Opowieść o pracy w Komisji Wyborczej w USA
Przypis: Od Misi, żony Krzysztofa, mieliśmy w czasie wyborów przepyszne opowieści o tym, co mu się przydarzało podczas pracy w Komisji Wyborczej w Cleveland (stan Ohio). Od razu zamyśliłem namówić go na opisanie tych wydarzeń. Z namawianiem trzeba było czekać ponad dobę, bo Krzysiek odsypiał zarwane dwie, chyba, noce. Zgodził się nawet ochotnie, ale miał jeden warunek – opisze, lecz nie zaraz, nie szybko. Powiedziałem mu, że miesiąc, a nawet dłużej, nie ma znaczenia, bo jasne było, po wynikach głosowania sądząc, że cyrk powyborczy w Polsce trwać będzie długo i cała akcja z wyborami nawet za cztery i za sześć tygodni wciąż będzie tematem aktualnym i bulwersującym. Cyrk trwa – jest koniec października – wszyscy ogłaszają się zwycięzcami, główny rozdający rżnie głupa, że talia kart niejasno potasowana i on nie wie, jak rozdawać. PiS, które ma sekwensy od waletów, blefuje, choć wszyscy wiedzą, że asy, króle i damy są u innych graczy. Wciąż-opozycja gra w brydża z jawną licytacją na głos, a PiS w szemranego pokera. Jeszcze potrwa, zanim wszyscy ustalą do jakiej gry zasiedli. Wymyśliłem sobie tę karcianą metaforę, żeby mnie nie korciło brzydkimi wyrazami rzecz przedstawiać.
Dzisiaj, 28 października, Krzysztof przysłał tekst o swoich pracach w Komisji Wyborczej. Tekst jest wyborny. Dla mnie tym wyborniejszy, że nie mam biurokratycznych uprawnień do głosowania, bo kiedyś, kiedyś nie chciałem oddawać peerelowskiego paszportu, w którym napisano w 1983 roku, że wyjechać z Polski mi wolno, a wracać nie wolno. Dokumencisko kapitalne. Potem, gdy już tylko dziurkowano i zwracano, nie korciła mnie wymiana paszportu, bo długo rządzili ci, co mi go wydali. Teraz też nie korci, więc małodusznie, niestety, nie przyłożyłem ręki do odsunięcia kolesi o podobnej mentalności. Oni zaś będą tak bruździć, że sprzątnie po nich potrwa bardzo długo. Dlatego tekst Krzysztofa, mimo, że opowiada o wydarzeniach z połowy października 2023 roku, na pewno będzie jak świeżutki w następnym październiku. (B.K.)
° ° °
Krzysztof Hariasz
Déjà vu?
Wydaje mi się, że już kiedyś to wszystko przeżyłem. Może inne okoliczności i nie te same szczegóły, ale odczucia zdecydowanie podobne, jakby déjà vu.
Najpierw jednak dwa słowa na temat historycznego tła mojego w tych wydarzeniach uczestnictwa. 29 września 1973 wstałem o 6:00 rano i o 7:00 już czekałem przed drzwiami lokalu wyborczego w Kolbuszowej na Rzeszowszczyźnie (wtedy, dzisiaj to pisowskie Podkarpacie) jako jeden z pierwszych, takich jak ja, młodych, dopiero co uprawnionych do głosowania. Ten młodzieńczy entuzjazm szybko opadł i już więcej ani razu w PRL nie głosowałem. Za co chyba w 1980 miał do mnie i moich kolegów duże pretensje KW PZPR w Lublinie. Nie lubiłem ówczesnej władzy, ale przez głosowanie nie można było jej wtedy odsunąć. W okresie „Solidarności” się nadziało: strajki, publicystyka, wykłady, spotkania, tłumy, smakowanie demokracji, uniesienie patriotyczne. W Stanie Wojennym konspira, działalność nocna, podziemna, drukowanie bibuły, później interna i wreszcie więzienie. Emigracja do USA. Do 1989 śledziłem jak mogłem sytuację w „starym kraju”. Po 1989 tylko się przyglądałem; wydawało się, że raz lepiej raz gorzej, ale generalnie sytuacja się tam polepsza. Nawet 2005-2007 nie były jakoś szczególnie okropne. Wszystko zmieniło się w 2015, a już od 2019 to ciągły stan alarmowy. Obserwowałem, co się tam dzieje dość dokładnie, czytając „Wyborczą”, sprawdzając dzień w dzień Twitera. To już był PRL bis. Na dokładkę podszyty faszyzmem. Bałem się, że jeśli PiS jeszcze raz wygra, Polska cofnie się (przynajmniej mentalnie) niemal do Średniowiecza, nastąpi koniec przynależności do Unii Europejskiej, nie chcę nawet myśleć co jeszcze.
Więc kiedy (chyba jakoś na wiosnę) KOD ogłosił nabór do Obywatelskiej Kontroli Wyborów, natychmiast się zapisałem. Wiedziałem, że wpływ wyborców w Cleveland, Ohio, których głosy dodawane są do Rejonu 19 (Warszawa Śródmieście), będzie minimalny, ale coś mnie wewnątrz pchało, aby się jednak zaangażować. Podobnie jak pchało mnie w Stanie Wojennym, aby organizować, symboliczny przecież, strajk studentów w lubelskim miasteczku akademickim – jakby déjà vu.
Przez długi czas nikt się ze mną w tej sprawie nie kontaktował, więc wszedłem na stronę Koalicji Obywatelskiej, gdzie okazało się, że poszukiwani są kandydaci na członków komisji wyborczych. Zgłosiłem się bez zastanowienia – znowu déjà vu.
Może trzy tygodnie przed terminem wyborów, koordynatorzy KOD oraz ci z KO ożywili się i wkrótce brałem udział w szkoleniach, śledziłem dyskusje na specjalnie powołanej grupie dyskusyjnej, temperatura rosła. Pod koniec września, z rekomendacji KO, Konsul w NY powołał mnie na członka pięcioosobowej komisji wyborczej w Cleveland. Musiałem w związku z tym zrezygnować z Obywatelskiej Kontroli (KOD). Poprosili mnie tylko abym im podał wyniki, kiedy tylko skończymy liczenie głosów. Zgodziłem się. KO poprosiła o to samo. Z takim samym rezultatem. Musiałem jeszcze przejść parę szkoleń (online) organizowanych przez Konsulat w NY. Miałem założony specjalny folder na komputerze, w którym trzymałem wytyczne, prezentacje Power Point, artykuły, itd. W międzyczasie odbyło się (ZOOM, nie ZOMO) pierwsze posiedzenie Komisji Wyborczej nr 256 w Cleveland OH. Wybrano mnie na sekretarza. Nie pierwszego, więc się zgodziłem. Nie miałem zresztą co się nie zgadzać. Z pozostałych czterech osób trochę znałem wcześniej tylko dwie, ale wkrótce się okazało, że tylko ja byłem delegowany przez Komitet Wyborczy jednej z partii opozycyjnych. Pozostali wprawdzie się nie afiszowali, ale wiedziałem, że są raczej związani z Kościołem i PiSem.
Trzynastego, w piątek, czekałem cały dzień na informację, o której kurier z Nowego Jorku ma dostarczyć materiały. Po południu przyszła wiadomość, że dopiero o 9:00 wieczorem. Było już ciemno, kiedy dotarłem do Polsko-Amerykańskiego Centrum Kultury w Cleveland, gdzie miał być lokal wyborczy. Kiedy Centrum powstawało, mieszkali jeszcze w tej dzielnicy Polacy, były polskie sklepy, biura podróży, domy pogrzebowe – domowo. Dzielnica wciąż się nazywa Slavic Village, ale Polaków już tu nie ma. Podobno nawet w kościele na niedzielnej mszy są w mniejszości. Okolica jest biedna i zaniedbana. Nocą bym się tu nie zapuszczał. Ale jest nas trzech, więc raźniej. Czekamy, zastanawiamy się jak urządzić lokal. W pomieszczeniu jest solidny, długi stół konferencyjny – nada się na rozmieszczenie materiałów i list. Pojawia się konsul. Przywiózł urnę oraz materiały. Musimy to wszystko komisyjnie przyjąć. Karty do głosowania trzeba przeliczyć. Na szczęście w Cleveland zarejestrowało się do głosowania tylko 240 osób, plus karty „na wszelki wypadek”, co w sumie wynosi około 350. Ale są trzy rodzaje kart; kandydaci do Sejmu, kandydaci do Senatu oraz karta do Referendum. Więc niecały 1000, jakby dwie ryzy. Przebieramy palcami, kartki niełatwo rozczepić, palce wysychają, mylimy się, pracujemy w milczeniu, szelest papieru… jakby déjà vu. W końcu udaje się zgrać wszystkie liczby, podpisujemy kwity, zamykamy materiały na klucz i w ciemną noc. Jest tuż przed północą a musimy tu być z powrotem następnego dnia o 6:00 rano.
Sobota – dzień wyborów. Z domu mam około 40 minut jazdy. Wstaję o 4:00, szybki prysznic, pakuję dwie butelki wody, kanapkę z żółtym serem, komputer i jadę. Dzisiaj jest cała piątka komisarzy. Najpierw znów musimy policzyć karty do głosowania, ktoś przecież mógł w nocy podkraść albo nawet kilka dołożyć. Liczą trzy osoby i po kilku próbach liczby się wreszcie zgadzają. Ale to nie koniec przebierania kartek papieru, ponieważ wszystkie karty trzeba jeszcze ostemplować specjalną pieczęcią z numerem naszej komisji. Pozostałe dwie osoby przygotowują urnę. Jest to sporych rozmiarów (zgaduję, że około 1m x 1m x 1.5m) skrzynia z pleksiglasu (czyli przezroczysta) z wyciętym w wieku otworem na wypełnione karty. Wieko przymocowujemy plombami i pieczętujemy. Podobno urny zostały wykonane w Polsce, wysłane do Stanów w częściach i dopiero w Konsulacie je złożono przy pomocy nitów. Nie wyglądają solidnie, cienkie ścianki wyginają się, ale co tam – myślę, że jakiś pisowski pociotek nieźle na tym zamówieniu zarobił.
Miejsce akcji (fot. z Ggl. Str.)
Lokal otwieramy, jak przewiduje ustawa, o 7:00, ale nikt nie stoi pod drzwiami więc liczymy i stemplujemy jeszcze przez godzinę. Pierwsi głosujący pojawiają się może około 8:30. Dobrze, że nie ma ich dużo, bo pozwala nam to na testowanie naszych własnych procedur i usprawnianie procesu. Na przykład, przed wyborami było dużo kontrowersji a mało instrukcji jak się zachowywać w sprawie wydawania kart do referendum. Decyzję musimy pozostawić wyborcy. Ale jeśli ktoś odmawia karty do referendum, musimy to odnotować w uwagach na liście wyborców. Natomiast jeśli tę kartę weźmie, odejdzie głosować i wtedy się zorientuje, że jej nie chciał, jest już za późno i nie możemy jej przyjąć z powrotem. Wymyśliłem taki system, że po sprawdzeniu personaliów i potwierdzeniu rejestracji mówiłem coś w tym rodzaju: „Mamy tu trzy karty do głosowania: do Sejmu, do…” Ci, którzy karty do referendum nie chcieli pobrać przerywali mi w tym momencie właśnie tę niechęć oznajmiając. Ci, którzy chcieli w referendum zagłosować wysłuchiwali mojej informacji do końca i kiwali głową na zgodę. Notabene, ku mojemu zaskoczeniu, nawet w Cleveland odmawiających było więcej. A tyle kasy na to idiotyczne referendum wydano.
Jak już wspomniałem, na liście zarejestrowanych wyborców mieliśmy coś około 240 osób. To o ponad 100 więcej niż podczas ostatnich wyborów (cztery lata temu). Sam ten fakt był dość symptomatyczny. Wśród przekazanych nam instrukcji są też wskazania jak traktować wyborców, których nie ma na liście zarejestrowanych, ale pojawią się z zaświadczeniami pobranymi w miejscu stałego zamieszkania i uprawniającymi ich do głosowania gdziekolwiek. Nie zwracamy na te instrukcje specjalnej uwagi, bo jeden z nas był też w komisji cztery lata temu i powiedział nam, że żadnych ludzi z zaświadczeniami wtedy nie było. A tu następna dość symptomatyczna niespodzianka: mamy takich osób aż pięć. Przyjechali z Polski w jakichś sprawach i mieli na tyle przytomności umysłu (oraz poczucia obywatelskiego obowiązku) aby zaświadczenia ze swoich gmin przed wyjazdem pobrać. I jeszcze jedna różnica w stosunku do tego co miało miejsce podczas poprzednich wyborów. Otóż w naszej komisji pojawiają się wysłani przez KOD mąż zaufania oraz obserwator społeczny. Jestem zadowolony, bo gdyby zdarzyły się jakieś polityczne kontrowersje to nie będę sam przeciwko czwórce pozostałych członków komisji. Na szczęście do żadnych większych kontrowersji nie dochodzi. Małe problemy mamy dopiero, dopiero po… może trzeciej w nocy, już po pierwszym liczeniu głosów, kiedy zmęczeni całym dniem obserwatorzy dali sobie spokój i poszli do domu spać. Ale problemy są raczej techniczne niż polityczne, więc sobie radzę.
Bardzo szybko się zorientowałem, że zapomniałem ze sobą polskiego paszportu. Ouch! Jeśli chcę zagłosować (oczywiście, że chcę) to będę musiał pojechać do domu i go przywieźć. Tak, 40 minut w jedną stronę. Postanawiam to zrobić dopiero wieczorem kiedy, mam nadzieję, nie będzie już dużo pracy. Wstyd mi trochę, przed samym sobą rzecz jasna, ale wkrótce okazuje się, że takie samo głupstwo popełniło jeszcze dwóch innych członków komisji. W grupie łatwiej jest się z siebie śmiać. W ciągu dnia mieliśmy chyba jeszcze ze trzech facetów, którzy już po wejściu do lokalu uświadomili sobie, że polskiego paszportu zapomnieli. Musieliśmy ich odsyłać z kwitkiem. Wrócili wszyscy po paru godzinach. Też moim zdaniem symptomatyczne. W Polsce można było potwierdzić tożsamość na podstawie dowodu osobistego, prawa jazdy, legitymacji studenckiej i czegoś tam jeszcze, ale za granicą musiał być paszport.
Już po fakcie dowiedziałem się, że w tych wyborach generalnie głosowało więcej kobiet niż mężczyzn. Prawdopodobnie jest to również symptomatyczne. Być może w ogóle kobiety powinny rządzić. Tak jak to jest w rodzinach. W naszym lokalu pojawiało się dość dużo małżeństw. I to panie miały w swoich torebkach paszporty mężów. Faceci nie mają kieszeni, czy co? Jedna zapakowała tylko swój, więc on był bardzo zdziwiony i niezadowolony, kiedy okazało się, że będzie musiał jeszcze raz tam i z powrotem się tłuc.
Jeden przyszedł z paszportem w ręku, ale okazało się, że nie zarejestrowany. Nie mam pojęcia na kogo miał zamiar głosować, jednak mam nadzieję, że za cztery lata postara się, aby jego nazwisko znalazło się na liście. Jeden przyszedł z paszportem i wydrukiem komputerowym, że niby jego rejestracja została zaakceptowana. Na liście go nie było, ale właśnie pojawił się konsul, więc go poprosiliśmy, aby pomógł. Po telefonach do Nowego Jorku oraz logowaniem się do jakiegoś tam rejestru jaki mieli, okazało się, że pan, owszem, zarejestrował się ale w Austin, Texas. Było już pod wieczór, więc chyba jednak nie zdążył. A szkoda, bo wyglądał sympatycznie.
Osobną kategorię stanowiły starsze małżeństwa. Wprawdzie w naszej komisji nie było takich przypadków jak opisane na grupie dyskusyjnej członków komisji, do której byłem zapisany, kiedy starsza kobieta już od drzwi wołała, że ona chce na Kaczyńskiego, a kiedy się dowiedziała, że nie ma takiego na liście, była obrażona i nie dało jej się wytłumaczyć z jakiego powodu jej bożyszcza na liście brakuje. Lecz i ja musiałem przytakiwać starszym państwu, że dla ojczyzny, dla Polski trzeba głosować. Usiedli później razem za tekturowym parawanem i tyle ich było widać. Może z piętnaście minut tam siedzieli, żeby sześć krzyżyków postawić, a nikt z nas nie chciał interweniować w tajne głosowanie. Te starsze małżeństwa zawsze głosowały razem. Chyba tego samego radia słuchają. Ale nie powinienem drwić, niech żyją w zgodzie.
Żeby skończyć z wątkami rodzinnymi, ciekawą kategorię stanowiły też matki z dziećmi. Dzieci w różnym wieku: od niemowlaków, poprzez przedszkolaki, co to potrafiły już wrzucić głos do urny, którą to okazję mamusie z dumą uwieczniały na zdjęciach, do właśnie dojrzałych młodzieńców i młode panny. Młodzi mieli paszporty, to znaczy mamy miały ich paszporty, ale oni niestety nie rozumieli wiele z tego co się dzieje, włącznie z językiem. Niektórzy wręcz ani be ani me. Więc matki jeszcze przed wejściem za parawan pokazywały im palcem, gdzie mają postawić krzyżyk, co bardzo denerwowało niektórych członków komisji wyborczej. Że w lokalu nie wolno już wpływać na niczyją decyzję. Niby racja. Jednak mnie to cieszyło, że ci młodzi dali się zaciągnąć do tego dziwnego miejsca. Kto wie, może kiedyś uda im się jeszcze coś dobrego w życiu zrobić.
Przychodzili też młodzi samodzielni. I to właściwie było dla mnie największą nagrodą (oprócz tego, że wygraliśmy). Próbowałem zagajać rozmowy, wypytywać ich o skąd i dlaczego. Rzecz jasna delikatnie, bo agitacja polityczna była w lokalu absolutnie zabroniona. Doktorant z fizyki ciała stałego, czy może innej inżynierii materiałowej, zajmujący się utylizacją odpadów. Przyjechał z dość daleka, bo aż z środkowej Pensylwanii, i gdyby mógł to pewnie by został na kilka godzin. Rozmawiał chętnie ze wszystkimi i na przeróżne tematy. Albo młoda doktor-naukowiec, chyba z pokrewnej dziedziny, pracująca w oddalonej o 100 mil od Cleveland firmie zajmującej się badaniami nad akumulatorami do samochodów (Kurczę, zapomniałem ją zapytać o Izerę). I inni. Wszyscy z prezencją. Wzbudzają nadzieję. Także na to, że kiedyś tam wrócą i pomogą.
W całych Stanach punktów do głosowania było 51. W samym Chicago aż osiem, plus pewnie ze dwa na przedmieściach. W Nowym Jorku trzy. Nasz punkt w Cleveland był jedyny na cały stan Ohio. Ale jechali. Ze stolicy stanu, Columbus, było może z dziesięć osób. Dwie godziny drogi w jedną stronę to nie tragedia, jeśli przy okazji wstąpi się do polskiego sklepu z kiełbasą i łakociami. Ale przyjechała też czteroosobowa grupa aż z Cincinnati, czyli cztery godziny plus cztery godziny z powrotem. Tylko po to, aby w pięć minut być już po wszystkim. Nie brali udziału w referendum, więc samo postawienie dwóch krzyżyków na kartach do Sejmu i Senatu zajęło im moment. Szacunek, rodacy.
Nie czułem przez ten cały czas głodu. Swoją kanapkę zjadłem właściwie z obowiązku. Ktoś zamówił pizzę, więc „dobawiłem” jednym kawałkiem. Ktoś przyniósł domowe ciasto, więc się połasiłem na dwa kawałki. Do tego trzy herbaty, butelka wody i to chyba wszystko. Przez 24 godziny. Chciało by się powiedzieć déjà vu, w młodości takie sytuacje miały miejsce dość często. Ale wtedy paliłem jeszcze papierosy, które podobno zagłuszają głód, a poza tym generalnie miałem takie sprawy, jak jedzenie w niespecjalnym poważaniu, jeśli nie po prostu w nosie. Kiedyś „wrzucało się na ruszt” co tam było, „dzisiaj się odżywiamy”. Już po wszystkim, kiedy wychodziliśmy z lokalu, członkowie mojej komisji zarzekali się, iż na pamiątkę owocnej i bezproblemowej współpracy wszyscy razem zjemy któregoś dnia uroczysty obiad. Nie mam nic "naprzeciwko", może i tak będzie, ale póki co, z przyjemnością konsumuję domowe obiadki.
Po zamknięciu lokalu pieczętujemy otwór w urnie i znów się zabieramy za liczenie; musimy wiedzieć, ile kart nam zostało. Mimo, że jest ich teraz mniej, liczenie jest nawet trudniejsze niż rano. Bo wszyscy jesteśmy zmęczeni. W końcu liczby się zgadzają i przechodzimy do następnej bardzo ważnej czynności – otwieramy urnę i wysypujemy jej zawartość. Na podłogę. Rzucamy się na tę kupę papieru jak, nie przymierzając, sępy. Pięć osób na kolanach, pochylonych nad papierzyskami. Coś w rodzaju déjà vu. Sortujemy karty wypełnione przez wyborców, rozprostowujemy te, które były złożone (czyli wszystkie do Sejmu, bo były ogromne) i składamy je w stosy. Później przenosimy wszystko na stół i znów zaczynamy liczyć. Uf! Na szczęście nasze obliczenia się zgadzają; ilość kart niewykorzystanych plus karty wyciągnięte z urny dają w sumie liczbę z porannych obliczeń. Czyli nikt kart nie dosypał i nikt żadnej nie wyniósł z lokalu. Na dodatek nie mamy kart przedartych, czy w inny sposób zniszczonych. No i nie mamy w urnie nieprzewidzianych dokumentów, przedmiotów i innych śmieci. Co podobno zdarzało się w innych komisjach.
Więc spisujemy protokoły, czy może raczej wypełniamy długie na kilka stron formularze protokołów. Zajmuje to trochę czasu, ale w końcu je skanujemy i wysyłamy do Konsulatu. Jeden z członków naszej komisji ma już 91 lat, widać teraz po nim całodzienny wysiłek, wysyłamy go więc do domu. A sami czekamy na odpowiedź o akceptacji bądź odrzuceniu. Może po godzinie dostajemy wiadomość, że popełniliśmy błędy we wszystkich trzech protokołach. Czuję się winny, bo to ja zapisywałem. Problemy wynikały głównie albo z naszej błędnej interpretacji (na przykład, nieważne karty do głosowania to coś innego niż nieważne głosy) albo z niedoczytania instrukcji. Jest już czwarta rano, więc nie ma się co dziwić, że czytamy „po łebkach”. Ale poprawiamy jak umiemy i wysyłamy jeszcze raz. I czekamy. Mija godzina, dwie. Mimo tego, jesteśmy dobrej myśli, bo domyślamy się, że Konsulat zaakceptował i wysłał do Warszawy, gdzie Państwowa Komisja Wyborcza nie spieszy się. Zmęczenie daje się we znaki. Wszyscy są śpiący i chyba dość zniecierpliwieni, jeśli nie zwyczajnie wkurzeni. Mimo, iż teoretycznie nasze wyniki są ciągle jeszcze nieoficjalne, wysyłam je do KODu i do KO. Czekamy. Ja maszeruję tam i z powrotem, tam i z powrotem. I od razu mam poczucie déjà vu – tak samo maszerowałem pod celą w Stanie Wojennym. Wreszcie około 8:00 rano przychodzi wiadomość, że nasze protokoły zostały zaakceptowane. Wprawdzie nikt nie skacze z radości, ale słychać cichy oddech wytchnienia. Musimy jeszcze spakować wszystkie dokumenty, karty, papiery, bo trzeba to oddać konsulowi, który zawiezie cały ten „mandżur” do Nowego Jorku. Wychodzę z lokalu o 8:30 rano, a gdzieś koło 9:30 padam. Na szczęście już w domu, na swoje własne łóżko.
I jeszcze dwie kwestie. 1) Po co ja to robiłem? Jak chyba wspomniałem wcześniej, nie mogłem już patrzeć co PiS robi z krajem, który ciągle jest mi bliski, który od czasu do czasu odwiedzam, i który chyba nie zasłużył na takie traktowanie – wydawało mi się, że normalnych ludzi jest tam jednak więcej i chciałem im pomóc. A 2) A dlaczego właśnie ja? Myślę, że podświadomie chciałem się znów poczuć… może niekoniecznie młody, ale jakoś tam potrzebny. Takie moje prywatne déjà vu.
P.S.
- Opozycja demokratyczna wygrała także w Cleveland. To była taka dodatkowa, niespodziewana przyjemność.
- Praca w komisji wyborczej jest bardzo ciężka. Nasza to był „pikuś” w porównaniu do miejsc, gdzie wyborców było kilka tysięcy, gdzie ludzie czekali na akceptację protokołów nawet ponad 20 godzin. U nas było tylko zgrzytanie zębów, w innych miejscach był też płacz.
- Ja chyba naprawdę myślę, że oni byli gorsi od schyłkowych komunistów. Dużo gorsi.








