Audio poniżej to "Annie Laurie", melodyjka, którą stara Marion Leatherby pogwizdywała wesoło – gdy po wrzuceniu siebie samej do kotła wrzącego wywaru z cebuli i marchwi i po błyskawicznym ugotowaniu się doznała przemiany w samą siebie bez-wieku i czując się świetnie, wzmocniona pokrzepiającym rosołem, wychodziła z Podziemiów-Piekieł do swoich koleżanek tańczących przy ognisku pod zawaloną wieżą – a o której to melodyjce nie pamiętała już od długich lat.
video edytowane z YT https://www.youtube.com/watch?v=ENnxaaDykPU
Ilustracje Petera Weisz Carrington do książki pt. "Trąbka do słuchania", autorstwa jego matki, Leonory Carrington,
° ° °
Sally Jones
Jakaś może hetera padewska
Ripley szykująca się do wyrzucenia potwora z Nostromo
Wielka jest tajemnica nieprzymuszonego czytania literatury: prozy, poezji, eseju – dla własnej uciechy i tylko z tego powodu, że jest, a nie żeby ją z potrzeby lub z przymusu "umieć", przeczytaniem zasłynąć lub na niej na chleb z masłem zarobić. Takich, co potrafią owe pięć okoliczności w jeden warkocz spleść jest malutka, maluteńka grupka. Dwie osoby z tej elitki (panią i pana) słuchałem niedawno w audycjach Radia Katowice pt. "Poczet pisarzy polskich". Inna pani z tych wybrańców krąży między Krajanowem a Nową Rudą; ze dwie, trzy przebywają we Wrocławiu; jeden gość mieszka po drugiej stronie południa Polski z owcami. Większość czytaczy wplątana jest w pierwsze dwie okoliczności, albo w drugie trzy. Żeby w tym temacie była zwana jasność: od dawna czytam dla własnej uciechy i dlatego, że literatura jest.
Czytaniu nieprzymuszonemu dodajmy splendoru ornamentującym sofizmatem – czy jest ono bardziej przeżyciem estetycznym, czy bardziej doświadczaniem wolności totalnej? Jakie temu proporcje i czym je mierzyć?
W wymiarze nie metafizycznym, czyli w prostym doświadczeniu pozwala ono na mieszanie w kompozycji nieokreślonej książkowego grochu z książkową kapustą. Oto w jednym kotle teraźniejszości czytelniczej mieszam sobie Elegie Łacińskie Jana Kochanowskiego i kilka o nim monografii, do tego przygody mądrej gorylicy z dwu powieści Jakoba Wegeliusa oraz opowieść o "Obcym" na statku Nostromo przez Dana O’Bannon'a i Ronalda Shusett'a według powieści A.D. Fostera, a na dokładkę Tomasza Różyckiego "Próbę ognia. Błędną kartografię Europy". Książka T.R. uświadamia mi przy okazji, że istnieją kunsztowne opisy mikstury książkowego gr. z książkową kap. i żeby mi się za dużo nie wydawało.
Z dawnej monografii o Kochanowskim dowiedziałem się, że niespokojne było życie polskich młodzieńców studiujących w połowie szesnastego wieku w Padwie, gdyż "ujemną tylko stronę życia uniwersyteckiego stanowiły hetery". Nie, że jędze upierdliwe, tylko panienki umilające młodzianom trudy uniwersyteckich nauk (słownik Arcta: Hetera, gr., kobieta z półświatka, lwica, rozpustnica, nierządnica) i do tych umilań wynajmowane. Skąd tu i dlaczego "ujemność"? Czyżby dlatego, że "... w trzecim, czy czwartym roku pobytu w Padwie poeta trafił na kobietę która swą pięknością usidliła go naprawdę i na to tylko roznieciła w sercu jego żary, by go w końcu, jak każda wietrznica porzucić." Tak sobie wykoncypował monografista w roku 1884, a przecież z samych Elegii – z łaciny tłumaczonych prozą na 300-lecie śmierci Poety, a dużo później wierszem przez Leopolda Staffa – wynika najwyraźniej przekonanie zupełnie odmiene: że usidlenie rzekome obśmiał Poeta w rozrywkowych niby-to-elegiach, pisanych na uciechę kolegom-studentom.
Monografista chciałby, aby za prawdę autobiograficzną wziąć wyznanie poety, jakoby "Sama miłość nauczyła mnie słodkie składać wiersze". A tym samym chciałby zeń zrobić naiwniaczka, który przez "rozniecone w sercu żary" wiersze począł klecić w 20-tym którymś roku życia. Może i Jan tyleżletni miał takie czy owakie pierepały (uczuciowe też) z pannicą-heterą w Padwie, ale przede wszystkim intelektualnie wykoncypował, że czytadłem poetyckim wciąż jest dawny, klasyczny, rzymski i grecki temat miłości i że on mu literacko podoła w nowoczesny (czytaj: renesansowy) sposób.
Rzecz druga w kotle to opowiastka nie tylko płocha i rozrywkowa o mądrej gorylicy, która choć mówić nie umiała, ale tak się uczłowieczyła, że i mowę ludzką rozumiała i potrafiła pracować jak marynarz przy okrętowych silnikach oraz naprawiać instrumenty muzyczne i właściwie wszystkie inne ludzkie prace wykonywać, plus miała talent literacki i to ona właściwie na maszynach do pisania wystukała dwie o sobie powieści. Nie tylko płocha to opowiastka i jedynie ku rozrywce, bo o zwierzęciu mądrym między ludźmi – i co by było, gdyby takie się zdarzyło. Co my byśmy na to powiedzieli, moi mili? Mądre zwierzę płci damskiej – samo sedno dzisiejszych spraw, od których ból głowy. Rzecz dzieje się w Lizbonie, bajkowej chyba, i w czasie bajkowym chyba, bo jeszcze przed pierwszą wojną światową, czyli – jak na dzisiejszego czytelnika (J. Wegelius, Szwed, pisze dla dzieci) – za górami za lasami, kiedyś dawno, dawno temu, w Portugalii, gdzie wymyślony został Harry Potter.
Gorylica nazywa się Sally Jones, posiada maszynę do pisania Underwood No. 5. z roku 1908 i na niej wystukała swoją pierwszą powieść; drugą na nowocześniejszej. Niezbyt dokładnie się wyjaśnia, jak tych umiejętności nabrała. Mieszka, a właściwie ukrywa się przed złymi ludźmi w domu dobrych ludzi pod adresem Rua de Sao Tome 28. Tak ten dom wygląda w książce:
A tak teraz wygląda dom przy tej samej ulicy z numerem 26.
Następny powinien mieć numer 28, ale takiego domu nie ma. Jest skwerek, jest boczna uliczka, są tory tramwajowe, tylko domu nie ma. Na obrazku boczna uliczka nazywa się Rua del Salvador, a ta z buraczkowym domem to nie jest del Salvador i choć buraczkowy dom mógłby mieć numer 28 to naprawdę ma numer 2 i leży nie na Sao Tome. Szkoda, bo wolałbym, żeby Sally Jones naprawdę mieszkała w Lizbonie w jakimś prawdziwym, istniejącym do dziś domu. Miasto Lizbona ma dziwne inklinacje do podejrzanego istnienia na kartach książek pomieszanych w moim kotle...
"Obcy" na kosmicznym staku Nostromo to potęga fabularna. Rzecz napisana nie zaczyna się jak film od obrazów korytarzy skonstruowanych z samej technologii, pustych, bez człowieka, z lekkim, niepokojącym w nich powiewem, który nagle w kosmicznym bezruchu porusza kartką papieru na pulpicie. Znak, że zaraz się coś wydarzy. Literatura z filmu (albo dla filmu) zrobiona zaczyna się od opisów różnych umiejętności (lub nieumiejętności) śnienia przez siedem osób zahibernowanych w powrocie na Ziemię z eksploatacyjnej podróży w poza-przestrzeń, wiozących ogromny ładunek ropy (dziś ta ilość wystarczyłaby całej planecie na sześć lat).
Mamy opisy siedmiu sposobów śnienia w hibernacji, bardziej lub mniej profesjonalnego, potrzebnego wtedy jak kiedyś umiejętność składania i rozkładania żagli lub jak odporność na chorobę morską. Z tego jak oni śnią, co śnią, jak o tym myślą poza hibernacją, jak się do tego przymierzają wynika rozmaitość siedmiu osobowości, ich różnorodność zawodowa, zdolności umysłowe, cechy charakterów, nawet ich wyglądy są przez te śnienia ujawniane. Poznajemy te postacie, gdy śnią i z tego mamy wszystko o nich wiedzieć, także i to, co o nich wiedzieć nie będziemy i co zechcą z siebie czytelnikowi ujawnić. Nic nie mówią, nic nie robią, w swoich kapsułach są nadzy (w filmie nie). Mało wiemy, co śnią, więcej o tym, jak śnieniu potrafią podołać i jak się w nim sprawdzają. Każde z nich nie bardzo jest sobą spoza hibernacji, bo temperatury ich ciał są nienaturalnie obniżone. Całkowicie zależą od sprawności pokładowego super-komputera, więc jakby jakieś poczwarki, a nie ludzie, a mimo to następuje tu literacka prezentacja bohaterów, postaci opowieści, taka sama, albo i lepsza, niż gdybyśmy dostali ich tradycyjne opisy – twarzy, ruchów, min, mówienia, patrzenia i tak dalej. Nie da się później, książkę czytając, zapomnieć, że są to postacie wydobyte ze snu.
W obfitym – siedemnaście stron – fragmencie numer 65 w książce "Próba ognia" opisuje Tomasz Różycki nieaktualny, stuletni już przewodnik po Lizbonie autorstwa Fernanda Pessoa. Taka Lizbona jak w tym przewodniku już nie istnieje, albo prawie całkiem przepadła, za to w tej nieistniejącej miała swe przygody Sally Jones. Pessoa przewodnik napisał po angielsku ponoć w 1925, po wielu latach maszynopis w szpargałach znaleziono i w 1992 roku pierwszy raz opublikowano. Różycki opisuje polskie wydanie z roku 2001. Bardzo go fascynuje, że któreś tam znaczenie słowa "pessoa" to "nikt", a w tym atrakcja, że Lizbończycy powiadają iż ich metropolię założył Ulises, to znaczy Odys, który przecież jako Nikt się przedstawił cyklopowi i tak go okpił. Ulises jeśli przepłynął na drugą stronę świata przez dzisiejszy Gibraltar to w celu znalezienia dziury do Hadesu, żeby duchy wywoływać. Wprawdzie z opisu Homera nie wynika, że ślęczenie u dziury zajęło mu tyle czasu, że aż osadę musiał wybudować, ale niech lizbończykom będzie. Gdyby jednak za bramą świata, na tym wybrzeżu faktycznie Odys duchy wywoływał, to by znaczyło, że Lizbona leży na dziurze do piekieł. To, co tam się wyprawiało podczas trzęsienia ziemi w roku 1775 mogłoby taki adres poświadczać.
Literatura czytana zmienna jest
Czy książka latami leżąca na półce się zmienia? Na jednej półce, u jednego właściciela...? I nie o przygody fizycznie ją zmieniające tu chodzi – doprecyzować wypada (jako to atak robactwa, na przykład, albo sromotne zakurzenie, albo rozkład lichego papieru i marnego kleju). Doprecyzujmy pytanie – Czy zmienia się powieść w książce leżącej latami w "nieczytaniu"? Ona sama to nie – rzuci ktoś, obmyślający sprawę szybko i krótko, oraz doda – Jej właściciel, owszem, tak.
A przecież mówimy zdziwieni, rozczarowani lub zachwyceni po latach – Ach, to nie ta sama książka! No, to wyjdźmy poza życie właścicielki czy właściciela domniemanej biblioteczki i sięgnijmy w wielki kalendarz, powiedzmy, wiek do tyłu, albo pięć. Bierzemy oto do czytania, ?co by tu zasugerować? – ?"Treny"? ?"Ballady i romanse"? ?"Popioły"?
Ładne lata przed naszym tych tekstów czytaniem czytali je dawni współcześni i dawne współczesne. Nie bardzo mi się mieści w wyobraźni, że tamto grono czytało (widziało) ten sam tekst, co my teraz, pominąwszy, oczywista, graficzne różnice druków. Poproszeni o przeczytanie wespół tego samego kawałeczka, i oni i my, wydalibyśmy z siebie całkiem odmienne dźwięki. Jedni popatrzaliby na drugich i powiedzieliby jednocześnie – Co wy czytacie?
Jeśli za sto dwadzieścia trzy, albo cztery lata osoba nieznana nam totalnie przeczyta sobie: "O czwartej nad ranem noc powoli unosi czarny tyłek, jakby obżarta wstawała od stołu i szła spać. Powietrze jest jak zimny atrament, spływa asfaltowymi drogami, rozlewa się i krzepnie w czarne jeziora." – to czy będzie miała przed oczami dokładnie to samo, co my teraz, choć nie skojarzy z żadnym jej znanym przedmiotem wyrazów asfalt, atrament i tyłek, póki nie sięgnie po słownik polszczyzny dawnej?
A teraz wróćmy w nie tak żółte kalendarze, ale w nasze własne dwadzieścia lat i do książki, którąśmy tyle właśnie z półki do czytania nie brali. Oto biorę z półki rzecz, otwieram i czytam sobie: "Kajaki powodowany przemożnym instynktem symetrii krzyknął jeszcze raz: – Polek! Polek! – i usiadł w krwistym kręgu młodej koniczyny. Ostrożnie wyciągnął przed siebie stopę koloru marengo, poszperał przy niej z troską i wreszcie oderwał od pięty dno butelki z seledynowo błyszczącymi kłami odprysków."
Patrzę i oczom nie wierzę. Widziałem na swoich półkach tę książkę od zawsze, nie zawsze w jednym miejscu, ale od zawsze. Patrzę w tekst i myślę: Ja tego nigdy wcześniej nie czytałem. Ale jakby mnie ktoś zapytał pięć minut temu, co czytałem Konwickiego, powiedziałbym: Wszystko. Więc nie jest tak tylko, że ta książka się zmieniła (przez lat nie wiem ile), ale że od tajemniczego dnia (tygodnia, sezonu) sprzed "zawsze" zaczęła również nie istnieć. Z czego wniosek, że w "nieczytaniu" one się nie tylko zmieniają, lecz również zanikają. Są, są, są a potem coraz bardziej nie są. Takie rzeczy dzieją się na półkach. Ma się książki, których nie ma.
Pytania następują sentymentalne albo kwantowe – Czy przed punktem "zawsze" czytałem tę samą "Dziurę w ziemi", którą teraz mam zamiar przeczytać? Czy objawią mi się (ewentualnie) ich różnice? A jeśli tak – to, co by z tego miało wynikać? A co, jeśli będzie całkowita świeżynka i nic poprzedniego się nie objawi?
Nieczytanie jest procesem tajemniczym, czytanie nie jest nim. Dwa-trzy razy w roku podczytuję znów i znów to lub owo z pewnego zbioru autorów, a za każdym razem czytam inne te same książki, za każdym razem pasjonujące, świetne i warte następnych podczytań. Na pewno literatura czytana jest zmienna, nieczytana – nadal nie wiadomo.
° ° °
Cztery fotografie
Opowiastka z książki Macieja Świerkockiego "Łódź Ulissesa",/officyna, Łódź, 2021/ w której opisuje,jak tłumaczył dziełoJamesa Joyce'a oraz efekt mojego wyszukiwania opisanych(albo podobnych) fotek.
«Jak głosi niejedna legenda, tłumacze podczas pracy chętnie posługują się różnymi rekwizytami o cudownych mocach – niektórzy biorą na kolana kota, a inni stawiają przed sobą fotografię przekładanego autora, ufając, że w ten sposób wchodzą z nim w mistyczny kontakt i że życzliwy autor będzie im dopomagał, choćby z zaświatów. Nie wierzę w tego typu magiczne komunie (na użytek publiczny wyśmiewał je także Joyce), ale zabierając się do Ulissesa, na wszelki wypadek powiesiłem nad biurkiem cztery bardzo starannie wybrane pocztówki mające symbolizować podstawowe aspekty świadomości: myślenie, doznania zmysłowe, uczucia i intuicję.
Pierwsza z nich – licząc od góry sporej tablicy korkowej – z 2008 roku, przedstawia legendarnego poetę, bitnika i księgarza, właściciela słynnej księgarni City Lights w San Francisco, Lawrence’a Ferlinghettiego (1919–2021), aresztowanego kiedyś za publikację Skowytu Allena Ginsberga, oraz George’a Whitmana (1913–2011), bliskiego przyjaciela Ferlinghettiego i właściciela równie słynnej, jeśli nie jeszcze słynniejszej księgarni Shakespeare and Company w Paryżu, która przejęła tę nazwę po starszej paryskiej księgarni Sylvii Beach, pierwszej wydawczyni Ulissesa: Ferlinghetti i Whitman siedzą przed nową Shakespeare and Company na drewnianej ławeczce.
Następna kartka to czarno-białe zdjęcie (z 1967 roku) sędziwego Ezry Pounda stojącego nad grobem i pomnikiem Joyce’a na cmentarzu Fluntern w Zurychu, o którym piszę nieco więcej w Hadesie.
Pocztówka trzecia przedstawia zbiorowy, rysunkowy (komiksowy) uliczny portret dublińczyków z czasów Joyce’a autorstwa Alfonsa Zapica, zatytułowany James Joyce – Portrait of a Dubliner.
Kartka ostatnia pochodzi natomiast z Oliver St. John Gogarty Traditional Irish Bar, Restaurant & Accomodation, kompleksu będącego połączeniem pubu i hotelu, zlokalizowanego w kulturalnym centrum Dublina – Miasta Literatury UNESCO – na ulicy Temple Bar. Popatrywali z niej na mnie krytycznie i surowo Oliver Gogarty oraz James Joyce, czyli powieściowi Mulligan i Stephen, i na tę właśnie pocztówkę spoglądałem najczęściej, poszukując porady, wiadomości albo inspiracji, których nie mogłem już znaleźć nigdzie indziej.»
° ° °
Kubuś Puchatek jako Szacowna Osoba.
Piękne tłumaczenie "Kubusia Puchatka" w wydaniu Ireny Tuwim zaczyna się tak:
«Przedstawiam wam Misia Puchatka, który właśnie w tej chwili schodzi po schodach. Tak–tuk, tuk–tuk, zsuwa się Puchatek na grzbiecie, do góry nogami, w tyle za Krzysiem, który go ciągnie za przednią łapkę. Odkąd Puchatek siebie pamięta, jest to jedyny sposób schodzenia ze schodów, choć Miś czuje czasami, że mógłby to robić zupełnie inaczej, gdyby udało mu się przestać tuktać choćby na jedną chwilę i dobrze się nad tym zastanowić. A potem znów mu się zdaje, że chyba nie ma na to innego sposobu. Tak czy siak, Miś zjechał już na dół i gotów jest zapoznać się z wami. Proszę bardzo: oto jest Kubuś Puchatek.»
Potem jest akapit nie następny w oryginale, tylko o jeden późniejszy:
«Kubuś Puchatek lubi od czasu do czasu najrozmaitsze zabawy, a czasem znów lubi siąść spokojnie przed kominkiem i posłuchać jakiejś ciekawej historyjki. Tego wieczoru...»
Czyli co się stało? Otóż brakuje takiego oto fragmenciku z oryginału:
When I first heard his name, I said, just as you are going to say, ‘But I thought he was a boy?’
‘So did I,’ said Christopher Robin.
‘Then you can’t call him Winnie?’
‘I don’t.’
‘But you said –’
‘He’s Winnie-ther-Pooh. Don’t you know what “ther” means?’
‘Ah, yes, now I do,’ I said quickly; and I hope you do too, because it is all the explanation you are going to get.
A jeszcze jest taki myk, że po angielsku Kubuś jest przedstawiony jako: «Winnie-the-Pooh». To nie jest zwyczajny Kubuś Puchatek, to jest «Kubuś-ten-właśnie-Puchatek». Owo «the» tworzy grę słów z późniejszym «ther». Ther oznacza "dziką bestię", w angielskim domyślnie rodzaju męskiego. I na taką grę słów Pani Irena nie miała dobrego pomysłu, więc cały ten fragmencik opuściła. Ja na "dziką bestię" też nie mam dobrego pomysłu, ale wyobraziłem sobie, że angielskie "the" zastąpi po polsku Szacowna Osoba. Taka Osoba może być każdego rodzaju, a przecież w oryginale angielskim chodzi o to, żeby był pomylony chłopiec z dziewczynką.
Mam propozycję (nie nachalną, zaznaczam) na takie spolszczenie bestyjnych i dziewczęcych zawijasów:
Proszę bardzo, oto Szacowna Osoba, która nosi imię Kubusia Puchatka.
Gdy mi go przedstawiono pierwszy raz, rzekłem, jak rzekłby każdy:
– Sądziłem dotąd, że on jest chłopcem, że masz misia kolegę.
– Bo mam – powiedział Krzyś.
– I swojego kolegę nazywasz Kubusia?
– Nie nazywam.
– Przecież powiedziałeś...
– On nosi imię Kubusia Puchatka. Czy ty nie wiesz, jak się nosi imię, co ci dali do noszenia?
– Acha, domyślam się – powiedziałem czym prędzej. Mam nadzieję, że też się domyślicie, bo więcej wyjaśnień o noszeniu imion nie będzie.
Tłumaczenie Ireny Tuwim jest nie do zastąpienia – żeby była jasność w sprawie. Ale być może niektóre jej opuszczenia albo fragmenciki dadzą się w niegorszym stylu uzupełnić, albo poprawić. "Niektóre" i "być może" – podkreślam, bo są wskazane ostrożność i wyczucie, żeby nie pojechać w jakąś beznadziejną Fredzię zamiast Puchatka.
° ° °
Żona księżycowa.
Najpierw zdziwienie – dlaczego na wirtualnych stronach, to znaczy w internetowych publikacjach fundacji imienia odważnej pani, którą się uznaje za jedną z pierwszych Polek, borykających się z obyczajową kołtunerią, nie wstawiono żadnych cytatów z jej pism? Pisała dużo i byłoby z czego brać - artykuły w prasie literackiej, wiersze kiedyś nawet dość popularne, książeczki dla dzieci, książki poważniejsze. Jest tego sporo w archiwach, tylko brać i cytować. Pani ta nazywała się Julia Woykowska, mieszkała w Poznaniu lat temu sto siedemdziesiąt, Fundacja też działa w Poznaniu, a jej adres www.woykowska.org. Pod tym adresem taka tylko informacja, że Julia była w społeczności ówczesnej poznańskiej, jak kamyk uwierający w bucie.
Pierwsze wyjaśnienie zdziwionemu może być takie, że istnieje równolegle Wielkopolski Słownik Pisarek i że Fundacja, zbytnio literaturą się nie zajmująca, nie musi dublować informacji o Woykowskiej.
https://pisarki.fandom.com/wiki/Wielkopolski_S%C5%82ownik_Pisarek
Poza tym, na drugie, przeznaczono jej – przez obfitość, ale też i charakter publikacji – już w XIX wieku miejsce w historii piśmiennnictwa polskiego. Ulokowali ją tam nie jacyś drugorzędni szperacze w archiwach, lecz sam Piotr Chmielowski, autorytet niepodważalny, polonista najwyższej klasy. Jej postać, perypetie życiowe, sprawy ją nurtujące opisał Chmielowski obficie i solidnie. Wyodrębił ją w osobnym rozdziałe swojej gigantycznej księgi (ponad 500 stron), zatytułowanej "Autorki polskie XIX wieku" (1885), nadając pisarce jakby rangę podobną co Maria Wirtemberska, Klementyna z Tańskich Hoffamnowa, lub Narcyza Żmigrodzka, ale zarazem pisał o jej twórczości w dość stonowanych superlatywach.
Cieplej i jeszcze obficiej o tej twórczości pisała w roku 1938 Maria Frelkiewicz w monografii Woykowskiej, ale żeby rzetelnie wiedzieć, jak i co Julia pisała, trzeba zajrzeć na strony Tygodnika Literackiego z lat 1838-44, albo do książki pt. "Z Kudowy", albo do "elementarzyka dla grzecznych chłopców" o głównym tytule "Mały Tadzio", albo do utworu ostatniego i wydanego pośmiertnie pod tytułem "Żona księżycowa". Wówczas będzie się miało wielkie uznanie dla Chmielowskiego i Frelkiewiczowej, że te druki czytali i komentowali, a także będzie się wiedzieć ostatecznie, dlaczego panie z Fundacji nie znalazły u Julii odpowiednich cytatów na ozdobę, motto czy memorandum swej inicjatywy.
Tragicznie zakończony żywot Julii, okoliczności zewnętrzne pisania "Żony księżycowej", czyli beznadziejna tułaczka, oraz wewnętrzne, psychiczne, czyli postępująca utrata zmysłów po śmierci męża – to historia poruszająca, dramatyczna. Jej całe życie, trwające zaledwie 35 lat, jest warte powieści i nie byłaby to powieść nadmiernie radosna, ale jej piśmiennictwo jest dzisiaj nie do przyswojenia. Różne już bywały przypominane na tym blogu utwory średniej, powiem ostrożnie, jakości, ale co zrobić dziś z produktem jak "Żona księżycowa"? Wydrukowano go w całości w tygodniku "WARTA" w roku 1877, gdyż redaktorzy uznali, że czytelnikom ówczesnym rzecz można oferować w aż czterech numerach, ale przyznam, że nie byłem w stanie przebrnąć przez więcej niż część pierwszą, która nie zaczyna się odstręczająco, tyle że im dalej tym gorzej, tym straszniej, aż po bunt zupełny oczu i resztek rozumu u czytającego.
ŻONA KSIĘŻYCOWA
Do Męża mego.
Fijołek, nocą księżycową uszczknięty, drżącą ręką na grób go Twój kładę.
Julija Woykowska.
I dziwnie... zadrżał, oczyma nie mignął,
Lecz cały zadrżał i cały się wzdrygnął.I stanął chwilę we śnie, zadziwiony,
Jakby usłyszał skąd o śmierci żony.Lecz chwilę tylko chwial się jak na szali,
i nie obudził się – i poszedł dalej.J.Słowacki
Cisza zaległa nad pustemi ulicami miasta, w biały czecheł obleczona ziemia, spała snem głębokim drżenia świętego, a ludzie w domach spali snem pustym, bez żywota. Bo pustota zaległa świat serca, wiara śmiechem z niego wyłoniła się, i zgubiła dusza związkę do nieba, przeciął duch snów nić złotą, co wiąże świat do świata, a tajemnicza mowa Boga do człowieka przepadła w pustocie.
Cisza zaległa nad pustemi ulicami miasta i nad pustemi sercami mieszkańców, a wysoko nad głowami ich noc wyciągnęła szeroki namiot posiany gwiazdami.
I wyszedł spoza chmur miesiąc blady, zadumany, i zadrżał, i jęk szerokiej tęsknoty odpowiedział drżeniu jego.
To ona.
Długa, z śniegu uwiana szata owijała ją całą, walała się za jej stopami. Ciemne włosy płynęły w nieładzie na ramiona, wieniec z róż śnieżnych na głowie jej. Pustemi ulicami miastu płynęła, uśmiech tęsknoty na bladem licu, oko zwrócone ku niemu w górę. A on drżeniem spokoju wysokiego płynął, płynął, chmury przepływają po nim, a on nietknięty wypływa spoza chmur i jaśnieje spokojem.
To było przed wieki i przed czasy. Wonczas ziemia i niebo złączone związką natury, rozmawiały do siebie mową natury. I rozmawiał człowiek z gwiazdami patrzaniem w ich lica i czuciem w ich serca, i gwiazdy patrzaniem i czuciem w duszę człowieka, rozmawiały z nim. I słońce i księżyc podawały się ziemi i ludziom w krewieństwie i rozumiała się cała natura z duszą człowieka, rozmawiali ze sobą czuciem się, patrzaniem na się. W życiu i śmierci mową bezwiestnej niewinności rozmawiali, ku nieskończoności szli, kąpali się w niej i znowu wracali odmłodzeni.
Ziemia i niebo, słońce i gwiazdy, księżyc i rodzaje ludzi i zwierząt, czyste zwierciadło bez skazy, dusze ich i serca ich. A Jehowa w czystym przeglądał się zwierciadle i widział się.
I widział jak w nieskończoność żyje, mnoży się i odmładza wszelkie ciało i wszego ciała dusza, widział.
I w tem wszystkiem widział się. I czemuż tęskno było duchowi Jehowy?
Z ducha swego na świat ją wydał, ustroił ją we wszystkie dziwy fantazyi swej, wszystkie płomienie ducha na nię wylał, wszystkie tętna serca. Przecudną była kochanka jego.*
Publikując odcinek drugi redaktorzy wyjaśniali:
Nie wątpiliśmy o tym, że zamieszczenie tej ostatniej pracy ś.p. Julii Woykowskiej wywrze pewne wrażenie na czytelnikach „Warty." Napisana ona jest, jeżeli się nie mylim, we Wrocławiu i przesłana na ręce Jks. Prałata Koźmiana, którego uprzejmości ją zawdzięczamy.Jeżeli świat różnie sądził ś.p. Juliją W. za jej życia, to niech, przeczytawszy tę pracę, – w której ani joty nie zmieniamy i nie skreślamy, – przekona się o tym, że umarła całkowicie pojednana z Bogiem i ludźmi.(Przyp. Red.)
...świat różnie sądził ś.p. Juliją W. ... – ona też różnie sądziła świat w którym żyła.
Wydaje mi się, że przedsięwzięcie Redakcji, bez wątpienia ryzykowne literacko (chociaż, co można wiedzieć o gustach?), miało społecznie ten sam szlachetny ciężar gatunkowy, co dziś działalność Fundacji, wspomnianej na początku.
*ten fragment to jedna czternasta całości
° ° °
Pewnego razu baron Münchausen popłynął na wyspę Cejlon. Przechadzał się po pięknej okolicy, gdy nagle z dżungli wypadł lew i chciał go pożreć. Baron uciekał chytrze na brzeg wielkiej rzeki, gdzie czyhał głodny krokodyl. Dzielny i zmyślny Münchausen pobiegł prosto na jego rozwartą paszczę z wielkimi zębiskami, ale tuż przed nosem krokodyla uskoczył w bok. Lew z rozpędu wpadł do paszczy i nadział się na kły. Krokodyl kłapnął szczękami, zadusił drapieżcę i go łyknąl. Ale wielki lew był za duży jak na żołądek krokodyla i gad z przejedzenia momentalnie zdechł. Baron rozciął brzuch krodylowi, wyciągnął połkniętego lwa i w ten sposób upolował dwie cejlońskie bestie.
Ludzie na Cejlonie z pobliskiej wioski mówili potem, że wszystko się działo trochę inaczej, bo lew utknął w gardle krokodyla i że ten się zadusił i że wtedy baron przybiegł do wioski, osiodłał dwa konie, wziął dwa wielkie pale drewniane i dwa kłęby konopnych lin. Na brzegu rzeki tymi palami rozwarł i podparł szczęki martwego krokodyla, przywiązał linę do ogona lwa, a drugi koniec do siodła i koń barona wyszarpnął jednego zwierza z drugiego. Potem za ogon przywiązał do drugiego konia krokodyla i z takim podwójnym zaprzęgiem triumfalnie przyjechał do wsi. To podobno prawda, bo krokodyl nie miał, mówiono, rozciętego brzucha.
Gustave Doré - Baron von Münchhausen
° ° °
Emila Vardy "Wściekły pejzaż".
wersja pierwsza, prawie skończona
Emil przysłał fotografię swojego obrazu, którą podpisał "prawie skończona wersja Angry Landscape", co się tłumaczy na „Wściekły pejzaż". Przedstawia ta fotka stojący blejtram wielkości zapewne ponad metrowej, gdyż jest większy od doczepionej doń podkoszulki. Można by ciuszka spod grubych warstw farby nie zauważyć, gdyby nie to, że poza brzegi obrazu częściowo wystają krótkie rękawki.
Podkoszulka ta zajmuje prawie całą powierzchnię płótna na blejtramie, ale nie jest częścią ubioru jakiejś namalowanej postaci. Chociaż..., postać przecież istnieje... W każdym razie nad wykrojem kołnierzyka, czy jak tam nazwać obrąbek dziury na szyję, jakiejkolwiek głowy nie ma. Jest niebo – rozciągnięte tak mniej więcej na jedną, górną, pierwszą piątą całości. W piątej piątej części, czyli u samego dołu obrazu figurą dominującą jest czerwony stwór z głową jakby koguta, na cienkich jakby ptasich nóżkach i jakby z długim ogonem cietrzewia albo pawia, kiedy taki paw wachlarza nie rozkłada. Ten czerwony niby kogut przypomina mi Czerwonego Koguta, który leci wprost do nieba ("Crveni petao leti prema nebu") albo Żar Ptaka z bajek o Żar Ptaku. Przypomina tylko, gdyż najwyraźniej nie ma zamiaru wzlecieć do nieba u góry obrazu.
Jest jeszcze jedno zwierzątko na obrazie, oddane tak wyraźnie, jakby to była jego podbarwiona fotka, czyli ryba, dla speca na pewno rozpoznawalna jako być może pstrąg, albo łosoś, co mój przyjaciel, zamiłowany kucharz i zarobiony restaurator, wie na pewno. Ryba ta, prawie w środku kompozycji, umiejscowiona jest głównie w drugiej piątej obrazu od góry, ale ogonem sięga trzeciej. Kolorystycznie jest obiektem najspokojniejszym z rozpoznawalnych, namalowanych obiektów – srebrno-bladoczerwonawa z białym brzuchem.
Jeszcze dwa słowa o niebie, zanim opiszę główny motyw dzieła, narzucający się od razu przy migawkowym nawet oglądzie. Niebo jest sino-niebieskie, ciemne, ale wyraźnie jeszcze nie nocne. Płyną przez nie zielone chmury, których jest pięć. Płyną na tle strzępiatych bordowych rozbłysków, idących z podobnie bordowej i podobnie strzępiatej aureoli wokół prawie okrągłej, wściekle żółtej plamy słońca. Na skraju nieba zakłóca jego powierzchnię czarniawy obiekt, jakby bordowo podświetlona wrona, która wroną nie jest, ale ponieważ wszystko razem w tej partii malunku jest metaforą? cytatem? aluzją? do znanego powszechnie nieba Van Gogha, więc wrony można się w tym obiekcie domyślać, albo ją sobie podsugerować.
Użyłem słowa tytułowego do opisu słońca i trzeba teraz wyjaśnić, że cała reszta obrazu jest namalowana jeszcze bardziej wściekłymi barwami: złotem, czerwienią i czernią. Maźnięcia są przeważnie w pionie, grube, bezlitosne dla oka, niefiguratywne, wyrwane z pędzla, albo wprost z puszki. Cały obraz płonie złotem od lewa, poprzez czerń do czerwieni po prawej. Spojrzenie ociupinkę dłuższe od migawkowego wydobywa z tego wściekłego pożaru wielką twarz. Oprócz nieba i koguta pozostała, prawie całkowita powierzchnia obrazu to twarz. Maźnięcia poziome tworzą jej usta, bez wątpienia otwarte, choć nie aż tak jak w "Krzyku". Twarz jeśli nie krzyczy, to ma zamiar krzyknąć. Nad ustami jest nos, który byłby cały zrobiony z opisanej już ryby, gdyby nie to, że leży ona jakby na czarnym półmisku. Tak to widać z bliska, z daleka jest to normalny nos, tam, gdzie normalnie powinien być – czyli nad ustami i pod oczami. Oczy to dwie koliste plamy, trochę w kształcie podobne do słońca powyżej, ale zupełnie szare z czarnymi kropkami źrenic. Mimo grubych maźnięć innych barw, siwe oczy są bardzo wyraźnie widoczne. Nad nimi solidne łuki białych brwi.
I to już właściwie wszystkie obiekty, jakie udało mi się na tym obrazie zauważyć. Mógłbym jeszcze rozważać, dlaczego i w jaki sposób szósta, niesforna, zielona chmura ulokowała się daleko poza niebem u dołu twarzy, ale wtedy wpadłbym w nieprzewidywalną rozmiarami sferę fabularyzacji, wyszedłbym poza wizerunek malarski w sferę literacką, gdzie trzeba byłoby się borykać z relacją między wściekłością a pejzażem. Wściekłością na co? Pejzażem – czego? Musiałbym sobie przypominać nasze ostatnie (i poprzednie) rozmowy o bajzlu politycznym i ideowym, o wojnie tyleż ukraińskiej, co amerykańskiej i polskiej, choć to przecież nie z tych krajów przyszła ta wojna. Może musiałbym też dociekać, dopytywać czemu Autor miał niedawno okres niegolenia i niestrzyżenia. Także dlaczego niedawno kazał mi przeczytać "Fugę Śmierci" Paula Celana. Ot, takie, całkiem już niemalarskie wertepy.
wersja druga
PS. Podpis “prawie skończona” okazał się równoważny terminowi “in statu nascendi”. Powyższa refleksja dotyczy (jak widać) pierwszej wersji; druga – mogłaby dostarczyć impresyj dodatkowych, gdyby nie zapowiedź Autora, że właściwie dokończenie jeszcze przed nim i przed oglądaczami.
miejsce na wersję trzecią, być może skończoną
°
°
°
O kukułce.
Zygmunt Gloger
Poniżej Grodna brzegi Niemna są bezdrzewne i obniżają się. Pierwszy las, który napotykamy na lewym brzegu, jest sosnowy, a majątek, do którego należy, nazywa się Augustówek. Głęboka cisza w naturze wróży upał. Na niebie żadnej chmurki, na ziemi najlżejszego wietrzyku, na wodzie żadnej fali. Moc skowronków śpiewa pod jasnem niebem, jakby radując się z wiosennej zieloności i pogody. W lesie kowała kukułka, a kukanie jej rozbrzmiewało się daleko po rosie doliny niemnowej. Wiktor opowiadał, że każdy człek na wiosnę chowa tu w kieszeni kilka groszy na "zieziulkę" (kukułkę), aby miał czem brzeknąć, gdy pierwszy raz kukanie posłyszy. Przypomniał mi tem białoruskie przysłowie "Schawaj try hroszy na ziaziulku".
Kukułka nasza jest ptakiem najbardziej tajemniczej, demonicznej postaci. W pieśniach ukraińskich jest ona symbolem sieroctwa i wdowieństwa. Nie ma pary, bo była kiedyś kobietą i zabiła swego męża - dziś jest wróżką. Pokutuje w niej zaklęta dusza kniahini Zazuli, a lud mówi: "Zazula kuka, bo wybawienia szuka". Coś mistycznego w pojęciach ludu leży w tem, że kukułka sama gniazda nie ściele, ale innym ptaszynom jaja swe podkłada. Zajęta jest sprawami swego zaklęcia, nie odbudowaniem gniazda i rodu. Więc podlatuje pod siedziby ludzkie do gajów i "wiśniowych sadów" i w czynieniu ciągłych wróżb szuka wybawienia. Tak się niepokoi sobą i ludźmi, że nawet w nocy przez sen kuka, a zawsze wróży dziewczętom, gdyż sama była dziewicą. Przepowiada im lata panieństwa i zamążpójścia. Jeżeli raz pierwszy zakuka dziewczynie, niosącej próżne konewki do wody, to próżno przejdzie jej rok, jeżeli zaś niosącej pełne, to spełni się za czem goni myślą i sercem. Gdy głodnemu zakuka na wiosnę, to będzie on głodny rok cały. Przepowiada lata doli i niedoli, starym - lata śmierci. W pieśni wielkopolskiej donosi dziewczynie o śmierci jej lubego:
"I usiadła na drzewinie,
Zakukała na kalinie,
Główkę w listek przytuliła,
Tak do matki przemówiła:
- Już nie siędzie Jaś za stołem,
Płacze Kasia za sokołem".
W innej starej pieśni dziewica trawiona tęsknotą przemienia się w kukułkę, by ulecieć do swojej rodziny lub kochanka. Przy poległym młodym rycerzu siadają trzy kukułki: u głowy, serca i nóg - matka u głowy, kochanka u serca, siostra u nóg. U matki płynie łez rzeka, u siostry sączy się struga, a gdzie kochanka, tam murawa sucha. Kochanka płakała dzień, siostra rok, matka... całe życie. Podobną pieśń śpiewa mazur nad Wisłą, Małorus nad Dnieprem i Litwin nad Niemnem, każdy w swoim dyalekcie.
° ° °
















