powyrywali stąd wszystkie kwiaty i wyrzucili jak zielsko.

Usłyszawszy te słowa, braciszek parsknął głośnym śmiechem.

Żona rozbójnika poczerwieniała ze złości i zawołała:

— Wy mnisi, święci ludzie, winniście wiedzieć, że las Göinge , w każdą noc wigilijną, dla uczczenia narodzin Chrystusa Pana. zamienia się we wspaniały ogród, pełen słońca i kwiatów. My, mieszkańcy lasu, oglądamy ten cud co roku, oglądamy tak piękne kwiaty, że nie śmiemy ręki nawet podnieść by je zerwać

Braciszek chciał coś na to odpowiedzieć, ale przeor dał mu do zrozumienia, aby milczał. Będąc dzieckiem, słyszał bowiem, że las w noc wigilijną przywdziewa szaty uroczyste. Wzdychał nieraz do tych cudów, ale nigdy mu się nie udało ich ujrzeć. Zaczął tedy żonę rozbójnika zaklinać na wszystko, aby mu pozwoliła przybyć w noc wigilijną do jaskini rozbójniczej.

Żona rozbójnika zrazu odmówiła, bo pomyślała o niebezpieczeństwie, jakie by jej mężowi groziło. Ale chęć przekonania przeora, że istnieje ogród, wspanialszy od jego własnego, wzięła górę — zgodziła się.

— Musisz mi obiecać, że weźmiesz ze sobą tylko jednego towarzysza — rzekła na odchodnem.

Przeor święcie przyrzekł zastosować się do jej żądania. Zobowiązał też braciszka, aby przed nikim nie zdradził, co zostało umówione; obawiał się, że podwładni, gdy się o jego zamiarze dowiedzą, nie pozwolą takiemu starcowi, jak on, na daleką wyprawę.

Sam nie miał również zamiaru zdradzenia przed kimkolwiek tajemnicy, ale traf chciał, że do Oewed przybył z Landu arcybiskup Absalon i kiedy przeor oprowadzał go po swym ogrodzie, wspomniał o wizycie żony rozbójnika. Braciszek, pracujący w ogrodzie, słyszał, jak przeor opowiadał arcybiskupowi o wyklętym rozbójniku, od wielu lat mieszkającym w łesie, i prosił go o list żelazny dla nieszczęśliwego, list żelazny, który by umożliwił wyklętemu prowadzenie uczciwego żywota wśród ludzi.

Ale arcybiskup prośby tej nie chciał uwzględnić.

Wówczas przeor nie omieszkał opowiedzieć mu o cudach, jakie się działy w łesie Göinge  w noc Wigilijną.

Arcybiskup odparł na to z uśmiechem:

– Tyle tylko mogę ci obiecać, że w dniu, w którym mi przyślesz kwiat, zerwany w noc wigilijną w lesie Göinge, dam ci listy żelazne dla wszystkich wyklętych.



 

Stało się zadość życzeniu przeora Hansa; w dzień wigilijny wyruszył do lasu Göinge. Towarzyszył mu braciszek. Jeden z chłopców rozbójnika biegł przed nimi, pokazając drogę.

Przeor gorąco pragnął tej podróży i cieszył się nią, jak dziecko. W innym jednak usposobieniu był braciszek; miłował on bardzo przeora i na pewno nie pozwoliłby komu innemu nim się opiekować w drodze, ale nie wierzył w obietnicę żony rozbójnika — przeczuwał zdradę.

Droga była nader uciążliwa przez gąszcze i bagna. Gdy ją przebyli, syn rozbójnika poprowadził ich przez polankę ku ścianie skalistej, w której ujrzeli drzwi z ciężkich belek.

Mały przewodnik otworzył ciężkie drzwi i podróżni ujrzeli nędzną grotę z nagimi ścianami. W jaskini przy płonącym ognisku siedziała żona rozbójnika; wzdłuż ścian leżały posłania z gałęzi i  mchu, — na jednym z nich spał sam rozbójnik.

— Wnijdżcie! — zawołała żona rozbójnika, — wprowadźcie do wnętrza wasze konie, bo zmarzną. — Odpocznijcie tutaj przy ognisku, a jeżeli macie ze sobą posiłek, to jedzcie, bo nasza strawa nie będzie wam smakowała. Jeśliście zmęczeni, spocznijcie na posłaniach. Nie obawiaj się, że zaśpisz — zwróciła się do przeora, – czuwam przy ognisku i, gdy nadejdzie pora, obudzę cię.

Przeor za radą żony rozbójnika, rozłożył torbę podróżną, ale był tak zmęczony, że jedzenia nie tknął i zasnął niebawem.

Braciszek, choć bardzo strudzony, postanowił nie spać; obawiał się, aby rozbójnik przeorowi co złego nie uczynił. Ale zmęczony też zasnął. Gdy się obudził, przeor siedział przy ognisku i rozmawiał z rozbójnikiem i jego żoną.

Rozbójnik, wysoki, kościsty mężczyzna, o wstrętnym wyglądzie, siedział odwrócony od przeora, który opowiadał żonie rozbójnika o widzianych w podróży przygotowaniach świątecznych. Przypomniał jej o zabawach, urządzanych zwykle z okazji Bożego Narodzenia, o zabawach, w których za młodych lat brała niezawodnie udział, przebywając wśród ludzi.

— Żal mi waszych dziatek, że nigdy nie przewracały koziołków w słomie wigilijnej — wtrącił.

Wtedy rozbójnik zwrócił się do przeora, grożąc pięścią i zawołał:

— Nędzny mnichu, przybyłeś tu, aby wywabić stąd moją żonę i dzieci. Czyż nie wiesz, że klątwa ciąży na mnie i nie wolno mi opuścić lasu i tej nory.

Przeor spojrzał mu odważnie w oczy i rzekł spokojnie:

— Chcę uprosić arcybiskupa o list żelazny dla ciebie.

Na te słowa, rozbójnik i jego żona parsknęli głośnym śmiechem. Po chwili rozbójnik rzekł:

— Przyrzekam ci, że jak tylko otrzymam list żelazny, nawet marnej gęsi nie ukradnę.

Wtem żona rozbójnika powstała i rzekła, zwracając się do przeora:

— Gawędzimy i zapominamy, że czas udać się do lasu; słychać już odgłos dzwonów kościelnych.

Wszyscy zerwali się na równe nogi i wybiegli z jaskini. W lesie była noc. Ciszę przerywał jedynie przytłumiony odgłos dzwonów.

Przeor zastanawiał się, w jaki sposób zdołają te dzwony zbudzić las z uśpienia i powątpiewał o możliwości upragnionego cudu.

Nagle przez las przeszła światłość i zaczęła się przekradać między drzewami, mrok zrzedniał, jakby zaczynało dnieć.

Przeor spostrzegł, że śnieg znikł z powierzchni ziemi i trawa zazieleniała. Wrzos rosnący wśród mchów na wzgórzu też się zazielenił. Zaczęły kwitnąć pierwiosnki.

Nowa fala światła przyniosła szmer strumyków i szum wodospadów. Pączki na drzewach liściastych zaczęły pękać tak prędko, jak gdyby stada zielonych motylów osiadły gałęzie. Nie tylko drzewa i rośliny, ale i zwierzęta budziły się do życia.

Silny, ciepły wiatr południowy rozsiał na  łące leśnej nasiona z krain południowych, a ledwie dotknęły ziemi, już wschodziły.

Przy następnej fali światła zakwitły czarne jagody i borówki. Usłyszano głosy dzikich gęsi i żórawi; sikory budowały gniazda, a wiewiórki jęły igrać wśród gałęzi.

Wszystko to odbywało się tak prędko, że przeor nie zdążył nawet zdać sobie sprawy z cudu. Ledwie mógł się napatrzeć i nasłuchać. Następna fala światła sprowadziła zapach świeżo zoranych pól. Zakwitły różnobarwne kwiaty.

Przeor ukląkł i zerwał kwiat poziomki. Nim się podniósł, jagoda dojrzała.

Nadchodziły nowe fale światła. Słychać było głosy dzikich kaczek z błot leśnych. Ukazały się białe motyle tak duże, że robiły wrażenie fruwających lilii. Ul w dziupli dębu byt tak przepełniony, że miód ściekał z drzewa. Na polance leśnej ukazały się wielkie kwiaty. Przeorowi przyszedł na myśl kwiat dla arcybiskupa Absalona; nie zrywał go jeszcze, bo obok coraz to wspanialsze zakwitały, a on chciał wybrać najpiękniejszy.

Nagłe nastała cisza, ptaki zamilkły, lisiątka przestały swawolić, kwiaty rozkwitać. Z dali dochodziły tony harf i śpiew przecudny.

Przeor złożył ręce do modlitwy i padł na kolana — zrozumiał, że to aniołowie śpiewają kolędę.

Braciszkowi, stojącemu w pobliżu przeora, zaczęły chodzić po głowie złe myśli: »To nie mogą być prawdziwe cuda, skoro ukazują się złoczyńcom — mówił do siebie — są one niewątpliwie dziełem złych duchów.»

Z dali dochodziły coraz wyraźniej tony harf i śpiew aniołów, ale braciszek był przekonany, że to diabli się zbliżają. »Złe duchy chcą nas uwieść. Nie wyjdziemy stąd cało« — myślał.

Aniołowie byli już tak blisko, że przeor rozróżniał ich jasne postaci między drzewami Widział to samo i braciszek, ale wyobrażał sobie, że to naigrawanie się diabłów z narodzin Chrystusa.



 

Cały czas nad głową przeora latały ptaki i tak dalece go się nie bały, że mógł je brać do ręki. Za to braciszka unikały; żaden ptak nie siadł mu na ramieniu, żaden wąż nie wił się u jego stóp. Ale gdy aniołowie zaczęli się zbliżać, odważniejszy gołąb leśny siadł braciszkowi na ramieniu. Braciszek myślał, że to diabeł pod postacią gołębia i strząsnął ptaka z ramienia, wołając: »Idź do piekła skądeś przyszedł«.

 


 

Śpiewający aniołowie był już tak blisko, że przeor czuł powiew ich długich skrzydeł. Ale po słowach braciszka śpiew ucichł i święci goście znikli. Znikła też światłość, znikło ciepło. Mrok zapadł ponad lasem niby płachta czarna, zrobiło się nagle zimno, rośliny pokurczyły się, zwierzęta pouciekały, szum wodospadów ucichł, liście z drzew opadły.

 


 

Przeor czuł, jak serce jego, które przed chwilą jeszcze wzbierało radością, teraz kurczyło się w nieskończonym bólu. »Tego nie przeżyję — pomyślał — Aniołowie byli tak blisko mnie, śpiewając pieśni kolędowe, i wypędzono ich.«

Jednocześnie przyszedł mu na myśl kwiat, obiecany arcybiskupowi Absalonowi; padł na ziemię aby go w ostatniej chwili zerwać.

Uczuł nagle większy ból w sercu i nie mógł się już podnieść.

Kiedy w mroku rodzina rozbójnicza dotarła z braciszkiem do jaskini, zauważono nieobecność przeora Hansa. Z głowniami wziętymi z ogniska, udano się na jego poszukiwanie i znaleziono martwego na śniegu.

Braciszek zaczął rozpaczać; zrozumiał, że on to zabił przeora, wytrącając mu czarę radości, którą ten tak pragnął wychylić.

 


 

Kiedy zwłoki przeora Hansa przenoszono do Oeved, ludzie, którzy się zmarłym zaopiekowali, zauważyli, że trzyma coś mocno w zaciśniętej dłoni i gdy ją otworzyli, przekonali się, że były to dwa białe korzonki, które najwidoczniej wyrwał był z mchu. Braciszek zabrał te korzonki i zakopał je do ziemi w ogrodzie klasztornym.

Pielęgnował te korzonki, w przeświadczeniu, że zakwitnie z nich kwiat. Minęła wiosna, lato i jesień, oczekiwania braciszka były płonne. Kiedy wreszcie nadeszła zima, przestał się nimi opiekować.

Ale w wigilię Bożego Narodzenia stanęła mu żywo w pamięci postać przeora Hansa. Udał się do ogrodu klasztornego... i o dziwo – na miejscu, w którym zasadził korzonki, ujrzał wspaniałą roślinę o srebrno-białym kwieciu.

Przywołał natychmiast wszystkich mnichów i skoro ci ujrzeli cud, od razu pojęli, skąd roślina pochodziła.

Gdy braciszek wręczał kwiaty arcybiskupowi, rzekł:

– Posyła ci to przeor Hans. Są to kwiaty, które obiecał zerwać w noc wigilijną w lesie Göinge .

Arcybiskup pobladł tak, jak gdyby ujrzał umarłego. Gdy nieco ochłonął rzekł:

– Skoro przeor Hans dotrzymał danego slowa, dotrzymam i ja swego.

I wydal list żelazny dla rozbójnika.

Otrzymawszy go, braciszek udał się natychmiast do lasu i odszukał jaskinię rozbójnika. Przybył tam w dzień Narodzin Chrystusa Pana. Rozbójnik na widok braciszka chwycił siekierę i wywijając nią zawołał:

– Uśmiercę wszystkich was mnichów. Wam to niewątpliwie przypisać należy, że tej nocy las Göinge  nic przybrał swych szat wigilijnych.

– Jam temu jedynie winien — rzekł braciszek — chętnie też winę życiem okupię, ale przedtem muszę spełnić wolę arcybiskupa Absalona.

I podał rozbójnikowi list żelazny, mówiąc:

— Odtąd będziesz obchodził święta Bożego Narodzenia wśród ludzi, jak tego pragnął przeor Hans.

 


 

Rozbójnik oniemiał ze wzruszenia, żona zaś jego rzekła:

– Przeor Hans dotrzymał słowa, więc i rozbójnik będzie swemu przyrzeczeniu wiernym.

Kiedy rozbójnik opuścił z rodziną jaskinię, zamieszkał w niej braciszek i pokutował za swe niedowiarstwo, błagając Najwyższego o przebaczenie.

A las w Göinge  nigdy już więcej nie obchodził Narodzin Chrystusa Pana; z całej jego wspaniałości pozostała tylko roślina, zerwana przez przeora Hansa. Nazwano ją różą wigilijną.

Co roku około Bożego Narodzenia wydaje ona kwiaty, jakby nie mogła zapomnieć, skąd pochodzi.

 

 (tekst opublikowany w gazetach "Gość Świąteczny", 1912  i  "Chwila", 1913 /  nieco skorygowałem pisownię)

 

fot. Baldur-Garten
 



° ° °




SELMA LAGERLÖF - pisarka szwedzka, pierwsza kobieta wyróżniona Literacką Nagrodą Nobla.

 °

 Helen Bendix

https://www.youtube.com/watch?v=sStGwxB_Bqw

link do wideo na YT, Helen interpretuje opowiadanie (po angielsku) i na bieżąco ilustruje 

°

Konstanty Bukowski (1875-1936), tłumacz, w latach 1923-26 prezes Syndykatu Dziennikarzy Wileńskich. Ponoć w roku 1924 otrzymał od króla Gustafa V Krzyż Komandorski I Klasy Orderu Wazów – w uznaniu pracy przekładowej z literatury szwedzkiej. Źródła szwedzkie, dostępne w "internetach", tego faktu nie odnotowują. W tym samym "Kurjerze Warszawskim" który donosił o odznaczeniu, drukowano rok później  notkę, że Konstanty Bukowski otrzymał podziękowania od króla Gustafa V za życzenia na 67 urodziny króla. Są w sieci dwa teksty S.L. przetłumaczone przez K.B. oraz kilka utworów innych pisarzy. Więcej wiadomości o panu Konstantym nie znalazłem.



Książka tłumaczona przez K.Bukowskiego


Autograf K.B.




niedziela, 24 sierpnia 2025

Lisek Rudzielec.

 




W plebiscycie, który niedawno przeprowadziłem wśród znających książkę Emilii, najfajniejszą postacią okazał się bajkowy Lisek, występujący w tekście pod tytułem "Ohnivak". Autorem oryginalnej opowieści był Karel Jaromir Erben, który ją napisał o wiele barwniej i znacznie sympatyczniej niż Bracia Grimm swoją wcześniejszą wersję historii o Ptaku Ognistym, kradnącym złote jabłka. Jaromir dał tytuł: "Pták Ohnivák a liška Ryška", co znaczy, że występuje Lisek Rudzielec, czy jakoś tak.  Podobny zwierzak w naszych bajkach nazywa się Lisek Chytrusek, ale on chyba nie bierze udziału w poszukiwaniach Ognistego Ptaka. 


Emilia powtórzyła słowo "Ohnivak" za Aleksandrem Chodźką. Dla Anglików i Francuzów ono jest bez wątpienia kompletnie egzotyczne i chyba tym miało zwracać uwagę, a nie "ognistym" skojarzeniem słowiańskim. Czytelnicy A. i F. wiedzą, przynajmniej tyle, że to nie lisek nazywa się Ohnivak,  gdyż ptak pojawia się w bajce wcześniej niż Rudzielec i muszą się domyśleć, że oba stwory są w niej konkurencyjne i równie istotne. Czesi mieli to przez Jaromira podane na łopatce tytułu. A. i F. muszą się też intensywniej domyślać, że bajka tak naprawdę nie jest o dwóch braciach złych i trzecim dobrym, ani o przecudnej Złotowłosej, tylko o ptaku i lisku. Zdradzę tu, ubolewając, że czeski Rudzielec w wersji francuskiej i angielskiej nie ma imienia. W obydwu jest zwyczajnym "renard" i "fox". Winny temu jest, niestety, pan Aleksander. Ja bym był, jakby robić inny plebiscyt, za francuskim Roux i angielskim Ruddy.


° ° °


Zaczynem fabuły jest wyprawa książąt po Ognistego Ptaka, gdyż Królowi Ojcu odechciało się bez niego żyć. Lisek zjawia się w bajce, gdy bracia ruszają na poszukiwania:



«Najstarszy nie zatrzymywał się, aż dotarł na szczyt wysokiej góry; tam zsiadł z konia i pozwolił mu się paść, podczas gdy sam jadł śniadanie. Nagle nadbiegł rudy lis i przemówił ludzkim językiem: „Proszę cię, wspaniały książę, daj mi kawałek tego, co jesz; jestem bardzo głodny”.

W odpowiedzi książę strzelił z kuszy, ale nie wiadomo, czy strzała trafiła, ponieważ lis zniknął i już się nie pojawił.


Drugi brat, bez żadnych przygód, dotarł do rozległego wrzosowiska, gdzie zatrzymał się na posiłek. Rudy lis ukazał się i jemu i błagał o jedzenie; on jednak również odmówił głodnemu lisowi i strzelił do niego. Zwierzak zniknął jak poprzednio.


Najmłodszy podróżował, aż dotarł do brzegów rzeki. Czując zmęczenie i głód, zsiadł z konia i zaczął jeść śniadanie; gdy jadł, nadbiegł rudy lis. „Proszę, młody panie” – powiedział lis – „daj mi kęs, żebym zaspokoił głód”.

Książę rzucił mu kawałek mięsa i przemówił do niego życzliwie.

„Podejdź bliżej, nie bój się, mój rudy lisie; widzę, że jesteś bardziej głodny niż ja, ale wystarczy dla nas obu”.

I podzielił cały swój zapas na dwie równe części, jedną dla siebie i jedną dla biednego rudego lisa.

Kiedy ten najadł się do syta, rzekł: „Nakarmiłeś mnie obficie i życzliwie, w zamian będę ci dobrze służył; dosiądź konia i jedź za mną. Jeśli zrobisz wszystko, co ci każę, Ptak Ognisty będzie twój”.

Po czym ruszył biegiem przed jeźdźcem, torując mu drogę puszystym ogonem. Tą cudowną miotłą ścinał góry, zasypywał wąwozy i przerzucał mosty nad rzekami.»

 


ilustracja A.Scheiner


Podoba mi się, że kita, "cudowna miotła",  jest tak wielka, jak reszta lisa.




Potem lis radzi chłopakowi po raz pierwszy:


«– Ognisty Ptak jest w tym zamku – powiedział lis. – Musisz wejść dokładnie w południe, bo wtedy strażnicy będą spać, a ty przejdziesz niezauważony. Przede wszystkim nigdzie się nie zatrzymuj. W pierwszym pomieszczeniu znajdziesz dwanaście ptaków czarnych jak noc, w złotych klatkach; w drugim dwanaście złotych ptaków w drewnianych klatkach; w trzecim Ptaka Ognistego na swojej grzędzie. Obok niego znajdują się dwie klatki, jedna drewniana, a druga złota; koniecznie włóż go do drewnianej klatki – pożałowałbyś, gdyby trafił do złotej.

Książę wszedł do zamku i zastał wszystko dokładnie tak, jak opowiedział mu lis.»



Później radzi mu po raz drugi:


«Książę odszedł z pustymi rękami. „Czemu nie zrobiłeś, jak ci kazałem? Czemu wybrałeś złotą klatkę?” – zapytał lis, zrozpaczony niepowodzeniem wyprawy.

„Przyznaję, że to moja wina” – odparł książę – „ale nie karz mnie gniewem. Chcę twojej rady: powiedz mi, jak mam zdobyć Złotogrzywka?”

„Wiem, jak to zrobić” – odpowiedział rudy lis – „i pomogę ci raz jeszcze. Jedź za mną i rób, co ci każę”.

Lis pobiegł przodem, torując drogę puszystym ogonem. Książę galopował za nim, aż dotarli do zamku zbudowanego w całości ze srebra.

„W tym zamku mieszka Koń ze Złotą Grzywą” – powiedział lis. „Musisz wyruszyć dokładnie w południe, kiedy strażnicy śpią; w ten sposób przejdziesz bezpiecznie i cało. Ale pamiętaj, nigdzie się nie zatrzymuj. Musisz przejść przez trzy stajnie. W pierwszej stoi dwanaście karych koni ze złotymi uzdami; w drugiej dwanaście białych koni z czarnymi uzdami; w trzeciej stoi Złotogrzywek przed swoim żłobem, a obok niego dwie uzdy, jedna złota, a druga z czarnej skóry. Nie dotykaj tej pierwszej, bo pożałujesz.”

Książę poczekał do południa, wszedł do zamku, zastając wszystko dokładnie tak, jak przepowiedział lis.»



Lis cierpliwie doradza mu po raz trzeci:


«Lis czekał w lesie na powrót księcia, a gdy zobaczył go wracającego bez konia, bardzo się rozgniewał.

„Czyż cię nie ostrzegałem” – rzekł – „żebyś zadowolił się czarną skórzaną uzdą? Doprawdy, strata czasu, pomagać takiemu niewdzięcznikowi, któremu nie można przemówić do rozsądku”. „Nie bądź zły” – powiedział książę. „Przyznaję, że zawiniłem; powinienem był wykonać twoje rozkazy. Ale okaż mi trochę więcej cierpliwości i pomóż mi wyjść z tej opresji”.


„Dobrze, ale to z pewnością ostatni raz. Jeśli zrobisz dokładnie to, co ci każę, możemy jeszcze naprawić wszystko, co zepsuła twoja nieostrożność. Wsiądź na konia i ruszaj za mną!”

Lis biegł przodem, torując drogę puszystym ogonem, aż dotarli do brzegów Morza Czarnego.

„Ten pałac” – powiedział lis – „to rezydencja władczyni Królestwa Oceanu. Ma trzy córki; najmłodsza nazywa się Złotowłosa. Musisz najpierw udać się do królowej i poprosić ją, aby dała ci za żonę jedną z jej córek. Jeśli przyjmie twoją propozycję, poprosi cię o wybór, ale pamiętaj, żebyś wziął tę księżniczkę, która jest najskromniej ubrana”.»

 




Chłopak "pozyskał" księżniczkę, ale musiał z nią czym prędzej uciekać:


«Książę usłyszał konia zbliżającego się ku niemu z rudym lisem u boku.

„Szybko wsiadaj na mnie” – powiedział koń – „nie ma chwili do stracenia; posadź pannę przed sobą”.

Rumak pomknął jak strzała drogą, którą poprzednio oczyścił puszysty ogon lisa. Tym razem rudy lis, zamiast prowadzić, podążał za nim, a jego ogon czynił cuda: niszczył mosty, otwierał wąwozy, podnosił wysokie góry i przywracał wszystko do dawnego stanu.»



Kiedy ucieczka się udała, lis pokazuje swą lisią chytrość w pierwszym wyczynie:


«Książę czuł się szczęśliwy, jadąc z Księżniczką o Złotych Włosach, ale bardzo go smuciła myśl, że musi porzucić zamiar poślubienia jej i że musi zostawić ją u króla Srebrnego Pałacu: im było bliżej, tym bardziej czuł się nieszczęśliwy. Rudy lis  to zauważył: „Wydaje mi się – powiedział, – że nie chcesz zamienić ślicznej Złotowłosej na Konia Złotogrzywka: prawda? Do tej pory ci pomagałem, zobaczę, co teraz mogę dla ciebie zrobić”.


I powiedziawszy to, wykonał salto nad pniem powalonego drzewa, które leżało w lesie: ku zdumieniu księcia, natychmiast przeobraził się w młodą dziewczynę, dokładnie podobną do Księżniczki Złotowłosej. „Zostaw swoją prawdziwą narzeczoną w lesie” – powiedział przemieniony lis – „zabierz mnie ze sobą i oddaj królowi srebrnego pałacu w zamian za Złotogrzywka. Wróć tutaj i ucieknij z ukochaną panną; ja zajmę się resztą”.»



Lis przemienił się po raz drugi: 



«Pod koniec uczty, gdy wszyscy napili się wina, król zapytał gości o ich opinie na temat wdzięków swojej narzeczonej.

„Jest przepiękna” – powiedział jeden – „właściwie nie mogłaby być piękniejsza; tylko wydaje mi się, że jej oczy są trochę podobne do lisich”.

Ledwo wypowiedział te słowa, gdy królewska panna młoda zniknęła, a na jej miejscu siedział rudy lis, który jednym skokiem zniknął za drzwiami, by dołączyć do księcia. Zamaszystymi uderzeniami puszystego ogona przewracał mosty, otwierał na nowo przepaście i wznosił góry; ale to była ciężka praca dla rudego liska i dogonił uciekinierów dopiero u bram miedzianego zamku. Tam lis wykonał salto i przeobraził się w konia ze złotą grzywą. Książę wszedł do miedzianego zamku i wymienił przemienionego lisa na ognistego Ognistego Ptaka, nie wzbudzając u króla podejrzeń. Rudy lis, oszukawszy kolejnego monarchę, przybrał swoją postać i pospieszył za odchodzącym księciem, którego dogonił dopiero nad brzegiem rzeki, gdzie się poznali.

„Teraz jesteś, książę” – powiedział rudy lis – „w posiadaniu Ognistego Ptaka, konia Złotogrzywka i masz obok siebie piękną Złotowłosą. Odtąd poradzisz sobie bez mojej pomocy, wracaj więc do domu ojca w pokoju i radości; ale ostrzegam, nie zatrzymuj się nigdzie po drodze, bo jeśli to zrobisz, spotka cię nieszczęście”.

Z tymi słowami rudy lis zniknął, a książę wędrował bez przeszkód.»



Nie tak bardzo "bez przeszkód", gdyż w umówionym miejscu spotkania braci, obaj starsi z zawiści zabili najmłodszego. Potem porwali Złotowłosą i  konia Złotogrzywka.



«Kiedy rudy lis przechodził przez las, natknął się na zmasakrowane ciało najmłodszego brata i natychmiast zabrał się do składania rozrzuconych kawałków, lecz nie był w stanie przywrócić im życia. W tym momencie nadleciał kruk w towarzystwie dwóch piskląt. Lis przycupnął za krzakiem;  gdy jeden z młodych ptaków wylądował na martwym ciele, by się pożywić, schwycił go i udawał, że go dusi.

Na to ptak-rodzic, pełen troskliwej miłości i strachu, usiadł na pobliskiej gałęzi i zaskrzeczał, mówiąc: „Puść moje biedne pisklę. Nie wyrządziłem ci krzywdy ani cię nie zmartwiłem; puść go wolno, a przy pierwszej okazji odwdzięczę się za twoją dobroć”. „Właśnie o to chodzi” – odpowiedział rudy lis. – Jeśli przyniesiesz mi trochę Wody Śmierci i Wody Życia z Morza Czerwonego, pozwolę twojemu pisklęciu bezpiecznie odejść”. 

Stary kruk obiecał przynieść wodę i natychmiast odleciał.Za trzy dni powrócił, niosąc w dziobie dwie małe butelki, jedną pełną Wody Śmierci, a drugą Wody Życia. Kiedy rudy lis je otrzymał, najpierw wypróbował ich działanie – pogryzł małego kruka, poskładał kawałki i polał je Wodą Śmierci. Natychmiast stały się całym ptakiem, bez śladu ran. Skropił go Wodą Życia, na co młody kruk rozpostarł skrzydła i odleciał do swojej rodziny.

Rudy lis powtórzył wszystko na ciele młodego księcia, z tym samym szczęśliwym rezultatem. Obudzony książę, powiedział tylko: „Ojej! Jak przyjemnie mi się spało!”.

„Wierzę ci” – rzekł rudy lis – „spałbyś bez końca, gdybym cię nie zbudził. A jakiż z ciebie głupi młodzieniec: czyż nie rozkazałem ci wyraźnie, żebyś nigdzie się nie zatrzymywał, tylko wracał prosto do domu twego ojca?”.

Opowiedział, co zrobili jego bracia, i zdobywszy dla księcia chłopską szatę, zaprowadził go na skraj lasu, w pobliże pałacu królewskiego, gdzie go zostawił.»


Tym razem lis ostatecznie zostawił Księcia samemu sobie.


° ° °


Można by uznać, że lisie porady są dziwnie dwuznaczne. Rudzielec bystrze zauważa, że książę ze Złotowłosą wpadli sobie w oko i że ona dla młodziana najważniejsza z pozyskanych cudów. Ale to właśnie głupota księcia sprawiła, że do niej dotarł. Lis go nieźle za głupotę obsztorcowuje, choć chyba się domyślał od początku, jaki będzie finał. Nawet lisim okiem nie mrugnął, że wie. A może nie był wielokrotnej "głupoty" księcia pewien, może go podpuszczał, może piętrzył trudności, żeby sobie rozwiać wątpliwości? Albo może nie był pewien pomysłów i wyborów Złotowłosej? Co facet zrobi, raczej przewidywał, ale co do kobitki chyba nie za bardzo ogarniał. Pomagał mu ją spotkać i nie pomagał, żeby mu się za lekko i za łatwo panna nie dostała. W końcu przecież wychodzi na jaw, że lisio przewrotnie Rudzielec swacił i raił.  Gdy się dowiaduje,  że ona, przez braci do pałacu porwana, za zabitym oczy wypłakuje, włosów nie czesze, mizernieje i widać, że umrze niebawem, wraz z ginącymi w oczach ojcem-królem, koniem i ptakiem, królewicza ożywił. Czym swatów dokończył i z bajki zniknął.