niedziela, 22 czerwca 2025

Encyklopedia Sindbada Żeglarza

 

Encyklopedia 

miejsc, postaci i osobliwości,

opowiedziana przez

Sindbada Żeglarza





Moje bogactwa

Nazywam się Sindbad..


Mieszkam w Bagdadzie. Rodzice moi, umierając, zostawili mi w spadku tysiąc worów złota, tysiąc beczek srebra, sto pałaców, sto ogrodów i jeden trzonowy ząb mego pradziadka



Ząb trzonowy


Był to trzonowy ząb mego pradziadka...


który ojciec mój przechowywał w hebanowej szkatułce, jako pamiątkę i osobliwość.

Zginął ów trzonowy ząb mego pradziada, gdy złodziej w nocy wdarł się do pałacu, lecz nie zdążył ukraść nic, prócz szkatułki hebanowej ze zbolałym zębem. Przyłapał go na gorącym uczynku Wuj Tarabuk, lecz złodziej uciekł przez okno i Wuj Tarabuk nie zdołał go dogonić.



Wuj Tarabuk


Wuj Tarabuk był poetą... 


Co dzień niemal układał wiersze i odczytywał je potem tak głośno, że dostawał bólu gardła i musiał je starannie przepłukiwać lekarstwem, które pilnie ukrywał przed okiem ludzkim, zachowując ścisłą tajemnicę.

Wuj Tarabuk kochał poezję, lecz nienawidził gramatyki. Pisał z błędami i zazwyczaj na jedno słowo dwa do trzech błędów popełniał.

Wuj Tarabuk miał stolik składany, srebrny kałamarz i złote pióro.




Diabeł Morski 


Jest to ryba z pękatym brzuchem, 

olbrzymią paszczą i strasznymi oczyma...


Ma wszakże tę zaletę, iż jest uczona. Umie czytać i pisać.

Pewnej nocy otrzymałem list od Diabła Morskiego.


Opuść prędzej swój pałac i pożegnaj wuja,

Czyż nie nęci cię okręt, co po morzu buja?

Czyż nie wabi cię podróż dziwna i daleka?

Cud nieznany w nieznanej podróży cię czeka.

Czeka cię bajka senna w zaklętej krainie,

I Królewna stęskniona, co z urody słynie,

I skarby i przepychy i dziwy i czary!


List Diabła Morskiego, czytany w świetle księżyca, oczarował mnie przenikliwym, nieodpartym czarem.

Byłem tak zachwycony listem, adresowanym na moje imię z tajemniczych głębin morza, że byłbym natychmiast odpisał Diabłu Morskiemu, gdyby Ryba Latająca zaczekała na moją odpowiedź.



Ryba Latająca


Jej skrzydła, podobne do ogromnych płetw, 

srebrzą się w księżycu... 


Porusza nimi powoli i z trudem. Nie jest przyzwyczajona do lotu nad ziemią i razi ją brak wody morskiej w powietrzu. Leci jednak wytrwale, mieniąc się w świetle księżyca łuską tęczową. 





List Diabła Morskiego


Czytany w świetle księżyca, oczarowuje 

przenikliwym, nieodpartym czarem...


Każde słowo, pisane czarnym atramentem na różowym papierze, dziwnie migoce w blasku księżycowym i tak upaja, że czuje się w końcu zawrót głowy. Każda litera wydziela ponętny zapach morskiej trawy. Zapach ten przenika duszę i budzi w niej żądzę podróży morskiej. List ten jest zaklęty, a treść jego, mimo dobrodusznych pozorów – jest naprawdę diabelska.

Obecność takiego Listu na okręcie przynosi nieszczęście

Wyrzucony do morza List, zamiast płynąć po wodzie, kurczy się, pręży, przeskakuje z fali na falę, aż wreszcie sam się składa w dwoje, potem w troje, potem w czworo i szumiąc, szeleszcząc, zamienia się w pianę morską i rozpływa się w nic na powierzchni fali.




Cisza Morska


Nieszczęście to jest zbyt widoczne, 

aby można było w nie wątpić... 


Wicher co chwila ustaje, powierzchnia morza wygładza się z niezwykłym pośpiechem, fala za falą znika i zamiera. W powietrzu zaczyna dzwonić straszna, groźna, przeraźliwa i gniewna cisza morska. Po chwili wszelki powiew zamiera, żagle nieruchomieją i zamiast się wzdymać, zwisają bezsilnie. Okręt zatrzymuje się jak skamieniały w tej martwocie i w tym bezruchu. Marynarze zmuszeni są stać w miejscu dopóty, dopóki wiatr lada jaki nie przyjdzie im z pomocą. Z burzą można walczyć, z ciszą walka jest niemożliwa.




Wielorybia wyspa


Gdy kto dotknie stopą gruntu tej wyspy, 

zdziwiony będzie jego miękkością i sprężystością... 


Ma się wrażenie, że grunt ten jest żywy i że życie w nim nieustannie pulsuje. Przyłożywszy ucho do ziemi, posłyszy się równomierne odgłosy czy też pukania, podobne do bicia serca.

Ledwo dotknąć gruntu ostrzem noża, a natychmiast tryśnie zeń krew zimna, lecz purpurowa.

Jeśli rozpalić na niej ognisko, grunt wyspy, żarem i płomieniem dotknięty, zaczyna skwierczeć i syczeć boleśnie, jakby go żywcem smażono lub pieczono.





Masztalerze króla Miraża


Co roku dzień jeden spędzają oni na brzegu morza 

wraz z tysiącem koni królewskich...


O trzeciej minut pięć wynurza się z morza na brzeg Koń Morski i wyprawia swe chełpliwe harce, pląsy i skoki. Konie królewskie przyglądają się tym harcom, pląsom i skokom i mimo woli zaczynają je naśladować, nabierając cudownych ruchów. Tym sposobem masztalerze kształcą konie królewskie. Lecz Koń Morski, po ukończeniu swych pląsów, harców i skoków, rzuca się na konie, aby je pożreć. Wówczas masztalerze odstraszają go krzykiem, przed którym uchodzi z powrotem do morza.




Koń Morski


Jest to niezwykły i prawie czarodziejski koń 

maści zielonej jak fala morska... 


Ma zielone ślepie, zieloną grzywę, zielony ogon i zielone kopyta.

Porusza chrapami, zgina szyję w łuk i zaczyna harcować, pląsać i podskakiwać tak cudownie, że nie można oczu od niego oderwać. Faluje mu grzywa i faluje grzbiet. Zdaje się, że to fala morska pląsa na brzegu.

Konie królewskie, oczarowane jego pląsem, długo się w niego wpatrują, aż wreszcie bezwiednie naśladują jego ruchy i odruchy. Ustawiają się szeregiem – jeden obok drugiego – i, zachowując linię szeregu, zaczynają harcować, pląsać i podskakiwać, przejmując od Konia Morskiego falistość jego łabędzich poruszeń. Godzinę całą trwa taniec koni królewskich. Koń Morski umyślnie wprawia je w ten taniec i czaruje swymi harcami, ażeby potem w chwili niespodzianej napaść na oczarowane i tańcem zajęte konie i pożreć je zielonymi kłami.

Gdy zauważy, że konie królewskie są już dość oczarowane, zaprzestaje swych pląsów, zaczaja się, błyska ślepiami i już chce się na nie rzucić, lecz masztalerze królewscy w okamgnieniu wyskakują z krzaków, aby go odstraszyć krzykiem i wrzaskiem nagłym.

Król Miraż w ścisłej tajemnicy zachowuje istnienie Konia Morskiego i jego cudowny wpływ na ruchy koni królewskich.




Trzy słynne zagadki króla Miraża


Pierwsza – jaka pogoda pomimo pogody zwiastuje klęski, nieszczęścia i szkody?

Druga – co to za tancerz, który pląsa po to, by pożreć innych, gdy tańczą z ochotą?

Trzecia – kto listy pisze wpośród fal powodzi, i, będąc diabłem, z piekła nie pochodzi?




Królewna Piruza


Pała ona od dawna żądzą zamążpójścia...


Król Miraż postanowił córkę swoją, piękną Piruzę, dać za żonę temu, kto rozwiąże jego tajemniczą zagadkę. Co rok w dniu imienin króla odbywa się ta sama uroczystość, lecz nikt dotąd zagadki rozwiązać nie potrafił. Patrz uważnie! Zaraz zjawi się piękna Piruza, aby siąść obok króla i czekać na rozwiązanie zagadki. Ma ona urazę do tych wszystkich rycerzy, którzy zagadki odgadnąć nie mogą. Straciła nadzieję, aby ktokolwiek kiedykolwiek i jakkolwiek zagadkę królewską rozwiązał. Toteż zazwyczaj z pogardą spogląda na tłumy, rojące się dookoła tronu.




Wyspa Kassel i potwór Degial


Na wyspie Kassel przebywa potwór Degial... 


Ukrywa się on przed okiem ludzkim i, sam niewidzialny, widzi wszystkich i wszystko dokoła. Nienawidzi ludzi, roślin i zwierząt – kocha tylko muzykę i napełnia powietrze wyspy nieustannym brzmieniem gongów, podobnym do mosiężnego brzmienia wielkich i potężnych dzwonów. Brzmienie to oszałamia ludzi, zwierzęta, a nawet rośliny, i odbiera im przytomność. Jeden z marynarzy, który tę wyspę zwiedził, opowiadał, że zastał tam ostatnią nieprzytomną różę i ostatniego zemdlonego ptaka. Zresztą żadne żywe stworzenie istnieć na tej wyspie nie może. Jest pusta, smutna, pokryta skałami i zasłuchana w nieustanne brzmienia gongów. Nie wolno jej odwiedzać gromadnie, tylko samotnie, a i wówczas trzeba zawiesić na szyi amulet, który strzeże przed napaścią złego Degiala.




Hindbad


Człowiek jak dwie krople wody podobny do mnie...


Gdy przypłynąłem na wyspę Kassel, Degial, chcąc ukarać mą dumę i zarozumiałość, z pomocą jednego skinienia dłoni stworzył człowieka jak dwie krople wody podobnego do mnie, gdy gniewnie tupnąłem nogą o ziemię.

W tym miejscu, zjawił się nagle, jak spod ziemi, człowiek tak do mnie podobny, że z przerażenia o krok się cofnąłem przed moim sobowtórem. Miał moją twarz i oczy, i wzrost, i nawet ubranie. Stał nieruchomy i zamyślony. Nie raczył nawet spojrzeć na mnie, ani mi się ukłonić.

Stałem bez ruchu, zdjęty przerażeniem. A gdy zapytałem lękliwie o jego imię, ten odrzekł – Hindbad. Po czym nazwał mnie nieznanym cudzoziemcem.

– Nieznany? – zawołałem z gniewem. – Mylisz się, nazywając mnie nieznanym. Nie wiesz chyba o tym, że jutro będę królem, władcą połowy potężnego królestwa!

– Nie ty, lecz ja będę jutro królem i władcą połowy potężnego królestwa – odpowiedział spokojnie Hindbad.





Podarunek Hindbada dla księżniczki Piruzy


Jest to księga niezwykła... 


Dziwna, najdziwniejsza ze wszystkich ksiąg na świecie. Z powodu nieustannego brzmienia gongów żadna roślina, żaden zwierz, żaden człowiek nie mógł istnieć na wyspie Degiala. Wszystko tam powoli zamarło. Lecz potężny Degial zamienił w malowidła – oszołomione dźwiękami gongów rośliny, zwierzęta i mieszkańców tej wyspy. Z tych malowideł duch niewidzialny ułożył księgę i przechowywał ją w szczelinie skalnej, jako pamiątkę kwitnącego niegdyś życia i wesela. A wszystko tu żyje i śpiewa i porusza się w tej książce – tylko w zmniejszeniu. Zobaczy się tu zmniejszone drzewa, zmniejszonych ludzi i zmniejszone zwierzęta. Pomimo zmniejszenia życie w tej księdze płynie tak, jak niegdyś płynęło na wyspie. Za zimą idzie wiosna, za wiosną – lato, za latem jesień. Mieszkańcy tej księgi sieją i orzą, i budują nowe pałace, i wyprawiają huczne wesela, i śmieją się, i płaczą, i grzebią swych umarłych, i witają swych nowo narodzonych. Hindbad kłamał, że musiał walczyć z Degialem, aby mu tę księgę odebrać i że walka była straszna i niebezpieczna. Kłamał, że naraził swe życie, byleby tylko przynieść Piruzie w podarku ślubnym tę księgę. Jeśli zajrzeć do niej, zobaczy się, że jest cudowna.

(Piruza nie marzyła nawet o tak czarownym podarku. Z nas dwóch, identycznych młodzieńców, na męża wybrała Hindbada. Mi zaś kazała iść precz, jako nikczemnemu oszustowi.)




Matka Degiala


Nigdy jeszcze nie widziałem tak starej, tak kościstej 

i tak trzęsącej się kobiety... 


Mówiła nie głosem, ale szmerem. Szmer jej ust rozsypywał się w powietrzu, jak szelest suchego papieru. Oczy jej zapadły się tak głęboko, że nie było ich widać. Twarz pokryta była mchem siwym, a na brodzie wyrastał grzyb, muchomorem zwany. Co chwila kościstą dłonią głaskała swój muchomor, jakby się chciała przekonać, czy tkwi jeszcze na miejscu i czy dobrze rośnie. Sądząc na oko, miała chyba lat tysiąc z górą.

Ostrzegła mnie i uprzedziła o zamysłach Degiala, który czuł nienawiść nie tylko do mnie, lecz i do Hindbada, choć sam go stworzył i zaopatrzył w księgę czarodziejską. Mnie nienawidził za zniewagę, a Hindbada za to, że był do mnie podobny. Postanowił zabić nas obu, złożyć w jednej trumnie i pochować w jednym grobie.




Jajo ptaka Roka


Leżało pośrodku niemal piaszczystej równi. 

Było olbrzymie i okrągłe... 


Żaden ze znanych ptaków tak olbrzymich jaj nie znosił. Przyszło mi do głowy, że mogę skorzystać z zawartości tego jaja, aby głód zaspokoić, gdyż nie znajdę wokół żadnego innego pokarmu. W tym celu zbliżyłem się szybko do jaja, wyjąłem zza pasa topór podróżny i uderzyłem nim z całych sił w skorupę. Uderzenie topora nadłamało z lekka skorupy, w której ukazała się wąska szczelina. Natychmiast przez ową szczelinę zaczęło się sączyć białko. Nadstawiłem dłoni i począłem spijać świeże, smaczne białko, które ciurkiem płynęło z olbrzymiego jaja.

Przetrwałem tak kilka tygodni, karmiąc się wyłącznie białkiem. Po kilku tygodniach z jaja trysnęło pachnące, szafranowego koloru żółtko. Rad byłem niezmiernie tej zmianie potraw, gdyż wyznam szczerze, iż białko mi się już sprzykrzyło i od dni kilku z niecierpliwością wyczekiwałem spodziewanego żółtka.





Relacja wytrawnego marynarza o ptaku Rok


Ptak Rok wcale nie jest do kury podobny...


"Widziałem w swoim życiu ptaka, który jest dziesięć razy większy od największego okrętu, chociaż posiada dwa tylko potężne żagle. Kto nie wierzy w istnienie takiego ptaszury, ten niech przynajmniej uwierzy w to, że ptak ów nazywa się Rok. Nie znam jego obyczajów, ale przypuszczam, iż znosi jaja tak wielkie, że można by w jednym z nich schować wszystkie kufry naszej załogi z taką samą łatwością, z jaką ja w tej chwili chowam fajkę do kieszeni. Niewiara prostaków w możliwość zniesienia takiego jaja zasadza się chyba na tym tylko, że nigdy kura swojska takich im jaj znieść nie raczyła, – lecz za możliwością znoszenia jaj takich przemawia nieodparcie ta okoliczność, że ptak Rok wcale nie jest do kury podobny."




Dolina Diamentowa


Lśni ona tysiącem skier... 


gdyż jej dno jest nabite przemieszanymi ze szczerkiem diamentami. Nigdzie indziej nie widzi się tylu naraz diamentów. Słońce, rozbite o ich ostrza przezrocze, skrzy się, drga, dwoiście i troiście złoci się w ich wnętrzach, migoce nagłymi i znikliwymi gwiazdami, przelewa się po ich grzbietach strumieniami blasków i odblasków, wzbiera falami rozwichrzonych świateł, łamie się na złote trójkąty i na złote krzyże, i na złote pióropusze, i na złote drzazgi, aż wreszcie roziskrzone, rozpląsane wnika do oczu złotym dreszczem i złotym pyłem.




Królewna Najdroższa


Łasa jest bardzo na diamenty...


...w cudownej komnacie pałacowej, zalanej różowym światłem lamp, które, wisząc u stropu, kołysały się rytmicznie, jakby w takt niesłyszalnej muzyki ...stała złocista otomana, a na niej spoczywała piękna królewna, która właśnie, paląc nargile, ziewała czarownie... 

Przed królewną, obok otomany, stał złoty stolik. Na złotym stoliku tkwił złoty półmisek, na złotym półmisku leżało kilka diamentów, w których natychmiast poznałem diamenty z wiadomej mi kotliny.

Królewna ziewnęła zadumanie i rzekła:

...mnie podobno matka moja ukryła zaraz po urodzeniu w dziupli, aby się pozbyć dziecka, które jej było ciężarem ...wychował mnie ptak Rok, karmiąc codziennie najsłodszymi diamentami, które mój żołądek trawi doskonale ...nie znoszę innych potraw, zaś łasa jestem bardzo na diamenty. 

...zanurzyłem dłonie w kieszeniach i, pełnymi garściami wygarniając zebrane w kotlinie diamenty, składałem je na złotym półmisku. 

Czarne oczęta królewny zapłonęły łakomie. Drobną rączką wyłowiła z półmiska co największe diamenty i poczęła je smakowicie pożerać. 

— Nie wiedziałam — rzekła — że jesteś posiadaczem tak wybornych i soczystych diamentów. Nie znoszę innego jadła, a Rok dostarcza mi właściwie co dzień mej ulubionej potrawy. Dlatego też pokochałam Roka, lecz czuję, że odtąd będę darzyła miłością ciebie, gdyż twoje diamenty są o wiele większe i smaczniejsze, niż te, które mi Rok przynosi. 

Królewna ziewnęła z widocznym ożywieniem i dodała: 

— Teraz mogę ci odsłonić moje imię. Nazywam się — Najdroższa. Imię moje ma tę właściwość, że zbytnio spoufala z moją osobą mężczyzn, którym je powierzę. Toteż zachowuję je starannie w tajemnicy i powierzam tylko — wybranym.




Zwyrodniały czarodziej


Gdy go poznałem, był kupcem perskim... 


Niegdyś posiadał wszelkie moce czarnej magii. Potem pozostała mu jedna jedyna sztuka dźwigania ciężarów bez żadnego wysiłku. Na skutek niepomiernego obżarstwa zachorował na katar żołądka, potem na katar kiszek, aż wreszcie na coś, co doktorzy półgłosem nazywali katarem mózgu. Z powodu tego kataru zaczął z wolna, stopniowo, następczo i kolejno tracić rozmaite zdolności umysłowe i czarodziejskie. W ten sposób stracił wszystkie, prócz jednej. Wyświadczała mu ta zdolność w życiu rozmaite przysługi i z jej pomocą potrafił zaopatrzyć swe plecy w brzemię największej w mym skarbcu skrzyni z diamentami i wynieść ją bez żadnego wysiłku, nieznacznie z nadmiernej radości popląsując.



Królewna Sermina 


Możesz ją poznać nie tylko po imieniu, 

lecz i po niezwykle płomiennym wyrazie oczu... 


Nie znajdziesz na całym świecie drugiej tak płomiennej królewny! Serce jej uderza tysiąc dwieście pięćdziesiąt trzy razy na minutę. Tysiąc pierwszych uderzeń królewna przeznaczyła dla nieznanego młodzieńca, dwieście następnych – dla ulubionego kota, który nigdy swej pani nie opuszcza, pięćdziesiąt przedostatnich – dla każdego, ktokolwiek zachwyci się jej urodą, a trzy ostatnie uderzenia – dla swego męża, który jest słynnym czarnoksiężnikiem i już od lat wielu spełnia wszelkie zachcianki i kaprysy płomiennej królewny.

Sermina była ongiś królewną na wyspie, zamienionej przez czarnoksiężnika Murumadarkosa w Górę Magnetyczną. Posiadł on królewnę podstępnym czarem. Gdy wykrył jej romans ze mną, wypalili się oboje na popiół w śmiertelnej walce, jako płomienie: on – żółty, ona – purpurowy.




Góra Magnetyczna


Góra owa jest wyspą na morzu 

i ma szatańską własność przyciągania 

wszelkich przedmiotów metalowych... 


Nie tylko kotwica, kufry żelazne, noże, łyżki i inne sprzęty, ale nawet gwoździe, którymi zbite są deski okrętowe, wyskakują same ze swych miejsc i odlatują ku owej Górze, aby zwiększyć jeszcze jej objętość.

Rondle, noże, widelce i łyżki z kuchni okrętowej, dzwoniąc i pobrzękując, unoszą się w powietrze i z kotwicą na czele fruną ku Górze Magnetycznej.

Piętrzy się czarna jak heban, najeżona gwoździami, nożami, widelcami, siekierami, mieczami, dukatami, talarami, guzikami, kotwicami i tysiącem innych przedmiotów oraz klejnotów złotych i srebrnych. Różnorodność i zbyteczność owych najeżonych po zboczach Góry przedmiotów narzuca nieodparcie myśl o jakimś bezładnym wnętrzu śpichrza, którego właścicielem jest lub był wariat. Wielu nieszczęść przyczyną była ta Góra, najniepotrzebniej w świecie gromadząca na swej powierzchni tyle żelastwa! Stojąc na niej, tkwisz na czubie jakiegoś śmietnika i nie zdołasz zrozumieć, czemu taki śmietnik tai w sobie tak nieodpartą potęgę!




Pieśń Płomiennej Serminy


Jest to śpiewana przez nią dziwna,

 a cudowna śpiewka podziemna:


W podziemiach śnię i marzę,

W ustach mam roje słów.

Podziemne korytarze

Pełne są moich snów.

Dość mi rozkazać snowi:

Śnij mi się tak a tak!

A sen się już różowi,

Podając złoty znak.

Jam tu – z mym snem i losem,

Najpłomienniejsza z dziew!

Idź w ślad za moim głosem,

Dla ciebie nucę śpiew!





Ryba–Piła


Piła jest to ryba potworna... 


obdarzona w miejscu przedłużenia pyska – zębatym i ostrym narzędziem w kształcie piły. Nie wiem, czy ryba owa posiada zbrodnicze skłonności, to tylko pewna, że innych narzędzi, prócz przyrodzonej piły nie posiada. Toteż – cokolwiek chce zmajstrować – ucieka się zawsze do tego jedynego narzędzia. Jakiegokolwiek czynu się podejmie – czyn ten zawsze zredukuje się do – piłowania. Wszystko jej jedno, co piłuje, byle piłowała. Cały jej żywot polega na nieustannym i nieuniknionym – piłowaniu. Trudno określić czy przychodzi na świat po to, ażeby piłować – czy też piłuje po to, ażeby w jakikolwiek sposób zaznaczyć swą obecność na świecie. Trudniej jeszcze określić, czy piłuje dlatego, iż naprawdę chce piłować, czy też dlatego, że nie posiada innego, prócz piły, narzędzia i że przeto każdy jej odruch jest mimowolnym piłowaniem. Byłaby z pewnością stworzeniem użytecznym, gdyby drwalom lub traczom przychodziła z pomocą. Zamiast wszakże uspołecznić się ku użytkowi i pożytkowi ludzkiemu, woli przebywać w dzikim i drapieżnym stanie. Napada częstokroć gromadnie okręty, a wówczas – niechybna zguba grozi każdemu okrętowi! Zgraja bowiem Pił z lubością, z zapałem i ze sporym znawstwem przepiłowuje najgrubsze dno okrętu. Doraźne zasklepienie i zalanie smołą przepiłowanych szczelin i otworów nie pomaga, gdyż niestrudzona i niczym niezrażona Piła przepiłowuje je na nowo ze zdwojoną szybkością.





Ludożercy


Na ich obyczajach ciężą popędy ludożercze...


Skóra ich była czarna jak heban, a oczy purpurowe i błyskotliwe jak żużle. Pod szerokim nosem z ruchliwymi nozdrzami, szerzyła się olbrzymia paszcza, uzbrojona w wielkie, białe kły.

Napój w kielichu podanym przez ludożercze karły odbiera przytomność człowiekowi. Sam on nakazuje zawołać kucharza i poleca mu, aby zeń uczynił – na przykład – potrawkę duszoną z kaparami i korniszonami.

Ogół karli wyczekiwał moich zleceń kulinarnych, dotyczących własnej mojej osoby.

Karły były niezwykłymi smakoszami i prawa czy też obyczaje wzbraniały im uroczyście najmniejszej pomyłki w zastosowaniu materiału do odnośnych przeznaczeń kulinarnych, czyli w zastosowaniu treści do formy. Pomyłkę tego rodzaju uważano tu za zbrodnię i karano rożnem, czyli mówiąc inaczej – pieczono skazańca na rożnie aż do skutku. Są to obyczaje wprost potworne, szczególniej ze stanowiska ludzi kulturalnych, którym nie ciężą żadne popędy ludożercze. 




Królewna Armina


Nie była czarna, jeno biała...


— Nie jestem czarna, jeno biała.

— O ile mnie jednak oczy nie mylą — jesteś czarna — odparłem. 

— To złudzenie! — zawołała dziewczyna. — Jestem biała jak alabaster! Jestem córką króla Alkarysa, nazywam się Armina. Ojciec mój rok temu zabłąkał się w lasach tej wyspy. Wędrując po niej, dotarliśmy do tej wstrętnej osady. Ojciec, znaglony pragnieniem, wychylił do dna kielich podany przez karły. Napój w tym kielichu zawarty odebrał mu przytomność.

...Żył jako król, zginął jako potrawka! Zostałam sama.

Znosiłabym mężnie moją samotność, gdyby nie ta okropna okoliczność, że jeden z karłów zakochał się we mnie i pomalował mnie na czarno nie tyle dla niepoznaki, ile dlatego, że moja białość przesłaniała jego ślepiom całkowity czar mej postaci. 

— Czy jesteś jego żoną? — spytałem. 

— Tak — szepnęła, spuszczając oczy.  – ...Zmusił mnie pod grozą śmierci. 

– ...czarność twej twarzy przesłania mym oczom całkowity czar twej postaci, myślę jednak, że da się tę czarność odmyć lub odbarwić. 

— Nie da się — szepnęła smutnie Armina. 

— Czemu? — spytałem. 

— Potworny karzeł poczernił mnie taką maścią, że wszelkie odmycie lub odbarwienie może mnie o śmierć przyprawić. Rozwieję się w nic i zniknę ci sprzed oczu jako sen. 




Król Pavic


Król Pawic jest niezmiernie serdecznym 

i dobrodusznym człowiekiem... 


Jest to władyka wyspy, książę wszystkich na wyspie ogrodów, wódz wszystkich na wyspie jeźdźców, arcykapłan wszystkich na wyspie obrzędów, arcyznawca ugrzecznień i gościnności, arcymiłośnik bajek i jazdy konnej,

Państwo króla Pawica odznacza się dwiema osobliwościami. Po pierwsze – wszystkie bez wyjątku kobiety są niezwykle piękne i czarujące. Po wtóre zaś – mężczyźni, pomimo zapału do konnej jazdy, wcale nie używają, a nawet nie znają, siodeł.




Białość cery


"Nikogo jeszcze białość do grobu nie wpędziła! 

Im więcej człowiek ma ludzkiego wyglądu, 

tym raźniej czuje się na ciele i na duszy." 

– oznajmił mi pewien marynarz, 

właściciel czarodziejskiej maści wybielającej, 

którą mi poradził na wybielenie czarnej Arminy.





Działanie maści wybielającej


Armina pogrążyła swe czarne palce w słoiku... 


i dotknęła nimi swej twarzy. Niezwłocznie twarz i dłonie, i szyja zbielały. Przede mną stała cudowna, biała jak alabaster, królewna.

Armina bielała coraz bardziej, bielała z każdą chwilą, bielała nieustannie, tak iż w końcu pokryła się dziwną, przeraźliwą białością.

Armina wciąż jeszcze bielała. Postać jej stała się teraz niemal przezroczysta i chwiała się od lada powiewu. Wreszcie postrzegłem, że to już nie Armina stoi przede mną, lecz jakaś dziwna, martwa, przejrzysta istota, utkana z nikłych, białych puchów kwietnych. Gwałtowny i nagły poryw wiatru w okamgnieniu rozwiał te puchy w nic, zdmuchnął je kędyś w powietrze, które natychmiast napełniło się czarowną, kwietną wonią.




Nieoględna Kaskada


Od urodzenia trawiła ją niepokonana żądza...


Pożycie nasze małżeńskie było szeregiem cudów, zachwytów, uśmiechów rozrywek, nieustannych spacerów, ciekawych pogadanek, pośpiesznych uderzeń serca, złotych snów i nie mniej złotych ocknień. Nic nie mroczyło naszego szczęścia, prócz jednego tylko dziwacznego narowu, który miała piękna Kaskada – mianowicie od urodzenia trawiła ją niepokonana żądza zrzucania się ze szczytów skał i gór – w przepaści i otchłanie.




Urgela


”Poślubić znaczy dla mnie tyle, co śnić się... 


Będę się tobie odtąd śniła wiernie, posłusznie i dozgonnie. Będę ci we śnie grała na mojej lutni pieśni rozmaite. A lutnia moja jest dziwna – dość pieśnią wzruszyć jej struny, aby żarzyły się blaskiem rozmaitym, który wszelkie mroki rozwidnia.” 

”Idź za mną, a wyprowadzę cię z podziemi, aby ci się odwdzięczyć za to, żeś mię z trumny wyzwolił.” 

Struny pod dotykiem jej smukłych palców rozbłyskiwały tysiącem rozmaitych świateł. Posuwaliśmy się naprzód to w szkarłatnym, to w zielonym, to w błękitnym oświetleniu, aż wreszcie zatrzymaliśmy się w miejscu, gdzie ujrzałem skaliste wschody, prowadzące do otworu, przez który przenikało światło słoneczne. Pod wpływem promieni słonecznych postać Urgeli zbladła, a dźwięki jej lutni stały się stłumione i jakby dalekie. Wspiąłem się po wschodach ku górze. Urgela szła za mną. Po chwili wydostałem się przez otwór na powierzchnię ziemi i radośnie stanąłem w słońcu, gdyż było właśnie południe. Obejrzałem się za siebie. Urgela stała przede mną zaledwo widzialna, zaledwo zarysowana na błękitnym powietrzu. Dźwięki jej lutni były już tak dalekie, że nie mogłem ich dosłyszeć.

Wyciągnąłem ku niej dłonie, lecz Urgela znikła.




Latarka-Plotkarka


Działa ona w ten sposób, że osoby jej blaskiem objęte, 

jawią się oczom ścigającego w miejscu, 

gdzie ich właśnie nie ma





Gród zaklęty króla Miraklesa


Na północnym brzegu wyspy znajduje się gród zaklęty... 


Król tego grodu nazywa się Mirakles. Tysiące milionów lat temu Mirakles przybył na wyspę bezludną i znużony podróżą, położył się na jej brzegu zielonym, aby się snem pokrzepić. Położył się i zasnął. I przyśnił mu się gród olbrzymi, i tysiące poddanych, i piękna królewna Chryzeida, i pałace, i ogrody, i góry, i rzeki, i strumienie, i ptaki, i kwiaty i drzewa. ... Wszystko to zniknie bez śladu w chwili, gdy król się obudzi. Wszakże król się obudzić nie może, i poddani jego nadaremnie zakłócają jego sen wielmożny — głośną skargą i lamentem! Oczy ich są błękitne i ślepe. Nie widzą nic, prócz wyśnionych przez króla przedmiotów. Nie widzą nic, tylko słyszą… I znużeni są wieczną ślepotą, i zmęczeni są wiecznym nasłuchiwaniem szumów, szelestów, i odgłosów. Trzy tysiące lat temu królewna Chryzeida posłyszała szelest płomiennego kwiecia, które rośnie na tej wyspie, a którego dotyk budzi z najcięższych snów. 




Płomienny kwiat ocknienia


To kwiat drobny, lecz utkany ze złotego płomienia... 


który jarzy się mocno i rzęsiście. Płomień tego kwiecia wcale nie parzy, lecz nieci swym dotykiem siły żywotne i budzi ze wszelkiej ospałości... jest to płomienne kwiecie, którego dotyk obdarza ocknieniem.





Krewni Diabła Morskiego


lubują się w połykaniu rozmaitych przedmiotów...


"Krewni Diabła Morskiego – mówił stary wytrawny marynarz – lubują się czasem w połykaniu rozmaitych przedmiotów, sprzętów i narzędzi, gdyż żołądki ich trawią nawet kamienie. Ten, który na naszym przebywa pokładzie, pewnikiem okradł jakiegoś muzykanta wędrownego, aby skradzionym instrumentem nasycić swój wiecznie głodny żołądek. Może połknął harfę, albo skrzypkę, albo wiolonczelę, albo basetlę, albo cytrę, albo gitarę, albo drumlę jakowąś, która, zamiast burczeć, będzie mu grała w brzuchu dopóty, dopóki jej do cna nie strawi."




Sen o nieznanych wybrzeżach


Na niebiosach tego snu jaśniał olbrzymi księżyc... 


i Diabeł Morski od stóp do głów srebrzyściał w oświetleniu księżycowym. Z dala – na widnokresie snu majaczyły nieznane wybrzeża – a w pobliżu – nad moją głową, latały ptaki, które zamiast dziobów miały – tycie złote flety. Powietrze mego snu rozbrzmiewało muzyką owych fletów. Tak śpiewnie i tak pięknie było w moim śnie, że nawet potworna postać Diabła Morskiego nabrała czaru i powabu. 




Poeta na tronie


Poeta na tronie! Co za cudowny zbieg okoliczności!


Poślubię najpiękniejszą królewnę i zostanę królem zaklętej wyspy – zawołał z zapałem wuj Tarabuk. – Siadłbym sobie na tronie i nic bym nie robił, jeno bym królował i królował! Pomyśl tylko: poeta na tronie! Co za cudowny zbieg okoliczności! Od czasu do czasu mój Chińczyk wobec zgromadzonego narodu odczytywałby na głos poemat pt. ”Naprzód!„ – utwór buńczuczny, czupurny, zawadiacki i zuchwały! Utwór pełen wykrzykników! Utwór wzbierający męstwem i odwagą! – a piękna królewna, oczarowana moim poematem, mdlałaby ze wzruszenia i prosiłaby obecnych: – nie cućcie mnie i nie pozbawiajcie zemdlenia, bo chcę zemdleniem uczcić poemat mego męża Tarabuka!





Okręt zwany Purpurowcem


Załoga jego składa się z okrutnych kobiet-olbrzymek... 


które zajmują się rozbojem na morzu. Warkocze ich są purpurowe, a twarze piękne i straszne zarazem. Kobiety owe napadają na zbłąkane okręty, biorą w niewolę załogę i sprzedają swych niewolników czarodziejom, którzy zamieszkują wyspy zaklęte. Trudno im stawić opór, gdyż są nadzwyczaj silne.

Wzrok tych olbrzymek jest straszliwy. Rzadko kto może znieść płomienne pociski ich groźnych spojrzeń. Biada temu, kto stchórzy i, nie zniósłszy owych spojrzeń odwróci się tyłem do okrutnych posiadaczek Purpurowca! Olbrzymki bowiem w takiej chwili natychmiast wbiegają na pokład upatrzonego okrętu.

Złote żmije i węże, wynikają z oczu tych wiedźm.Ich płomieniste, cienkie jak igły żądła jarzą się w ciemnościach. Każda z tych żmij trwa tylko jedno okamgnienie i mrze, znikając bez śladu. Wszakże na jej miejscu zjawiają się inne tak, że tysiące złotych, cienkich smug żarzy się wokół.




Śpiew strasznych olbrzymek.


Śpiew ten wzmagał się i potężniał... 


gdy Purpurowiec zbliżał się do napadniętego przez olbrzymki okrętu.

”Morze, głębokie morze, bezbrzeżne morze! – śpiewały olbrzymki. – Bystry Purpurowiec unosi nas na wzburzonych falach. W świetle czerwonych latarni płoną nasze warkocze szkarłatne. Zaplatajmy je co prędzej, aby nam nie przeszkadzały w bitwie. Morze, głębokie morze, bezbrzeżne morze! Dziwaczny Purpurowiec kołysze się na grzbietach fal. Noc nadchodzi. Światło czerwonych latarni zabarwia ciemność dookolną. Zaplatajmy co prędzej nasze warkocze szkarłatne. Zbliża się godzina bitwy. Zwycięski Purpurowiec piętrzy się w ciemnościach nocnych. Biada naszym wrogom!„




Wyspa szmaragdowa


Wyspę Szmaragdową zamieszkują rozmaici czarodzieje...


którzy chętnie skupują niewolników, aby się nimi posługiwać do przeróżnych praktyk czarnoksięskich.




Czarnoksiężnik Barbel


Był on tak potworny, że widok jego napełniał przerażeniem... 


Miał zamiast twarzy – pysk mopsa i co chwila – warczał, ukazując ostre, białe kły. 

Tajemnica życia czarnoksiężnika taiła się na końcu wędki. Dość było ów koniec złamać, aby Barbel istnieć przestał.




Pałac  Barbela


W tym miejscu była kiedyś dolina kwiecista...


W komnacie pałacowej o ścianach pozłacanych  wisiały stare portrety dziadów i pradziadów Barbela. Twarze ich miały rysy mopsie, tak że od pierwszego wejrzenia można było z łatwością stwierdzić podobieństwo rodzinne pomiędzy Barbelem a jego przodkami.

W głębi komnaty stały trzy otomany; jedna zielona, druga błękitna, trzecia złota. Na zielonej leżała królewna w szatach zielonych, na błękitnej – królewna w szatach błękitnych, a na złotej – królewna w szatach złocistych. Wszystkie trzy królewny zdawały się być nieruchome, drętwe i jakby nieżywe.

Po dolinie płynął błękitny strumień. W głębi strumienia mieszkała rybka złota, a nad brzegiem strumienia szumiała zielona wierzba płacząca. Przyszedł pewnego razu czarnoksiężnik Barbel i rzekł: „Muszę mieć w swoim pałacu strumień i wierzbę płaczącą i złotą rybkę!"




Arkela


W Bagdadzie odbył się mój ślub z Arkelą...


W powrocie z ostatniej przygody, załoga okrętu płynącego do Balsory, składała się z rozmaitych osób. Uwagę moją zwróciła pewna piękna dziewczyna. Okazała się córką jednego ze sławnych podróżników. Arkela oczarowała mnie od pierwszego wejrzenia. Oświadczyłem się jej niezwłocznie i zostałem przyjęty.

Po trzech miesiącach żeglugi stanęliśmy w porcie balsorskim, a stamtąd udaliśmy się do Bagdadu. Nazajutrz w Bagdadzie odbył się mój ślub z Arkelą.