środa, 26 listopada 2025

Krzysztof Hariasz. Notatki z podróży do… Europy.

 

 Krzysztof Hariasz

 Notatki z podróży do… Europy.



Latamy (w sensie środków transportu) do Polski praktycznie co parę lat, a bywało, że nawet częściej. Coś nas do Polski ciągnie? Pewnie tak. Żyliśmy tam ponad ćwierć wieku a później odwiedzaliśmy też z piętnaście, dwadzieścia razy. I ciągle nie mamy dość. Ciągle odwiedzamy nowe miejsca, podziwiamy, uczymy się nowych, ciekawych rzeczy. Więc chyba warto kontynuować.

Tym razem lecimy LOTem. Już dawno nie podróżowaliśmy polskimi liniami, ale są jedynymi, które oferują bezpośredni lot z Nowego Jorku do Warszawy. Więc nadzieja, że będzie wygodniej, krócej i bez pośpiechu. A rzeczywistość? Wchodząca przed nami na pokład matka z dzieckiem jest dość niskiego wzrostu i nie potrafi bez pomocy włożyć swojej ciężkiej walizki do samolotowego „pawlacza” nad siedzeniami. Prosi więc o pomoc stojącego bezczynnie stewarda. Ten, owszem, pomaga, ale zaraz ją opieprza, że skoro sama nie potrafi, to powinna była walizkę nadać na bagaż. Dziwny ten naród.

Kiedy siadamy na swoich miejscach, okazuje się, że monitor, który ma mi dostarczać rozrywki oraz informować o trasie lotu nie działa, w rzędzie przed nami siedzi rodzina z małym, skłonnym do płaczu dzieckiem, a moja sąsiadka z lewej strony pociąga nosem, pokasłuje i na dodatek napisy na „iPadzie” ma cyrylicą. Ze spania, mimo heroicznego wysiłku i licznych prób, generalnie nici.

Posiłki typowo samolotowe, czyli nijakie, więc chociaż w tej kwestii nie ma nowych powodów do narzekań. Po wylądowaniu czekamy ponad godzinę na bagaże. I to na lotnisku, gdzie w tym czasie wylądował tylko jeszcze jeden samolot. Nie ma się nawet kogo zapytać co jest grane. Na szczęście w końcu się pojawiają. A dziecko w samolocie nawet nie płakało. Co w sumie pozwala nam uznać całą podróż za sukces. Oby tak dalej?


W Lublinie mieszkamy na Starówce, naprzeciw Trybunału. Świetne miejsce, prawda? Hotel w wyremontowanej kamienicy, wszystko nowe, obsługa grzeczna i bardzo młoda (studentki pierwszego, drugiego roku – zaczynają 50 lat po nas), przepych na śniadaniach: kiełbasy, wędliny, naleśniki, jajka, sery, dżemy, kilka rodzajów pieczywa... Super. Ale np. chusteczek higienicznych nigdzie nie ma.

Drugi problem to międzynarodowy mecz piłkarski pomiędzy Crystal Palace a Dynamem Kijów, który w dzień naszego przyjazdu ma się odbyć na stadionie Motoru. Z Anglii przyjechało na mecz ponad trzy tysiące kibiców. Niektórzy z nich mieszkają w naszym hotelu. I teraz wszyscy siedzą w „ogródkach” okolicznych knajp żłopiąc piwo. Duże ilości piwa. Obecność policji bardzo widoczna. Także oddziałów, które za naszych czasów zaliczalibyśmy do kategorii ZOMO, czyli funkcjonariuszy w hełmach, ochraniaczach na golenie i kolana, kamizelkach kuloodpornych, z tarczami i pałami w rękach. Mecz jest dopiero wieczorem, dzięki czemu udaje nam się wydostać na imprezę teatralną, dla której tu między innymi przyjechaliśmy i zaraz po imprezie wrócić do hotelu przed powracającymi z meczu kibicami. Personel hotelu i pobliskich restauracji wyraźnie zaniepokojony. Udaje nam się dostać do naszego pokoju i wkrótce idziemy spać – po raz pierwszy od dwóch dni. Zasypiamy więc szybko. W środku nocy budzą nas chóralne śpiewy angielskich kibiców. Trwają gdzieś do trzeciej nad ranem. W końcu powoli cichną i możemy znów odpoczywać. Rano dowiadujemy się, że na szczęście Anglicy mecz wygrali, więc rozrób żadnych wielkich nie było. Tylko te głośne śpiewy.


No właśnie, ale po co my tu właściwie przyjechaliśmy? Nasz dobry kolega, Janusz Opryński postanowił celebrować pięćdziesięciolecie pracy artystycznej. To niezły kawałek czasu. Zaczynaliśmy właściwie tego samego dnia, kiedy w 1975 roku obaj pojawiliśmy się w teatrze Provisorium, aby pakować sprzęt i rekwizyty na teatralne tournée po Roztoczu. W teatrze były fajne… aktorki, więc oprócz sztuki był też inny powód, aby się tym projektem zainteresować. Pracowaliśmy później razem przez sześć lat, ucząc się teatru i zdobywając świadomość społeczną. Po Stanie Wojennym, ja kontynuowałem moją działalność teatralną w USA. Janusz prowadził przez wiele lat Provisorium a w pewnym momencie zaczął reżyserować w teatrach profesjonalnych całej Polski. Odniósł w tej pracy wiele sukcesów, poznał wiele interesujących osób. Było więc co celebrować. Sukcesy teatralne i powstałe przy okazji przyjaźnie.

W programie jest kilka spektakli wyreżyserowanych przez Janusza (M.in. Król Lear, Sala 6)   – co możemy to oglądamy z zainteresowaniem. Jest też Gala, na którą przychodzą ludzie nam zupełnie nieznani, znani i lubiani, oraz znani i… prawie, że zapomniani. Witamy się z osobami, których nie widzieliśmy grubo ponad czterdzieści lat. Niektórych trudno rozpoznać. Ale jest naprawdę miło. W sumie można powiedzieć, że jakby „uczta intelektualna.” Pod względem jakości serwowanych dań oraz ich ilości. Więc najprawdopodobniej wrócę jeszcze do wrażeń z tych czterech dni przy okazji innych relacji (albo na zasadzie przerywników).


 

Zwycięstwo walkowerem. Janusz Opryński na scenie.

 


Ośrodek Brama Grodzka, Teatr NN. Założona przez przyjaciół z czasów teatralnych instytucja jest nie tylko na wskroś lubelska, zlokalizowana w samym centrum miasta, ale naprawdę robi wrażenie. Współpracowaliśmy w przeszłości nad kilkoma projektami, głównie dotyczącymi niezależnego ruch wydawniczego w PRL-owskim i Solidarnościowym Lublinie. Teraz chcielibyśmy po prostu odwiedzić. Może zwiedzić. Tomek Pietrasiewicz, spiritus movens „Bramy” oferuje się nas oprowadzić i wszystko opowiedzieć. Brama Grodzka była przed II Wojną jakby przejściem granicznym pomiędzy katolicką częścią Lublina (symbolizowaną przez Stare Miasto i dzielnice za Bramą Krakowską) a miastem żydowskim, rozciągającym się mniej więcej wokół Zamku. Przyszli Hitlerowcy i praktycznie całą ludność żydowską wywieźli do Bełżca oraz na Majdanek, gdzie ich wymordowali. Ich dzielnicę zrównali z ziemią. Tak, stylowe, półkoliście usytuowane kamieniczki dzisiejszego Placu Zamkowego zostały zbudowane dopiero w 1952 roku. I trzeba przyznać, że architekci tego projektu mieli ciekawą wizję. Ale kiedy na tym terenie prowadzone były jakieś prace związane z wodociągami czy czymś w tym rodzaju, dokopano się do poziomu brukowanych ulic miasta żydowskiego. A Tomek właśnie szedł do pracy w „Bramie” i ten bruk zobaczył. The rest is history, jak mawiają nasi sąsiedzi; Tomek nie tylko przeniósł bruk do bramy, ale zaczął zbierać wszystkie pamiątki po lubelskich Żydach. Dzisiaj „Brama” jest muzeum, archiwum historycznym oraz ośrodkiem badawczym, ale również niezwykle teatralną ekspozycją poświęconą pamięci. Jest miejscem, które odwiedzają naukowcy z całego świata (poznałem takie osoby nawet w Ohio), ale także turyści oraz wycieczki izraelskiej młodzieży.

Jednak „Brama” to historia całego Lublina, nie tylko jego żydowskiej dzielnicy. Wspomniany już niezależny ruch wydawniczy, z historycznymi maszynami w dedykowanym temu tematowi lokalu na Żmigrodzie, lubelscy pisarze i poeci (szczególnie Czechowicz, Panas, Hartwig), lubelskie podziemia (do zwiedzania, wejście obok Trybunału), Teatr Imaginarium (krótka historia Lublina opowiedziana metodą teatru kukiełkowego), i tak dalej, i jeszcze coś. Nam się udało tylko części doświadczyć. A Wy, drodzy czytelnicy, sprawdźcie sobie sami. Warto. Albo podczas następnej wizyty w Lublinie, albo tu: https://teatrnn.pl



Plac Zamkowy w Lublinie. Rok powstania 1952. (Źródło: Brama Grodzka)

 


Spektakl „Sala 6” w reżyserii Janusza Opryńskiego jest oparty na jego adaptacji opowiadania Czechowa. Znudzony prowincjonalny lekarz spotyka na oddziale psychicznie chorych człowieka, z którym może porozmawiać o literaturze i filozofii. Spędza z nim coraz więcej czasu, co zaczyna niepokoić lokalnych notabli i innych lekarzy. I powoli doprowadzają do sytuacji, że lekarz-intelektualista zostaje zamknięty na oddziale ze swoim towarzyszem rozmów. 

W scenariuszu spektaklu również dużo filozoficznych dywagacji. Natomiast wymowa, chyba podobnie do Czechowa, że my, czytający i rozkoszujący się tym co czytamy, jesteśmy w pewnym stopniu wariatami, a przynajmniej tak nas widzi duża część (może większość) społeczeństwa. Ale pomimo niebezpieczeństwa, że nas pozamykają, radość jaką dają nam lektura i dyskusja nią inspirowana są tego warte. Taka metafora za spektaklu: książka to partytura, rozmowa o niej, to śpiewanie.


W Lublinie dość zimno i wietrznie. Z nosów nam cieknie... Choruję aż do końca podróży. I dlatego między innymi bardzo mi trudno pisać te impresje w miarę systematycznie. Hmm, a może to przez kichanie i smarkanie sąsiadki z samolotu?


Takie lekko niepokojące uczucie pustki spowodowane absencją na Gali kilku osób, z którymi żyło się wtedy (40-50 lat temu) dość blisko. Jednych nieobecności jesteśmy ciekawi, z innych – prawdę powiedziawszy – nawet zadowoleni. Głównie z powodów, nazwijmy to, politycznych. Nie wiem czy ci ludzie już wtedy mieli inny stosunek do świata i tylko my tego nie widzieliśmy (może tylko „nieco” inny a później rosnący z upływem czasu), czy w międzyczasie zostali kupieni/oszukani/omamieni. Jak to się dzieje, że przedziały (przepaście!) polityczne potrafią powstawać w rodzinach, wśród rodzeństwa. Ale, jak mawiają poniektórzy, walczyliśmy o różnorodność i ją teraz mamy. Więc nie ma na co psioczyć. 

Ale szkoda czasami. A nawet przykro.


Spektakl Teatru Ósmego Dnia. W ubiegłym roku obchodził sześćdziesięciolecie istnienia. Obecny zespół aktorski (4 osoby) pracuje już ze sobą pewnie z pięćdziesiąt. Może niektórzy nawet ciut dłużej. Teatr legenda. Kiedy my zaczynaliśmy pięćdziesiąt lat temu, oni byli dla nas inspiracją i swego rodzaju wzorem do naśladowania. Na scenie i poza nią. Przyjaźń z nimi oraz szacunek dla ich pracy trwają do dzisiaj. Więc idziemy pełni oczekiwań.

Ten nowy spektakl, przygotowany z okazji rocznicy, jest w dużym stopniu składanką scen ze starych spektakli. Żadnej nie rozpoznaję. Być może dlatego, iż upłynęło już tyle czasu. Ale forma spektaklu, jego jakby styl inscenizacyjny bardzo mi przypomina „Przecenę dla wszystkich” – przedstawienie, które wywarło na mnie kiedyś (1978?) ogromny wpływ. Kto wie czy nie decydujący o mojej preferowanej poetyce teatralnej.


Przez lata pracy w USA, przyzwyczaiłem się do rozmaitych regulacji bezpieczeństwa. Na hasło OSHA (Occupational Safety and Health Administration) nauczyłem się reagować „w mgnieniu oka” a potencjalne niebezpieczeństwa dla pracowników i osób postronnych wyczuwałem wręcz intuicyjnie. A przecież pracowałem w teatrze a nie na budowie, gdzie cegły spadają murarzom na głowy i wszyscy muszą posuwać w kaskach. A jednak i w teatrze niebezpieczeństwa czyhają na każdym kroku. Symbolem tego jest tak zwane ghost light, czyli „lampa widmo”, którą zapala się na noc na środku sceny po skończonym spektaklu i wygaszeniu wszystkich innych świateł. Na wypadek, gdyby ktoś z jakiegoś dziwnego powodu próbował na tą scenę w środku nocy wejść. Żeby się nie potknął, nie nabił sobie guza.

Polski odpowiednik OSHA to oczywiście BHP. Myślę, że jakoś tam działa, ale nie jestem pewien czy w lubelskim teatrze. Na przykład, odstępy (czyli po prostu dziury) między podestami, na których ustawione są krzesła dla widzów są tak duże, że naprawdę łatwo w nie wpaść i nogę złamać. Albo nieoznakowane drzwi/drogi ewakuacyjne. A najciekawsze, że spektakl w piwnicy odbywa się przy drzwiach na zewnątrz zamkniętych na klucz. A to przecież jedyna droga ucieczki w razie niebezpieczeństwa. I nie mam tu na myśli przypadków klaustrofobii. 

Z kolei, w polskim hotelu w Lublinie podłoga pod prysznicem jest śliska jak lodowisko. Dla starszych wiekiem gości to może być niebezpieczne. W hotelu amerykańskim w Warszawie też jest śliska, ale przynajmniej na ścianie obok prysznica dyrekcja umieściła informację o tym, że dostępne do wypożyczenia są też maty antypoślizgowe. Więc je natychmiast zamawiamy. Strzeżonego…


Na koniec pobytu w Lublinie dostajemy dodatkową dawkę dobrego teatru; już nie Opryński ale na jego zaproszenie występujący gościnnie w Lublinie Teatr Nowy z „Elizabeth Costello” (wg. Coetzee’go), w reżyserii Warlikowskiego. Gadamy później z Misią o tym spektaklu do później nocy.

Nie mamy zbyt wielkiego doświadczenia z teatrami, nazwijmy to instytucjonalnymi. Czyli z organizacjami, w których zatrudnia się wszystkich pracowników, od aktorów, poprzez reżysera dźwięku, po sprzątaczy. Chciałoby się powiedzieć, że są to instytucje profesjonalne. I niech tak będzie. Budżety owych teatrów są niewyobrażalne dla takich „maluczkich” jak my. I to jest pierwsza rzecz, którą widać w tym spektaklu. Ogromny rozmach. Nie ma w Lublinie tradycyjnej sceny teatralnej, która mogłaby to przedstawienie pomieścić. Rozłożyli się więc w ogromnej hali firmy Targi.Lublin (https://www.targi.lublin.pl/pl/o-nas/o-firmie/). Wielkość przestrzeni, scenografia, reputacja zespołu oczywiście robią duże wrażenie jeszcze niczym przedstawienie się rozpocznie. Natomiast po rozpoczęciu, kiedy wszystko jest w ruchu, wrażenie się tylko potęguje. Mnie fascynuje przede wszystkim precyzja. Technologia na najwyższym poziomie; właściwie każda płaszczyzna służy za ekran projekcyjny albo obrazów „live,” albo nagranych wcześniej. I wszystko ma sens, wszystko pomaga w śledzeniu gry aktorskiej, przybliża aktorów do widza. Rolę Elizabeth Costello z ostatniej fazy jej życia gra osiemdziesięciosiedmioletnia Maja Komorowska, legenda polskiego teatru i filmu. Zastanawiamy się na ile reżyser Krzysztof Warlikowski był świadomy, że angażując Komorowską w tej roli zaciera właściwie granicę między teatrem a życiem.

W pewnym momencie, Komorowska ma kłopoty z nałożeniem palta; rękaw się przewinął przy ściąganiu a teraz nie ma czasu – rytm sceny jest nieubłagany – aby to korygować. Na szczęście, towarzyszy jej małpa (aktor w masce), więc prosi ją o pomoc. Małpa asystuje bardzo zręcznie i wkrótce kłopoty z paltem są już za nimi. A my się pytamy czy o pomoc poprosiła aktorka Komorowska, czy może postać sceniczna Costello. Czy Maja Komorowska szeptem albo gestem prosi kolegę aktora o pomoc? Czy reżyser specjalnie ustawił scenę tak aby małpa była zawsze w razie czego blisko? A może raczej Elizabeth Costello, u schyłku życia zdaje sobie sprawę jak „zoologiczną” jest istotą, jak ważna jest dla człowieka fauna i postanawia jeszcze raz ją wykorzystać? Nie pamiętam książki na tyle dobrze, aby na te pytania szybko odpowiedzieć.

A na zakończenie, Costello mówi coś w tym sensie, że nie jest jeszcze gotowa, aby umierać ale chciałaby zobaczyć co tam jest po drugiej stronie. Warlikowski jej na to pozwala, wysyłając Maję Komorowską do wąskiego, oszklonego tunelu, którym jej postać sceniczna (ale przecież jakby i ona, aktorka)  ma dojść do punktu, z którego „tamtą stronę” widać. Tunel prowadzi z głębi sceny na jej przód. Widzimy więc zbliżającą się niepewnym krokiem starszą kobietę tak samo dokładnie jak widzimy Elizabeth Costello. Na końcu tunelu/korytarza jest szklana ściana. Aktorka zatrzymuje się przed nią i z ciekawością patrzy na to co jest po drugiej stronie. A my patrzymy na jej twarz, patrzymy na nią jak ona patrzy. Może nawet wzruszamy się trochę. Wtedy światła powoli gasną. 


W sumie Lublin pełen wrażeń wszelkiego rodzaju (artystycznych, kulinarnych, turystycznych, towarzyskich, sentymentalnych, itd.), ciekawych spotkań, a także dość sporego wysiłku fizycznego. Więc w autobusie do Rzeszowa śpię przez prawie całą drogę.


Ale, ale! Jeszcze w Lublinie idziemy na Zamek na wystawę malarstwa kobiet pt. „Co babie do pędzla?” Okazuje się, że owszem, to i owo. Nie dość, że są interesujące, to zebrano owych dzieł bardzo dużo. W takich sytuacjach myślę, że dobrze się stało, iż nie jestem krytykiem albo innym profesjonalnym znawcą malarstwa. Ponieważ te dzieła mi się w większości albo podobają albo nie kłócą się z moim zmysłem estetycznym. Więc nie potrafię ze znajomością rzeczy krytykować i nie ma mowy abym wypowiadał jakieś snobistyczne opinie. Z ciekawostek, portret Marii Konopnickiej namalowany przez jej długoletnią towarzyszkę (niektórzy mówią partnerkę a nawet kochankę) Marię Dulębiankę. Przyznaję się bez bicia, że nie miałem pojęcia o różnorakich, w tym malarskich, zdolnościach Dulębianki.

A przy okazji zwiedzania muzeów i innych ekspozycji: W prawie wszystkich instytucjach tego typu w Polsce są szatnie i praktycznie obowiązek zostawiania wierzchnich okryć przed wejściem na sale wystawowe. Szatnie nic nie kosztują, więc powinny być odczuwane jako udogodnienie. A jednak mnie irytują. Ponieważ trzeba portfel przekładać do kieszeni spodni, albo w kolejce stać, a w ogóle to dlaczego mam być do takich rzeczy zmuszany? To oczywiście kwestia przyzwyczajenia i zwyczajów panujących w danym kraju. Czyli odzwyczaiłem się. A pewnie i usztywniłem.



Konopnicka pędzlem Dulębianki.

 


W Kolbuszowej, jak zwykle – rodzina oraz spotkania z kolegami (koleżankami) z liceum. Tym razem, jeśli chodzi o sprawy rodzinne, to mamy pewną ciekawostkę. Próbujemy mianowicie uzyskać prawa spadkowe do domku z ogródkiem, który dziadkowie wprawdzie pobudowali i w którym mieszkali aż do śmierci, ale nigdy nie zadbali, aby ich prawo własności zostało urzędowo potwierdzone w księgach wieczystych. Sąd akurat zwołał posiedzenie, więc uczestniczę. W przeszłości miałem z sądami i prawem do czynienia w teorii (na studiach prawniczych) oraz w praktyce (siedząc na ławie oskarżonych w Stanie Wojennym), dzisiaj występuję jako strona w dość pospolitej sprawie cywilnej. Nawet mnie sąd przesłuchuje. Opowiadam więc, że w domu będącym przedmiotem postępowania urodziłem się i spędziłem pięć pierwszych lat mojego życia. Ale dla sądu sprawa nie jest tak prosta, sąd musi wszystkie dowody i zeznania „przenicować” i dokładnie roztrząsnąć niczym cokolwiek zdecyduje. Niby śmieją się ze mnie koledzy, że jestem „aptekarz,” że mam tendencję do dokładności (przynajmniej w niektórych dziedzinach), ale chyba nie mam jednak głowy, aby aż tak szczegółowo jak sąd na sprawy patrzeć. Logika, owszem, ciągle mnie interesuje, lecz w sumie to powinienem być bardzo zadowolony z faktu, że jako „pomysł na życie” wybrałem teatr a nie prawo.


Żurki, rosołki, ogórkowe, szarlotki, kremówki (napoleonki), pyszne pączki, placki ziemniaczane, pierogi (wszelkiego rodzaju), kopytka, i tak dalej. Tylko palce lizać, a tu znów ślinka leci. To wszystko rzecz jasna rezultat przyzwyczajeń z dzieciństwa/młodości, kiedy podniebienie nabierało nawyków smakowych na (okazuje się) całe życie. Przez te ponad trzy tygodnie podróży, jak się łatwo domyślić, nie gotujemy. Albo jadamy w restauracjach, albo gościmy się u rodziny. W restauracjach bywa różnie, raz lepiej, raz gorzej, ale przeważnie słono. Nawet nie, że trzeba słono płacić, po prostu dużo soli sypią. Odwiedzamy coś w rodzaju dawnego baru mlecznego, gdzie jest znajomo, nieskomplikowanie i fajnie. Jemy też w zainspirowanej kuchnią żydowską lubelskiej restauracji „Mandragora.” Też fajnie. Mamy sezon grzybowy, więc u rodziny wręcz połykamy kanię w panierce. Albo kołduny w rosole. Większość posiłków smaczna i pożywna. Brakuje nam tylko trochę zielonych jarzyn. Pierogi wszystkich składników odżywczych chyba jednak nie dostarczają.



 


Ciacho koniecznie z herbatą.


 

(Z tablicy przed sklepem z ziołami w Sandomierzu) Mandragora (łac. mandragora officinarum). 


«Spośród wszystkich czarodziejskich i magicznych roślin znanych człowiekowi, pierwsze miejsce bez wątpienia zajmuje korzeń mandragory. Ponieważ do złudzenia przypomina ludzką sylwetkę, od wieków przypisuje mu się nadprzyrodzone moce – zarówno dobre, jak i te z piekła rodem. 

Najczęściej szukano go pod szubienicą. Aby wykopać mandragorę, należało wyjść w piątek przed wschodem słońca i zabrać ze sobą czarnego psa, uczynić trzykrotnie znak krzyża nad rośliną i skopać ziemię dookoła niej tak, żeby korzeń był trzymany tylko przez cienkie włókna. Te przywiązać sznurkiem do ogona psa, pokazać zwierzęciu kawałek chleba i uciec daleko. Pies rzuci się za chlebem, wyrwie korzeń i padnie martwy, bo mandragora wyrwana z ziemi wydawała ludzki krzyk, który zabijał tego, kto go usłyszał. Zwolennicy mandragory twierdzili, że wyjawiała przyszłość i sekrety, które przynosiły dobrobyt, odpędzała wszystkich wrogów, błogosławiła małżeństwom, a każdą monetę włożoną na noc do ziemi podwajała rano. Przeciwnicy oskarżali ją o przywoływanie demonów, rzucanie klątw i uroków, oraz wywoływanie plag. Kiedyś była nieodłącznym elementem sabatów, a każda, nawet najpotężniejsza czarownica, czerpała swą mroczną moc z jej korzenia. »


(Błogosławiła małżeństwom?! Hmm. Podobno nazwa pochodzi z Pieśni nad Pieśniami, gdzie symbolizowała miłość, płodność i szczęście. W odpowiednio dużych dawkach ma właściwości halucynogenne i narkotyczne. Znana jest też jako mandrake. I gra prominentną rolę w powiastce „Isabella z Egiptu” autorstwa Ludwiga Achim von Arnim, opowiadanej przez animatora/autora niniejszego blogu w 2021 roku).



Mandragora (ilustracja z Wikipedii)

 

Europa jest wybrukowana. Kostką, kamieniem, kocimi łbami, cegłą, bloczkiem i innymi kafelkami. W przeciwieństwie do Ameryki, która wydaje się być kompletnie wybetonowana i zaasfaltowana. Nie mam pojęcia który sposób jest bardziej ekonomiczny, ale muszę się przyznać, że wydaje mi się, iż łatwiej (a autem ciszej) jest się przemieszczać po betonie niż po bruku. Więc dlaczego? Być może tradycja. Być może estetyka. W dzielnicach staromiejskich pewnie nakazy konserwatorskie i historyczna wierność (wiarygodność?). Ale na nowo otwartych parkingach albo peronach kolejowych to już się trudniej domyślić. Patrzyłem z niedowierzaniem i troską na obute w szpilki kobiety, spieszące dokądś na skróty przez rynek starego miasta. Ale mojej walizce na kółkach dopiero dał popalić peron kolejowy, kiedy pędziłem do wagonu wyznaczonego na moim bilecie. Jedno z kółek po prostu się rozpadło. Za dawnych czasów walizki były bez kółek, a nawet gdyby kółka miały i jedno się zepsuło, to na pewno istniał by rzemieślnik, u którego takie kółko można by wymienić za parę złotych. Dzisiaj w takiej sytuacji trzeba kupować nową walizkę. A potem jeszcze pamiętać jak wyglądała, czekając na lotnisku aż dostarczą bagaże. Podróże potrafią być stresujące.


Z Kolbuszowej do Białegostoku jadę pociągiem. Z przesiadką w Warszawie. Bilet kupiłem przez Internet, więc zgodnie z moim adresem e-mailowym oraz kartą kredytową, którą płaciłem, wypisany jest na Chris Hariasz. Jest to bilet ulgowy (dla seniorów), więc młoda konduktorka o blond włosach domaga się dokumentu tożsamości: „Photo ID, please!” (Tak właśnie, po angielsku). Czy ja naprawdę nie wyglądam na emeryta? Podaję jej swój polski dowód osobisty. Jest wyraźnie wkurzona. Opieprza mnie, że bilet na Chris a dokument na Krzysztof. Próbuję się tłumaczyć, że mi pani sprzedająca tak wypisała nie pytając mnie o zdanie. Konduktorka nakazuje abym takich rzeczy już nigdy nie robił, ale daje mi tym razem spokój. Kiedy w następnym pociągu do przedziału wchodzi inna, choć równie młoda konduktorka, tym razem brunetka (nie żeby to miało jakieś znaczenie), spinam się w oczekiwaniu na kolejny opieprz. A tu niespodzianka. Tej pani wystarcza, że mam ważny bilet. Czy nie zwraca uwagi na imiona, czy nie zna angielskiego, czy może wyglądam dla niej wystarczająco staro, po prostu dziękuje mi i wychodzi. Ileż to zależy od człowieka.


Więc rozsiadam się w tym pociągu jeszcze wygodniej. A mogę, ponieważ przez całą drogę jestem sam w przedziale. Czuję się jednak jakoś dziwnie, jakbym czegoś nie dopilnował albo o czymś zapomniał. Rozglądam się i macam po kieszeniach, ale bez rezultatu. Dopiero po chwili zdaję sobie sprawę, że nie zapiąłem pasa bezpieczeństwa. Nie, nie, w pociągach ciągle jeszcze nie ma pasów. To tylko ja się zdążyłem przyzwyczaić do obowiązku zapinania w samochodzie, w samolocie, nawet w autobusach doradzają. Nie powiem, aby mi tego pasa brakowało. Relaksuję się więc i na przemian czytam zebrane w książce na okoliczność celebracji wywiady z Januszem Opryńskim albo gapię się przez okno na mijający pejzaż.

Zawsze kiedy przemieszczam się przez polski krajobraz, przypominają mi się kolorowe pola opisane przez Wieszcza w Inwokacji. A szczególnie „bursztynowy świerzop.” Nie pamiętam jednak abym potrafił świerzop rozpoznać a nawet czym coś takiego kiedykolwiek widział, więc sprawdzam na Internecie. A tu okazuje się, że nie bardzo wiadomo co to jest. Nazwy „świerzop” używano kiedyś (pewnie jeszcze w czasach mickiewiczowskich) na określenie różnych roślin, najprawdopodobniej o żółtawych kwiatach. Pewnie stąd ten „bursztynowy” kolor. Co dzisiaj widzę z okien pędzącego pociągu na jesiennych polach to raczej kwitnący rzepak. Domyślam się, że jako tak zwana roślina poplonowa, czyli do zaorania przed zimą. Ha, ha, także wiedza gospodarska u mnie nie byle jaka. Pomyślą pewnie, że ze wsi.



Za oknem pola, lasy, wsie i miasta.

 


W Lublinie staję na przystanku komunikacji miejskiej, ponieważ chcę się wreszcie  (czy może raczej ponownie) przejechać trolejbusem. Obserwuję oczekujących i podjeżdżające autobusy. I prawdopodobnie z powodu tego, iż na co dzień przemieszczam się po swoim mieście samochodem i nie znam się na współczesnych technologiach transportu miejskiego, uderza mnie niesamowity widok. Otóż po zatrzymaniu się na przystanku, autobusy obniżają się o… nie wiem… dziesięć, piętnaście centymetrów i dopiero później otwierają się drzwi. Aby wysiadający nie musieli zeskakiwać a wsiadający korzystać ze sprzętu alpinistycznego (chciałem napisać „taternistycznego” żeby było bardziej polsko/swojsko, ale dość dziwnie mi to słowo zabrzmiało i zrezygnowałem. „Taterniczego” też mi jakoś nie brzmi). Jestem pod wrażeniem tego udogodnienia. Sprawdzam na Google i okazuje się, że tak, owszem, nazywa się to „kneeling,” czyli przyklękanie. Jakby o rękę prosić. Żeby się poręczy chwyciła.

Czyli z jednej strony dbają o pasażerów. A o starych pasażerów szczególnie, ponieważ w moim wieku jeździ się już po mieście za darmo. Natomiast z pasażerami młodszymi sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Szczególnie jeśli nie są obeznani z lokalnymi warunkami. Chcemy się dostać z Okęcia do centrum Warszawy więc Misia musi wykupić bilet. Automat do sprzedawania oferuje trzy albo cztery różne kategorie. Najtańsza to bilet ważny dwadzieścia minut od momentu skasowania, co wydaje nam się niezłą opcją. Autobus przepycha się powoli przez zapchane ulice stolicy. Po pół godzinie wpadają kanary i nie ma tłumaczeń, że my nietutejsi, że nie wiedzieliśmy jak długo autobus jedzie do centrum, itd. Mandacik, proszę państwa i nie ma wyproś. 160 polskich złotych. Ale czasami ułatwiają też młodszym – mandat można zapłacić telefonem.


Spośród przechadzających się po staromiejskich brukach, najliczniejszą populację stanowią gołębie. Są wszędzie. Łażą tam i z powrotem wypatrując okruchów, czekają na łaskę ludzką, podfruwają, może niektóre po prostu spacerują. Kiedy chodzą, stawiają nogę za nogą (podobnie jak ludzie), kołysząc się przy tym lekko. Zwracam uwagę na ich głowy (łebki), które przy każdym kroku jakby podskakują, czy raczej wychylają się do przodu i do tyłu. Kury chyba też tak chodzą. Wygląda to dość śmiesznie. Ale dla gołębi musi być bardzo męczące, myślę. https://www.youtube.com/watch?v=XNZ0qnGnPqU

Chociaż może nie aż tak jak podskakiwanie, czyli sposób przemieszczania się wróbli. Okazuje się, że gołębie mają kłopoty z utrzymaniem ostrości widzenia podczas marszu, więc aby tą przypadłość kontrolować, najpierw „wyciągają” głowę do przodu a później „podciągają” do niej tułów. Bardzo dziwne i skomplikowane. https://www.youtube.com/watch?v=9WV5DfDeCZI

Moim zdaniem ewolucja dinozaurów się tu nie popisała. Na dokładkę gołębie nie mogą teraz siadać, gdzie im się podoba. Na parapetach okien, gzymsach i innych wysokościach, skąd w dawnych czasach „załatwiały się” na głowy przechodniów, dzisiaj w wielu miejscach zainstalowane są sterczące igły/kolce, które wydają się być bardzo skuteczne w odstraszaniu ptactwa wszelkiego rodzaju. Natomiast głowy i ramiona posągów i innych pomników wciąż się do „obsrywania” świetnie nadają.


W rodzinie jak to w rodzinie; w sumie dobrze, czasem nawet przyjemnie, niespecjalnie krępująco. Prawie że domowo. Rozmowy często o sprawach właśnie rodzinnych, o przodkach. I w Kolbuszowej i w Białymstoku (szczególnie) kresy Rzeczpospolitej występują dość prominentnie. Ale co tam, my już z zupełnie innej rzeczywistości, o jakby innej proweniencji. My należymy wszędzie, jak przystało na obywateli świata. Co, notabene, wraz ze wzrostem rozmaitych nacjonalizmów i ksenofobii, także i w Polsce wydaje się tracić na znaczeniu i popularności.

Ale zakotwiczam się i zakładam sobie profil w aplikacji mObywatel i mam już teraz w telefonie oficjalny dowód osobisty, prawo jazdy oraz legitymację ZUS. Na dokładkę ta aplikacja z jej zawartością akceptowana jest w całej Unii Europejskiej. Czyli nawet jeśli nie obywatelem świata to przynajmniej obywatelem EU jestem.


Gdzie rzeka San mierzy w rzekę Wisłę leży miasto Sandomierz. To „rzut kamieniem” z Kolbuszowej, więc postanawiamy odwiedzić, aby przy okazji zwiedzić. Miasto jest stare, założone w Średniowieczu, po raz pierwszy wspomina o nim w 12 wieku Gal Anonim, że niby tak ważne miasto jak Kraków i Wrocław. Z murów obronnych zostały tylko fragmenty; wchodzimy przez Bramę Opatowską (a wychodzimy przez „Ucho Igielne”). Już właściwie po sezonie turystycznym, więc zaglądamy do restauracji i sklepików. Podobno lokalne atrakcje upominkowe to tak zwany krzemień pasiasty oraz krówki sandomierskie. Krzemień rzeczywiście jest interesujący; równoległe, cienkie paski w kolorach od bieli, poprzez szarość i brąz do czerni. Nie występuje nigdzie indziej na świecie tylko w tej okolicy. Robią z niego biżuterię i inne pamiątki. Cukierki krówki, owszem owszem, o przeróżnych smakach. Dopytujemy się czym te krówki się różnią od krówek z Milanówka. Odpowiadają nam, że tutejsze robione są w mleczarni a milanowskie w fabryce. Głębiej nie dociekamy, bo i po co. Smakują zwyczajnie, jak krówki.



Brama Opatowska & „Ucho Igielne.”

 


Stoję przed sklepem i żuję taką krówkę, kiedy widzę faceta spacerującego z małym psem. Niby nie powinno być w tym nic dziwnego. Ale pies idzie, że tak powiem, samopas, czyli bez smyczy. Jak to pies, podbiega tu i tam, zagląda tu i ówdzie. Pan mu tylko wydaje polecenia: „Tam nie wchodzimy” albo „Tego nie ruszamy.” A pies się słucha jak swojego własnego pana. 

Zaciekawiony, zaczepiam właściciela psa, aby wyrazić mój podziw. Dowiaduję się, że piesek, a właściwie suczka, Nika, jest gwiazdką Internetu. Jako zapalona motocyklistka, wrzuca relacje ze swoich podróży z panem na Instagramie (i może też innych mediach). https://www.instagram.com/nika.motocyklistka/  

A motocykl to WSK (wueska) jeszcze z zamierzchłych czasów. Takie to rzeczy (albo, jeśli ktoś woli, bzdury) dzieją się w Sandomierzu.


Jak na starych płytach (fot.wikipedia)

 


Wszyscy w Polsce, a przynajmniej w tej dawnej jej wersji, w której wzrastałem znali (a pewnie i w dużym stopniu znają do dzisiaj) hejnał mariacki. Głównie z południowych transmisji w programie pierwszym Polskiego Radia. Pamiętam jak w letnie niedziele, dźwięki trąbki rozbrzmiewające z otwartych okien na pustych ulicach miast i miasteczek, oznajmiały mieszkańcom, że czas jednak płynie. Więc słowo hejnał kojarzyło się nieodparcie z rynkiem krakowskim i kościołem mariackim. Jakież więc było moje zdziwienie, kiedy wyszedłem któregoś dnia przez Bramę Krakowską na Plac Łokietka w Lublinie i usłyszałem trębacza wygrywającego jakąś melodię. Byłem pewien, że to nie z głośników. Rozglądnąłem się, ale nic. Dopiero po chwili podniosłem głowę, aby go zobaczyć na balkonie ratusza. Okazuje się, że nie tylko w Krakowie. Lublin też ma swój hejnał, wygrywany sporadycznie w przeszłości a obecnie systematycznie już od 1991 roku. Nie miałem pojęcia. Mało tego, będąc w Sandomierzu również usłyszałem hejnał. Musi sandomierski. Okazuje się, że w Polsce hejnał jest grany w ponad 60-ciu miastach. Ależ to muzykalny naród!



Lubelski hejnalista.

 


Niestety wszystkie bilety samolotowe kupiliśmy jeszcze będąc w Stanach, więc podróżować musimy z amerykańskimi paszportami. I tak właśnie lecimy do Chorwacji, jako turyści amerykańscy. Nie jest to jakiś duży problem, ponieważ udajemy się tam właśnie jako turyści. Z tego co wiemy, ten kraj, ze względu na swoje położenie nad Adriatykiem oraz często związanej z tym faktem historii żyje w dużym stopniu z turystyki. Naszym celem jest Dubrownik. Powstałe prawdopodobnie w siódmym wieku n.e. miasto na południu Chorwacji stało się bardzo popularną atrakcją dla turystów z całego świata. A jest to właściwie otoczona grubymi murami twierdza i mały port usytuowane na skalistym wybrzeżu Adriatyku. Miasteczko wewnątrz murów to głownie kombinacja zabudowy renesansowej i barokowej. Dzisiaj mieszczącej kościoły, restauracje i sklepy z pamiątkami. Tłumy. Mimo iż jest już druga połowa października. Ale podobno tak jest we wszystkich popularnych centrach turystycznych w Europie. Mieszkańcy niby narzekają, ale gdyby tak nagle turystyki zakazać, to by w bardzo krótkim okresie zbankrutowali.



Wzdłuż murów Dubrownika.


 

Chcielibyśmy jednak od tych tłumów uciec. Więc jednego dnia płyniemy (stateczkiem, nie żadnym kraulem ani żabką) na niedaleką wyspę, gdzie ruiny klasztoru, ogród botaniczny, widoki na morze, spacery, jednym słowem, dużo bardziej relaksująco. Chociaż turyści też są obecni, ponieważ w tych okolicach kręcono dużo scen do serialu „Game of Thrones,” więc fani muszą się obfotografować w „autentycznych” wnętrzach i plenerach. A następnego dnia jedziemy autobusem (prawie pół godziny skalistym wybrzeżem) do Cavtat (czyt. caftat), miejscowości założonej w szóstym wieku p.n.e. przez Greków jako Epidaurus. Z greckich czasów nic już nie pozostało, ale zatoczka jest wręcz urocza, więc można się domyślać co ich tu ujęło, aby osadę założyć. I tu też jest trochę turystów, nawet kilka osób w Adriatyku się pławi. Słońce, restauracje pod parasolami, spacery, relaks. Czyli praktycznie cel naszej podróży. Nie narzekamy.


Z balkonu naszego mieszkania (airbnb) w Dubrowniku mamy widok na położone w dole miasto oraz lazurowe morze i okoliczne wysepki. Oglądamy słońce zachodzące za wodą, popijając wino. Mamy prawo do takiego odpoczynku, ponieważ aby tu dotrzeć z centrum miasta potrzeba niezłego wysiłku. Praktycznie cały czas po schodach a jest tych schodów – oczywiście, że liczyliśmy – prawie 500. Coś za coś, powie ktoś. Nie ma nic za darmo, doda inny. Tak, to prawda. A jeszcze większa prawda, kiedy jest się młodym i ma się zdrowe nogi. Okej, dobrze, pomimo zmęczenia mieliśmy też pewną satysfakcję. Że udało się i w dół (bez żadnej wywrotki), i w górę (z trzema przystankami na złapanie oddechu).



Adriatyk, pod wieczór, widziany z balkonu.

 


Z Dubrownika do Warszawy wracamy – tak, tak, LOTem – przez Frankfurt. Dlaczego przez Frankfurt a nie bezpośrednio? Tylko LOT raczy wiedzieć. Nie mamy wyboru, więc się nie buntujemy. Ale na Okęciu znów długo czekamy na bagaże. Tym razem bez skutku – nie doleciały. Składamy zawiadomienie. Jest nas nieszczęśników spora grupa. Jedna pasażerka twierdzi, że ma w bagażu tzw. airtag, który jej pokazuje, że walizka jest ciągle nad Menem. Podobno możemy mieć nadzieję, ponieważ dzisiaj jeszcze dwa samoloty z Frankfurtu mają przylecieć. Każą nam przyjść w nocy, właściwie już po godzinach i zadzwonić ze specjalnego telefonu, umieszczonego gdzieś na ścianie, pod schodami na piętro, naprzeciw sklepu z kosmetykami. Na szczęście mieszkamy w hotelu przez ulicę z lotniska, więc się pojawiamy. Po krótkich poszukiwaniach znajdujemy telefon, dzwonimy, biuro zaginionych bagaży ciągle nic nie wie. Na szczęście pojawia się też pasażerka od airtag’u, która twierdzi, że jej bagaż jest już w Warszawie. Mamy nadzieję, że nasze również. Tłumaczymy to wszystko urzędnikom i w końcu udaje się ich przekonać. A przy okazji odzyskujemy wreszcie nasze walizki.


W Warszawie chcieliśmy się zatrzymać na parę dni, aby… (surprise, surprise!) …trochę pozwiedzać. W planie mamy już od jakiegoś czasu Muzeum Sztuki Nowoczesnej, niedawno oddane do użytku i jak to często przy tego typu przedsięwzięciach bywa, przedmiot kontrowersji. Muzeum wybudowano na terenie dawnego, peerelowskiego Placu Defilad, więc choćby jedna pozytywna rzecz. Budynek jest dwupiętrowy, biały (dla mnie brudno-biały, co z bliska nie robi najlepszego wrażenia; zobaczymy jak to się będzie „nosić.”), oczywiście bardzo nowoczesny, można by nawet powiedzieć, niczym specjalnym się, jak na tego typu budowle, nie wyróżniającym. W środku niestety jedno całe piętro jest zamknięte, gdyż przygotowywana jest nowa ekspozycja. Na piętrze dostępnym dla zwiedzających wystawa sztuki z niespokojnych rejonów świata. Artyści zmagający się z wojnami, rewolucjami, niesprawiedliwością, konfliktami. Taka właśnie „nowoczesność.” Ciągle aktualizowana przez dyktatorów, uzurpatorów, autokratów, samozwańczych tyranów oraz innych bandytów.



W Muzeum Sztuki Nowoczesnej.

 


Najbardziej ikonicznym budynkiem w centrum Warszawy jest wciąż „Pajac,” czyli Pałac Kultury i Nauki, oddany do użytku w 1955 „dar narodu radzieckiego dla narodu polskiego.” Chyba wszyscy obywatele tego kraju wiedzą jak ten, wprawdzie wzorowany na art déco, ale przecież wytwór architektury socrealistycznej wygląda z zewnątrz. W środku, biura, sale wystawowe, teatry, restauracje i tak dalej. Dawno temu, chyba na początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, występowaliśmy w Teatrze Studio, ale prawie nic z tego wnętrza nie pamiętam. Tym razem mamy okazję, ponieważ Misi siostrzenica pracuje w Polskiej Akademii Nauk (która naturalnie ma tu swoją siedzibę) i zaprasza nas na 26 piętro w odwiedziny. Jestem pozytywnie zaskoczony. Marmury, miedziane okucia i detale, stylowe drewno, wszystko wydaje się w bardzo dobrym stanie. A nawet gust jakby dużo lepszy niż na zewnątrz. Później dowiadujemy się, że zarząd budynku (czyli miasto) bardzo dba o zachowanie historycznego kształtu i charakteru budynku. Do tego stopnia, że zatrudniają ślusarza wyspecjalizowanego w utrzymaniu klamek i zamków, a malować ściany można tylko na oryginalne kolory. Widok z 26 piętra oczywiście wspaniały, mimo że akurat w kierunku „zgniłego” zachodu.

 


Widok z PKN na wieczorną Warszawę.


W warszawskich autobusach ogłoszenia, że niektóre trasy są czasowo zmienione. Jadąc na Starówkę dowiadujemy się, że wszystkie te trasy biegną Krakowskim Przedmieściem. Wkrótce zresztą dowiadujemy się jaki jest powód tej czasowej blokady. Otóż tak się składa, że kręcą właśnie i nowy serial telewizyjny, i film fabularny na podstawie „Lalki” Prusa. Nie wiem dlaczego; czy poprzednia wersja już się nie daje oglądać, czy na klasyce zawsze można zarobić, czy jeszcze coś? W każdym bądź razie kręcą także na Krakowskim Przedmieściu, gdzie miał być usytuowany sklep Wokulskiego. Przypadkiem, idąc na umówiony lunch, przechodzimy tamtędy. Filmowanie już się skończyło, ale sztuczny śnieg ciągle zalega na chodnikach i parapetach (także na drzewach, mimo iż jeszcze nie zrzuciły liści), atrapa sklepu jeszcze stoi, a na ulicy piach i błoto jak za dawnych czasów. Brygady robotników właśnie rozpoczęły sprzątanie. Występujemy w tym bałaganie jako widzowie i równocześnie jako statyści. 


 


Sklep Wokulskiego.

 


Kiedy jeszcze byliśmy w szkole podstawowej, oczekiwano od nas, że będziemy wspomagać odbudowę Zamku Królewskiego w Warszawie poprzez zakup cegieł. A może raczej cegiełek, bo nie wydaje mi się abyśmy jakieś duże pieniądze znosili. Majaczy mi się, że złotówka była w sam raz. Odbudowę zakończono w 1984 roku, czyli już po naszym wyjeździe z Polski. Podczas poprzednich wizyt bywaliśmy rzecz jasna na Placu Zamkowym a chyba nawet na dziedzińcu Zamku, ale do środka nam się wejść nie udało. Nie to, że próbowaliśmy, po prostu jakoś nie było okazji. Jest już ostatni dzień naszego pobytu, na dworze hula zimny wiatr, dobra okazja, aby Zamek wreszcie zwiedzić. Parę lat temu byliśmy na Wawelu i wyszliśmy lekko rozczarowani. Głównie dlatego, że w salach i komnatach świeciły pustki. Niby zrozumiałe, jeśli pamięta się o zaborach, wojnach i innych zarazach, ale jednak. A tutaj niespodzianka. Przynajmniej w tej części, która jest udostępniona dla zwiedzających, komnaty są urządzone jakby zastygły w czasie. W przeciwieństwie do Wawelu, Zamek był „zamieszkały” (przez prezydentów RP) aż do wybuchu II Wojny, a kiedy ta się już rozpoczęła, różne instytucje oraz indywidualne osoby wyniosły stąd i ukryły co się dało. Jest więc wciąż bardzo dużo autentyków.

Zwyczajne w takich miejscach, sale audiencyjne, tronowe, obrad rozmaitych, balowe i tak dalej. Kwatery prywatne królów i prezydentów. Ale są też elementy specyficzne dla historii tego kraju. Na przykład, to właśnie na Zamku odbywał się Sejm Rozbiorowy (1772-75) , który pomimo buntu części szlachty i spektakularnego protestu Rejtana zatwierdził pierwszy rozbiór Polski. Także tutaj uchwalono Konstytucję 3-go Maja (1791). Oba te wydarzenia namalował Jan Matejko i obydwa dzieła sztuki malarskiej są na Zamkowych komnatach prominentnie eksponowane. Jest więc dość patriotycznie. A przy okazji trochę nostalgicznie, ponieważ i te historie (mniej więcej), i obrazy pamiętamy jeszcze ze szkoły, czyli sprzed lat prawie sześćdziesięciu. Zważywszy średnią długość ludzkiego życia, to praktycznie „od zawsze.” Czyli jakby warto było te cegiełki kupować.

No i na koniec kolekcja Lanckorońskich z dwoma Rembrandtami. Niesamowita historia Karoliny Lanckorońskiej (https://pl.wikipedia.org/wiki/Karolina_Lanckorońska), ostatniej przedstawicielki rodu, która podarowała dzieła zgromadzone przez jej ojca oraz inne przedmioty z rodzinnego domu polskim instytucjom i muzeom. Część otrzymał Zamek, część Wawel, a resztę inne instytucje. Nie znam większości malarzy wystawianych w ramach tej kolekcji na Zamku. Jednak owe dwa obrazy autorstwa Rembrandta są zdecydowanie warte wizyty w tym ciekawym miejscu.


 


W sali tronowej.

 

A gdyby tak spróbować jakiegoś podsumowania? Przede wszystkim, mimo chorób i bolących nóg, nie wróciliśmy jakoś bardzo zmęczeni. Po drugie, nie przybyliśmy znacząco na wadze. Natomiast udało nam się doświadczyć ciekawych spotkań z ludźmi, interesujących dzieł sztuki, kojących widoków, przeróżnych smakołyków, a nawet różnych trunków. Kto choć trochę śledzi media to wie, że Polska dzisiejsza to już praktycznie Europa. Jest w miarę czysto, estetycznie, wydaje się, że wręcz dostatnio. Miewaliśmy momenty, kiedy nie mogliśmy się nadziwić nowoczesnym centrom handlowym, czy asortymentowi w supermarketach. Czuliśmy się wręcz jak ubodzy krewni. Co to się na tym świecie porobiło?!




Suweniry.



chcesz czytać archiwalne teksty na tym blogu od roku 2018? – napisz tutaj: brobrokowjan@gmail.com