Dwie klasyczne ilustracje Gustava Doré tak samo skromnie pokazują spotkanie Barona Munchausena z boginią Venus, co i jego własna o tym wydarzeniu opowieść (w książce pt. "Przygody Barona Munchausena"). To nawet nie jest opowieść – może anegdota, napomknienie, mimochodem wspomniane zdarzonko, ani warte, ani stosowne do rozwlekania przed czytelnikami. Są tu aluzje, niby dżentelmeńskie w dyskrecji, niby nieśmiałe, ale dziwnie pokrętne, jeśli zajrzeć za kulisy słów. Tych kilka zdań opowiada o tym jak zakończyła się wyprawa barona w głąb rozżarzonej Etny do podwulkanicznych podziemi boga Wulkana, męża bogini Venus:
«Choć wielce mnie zachwycały pouczenia boga (dlaczego Etna pluje lawą) - bardziej jeszcze towarzystwo jego małżonki. Może bym też nigdy tego podziemnego pałacu nie opuścił, gdyby nie paru mącicieli, radych cudzej biedzie plotkarzy, którzy sprawili, że robak podejrzliwości począł kąsać Wulkana i ogień zazdrości rozgorzał w jego dobrotliwym sercu. Któregoś ranka, nie dając mi nic poznać po sobie, właśnie gdym się złożyć uszanowanie bogini wybierał, pochwycił mnie Wulkan, uniósł do komnaty, której do tej pory nigdym nie oglądał, i - trzymając nad czymś, co mi się zdało głęboką studnią - rzekł: - Niewdzięczny śmiertelniku, wracaj na ziemię,z którejś tu przybył! Po czym, nie zostawiając mi ani chwili czasu na tłumaczenie, cisnął mnie w głąb przepaści.»
To jest przeróbka H.Januszewskiej dla grzecznych dzieci. Nieco śmielej zdał relację anonimowy tłumacz w polskiej wersji z 1927 roku...
«Jeżeli podobały mi się pouczenia boga, to jeszcze bardziej czarowało mię towarzystwo jego małżonki i może nigdybym nie opuścił podziemnych pałaców, gdyby nie to, że kilku zawistnych a obrotnych plotkarzy wbiło Wulkanowi klina w głowę i wznieciło w jego łagodnem sercu gwałtowny płomień zazdrości. – Nie uprzedziwszy mię nawet skinieniem, pochwycił mię pewnego dnia, gdy właśnie chciałem asystować bogini przy toalecie, zaniósł mię do pokoju, którego jeszcze nie widziałem, a trzymając mię nad głęboką studnią, rzekł: „Niewdzięczny śmiertelniku! wracaj na świat, skąd przyszedłeś! I nie dawszy mi chwili czasu na usprawiedliwienie, wrzucił mię w przepaść.»
...śmielej, bo próba asysty przy toalecie to trochę więcej niż złożenie uszanowania.
Obrazki Gustawa Doré jakiejkolwiek śmielszej asysty nie sugerują.
Czego nie dopowiedziała Elda Bossi, tłumaczka włoskiej wersji "Przygód"...
«O ile rozmowa z mężem bardzo mnie interesowała, to muszę przyznać, że towarzystwo żony sprawiało mi jeszcze większą przyjemność. Być może nigdy nie opuściłbym tego podziemnego pałacu, gdyby nie to, że jakiś zły język wsączył zapchlone plotki do ucha Wulkana i rozpalił ognie zazdrości w jego sercu. Pewnego ranka, zupełnie mnie nie uprzedziwszy, złapał mnie za kołnierz, gdy towarzyszyłem w toalecie pięknej bogini, i zaprowadził do pokoju, którego jeszcze nie widziałem. Tam trzymał mnie zawieszonego nad czymś w rodzaju głębokiej studni i powiedział:
– Niewdzięczny śmiertelniku, wracaj do świata, z którego przybyłeś!
Wypowiadając te słowa i nie pozwalając mi powiedzieć nic na swoją obronę, wrzucił mnie w otchłań.»
...tego też nie narysował, dwuznacznie, Mark Bergin, włoski ilustrator anegdoty, pokazując sytuację wyraźnie "w chwilę po"...
Najbardziej współczesny, z roku 2015, opis tajemniczych wydarzeń znalazłem w niemieckim tłumaczeniu wersji angielskiej:
«Wulkan zaproponował mi także poczęstunek, szczególnie nektar i inne wyborne wina, takie, jakie piją jedynie bogowie i boginie. Gdy już nieco doszedłem do siebie, Wulkan rozkazał Wenus przyznać mi wszelkie przywileje, jakich wymagała moja sytuacja. Nie sposób opisać pokoju i kanapy, na której wyzdrowiałem, więc nawet nie będę próbował tego robić; pozwólcie mi powiedzieć tylko, że język nie jest w stanie oddać sprawiedliwie ani opisać tej miłej bogini w sposób godny jej zasług.
Mógłbym tu zamieszkać jako wierny towarzysz Madame Venus, ale jakaś plotkara, chcąca siać niezgodę, szepnęła Wulkanowi do ucha pewną historię, która wzbudziła w nim tak wielką zazdrość, że nie potrafił się uspokoić. Pewnego ranka, bez uprzedzenia, gdy zgodnie ze zwyczajem opiekowałem się Venus w toalecie, wziął mnie pod pachę i zaniósł (...) do szerokiego otworu. Podniósł mnie nad nim wyciągniętą ręką i powiedział: „Niewdzięczny śmiertelniku, wróć do świata, z którego przybyłeś” i wrzucił w środek otchłani, nie dając czasu na odpowiedź.»
Znaleźli się czytacze, co mimo rzekomej dyskrecji bezceremonialnie wyczytali w opowieści chwalipięty plotkarską podpuchę, jątrzącą wścibskość prowokację, kamuflaż większej intrygi. Odkryli oni – bez podważania wiarygodności wyprawy barona w głąb Etny – i zdemaskowali kłamstwo Munchasena ukryte w niewinnych z pozoru jego aktywnościach wobec bogini:
«gdym się złożyć uszanowanie wybierał»
«właśnie chciałem asystować»
«gdy towarzyszyłem w toalecie pięknej bogini»
«opiekowałem się Venus w toalecie»
Nic podobnego nie miało miejsca. Inicjatywa, wigor albo wręcz ikra z jurnością – w tym baron przeholował. Cokolwiek się wówczas stało, sam fakt, że miał on możliwość zbliżenia się do Venus wynikło z jej wyłącznie zamiaru, kaprysu i przedsięwzięć. Gdy popijał z Wulkanem nektary, nagle coś zabulgotało w wielkiej sadzawce na uboczu komnaty i z głębiny wynurzać poczęło się niesamowite COŚ.
To coś dziwaczne, obrosłe wodorostem okazało się gigantyczną muszlą, której połowa zaczęła się odchylać, jak w militarnym transporterze spadający powoli tylny trap, którym zjeżdżają przewożone czołgi. Dopiero, gdy się dostatecznie demoniczny trap opuścił, ukazało się perłowe wnętrze misternej muszli, a w nim nieziemsko piękna, naga bogini Venus.
Munchausen ani się domyślił, że Venus mu inscenizuje siebie z Botticellego, ale na odwrót, kontrastowo do wiotkości swej urody – w scenerii piekielnej, a nie w mdłych wiówach i pluskach. Do tej chwili baron najpewniej nie wiedział, że Wulkan ma żonę i jaka dama nią jest.
Nim się obejrzał, nim domknął japę rozdziawioną ze zdumienia, bogini, ustrojona w suknię przez fruwające służki...
...wyprowadziła go, drętwego z otumanienia jak kukła, do gigantycznie wysokiej sali balowej, wulkanicznie otwartej w niebo, pełnej długich, cienkich wodospadów i uniosła barona do tańca. Wznieśli się, wirując, aż do chmur.
Dostało się Munchausenowi kilka całusów namiętnych, choć ani drgnął. Słusznie, bo tańczyć w powietrzu umiała tylko ona. On mógł jedynie trzymać się jej na tyle mocno, żeby nie spaść na skały. Ale kiedy Wulkan zobaczył, jakie figle jego żoniusia wyprawia, nie pomógł jej boski polot, lotność i finezja, bo ściągnął oboje z wyżyn do podziemia za szarfę amorków i dalej już było, jak pan baron opowiadał.
W tej odmiennej narracji zdemaskowano oszukańcze aluzyjki, jakoby to on boginię uwodził; wyjawiono, że za rzekomą galanterią dżentelmena ukrywał nie swoje garderobiane sukcesy, tylko żal i wstyd i zgryzotę, gdyż został jak cielę bezwolne otumaniony w miłosnym ekscesie bogini, i czy chciał, czy nie, uwiodła go Venus chytrą przemocą boskiej urody i nadludzkimi fortelami, a to że się nie wzbraniał, nijak nie osładzało mu goryczy zbałamucenia i omamienia, bo przecież w tej sztuce siebie miał za wirtuoza.
Co jeszcze kompromitującego przemilczał baron? Może doszło do niego dużo później, jaką gafę kropnął, gdy ośmielił się pierwszy raz do bogini odezwać.
– Droga pani, – powiedział – pozwól mi rzec, że twoja piękność przyćmiewa nawet blask urody Katarzyny Wielkiej, której rękę miałem zaszczyt odrzucić.
Naturalnie bogini wiedziała o tym, jak kiedyś baron wysłał Katarzynie takie mnóstwo futer z upolowanych niedźwiedzi do okrycia carycy i wszystkich jej dworzan w ostre ruskie zimy, że ogrzana i roznamiętniona wzywała go do siebie, by dzielił z nią tron oraz łoże.
Z boską wyrozumiałością i galanterią Venus odrzekła:
– Baronie, pochlebia mi pan.
Munchausen wdepnął jeszcze bardziej:
– Ani trochę. Nie ma w tym źdźbła przesady.
Bogini przemilczała ten beznadziejny lapsus i profilaktycznie odebrała mu mowę (tzn. zamknęła mu dziób) robiąc ku niemu takie oczy:
kadry z filmu:
The Adventures of Baron Munchausem
1988
reż. Terry Gilliam
na zdjęciach John Neville i Uma Thurman
O przesiadce Munchausena z kuli na kulę.
Powszechnie znanym wyczynem Barona Munchausena jest jego lot na armatniej kuli, dużej jak spora dynia, albo jak piłka. Wśród setek ilustracji o baronie, tę z kulą spotkać można najczęściej. Nie jest to specjalnie długo opowiadana przygoda; jej kulminacyjny moment (dosłownie pół zdania) to przesiadka z kuli wystrzelonej ku fortecy na kulę stamtąd wystrzeloną.
W polskiej wersji z roku 1927, całkiem przyzwoicie idącej za niemieckim oryginałem, wyglądało to tak:
«Oblegaliśmy już nie wiem jakie miasto, a marszałkowi zależało nadzwyczaj wiele na dokładnych wiadomościach o sytuacji w twierdzy. Przedostać się przez placówki i forty zdawało się bardzo trudnem, prawie niemożebnem, nie było też takiego pewnego zucha, któryby mógł tego z powodzeniem dokonać. Pełen odwagi i gorliwości aż za pośpiesznie stanąłem obok jednego z największych dział, które właśnie ostrzeliwały twierdzę i wskoczyłem momentalnie na kulę, chcąc aby mię zaniosła do fortecy. Gdy jednak doleciałem w powietrzu do połowy drogi, przyszły mi do głowy różne wątpliwości. Hm .. myślałem — tam się dostaniesz, ale w jaki sposób zdołasz wrócić natychmiast? A co się może zdarzyć w twierdzy! Poznają zaraz, że jesteś szpiegiem i powieszą cię na najbliższej gałęzi, takiej nie sławnej śmierci wcale nie pragnę. — Po tych i tym podobnych rozważaniach zdecydowałem się w jednej chwili; uchwyciłem sposobność, gdy kula wystrzelona z fortecy do obozu przelatywała o kilka kroków ode mnie, przeskoczyłem z jednej na drugą i cało, chociaż nie załatwiwszy sprawy, dostałem się do swoich.»
Jest pewna nieścisłość w powyższej relacji. Wynikła ona nie tyle z nadmiaru wrażeń barona, co z wyraźnego roztargnienia słuchaczy, gdy pierwszy raz tę przygodę opowiadał. Piwo, wino, grubsze alkohole i zbyt dobre humory towarzystwa sprawiły, że kompani zgubili się w precyzji szczegółów przekazywanych przez narratora. Któryś ziewnął, któryś czknął, kilku wybałuszyło posępnie oczy z wyraźną w nich impotencją umysłową. Z całej ówczesnej gromady jeden lub dwóch słuchało uważnie. Od tamej pory baron postanowił niezwykle skrótowo rzecz całą opowiadać, ilekroć w towarzystwie przyszła pora na ową anegdotę i w takim skrócie wstawić ją do drukowanej książki. W wersji oryginalnej zachowała się przez stulecia w pożółkłym notatniku barona.
Wysiliwszy się nad odczytaniem rękopisu, sporządzonego wymyślną szwabachą i gęsim przecież piórem, przepisałem i jako tako przetłumaczyłem pełną relację o sławnej przesiadce:
«...zdecydowałem w jednej chwili, gdy ujrzałem, że z całej baterii armat w fortecy wystrzelono ku nam grad pocisków wcale nie gorszych niż nasze. Sporo ich przeleciało kilka kroków ode mnie, więc uchwyciłem się jednego, lecz nieoględnie ściskając go w dłoniach, nie rozluźniłem kolan i pięt, ściskających kulę rodzimą. Przeciwny pęd owych kul począł mnie rozciągać. Znałem od dawna rozciągające ćwiczenia i w porannej gimnastyce udawało mi się niekiedy wydłużyć zaspane ciało o metr, a kiedyś nawet o półtora, ale zawsze sprężyste me członki, wysportowane mięśnie brzucha i pleców z efektem ściągającej się gumy przywracały mnie do stanu właściwego. Tym razem mijające się pociski w sekundzie rozciągnęły mnie na kilkanaście metrów. Jeszcze mgnienie oka i dwie moje rozerwane połówki leciałyby w przeciwnych kierunkach, uczepione różnych kul. Ręce zadziałały mądrzej od nóg i puściły pierwsze. Ale przez to nadal podążałem ku fortecy, zamiast wracać do naszego obozu.
Odrzuciłem pomysł chwytania się kul przeciwnika, zbyt daleko przelatującyh koło mnie. Wtem zauważyłem, że jedna z nich leci dokładnie po moim kursie i za chwilkę zderzy się z moją kulą, a gdy to nastąpi, zrozumiałem, zostanie ze mnie więcej cząstek niż dwie połówki. Jak wiadomo pędy rzeczy biegnących ku sobie dodają się przy mijaniu, albo przy zderzeniu. Zatem moja i tamta kula zderzyć się miały z podwójną prędkością jednej, a znakomity artylerzysta, jakim jestem, wie, że to byłoby prawie osiemset metrów na sekundę.
Ale okazało się, że nieznane mi były, obserwującemu dotychczas kule z daleka, prawa fizyki zachodzące między kulami w swoim bezpośrednim sąsiedztwie. Zamiast sumującej się ich prędkości zauważyłem niespodziewane zmniejszenie ich pędów. Powietrze sprężane między nimi, gdy były tuż-tuż, swoją gęstością spowolniło je obie. Okazało się też, że nie lecą precyzyjnie na siebie, lecz miną się o łokieć. Wyraźnie widziałem niebieskawy słup zgęszczonego powietrza w ukośnym wektorze między nimi. Błyskiem myśli pojąłem, że mogę wykorzystać ukośny wektor zgęszczenia, który bez mojego wysiłku przesunie mnie z jednej kuli na drugą. Gdy to się zaczęło dziać, ręce wyciągnąłem ku kuli lecącej do nas, a stopami odbiłem się, kopiąc moją kulę rodzimą. Nadałem jej tym ciosem dwukrotnie większego pędu, niż miała przy wystrzale z armaty; w fortecy na pewno doświadczono druzgocących efektów mej gimnastycznej zręczności.
Ich kula, ze mną teraz lecąca, wyzwolona z zagęszczenia powietrznego zaniosła mnie prędko do naszego obozu.»
° ° °
Moment przesiadki barona z kuli na kulę,
uchwycony przez Karela Zemana
w jego filmie z roku 1962.
O tym jak "rybaczki" mimo interwencji Munchausena poszły na Wersal.
Z ostatniej opowieści Munchausena wynika, że zakończył on eskapady na Ziemii (i poza nią) 5 października 1879 roku. Tego dnia w Paryżu odbył się słynny Marsz Kobiet na Wersal. Baron nazywa owe kobiety "fishwomen", a owemu wyzwisku odpowiada używana czasem polska nazwa "rybaczki", która chyba nie brzmi obraźliwie. Wiadomo, że na Wersal ruszyły kobiety nie rybołóstwo uprawiające, lecz zajmujące się handlem na bazarach, przede wszystkim w słynnych ongiś Halach. Maszerujące panie nazywano też "fishwives of Paris", czyli "żony paryskich rybaków", ale przecież nie były nimi wszystkie, które w Marszu wzięły udział.
Powiada się, że Marsz był jednym z najwcześniejszych i najważniejszych wydarzeń rewolucji francuskiej. Rozpoczął się rankiem, 5 października na paryskich targowiskach. Sprzedawczynie i panie kupujące u nich wściekłe były już od dłuższego czasu z powodu stałego braku chleba i astronomicznych cen żywności. Jedna z nich miała tego rana bęben i waląc weń wykrzyczała swe żale. Na dodatek rozeszła się wieść, prawdziwa, ale agitacyjnie rozbuchana, że dzień wcześniej urządzono w Wersalu obiad (tradycyjnie dość uroczysty) dla żołnierzy nowo przyjętych do królewskiej gwardii. Rozpowiadano, że była to uczta i rozpasane obżarstwo. A w Paryżu głód dawał się ludowi mocno we znaki.
W tumulcie padło hasło: "Na Wersal". Czy bardzo spontanicznie, czy też podżegane przez zorganizowanych rewolucjonistów, opinie są tu różne, kobiety ruszyły tłumem w liczbie około tysiąca najpierw do miejskiej zbrojowni w ratuszu. Zażądały nie tylko chleba, ale i broni. Niektóre już wtedy szły z nożami w dłoniach. Pod paryskim ratuszem zgromadziły się nie tylko panie, gdyż dołączyło do nich pięć lub sześć tysięcy mężczyzn.
Do Wersalu z tamtego miejsca jest około 21 kilometrów. Zaczął padać siarczysty deszcz. Ani odległość, ani ulewa nie rozproszyły maszerujących. Doszli pod bramy Wersalu po sześciu godzinach. W siedzibie królewskiej obradowało wówczas Zgromadzenie Narodowe, składające się z rewolucyjnych reformatorów, ale również z ogromnej liczby konserwatystów. Maszerujący kierowali swe żądania tyleż do króla co i do tego Zgromadzenia. Domgano się powrotu króla (i Zgromadzenia) do Paryża, "do domu" – powiadano, do ludu. Krzyczano "śmierć królowej". Wielu było chętnych zastąpić jako Gwardia Narodowa żołnierzy przybocznej (cudzoziemskiej w sporej liczbie) gwardii królewskiej po jej rozpędzeniu.
Maszerujący, przemoknięci, zmęczeni i głodni, zostali dość szybko wpuszczeni do Wersalu i odpoczywali na ławach w sali Zgromadzenia.
A w siedzibie króla przebieg wydarzeń był mniej więcej taki:
Deputacja do króla
(...) Przewodniczący Zgromadzenia, Jean Joseph Mounier, towarzyszył chcącym zobaczyć króla kobietom z targowisk, tworzącym delegację do pałacu. Grupa sześciu pań nominowanych przez tłum została odprowadzona do apartamentu króla, gdzie opowiedziały mu o niedostatkach żywności wśród ludu. Król odpowiedział ze współczuciem i wykorzystując cały swój urok, zrobił wrażenie na kobietach do tego stopnia, że jedna z nich zemdlała u jego stóp. Po tym krótkim, ale przyjemnym spotkaniu, poczyniono ustalenia, aby rozdać trochę żywności z królewskich zapasów, obiecując więcej, a niektórzy w tłumie uznali, że ich cele zostały osiągnięte. Mała grupka kobiet z targowisk triumfalnie powróciła (nadal w deszczu) do Paryża.
Jednak uczestnicy Marszu w ogromnej większości nie byli usatysfakcjonowani. Krążyli po terenie pałacu, szerząc plotki, że deputacja kobiet została oszukana, bo królowa nieuchronnie zmusi króla do złamania wszelkich złożonych obietnic. (...)
Około godziny szóstej wieczorem król podjął spóźnioną próbę stłumienia narastającej fali powstania: ogłosił, że bez zastrzeżeń przyjmie dekrety sierpniowe i Deklarację Praw Człowieka. Nie poczyniono jednak odpowiednich przygotowań do obrony pałacu: większość królewskich strażników, którzy przez kilka godzin byli rozmieszczeni pod bronią na głównym placu, stawiając czoła wrogiemu tłumowi, została wycofana na drugi koniec parku wersalskiego. (...) Sytuacja nadal była groźna dla rodziny królewskiej.
(...) Późnym wieczorem Lafayette, dowodzący Gwardią, udał się do króla, uroczyście deklarując: „Przybyłem, aby umrzeć u stóp Waszej Wysokości”. Na zewnątrz spędzono niespokojną noc, podczas której królewscy gwardziści mieszali się z uczestnikami Marszu, a obie grupy wzajemnie się przesłuchiwały. Wielu w tłumie potępiło Lafayette'a jako zdrajcę, narzekając na jego opór przed opuszczeniem Paryża i spowalnianie marszu. O świcie stało się jasne, że gwardia narodowa i różnorodni cywilni demonstranci z Paryża i z Wersalu utworzyli silny sojusz.
Atak na pałac
Około szóstej rano część protestujących, w większości mężczyzn, odkryła, że mała brama do pałacu jest niestrzeżona. Wchodząc do środka, szukali sypialni królowej. Królewscy strażnicy wycofali się, ryglując drzwi i barykadując korytarze, a w zagrożonym sektorze otworzyli ogień do szturmujących, zabijając młodego człowieka z tłumu. Pozostali rzucili się na strażników. Jeden z nich został zabity, a jego ciało rozsiekano. Drugi strażnik, Tardivet du Repaire, stojący przed wejściem do apartamentów królowej, próbował stawić czoła tłumowi i został ciężko ranny. Gdy w korytarzach rozbrzmiewały krzyki i wrzaski, królowa pobiegła boso ze swoimi damami do sypialni króla.
Interwencja Lafayette'a
Chociaż dwa oddziały wojsk oczyściły wnętrze pałacu, tłum nadal był obecny na zewnątrz, ale walki ustały. Szeregowi żołnierze Pułku Flandryjskiego i innej regularnej jednostki, Dragonów Montmorency, wydawali się teraz niechętni do działania przeciwko ludziom. (...) Lafayette przekonał króla, aby przemówił do tłumu. Kiedy obaj wyszli na balkon, rozległ się niespodziewany okrzyk: „Vive le Roi!” (Niech żyje król!) Król krótko wyraził chęć powrotu do Paryża, powołując się „na miłość moich dobrych i wiernych poddanych”. Gdy tłum wiwatował, Lafayette podsycił ich radość, dramatycznie przypinając trójkolorową kokardę do kapelusza najbliższego ochroniarza króla.
Potem zażądano obecności królowej. Lafayette zaprowadził ją na ten sam balkon w towarzystwie syna i córki. Tłum złowieszczo krzyczał, aby zabrać dzieci, i wydawało się, że szykowano królobójstwo. Jednak królowa stała ze skrzyżowanymi na piersiach rękami, a tłumowi – w którym sporo muszkietów wycelowano w nią – zaimponowała jej odwaga. Lafayette sprytnie pozwolił, aby furia tłumu opadła i z dramatycznym wyczuciem sytuacji uklęknął z szacunkiem i pocałował jej dłoń. Demonstranci odpowiedzieli z przytłumionym pomrukiem szacunku, a wielu nawet podniosło okrzyk radości, którego królowa od dawna nie słyszała: „Vive la Reine!”
Mimo uspokajających wystąpień królewskiej pary tłum nalegał, aby król wrócił z nimi do Paryża.
Powrót do Paryża
Około godziny pierwszej po południu 6 października 1789 r. ogromny tłum eskortował rodzinę królewską i setkę deputowanych z powrotem do stolicy, a uzbrojona Gwardia Narodowa wiodła drogę. W tym momencie masa ludzi wzrosła do ponad sześćdziesięciu tysięcy, a podróż powrotna zajęła około dziewięciu godzin. Procesja czasami mogła wydawać się wesoła, gdy gwardziści podnosili bochenki chleba nabite na czubki bagnetów, a niektóre z kobiet z targowisk radośnie jechały okrakiem na zdobytej armacie. (...)
Akapity z podtytułami wzięte z Wikipedii w jęz. angielskim, spolszczenie – BK
°
Potem parę królewską uwięziono, a cztery lata później ścięto na gilotynie. Przed takim więc rozwojem wydarzeń ostrzegał króla Baron Munchausen, który 6 października był już w Anglii. Książka o jego przygodach zakończona jest na dniu poprzednim toteż dalsze wydarzenia paryskie dla jej fabuły pozostały nieistotne.
° ° °
O tym jak Baron Munchausen nie dokończył swej misji
podczas rewolucji Francuskiej.
"Pierwszą sprzedawczynię ryb pasowałem swym mieczem na szlachciankę,
a wszystkie pozostałe uciekły najszybciej jak mogły,
by i one nie zostały nobilitowane."
Nie tylko króla Francji, ale i cały Świat (z orbitalnymi przyległościami) w dniu 6 października 1789 roku zostawił Baron Munchausen za sobą w zawieszeniu, w niepewności, bez dopowiedzenia finału wydarzeń kluczowych dla tamtej epoki. Zabrał się baron z Paryża do Anglii konno, a znając jego możliwości, domyślać się trzeba, że morski kanał między wyspą a kontynentem także konno przebył. Gwiewny, wzburzony, rozsierdzony wydarzeniami poprzedniego dnia, tyle ze swego animuszu przydał rumakowi, że ten od czasu do czasu odbijając się kopytami od wzburzonych fal, nabierał impetu sztormowego i większość drogi pokonał wzlotem w powietrzu, szybszy od wiatru i delfinów.
Tak się skończyły przygody Barona Munchausena. Tyle po ostatnim rozdziale książki zostało czytelnikowi do wyobrażenia. Reszta jest okładką. Może ze spisem rozdziałów na ostatniej stronicy, jeśli czytelnik ma wydanie kontynentalne, bo wyspiarskie zwykle od spisu się zaczynają.
Ostatni rozdział z numerem 34, choć bywa ich trzydzieści siedem, kończy księgę drugą opowieści barona. Zaczynają się one od czasów grubo wcześniejszych – albo od młodzieńczej wyprawy na Cejlon, albo od podróży przez Polskę i Inflanty do Petersburga. W pierwszym przypadku mamy rzecz napisaną przez Rudolfa Ericha Raspe'go, a w drugim – przez Gottfrieda Augusta Bürger'a. Pierwsza jest dostępna głównie po angielsku i posiada dużą ilość rozdziałów, do 34_ech lub więcej (jak w jednej z włoskich edycji); druga - najczęściej wydawana po niemiecku (po polsku i po francusku) zawiera 20 rozdziałów, choć czasem tylko siedemnaście.
W roku 2015 niemieccy entuzjaści wydali po raz pierwszy w swym języku wersję Raspe'go. Do tej pory hołubiono w Niemczech wersję Bürger'a, która była tłumaczeniem pierwszej tylko księgi o Baronie. To były wydarzenia literackie z lat 1785 i -86. Najpierw napisał Raspe po angielsku, potem Bürger po niemiecku. Sześć lat później Raspe dopisał część drugą, ale ani Bürger, ani nikt inny jej nie przetłumaczył, stąd powstały księgi – krótka niemiecka i długa angielska. Przedstawiany tu rozdział 34 jest ostatnim z długiej, oczywiście.
Koniec książki to opis niefrasobliwego króla Ludwika XVI przy kotlecie cielęcym ucztującego po wydarzeniach 5 i 6 października. Baron króla przestrzegł – zostaw kotlet, ratuj głowę. Wiadomo, ale nie z opowieści Munchausena, że król z przestrogi nie skorzystał i marnie na tym wyszedł. Wtorkowe rozstanie barona z nim i z Marią Antoniną poprzedzone jest opowieścią o burzliwym poniedziałku. Tego dnia z paryskich Hal targowych ruszył marsz kobiet na Wersal, czyniąc ów poniedziałek przełomowym dniem francuskiej Rewolucji. Był 5 października 1789 roku...
Rozdział XXXIV.
Przejeżdżając przez Szwajcarię w drodze powrotnej z Indii, dowiedziałem się, że wielu przedstawicieli niemieckiej szlachty zostało pozbawionych honorów i immunitetów w swoich francuskich majątkach. Usłyszałem o cierpieniach miłej Marii Antoniny i przysiągłem pomścić choćby spojrzenie, które groziło jej znieważeniem. Poszedłem do jaskini tych Antropofagów, zebranych na debatę i z gracją przyłożyłem rękojeść miecza do ust – „Przysięgam”, zawołałem, „na święty krzyż mojego miecza, że jeśli natychmiast nie przywrócicie szlachectwa królowi i skrzywdzonej królowej, połowę z was posiekam na kawałki”.
Na te słowa Marszałek zgromadzenia rzucił ołowiany kałamarz w moją głowę. Schyliłem się, by uniknąć ciosu i pędząc ku trybunie, obaliłem jakiegoś mówcę, który grzmiał na arystokratów, a chwyciwszy tę kreaturę za nogę, rzuciłem nim w Marszałka. Ze szlacheckim animuszem wygnałem ich wszystkich z sali obrad, po czym zamknąwszy drzwi, włożyłem klucz do kieszeni. Poszedłem do biednego króla i złożyłem mu hołd – „Panie”, powiedziałem, „twoi wrogowie uciekli. Obecnie ja jestem Zgromadzeniem Narodowym i uchwalę twoje edykty, rehabilitujące arystokrację; w przyszłości, jeśli Wasza Wysokość zechce, będę twoim Parlamentem i Radą”. Podziękował mi, a miła Maria Antonina, uśmiechając się, podała mi rękę do pocałunku.
W tym momencie dostrzegłem grupę radnych ze Zgromadzenia Narodowego, którzy z Gwardią Narodową i z tłumem sprzedawczyń ryb, zbliżali się ku nam. Osadziłem ich Królewskie Mości w bezpiecznym miejscu i dobywszy miecza stanąłem przeciw wrogom. Trzysta handlarek rybami, trzymając gałązki ozdobione wstążkami, ruszyło ku mnie, wrzeszcząc i rycząc jak furie. Nie chciałem kalać mojego oręża ich krwią, ale schwytałem pierwszą, która się zbliżyła i zmuszając do uklęknięcia, pasowałem ją po rycersku na szlachciankę moim mieczem, co tak przeraziło resztę, że z krzykiem uciekły najszybciej jak mogły, abym nie nobilitował je na szlachcianki.
...pasowałem ją na szlachciankę moim mieczem...
Jeśli chodzi o Gwardię Narodową i resztę Zgromadzenia, szybko zmusiłem wszystkich do ucieczki, a pojmawszy niektórych z nich, zmusiłem do zdjęcia trójbarwnej kokardy i umieszczenia na jej miejscu białej kokardy królewskiej.
Następnie ścigałem wroga aż do szczytu wzgórza, gdzie swym blaskiem raziła mój wzrok wzniosła budowla; kiedyś była wzniosła i święta, ale teraz przekształcono ją w najpodlejszych zamiarach; ten monument de grands hommes, ten kościół chrześcijański Saraceni wypaczyli w obrzydliwość. Wyważyłem drzwi i wszedłem z mieczem w ręku. Zobaczyłem tu całe Zgromadzenie Narodowe maszerujące wokół wielkiego ołtarza wzniesionego dla Voltaire'a; stał na nim jego triumfujący posąg, a rybne handlary zdobiły go girlandami i śpiewały „Ca ira!” Nie mogąc znieść owego widoku, rzuciłem się na pogan i kładłem ich tuzinami na miejscu. Rybne handlary i członkowie Zgromadzenia nadal wzywali swojego wielkiego Voltaire'a i wszystkich swoich mistrzów z ołtarza w monument de grands hommes, błagając, aby zeszli z piedestału i pomogli im w walce z arystokratami, zatrzymując miecz Munchausena. Ich krzyki były tak straszne, jak wrzaski czarownic i czarowników odczyniających czarną magię. Nagle zadudniły grzmoty, burza wstrząsnęła ścianami i pojawiły się, trzy straszne widma – Rousseau, Voltaire i Belzebub. Pierwsze widmo, chude jak trup, skóra i kości, odrażający szkielet wyglądający jak śmierć, to był Voltaire, trzymający lirę i sztylet. Obok stał Rousseau z kielichem słodkiej trucizny w ręku, a między nimi ich ojciec – Belzebub!
Wzdrygnąłem się na ten widok, lecz wpadłem między nich z wściekłością, przejęty zgrozą i entuzjazmem pobożności. Złapałem przeklętego szkieletora Voltaire'a i zmusiłem go do wyrzeczenia się wszystkich herezji, które głosił; gdy się pokajał, jakby za sprawą magicznego zaklęcia całe zgromadzenie jęknęło, a tron demona zaczął walić się w zabójczych gruzach na ich głowy.
Powróciłem triumfalnie do pałacu, gdzie Królowa rzuciła mi się w ramiona i zapłakała rozczulona. „Ach, ty kwiecie szlachty”, zawołała, „gdyby wszyscy szlachcice Francji byli tacy jak ty, nie spotkałoby nas to wszystko!”
Kazałem tej cudnej istocie osuszyć oczy, wsiąść wraz z królem i królewiczem do mojego powozu i pojechać do Mont-Medi, gdyż nie można było tracić ani chwili. Posłuchali mej rady i odjechali. Towarzyszyłem im kilka mil, a król, dziękując za pomoc, wyraził nadzieję, że nie sprawi mi już więcej kłopotów, gdyż jak sądził, niebezpieczeństwo minęło. Królowa ze łzami w oczach podziękowała mi na kolanach i poprosiła o moje błogosławieństwo dla następcy tronu. Krótko mówiąc, zostawiłem króla jedzącego kotlet barani. Poradziłem mu, żeby się nie ociągał z zakończeniem biesiady, bo inaczej zostanie pojmany. Potem życzyłem obojgu dobrego wieczoru i spiąwszy konia ostrogami powróciłem do Anglii. Jeśli król za długo siedział przy stole i go uwięziono, to już nie moja wina.
...zostawiłem króla jedzącego kotlet barani...
°
polska wersja: B.K.














.jpg)
















