Na tropie istoty rzeczy
Rozmowa z Leopoldem Buczkowskim
– Ja jestem nieszczęśliwy, bo właściwie nie wiem, co ja jestem. Najlepiej się czuję, kiedy pracuję siekierą albo dłutem, jako rzeźbiarz, kiedy jestem cieślą.
– A nie pisarzem?
– Pisarzem jestem w chwilach kompletnego załamania psychicznego, co zresztą jest normalne u każdego, nawet najzdrowszego. Ja jestem jeszcze zdrów, ale wszystko, co się składa na mnie, to takie bogactwo, że chwilami padam ofiarą tego, co wyraził jeden z filozofów: "Światem rządzi paradoks". Cała prawda w paradoksie.
– A pan jest człowiekiem paradoksalnym?
– Tak. Wydaje mi się, że w tym jest cały dowcip, jakieś szelmostwo. Kiedyś grałem na weselu Bolka Micińskiego. Ślub tu był, w Warszawie, a poprawiny w Zakopanem. Bolek poprosił nasz kwintet akademicki, więc pojechaliśmy mu grać. Trochę dziewosłębował temu weselu Szymanowski. Po pierwszej nocy przyszli Górale i zaczęli rypać swoją muzykę. No i to już było to, co by estetyzujący pan określił – bachanalie. Nad ranem opuściłem wesele. Był poranek w Zakopanem, ta cisza i gdy przechodziłem Krupówkami na jednej bramie zobaczyłem ogłoszenie napisane chemicznym ołówkiem: "W dnie pogodne koszę, zaś w dnie słotne pobijam beczki i naprawiam zegarki". To samo jest ze mną: w dnie pogodne trzeba kosić, a jak już przyjdzie jesień, plucha, smotołocha, to piszę. Ze mną ludzie mają kłopot. Jestem suwerenny. Nie urzędowałem ani pół godziny.
– Chcę panu zadać pytanie, które właściwie jest cytatem z pańskiej książki. Urodził się pan w roku 1903, gdy wiek XX naprawdę się stał i przeżył pan tyle epok, tak szybko wszystko szło, więc jak się powodziło pańskiemu wewnętrznemu człowieczeństwu podczas tylokrotnych zmian politycznych?
– Najtragiczniejsze było chłopięctwo. To jest cień – 1914 rok. Jestem w tak zwanej przedwstępnej klasie szkoły ludowej w zaborze austryjackim. Ta przedwstępna zaczynała się w sierpniu, jesteśmy drugi, czy trzeci dzień, uczymy się hymnu "Boże chroń nam cesarza" i wtedy wchodzi do klasy żandarm austriacki i coś szepce nauczycielce do ucha, a ona powiada: Dzieci, szkoły już nie będzie, dlatego, że jest wojna" i my wszyscy hurra!, wyskakujemy radośnie. Już następnego dnia nocowaliśmy w lesie. Fortalicja, w której mieszkaliśmy na Kresach, stała w ogniu, już byli Kozacy, bo przez las granica Austrii z Rosją. Okres pierwszej wojny był straszny, bo dzieci na tym przyfronciu w Galicji żyły często tylko z tego, co kucharze wojskowi dali. Potem szkoła powszechna, krótko, szybciutko, skrót, potem gimnazjum klasyczne. W internacie też głodno, boso, na śniadanie zawsze zupa kminkówka, kawałeczek chleba. No, a później, po gimnazjum, szukaj wiatru w polu! Ledwo je skończyłem, zabrali mnie do wojska, no bo tyle strat mieliśmy z okresu wojennego. To nie były dobre czasy. Ale ja nie tragizuję, bo jestem filozofem swojego rodzaju.
– A jak się zaczęło pańskie pisarstwo?
– Widocznie siedział artysta we mnie, jakiś trochę zbuntowany, trochę zrozpaczony, bardzo młody byłem, gdy napisałem "Wertepy". Zacząłem studiować mechanikę, ale nie szła mi ta mechanika, bo widocznie moja wyobraźnia była za żywa, chyba za bogata, żebym siedział w jakichś tam definicjach, stosunkach epicykloidy do hipocykloidy. Mnie interesowało dalej: gdy wyprowadzamy cięcie, gdy rzucimy spiralę na płaszczyznę p1 albo p2. Mój kolega mówił: "Jak ty tak spekulujesz, to idź na geometrię wykreślną, to jest doskonały wstęp do filozofii." Zostawiłem mechanikę teoretyczną, przeniosłem się do prof. Bartla i bardzo dużo z jego wykładów wyniosłem, stąd mam w pisarstwie cały szereg płaszczyzn i obrazów w płaszczyźnie. Będąc u Bartla na geometrii wykreślnej, zacząłem chodzić na seminaria do Chwistka i Łempickiego. A ponieważ Chwistek był malarzem, myślę sobie: "Ja się muszę też zainteresować malarstwem, rozpoznać". I któregoś dnia przeniosłem się do Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie.
Z pisarstwem było inaczej. Zrobiłem dyplom z grafiki. To były lata 1933-35, okres stagnacji, bezrobocia, bieda, nędza. Co było robić? Jako grafik zgłosiłem się do zakładów graficznych braci Koziańskich na Starym Mieście. Przyjęli mnie na zasadzie wolontariusza. Ci drukarze, litografowie, gdy się trochę popili i któryś miał zaniedbaną robotę, to prosił mnie i mu zrobiłem, a on odpalił 5-7 złotych. I tak pracuję dwa miesiące, któregoś dnia wychodzę na miasto, patrzę – ogryzki z jabłek leżą na ulicy. Jezus Maria, ogryzki z jabłek! Co ja tu robię? Trzeba wracać do domu na Kresy.
A tam zastałem młodego lekarza, mniej więcej mojego rówieśnika, bardzo sympatyczny, ale trochę komunizujący, nie radykalnie, lecz o widzeniu ustawionym wobec biedy bardzo czujnie. Zaprzyjaźniliśmy się. I tak sobie spędzamy jesień, zima przechodzi, a kiedyś on powiada do mnie: "Leopold, dostałem od prokuratora nakaz przeprowadzenia sekcji zwłok. Tam, pod Szyszkowcami w polu leży człowiek zabity, pojedziesz ze mną, będziesz mi protokółował". Dwadzieścia kilka kilometrów śmy gnali sankami i przyjechali w pole. Na śniegu leżał jakiś biedny człowiek, kurtka, spodnie biedne, buty jeszcze biedniejsze, takie pokurcze w śniegu, cały pobity. Dramatycznie. I to zrobiło na mnie wielkie wrażenie, głębokie i istotne., jakoś mnie osadziło w sprawach dotkliwych i dociekliwych. Więc pomagam mu, sekcja zwłok, rozbieranie z kurtki, wszystko bieda, nędza, pobity, posiniaczony, pomortyły, lekarz go obraca, opisuje i opisuje. Pierwsze to żołądek. Wszystko to w warunkach a-sanitarnych. On tnie ten brzuch i powiada do mnie: "Leopold zapisz treść żółądka: trzy pieczone kartofle. Wie pan... trzy pieczone kartofle... tak... I to trwa. trwa. My się babrzemy cały dzień. On skrobał, skrobał, przecinał, przecinał, wszystkie urazy, pęknięcia wątroby i tym podobne. Gdy wróciliśmy, spisałem ten protokół, siedziałem kilka dni, precyzowałem w jakimś porządku. Czwartego, czy piątego dnia siedliśmy wieczorem i ja czytam, a on powiada: "Leopold, to jest cudowna proza. Ty wiesz, jakie to cudowne jest, ach! To jest proza, proszę ciebie!" Ja usiadłem, myślę: proza, proza. I w parę tygodni później zacząłem sobie wieczorami powoli pisać. Dwie zimy tak te "Wertepy" nawarstwiałem.
– W pańskich książkach, od "Wertepów" po np. "Kąpiele w Lucca", krąg widzenia, artystycznego uczestnictwa w świecie, jakby się rozszerzał. Najpierw jest świat wsi – "Wertepy", potem rozrasta się – przez "Czarny potok", "Dorycki krużganek", "Pierwsza świetność" – do próby dokonania syntezy XX wieku, a potem dalsze pańskie książki – "Młody poeta w zamku", "Kąpiele w Lucca" – to jest próba pójścia szerzej jeszcze, przez całe epoki. Pan rozprzestrzenia krąg, coraz dalej przesuwa granice uczestnictwa artystycznego. Czy literatura może się wiecznie "rozszerzać"? Bo człowiek już nie tylko przestaje widzieć, w czym istnieje, ale przestaje rozumieć, w czym istnieje. Tak też jest z pańskim pisarstwem. W centrum jest artysta, a cały świat, galaktyki uciekają wciąż dalej. Czy można te galaktyki dogonić? Dokąd pan chce ze swym dziełem dojść?
– To jest sprawa, jak my się rozszerzamy, jak my to ogarniamy. Jak na przykład ogarniamy kobietę: ona jedyna i absolutna. Zaś później nam to się rozszerza. Oczywiście w tym jest proces biologiczny i ciśnienie atmosferyczne, i soki, kwasy, i gruczoły, cały biologizm, metabolizm. A później zaczynamy widzieć wszystkie kobiety. W tym kotle i matka, i babka, i narzeczona, i pierwsza dziewczyna, druga, czwarta, i ta która gryzie, kąsa – wszystkie. I teraz trzeba wyrzucić z tego jakąś całkę. Ta całka promieniuje, nie dosłownie, ale w swojej integralności. To samo jest z autorem, z tym nieszczęśliwym, uwrażliwionym, że tak rozszerza i w tym swoim nieszczęściu chciałby tę galaktykę, te wszystkie zespoły jakoś uporządkować, znaleźć dla siebie ratunek, dla przyjaciół chwile pocieszenia, chwile złudy... Bo tam dalej nie ma nic, proszę pana. Tam dalej nie ma nic.
– Ale pan idzie dalej.
– Wbrew. Wbrew, bo bym się zadusił. Tu jest dużo spraw, które sprowadzić mogą, jak tego Wojaczka biednego czy Stachurę do katastrofy. Absolutnie chcemy się zetknąć z czymś, co jest, albo nie jest; jesteś albo nie jesteś. To jest sprawa tragizmu, niepokoju, nieszczęścia. Co mnie niepokoi. Nie tylko mnie, jest kilku ludzi w Europie, może pięciu, może ośmiu, jak Ojców Bazylianów, niepokoimy się tymi sprawami. To, co ja uprawiam, zresztą nie tylko ja, to nie są powieści, to są jakieś próby. Naprzód to były dokumenty, sprawozdania. Teraz szukam jakichś zaczepów, które byśmy mogli posprawdzać, spróbować wyjaśnić znajomym, przyjaciołom interesującym się sprawami świata. Całość jest bardzo powikłana. Mnie się wydaje, że jest jakaś skaza, która się pogłębia, ta skaza nabiera cech totalnych.
– Skaza świata?
– Skaza gatunku, skaza genetyczna jakaś nastąpiła, schorzenie. W tym wszystkim my się tak po prostu kałabanimy. Zabawa w powieść trzytomową, czy jakąś sagę – to śmieszne.
– A kogo by pan w Europie znalazł bliskiego sobie?
– Genialnym facetem był Cendrars, Borys Pilniak, Celine.
– A Musil nie?
– Tak, tak, tak, tylko jego zniszczyła bieda. Dla kogoś, co tam czyta, to sobie czyta, ale dla nas precyzyjnych, umiejących kontrolować, to on rozpulchnił, żeby się przedostać, żeby być widoczny przez tom, ale jest na tropie istoty rzeczy – skazy. Tam są ślady skazy.
– Najpierw sądziłem, że czytać trzeba twórczość pana tak, jak się słucha koncertu: cóż z tego, że nie od razu wszystko przyswaja intelekt, skoro powstaje wrażenie obcowania z Pięknem. Potem przyszło mi na myśl, że raczej tworzy pan partytury, według których instrumenty wnętrza ludzkiego, każdego z czytelników – uczucia, emocje, wiedza, głupota, mądrość, sny itd. – mają odegrać nieznany sobie utwór, poznać tworzenia samych siebie. Ileż nieznanych sobie samemu dzieł tworzy pan w ten sposób. Czy nie ma pan poczucia rozbicia na tysiące płaszczyzn, na atomy, aż do utraty kontroli na dziełem. Nad czymś trzeba przecież panować, artysta tego pragnie, tak mi się wydaje.
– Znów użyjmy porównania z kobietą. Jeżeli nie jest pan prymitywnie ustawiony tylko biologicznie, to zaczyna się krystalizacja. Krystalizacja czasu, przestrzeni, tego co zachodzi w panu, u partnerki. To jest sprawa słońca, czereśni, deszczu, wiatru, dźwięku, sprawa czyichś słów, zdań, czyjegoś pijaństwa, choroby. W ciągu godziny to jest nieustanne bombardowanie, siekanie. Natomiast skoro pan jest postacią otwartą, powstaje kreacja: pana, partnerki, idei. Idąc drogą klasycznej powieści można to podzielić na rozdziały: pierwszy pocałunek, spacer, trzeci rozdział – próba powtórzenia spaceru, ale jest burza, jakaś nieudana próba zetknięcia seksualnego, dyskusje z rodzicami i tak się pięknie jedzie, jedzie. No, dobrze, ale to jest przecież sprawa dla analfabetów.
Drogi panie, odcinek AB na płaszczyźnie pierwszej jest odcinkiem AB. Na płaszczyźnie wtórnej p-sekunda okazuje się, że to jest krzywa AB. Malo: na p-tercja okazuje się, że to jest spirala AB. Po spirali przychodzą amplitudy, płaszczyzny quarta, quinta, sexta, septima. A przecież tak jest w każdym zjawisku. Mnie nie o to chodzi, żebyśmy opisali jak Jasio zdradził Zosię, to jest prawo, ale mamy obowiązek po takim doświadczeniu potwierdzić zależności biologiczne, ekologiczne, atawistyczne itd. Nie ma pewności.
– Mówi pan o tym, co pan napisał już kiedyś: "Nędza wkroczyła w powieściową ciupkę, stajenkę na osły przypominająca."
– I wiele szkód wyrządziła. Ja podważam to, co się dotychczas nazywało kulturą, etyką, estetyką i mam je zawsze w podejrzeniu.
– Nie ma co ukrywać, że nawet ludzie "oczytani" nie znają pańskich książek, albo odkładają do jakiegoś "potem". Myślę, że pan natrafia ze swymi dziełami na lenistwo czytelników i krytyki.
– Oczywiście. To sprawa mentalności. Jest bardzo trudno się wydobyć na świeże powietrze. Moje dzieła są otwarte, otwarte dla przygotowanego. Jest pan u mnie w świecie otwartym. No, bo na przykład u Dobraczyńskiego byłby pan w świecie zamkniętym. Moją rzecz każdy ma otwartą, a ktoś z niepokojem metafizycznym, jak nazywał Witkiewicz, odkrywa dla siebie jakieś satysfakcje. Pewnie, że to jest eksperymentalne, ale tak musi być. Jestem wierny swoim nauczycielom – Łempickiemu, Chwistkowi, Bartlowi. No, więc tak to jest z tym Buczkowskim.
rozm. B. Kowalski, w roku 1980.