1.
Dlaczego ten majster bierze szeroki zamach młotem? Z takim rozpędem mógłby z krowiej rzeźby odłupać pół nogi, a przynajmniej kopyto. Ale nie na kopycie oparł ostrze dłuta – no pewnie, po co miałby psuć misterny kształt? – tylko na brzegu resztek drewna z którego odłupie skrawek. Wystarczyłoby puknąć z lekka.
Jak się przyczepiać do nadmiarów w obrazie, trzeba też zapytać, dlaczego mistrz usadowił się z robotą na przerozległym dziedzińcu? Dlaczego strugał tę krowę akurat pod imponującą kolumnadą i tak otwarcie? Czemu nie na uboczu w pracowni? – w spokoju, bez świadków, bez dudnień młota powtarzanych echem w całym palacu.
Po co przyszły te gapiące się paniusie? Pasjonują się pracą artysty? rzeźbą? wyobrażeniem jej zastosowania?
Po co przywlokły ze sobą wielgaśnego białego byka? On na drewnianą krowę nie zwraca uwagi, w ogóle go ona nie rajcuje.
A ta pani wdzięcznie o byka oparta czemu odsłoniła pół biustu? Nie zauważyła, że się wygogala? Czy może rzeźbiącego chce zauroczyć i mu dodać wigoru jawną zachętą do odsłaniania w nagrodę całej reszty wdzięków?
Do czego służy malarska hipertrofia; ten sztafaż rzymsko-renesanowej architektury na obrazie Jeana Lemaire'a z 1650 roku? Rzymska budowla ma być pałacem na Krecie, w czasach gdy o Rzymie i łacinie nikt jeszcze nie miał bladego pojęcia, więc się powinno z grecka pytać o hyper i atrofia.
Otóż dlatego superprzerost przedstawień, śmiem przypuszczać, że malunek nie pokazuje jednej chwili większego zdarzenia, tylko je całe opowiada. Nie epizod widzimy, lecz całą legendę, cały mit w jednym obrazie – królowa Pazyfae, czyli dama z nagim półbiustem, dostała nieodpartej, maniakalnej chuci na seks z białym bykiem, toteż ma ona chęć wejść do środka krowy, którą Dedal (ojciec nieszczęsnego Ikara) wyrzeźbił na jej życzenie, żeby byka zmylić i przymusić. Biały byk, podebrany ze stada króla Minosa, miał być przezeń złożony w ofierze Zeusowi, ale zdał się królowi za ładny na ofiarne zmarnowanie, więc go sobie wziął, choć go Zeus właśnie na piękną ofiarę dla siebie stworzył. Oszukany bóg się wściekł i ukarał Minosa, żonę mu gnębiąc wspomnianą chucią.
Tyle jest opowieści PRZED nadmiernym zamachem Dedalowego młota, a PO zamachu następuje byczy seks królowej i zrodzenie przez nią monstrualnego Minotaura, człowieka w ciele do szyi, byka od szyi w górę. Zdegustowany Minos ukrył potwora o byczej głowie w pogmatwanym Labiryncie (także pomysłu Dedala), a zeźlony na Ateńczyków, za zabicie mu syna, pobił ich i kazał im składać daninę z ateńskiej młodzieży Minotaurowi na pożarcie. Do kolejnej ekipy straceńców wprosił się Tezeusz z zamiarem ubicia ludojada. Pomogła mu Ariadna, córka Pazyfae i Minosa, panna o ludzkich kształtach i niezwykłej ich urodzie, dając mu arcysłynny kłębek włóczki rozwijanej w zakamarach Labiryntu. Po zabiciu tyrańskiego monstrum mógł Tezeusz po nici wyjść z plątaniny korytarzy. Dała mu kłębek, bo się w nim zakochała i nawet mieli się w Atenach pobrać, ale albo ją młodzian porzucił, albo bogowie im zabronili ożenku. W rekompensacie Tezeusz został bohaterem greckiej demokracji, a piękną Ariadnę upatrzył sobie Dionizos na żonę i ponoć ona bardzo zadowolona tańczyła pięknie na Olimpie odziana w złoty diadem z gwiazd.
°
Niesprawiedliwe by było, gdyby w opowieści o córce Minotaura za ważniejszy wziąć obraz nazwany Dedal i Pazyfae, a nie namalowany 303 lata później obraz pod tytułem A potem zobaczyliśmy córkę Minotaura. Zostawmy rzeźbiarza i królową w fałszywie rzymskim pałacu na Krecie, wejdźmy do komnaty w pałacu... hhmm, w pałacu, który może być wszędzie. Niby – gdzie się komu zamarzy, tam – gdzie się komu wymyśli. Chociaż, zaraz, nie trzeba się za bardzo rozpędzać, bo dwie chłopięce postacie – które mówią «a potem zobaczyliśmy ...» – wskazywałyby na adres całkiem konkretny – Chihuahua Street 194, kolonia Roma Norte, w dzielnicy Cuauhtémoc Miasta Meksyk. Obaj malcy wyglądają na około 6-7 lat i rzeczywiście Pablo miał w 1953 roku sześć lat, a Gabriel siedem. Namalowała ich, swoich synów, Leonora Carrington.
Nie bardzo dziwne, że synowie Leonory już w tym wieku wiedzieli, kogo zobaczyli, gdyż to byli synowie Leonory. Co tu wyjaśniać. Za to przydałoby się wykombinować – PO CZYM oni zobaczyli córkę Minotaura? Znaczy – co się działo PRZEDTEM?
Wygląda na to, że stawiając takie pytania wyjdziemy ze strefy oglądania w strefę czytania; że zamiast obrazu weźmiemy pod lupę napisany tekst; zamiast przedstawionego będziemy rozważać sfabularyzowane; malunek zamieni się w nowelkę. To nie byłaby dobra droga. Zostańmy przy patrzeniu. Ale nie przy patrzeniu specjalistek (w większości) od malarstwa Leonory. Jedne opisują to, co każdy widzi, gdy popatrzy dłużej, wnikliwiej, inne dokomponowują w interpretacjach treści spoza malarstwa, na przykład z mitów celtyckich (z greckich - to oczywiste), ale prawie wszystkie bezradnie konkludują, że nie bardzo wiadomo, co się na obrazie Leonory ogląda.
Weźmy oglądanie poetyckie – dwa znajduję wiersze bardzo "patrzące" i opowiadające co widzą poetyckie oczy, albo dokładniej: oczy poetek – jeden Melissy Christiny Goodrum, Amerykanki, drugi Evy Luka, Słowaczki. Oba są zatytułowane tak samo jak obraz.
Załóżmy, że w siakiej takiej "translacji" na polski wyglądałyby one tak:
Eva Luka
(A potom uvideli dceru Minotaura.)
I wtedy zobaczyli córkę Minotaura. Siedziała tam
na samotnym krześle
ze szlachetną rogatą głową w dłoniach i w czerwonej szacie.
Ani szczęśliwa, ani smutna,
po prostu patrzyła w przestrzeń.
Udawała że weszła do domu
w odwiedziny,
zrelaksowana jak królowa,
nie przejmując się tym, czy ktoś ją zaprosił.
Usiadła w salonie.
Dwaj chłopcy patrzyli zza długiego obrusu.
Dwóch małych,
dobrze wychowanych chłopców.
Coś pomiędzy dzieciństwem a wątpliwością.
Między pragnieniem posłuszeństwa a wdrapaniem się na żywopłot
i sprawdzeniem,
czy złe rzeczy działają tak, jak powinny.
Tak jak je sobie wyobrażają.
W salonie stały długie białe filary,
tworząc ramy okna.
Z zewnątrz
wdzierała się stalowoszara ciemność,
porysowana literami nieznanego pisma.
Na środku salonu górowała
ogromna biała postać.
Ale w przeciwieństwie do córki Minotaura,
ona tam po prostu wleciała.
W kącie tańczył duch tancerki,
a psy też były białe.
Dwaj chłopcy za długim obrusem zastanawiali się,
co powiedzieć.
Co powiedzieć córce Minotaura,
która przyszła ich odwiedzić
ze swoimi przyjaciółmi.
W końcu postanowili nic nie mówić.
Po prostu słuchali czarnej muzyki Nightwish,
dźwięków wiatru tańczącego w fałdach
ubrań wszystkich obecnych,
szelestu spadającej róży leżącej na podłodze,
brzęku szklanych kul, które były wszędzie.
Stali tam i po prostu na nią patrzyli.
To coś pomiędzy dzieciństwem a wątpliwością
drapało ich głęboko w gardłach.
°
Melissa Christine Goodrum
(& then we saw the daughter of the Minotaur
written for Leonora Carrington’s painting)
na środku
chusty miętowych płatków
kwiatu tworzącego twarz
dwoje oczu!
małych jak pączki
spotykają się i rosną
w rzeźbionej dolinie
nad nosem
a pod skrzelowym zarostem
śliwkowa szata opada
aksamitnie przesłaniając
najbardziej intymne cechy
cienki i pełen wdzięku nadgarstek
sięga przez pochylony
stolik do kart
w stronę niezliczonych
mistycznych kulek
rozmaitych rozmiarów
przyklejonych do skośnej
płaszczyzny motylim pyłem oprószonego
obrusu
wszystko wygląda na oprószone
ze skrzydeł
nic nie wygląda na trwałe, stabilne
dwoje dzieci
głodnych bladych
w pelerynkach z kapturami
może to cierpiący
bracia ze smutnej bajki
porzuceni jako maluchy
jeden ma cztery lata
spiczasty podbródek
i rączki
jak u maleńkiej szarej lalki
które zlożył
na piersi
za jego plecami
stoi brat
ma taki sam podbródek
ale jego usta są zamknięte
oczy podłużne czarne
jak pośmiertne medale
roziskrzające północ
lewe ku górze a prawe w dół
pod zagajniczkiem
brązowych brwi
kwiecista twarz
słucha
krowia postać
opiera delikatne
palce o
długi bok
przechylonego stołu
jakby pytała, czy jest prawdziwy?
źrenice jej oczu są małe
otoczone bielą
pod idealnym „u” dwóch białych rogów
idealnie gładkie futro
spod mandarynkowej szaty
wskazuje swe prawe kopyto
z elegancją
ujawniającą dobre maniery
tak jak istota o muślinowej głowie
w geście prawej dłoni
witaj!
nikt nie widzi tej tańczącej
w korytarzu pokrytym piaskiem
drzewo życia z perłowej
czapeczki wyrasta z jej
ukoronowanej głowy
prawe ramię w górę
lewe zgięte w dół
odzwierciedlają łuki
jej nóg
księżyc mruga, od
lśnień jej blasku
a chmury otulają sufity
przynoszą z gwiazd gwiaździstą
grację linoskoczka,
jakby żyrandolami
w tym wnętrzu wyrastały
°
Jak widać, widzimy mniej więcej to samo, co widziały poetki. Pewne rzeczy mniej, pewne więcej. Na przykład – czy kule są naprawdę szklane? Eva zobaczyła/zapamiętała rogatą głowę w dłoniach. Tak? Kiedy? Może chwilkę przedtem, ale w chwili na obrazie, już tak nie jest. Ale poza tym w patrzącym czytaniu można zufać śladom jej wersów prowadzących po obrazie.
Melissa sądzi, że chłopcy są głodni. W tej chwilce na obrazie chyba nie, ale chwilkę przedtem – może tak. W artystycznej kuchni mama-malarka, mama-pisarka pichciła czarodziejskie natchnienia, a kulinaria średnio za nimi nadążały.
Trzeci wiersz napisała Susan Michele Coronel, też Amerykanka (z Nowego Jorku), w nim patrzenie poetyckie zdaje się, że tkwi wewnątrz obrazu, i chyba nie w jednej parze namalowanych oczu. Coś jakby samopatrzenie kilkukrotne, wielo-się-widzenie-ze-środka. Zdaje się, że Susan innej postaci przypisuje bycie córką Minotaura, niż Eva i Melissa.
Susan Michele Coronel
(The Minotaur's Daughter Speaks)
Córka Minotaura mówi
Labirynty mam w sobie.
Pragnę przemiany,
ale przez coś wznioślejszego
niż smak ludzkiej krwi.
Tańczę i w tańcu jestem już prawie popiołem,
podczas gdy blade psy patrzą.
Sukienka z organzy owija mi ciało
jak pajęczyna, która dusi chrząszcza.
Jestem promieniem X, cieniem zaledwie
krwawego bażanta u moich stóp.
Słońce zanurza się w chłód zachodu.
Zima po plecach mi się ślizga.
II.
Budzę się przed światłem świtu,
z ochotą wchodząc w aksamit godziny
zanim dzieci wstaną.
Mają się spotkać z Minotaurem
po raz pierwszy, więc się przekształcam
w olbrzymią ćmę, by je chronić.
Skrzydła ogromne jak filodendrony,
unoszę nad podchodzącymi zbyt blisko.
Minotaur jest za stary na mordercę,
ale wolę być ostrożna.
III.
Dzieci stoją przy stole
w czarnych pelerynach, czekając, aż dziadek
wyjaśni, dlaczego tak wielu niewinnych
zaginęło na zawsze, gdy próbowali znaleźć wyjście.
Minotaur patrzy przed siebie,
owinięty w rubinową szatę utkaną
z kropel plazmy dotkniętych wiatrem.
W kryształowych kulach nie widzi wróżb.
Jego rogi jak dym wirują w górę.
W niemych ustach tylko szum oddechu.
° ° °
2.
Jak się zaczęła kilka lat temu, tak chyba tli się dalej literacka moda na córkę Minotaura. Mam w zapasie jeszcze jeden wiersz istotny, ale parę innych powstało tak, jakby z krótkich wypracowań o Leonorze, o jej obrazie, usuwano 97 procent słów, a resztkę spisywano w poetycki słupek. Spiskowo można podejrzewać, że gdy w MOMA, w nowojorskim muzeum sztuki nowoczesnej, wystawiano niedawno "Córkę" i paręnaście innych prac Leonory, rozpisano cichy konkurs wszechmedialny. Wiersze, proza, eseje, jutubowe filmy, sesje fejsbukowe. Jedna z kuratorek wymyśliła terapeutyczną metodę wnikania w malunek z córką Minotaura, by wędrówką po nim leczyć traumy. Wydawca tłumaczenia tomu Evy Luki, w oryginale nazwanym "Jazver", wyciągnął Loenorowy tytuł jednego utworu na okładkę. Prawdę mówiąc – dobrze zrobił, bo "jazver" to po słowacku "borsuk", a kto dziś wie/pamięta, co to jest/był borsuk? Ale miał inne tytuły, a wybrał właśnie ten:
W streszczeniu legendy przy okazji krowy Dedala nie ma ni pół słowa o córce Minotaura. Ktokolwiek zechce ten mit poznać/przypomnieć sobie w wersji z wikipedii, albo z obszernych esejów internetowych, albo z książkowego tomiska Roberta Gravesa, czy skądkolwiek, w jakimkolwiek języku, ten się o córce Minotaura niczego nie dowie. Taki stwór w kanonie mitologicznym nie istnieje.
Teza jest następująca: córkę Minotaura wymyśliła Leonora Carrington.
Bardzo możliwe, że wymyśliła na bajkowy użytek dla Gabriela i Pabla. Ale też być może, że z tą postacią się skumała, żeby wyzbyć się swojej traumy, długo przedtem nim posiadanie traum stało się modne, terapie jeszcze modniejsze, a ich ceny ekskluzywne.
Surrealiści hołubili Minotaura. Przez sześć lat od 1933 roku ich pisanie i malowanie eksponował we Francji niesamowicie elegancki graficznie i edytorsko magazyn nazwany "Minotaur". Średnio w poszczególnym albumie pomieszczano prace tuzina autorów, edycji było jedenaście i teraz chciałbym się szkaradnie pomylić, ale wypatrzyłem nazwiska tylko dwóch pań – Madeleine Landsberg i Debory Lifszyc. Rysowano potwora, malowano, Dali kropnął kompletnie odjechany wizerunek, ale wygląda na to, że mitologiczny stwór istniał w tytule, oraz ideowo, wirtualnie i prowokacyjnie, ale nie jako obiekt literacki.
Prac pisanych w tym magazynie nie znam i znać nie będę, ale zaryzykuję w zakładzie tradycyjny tysiąc dolarów przeciw spalonej zapałce, że nikt w "Minotaurze" ani razu nie wspomniał o ewentualnej córce ludojada z Labiryntu.
Pomysł Leonory to nie była taka sobie zwykła, surrealna, przekorna bajka dla dzieci na wieczór, albo zamysł tajemniczego obrazu, by zdumiewał w galerii. Jest w nim samym i w jego imaginacyjnym zaczynie coś bardziej dziwnego i bardziej dramatycznego niż tylko prowokacyjne dopełnienie starego mitu. Obraz pod tytułem "A potem zobaczyliśmy córkę Minotaura" mocniej, gwałtowniej, zasadniej niż ten pierwszy z Dedalem, domaga się oglądania, patrzenia nie jak na migawkę malarską, półsekundę zatrzymaną na płótnie, ale jak na kompletne przedstawienie obszernej wizji. Pomysł pani kurator z MOMA, by wejść do środka obrazu niekoniecznie musi mieć kuracyjne zastosowanie – przemknąć do sąsiednich komnat, zajrzeć, co jest za oknem/tarasem, co w głębi tunelu z tancerką i poza nim, poszukać jeszcze innych osób niż te na widocznym planie.
Najbardziej oczywiste w obrazie Leonory jest ukobiecenie kwestii minotaurowej, niekoniecznie samego mitu, bo w Tezeuszowym kanonie niewiele dobrego stałoby się bez mądrej Ariadny. Męskie minotaurowanie surrealistów (w idei, w sztuce, ale też jako muskularne cielsko odmieńca) Leonora nie tyle zdegradowała, zanegowała, co najzwyklej pominęła.
Na obrazie rodzaj męski jest w stadium pączkującym (permanentna chłopięcość panów surrealistów) i nieproduktywnym, pozostałe postacie są rodzaju żeńskiego – siedząca Córka, stojąca Biała Bogini, tańcząca Ariadna. Obecność tancerki z diademem Dionizosa oznaczać może, że kłopoty z Minotaurem należą do przeszłości. Bogini Wszechnatura, pani światła, nieskończoności, władczyni niebios, pnączy i róż, rozrzucająca kule gwiazd, albo galaktyk, albo nawet kosmosów, to zapewne matka. Tego nie podejrzewał Picasso wielokrotnie malujący przemocowo kopulującego Minotaura. Wyobrażał on sobie byka-gwałciciela, a to była eksploatacja uwiedzionego i przymuszonego – tak Bogini poczęła Minotaurę.
W komnatach domu z numerem 194, choć pewnie częściej w kuchni, konspirowały trzy dysydentki surrealizmu – Leonora, Remedios i Kati. Chłopięco naiwnemu Bretonowi wydawało się, że to on konspiruje w sprawie generalnych przemian, spotykając się w Meksyku z Trockim.
Wizje wizjami, ale jeśli są realia w obrazie Leonory to postacie chłopców je reprezentują. Co bardziej realistycznego niż ich miny? Zaskoczenie. Trochę strachu. Niespodzianka. Skądś wrócili, albo gdzieś mieli wyjść. W każdym razie coś, czego oczekiwali od mamy, zamieniło się w nieoczekiwane. Były jakieś przygotowania – pelerynki, uczesane włoski, a potem zobaczyli córkę Minotaura. A mama w zwykłej postaci zniknęła. Namalowanie tej sceny w niemijający obraz, trwający dłużej niż ich dzieciństwo, wyjaśnia, że jakaś dziecięca bajka była i pozostała realnością życia ich obu i jej, Leonory.
Minotaur-ojciec (ojciec Leonory) – to facet, który wyrzekł się córki, który chciał ją w wariatkowie oduczyć bycia artystką, który spalił jej konika na biegunach, potwór z labiryntu Gotyckiego Zamczyska (potwornego domu nowobogacza), przeciw któremu spiskowała z matką, wypychający ją w klasztorne szkoły, wysyłający ją (dla własnych ambicji) jak samicę z menażerii na cyrkowe pokazy na balach i na królewskim dworze.
Takiego Minotaura wyimaginowała?/doświadczyła? poetka Lauren Scharag we własnych komnatach, bo (chyba?) nie na obrazie Leonory:
Lauren Scharag
Córka Minotaura
Stworzony do pracy w rzeźni,
wracał do domu pobudzony, żądając mięsa,
żaden posiłek nie był kompletny bez krwi
lub dania polanego sosem.
Dwukopytna kretaura nadmiaru,
cielsko wyszorowane świńskim różem,
gładkie jak czubek penisa
co dzień nurzany au jus. Włochaty władca,
wionący smrodem niezliczonych aren i ołtarzy,
błyszczący bóg jatek i rzeźni,
wściekły rozpruwacz.
Świeże trzewia lśniące
na bransoletce zegarka
i pod paznokciami
grubymi jak rogi.
Przy stole szturchał mnie,
rzucając mi wyzwanie, żebym jadła.
Uważałam, że połknięcie
czegoś surowego to akt buntu.
W nocy śni mi się czerwonooki
byczy łeb czarny jak serce rzeźnika
wydmuchujący pióropusze gorąca
przez nozdrza z pierścieniem.
Odwracam wzrok, tracę oddech,
kiedy napakowany buchaj
chce mi kłaść ciężkie kopyta na plecach,
i przykryć grubym marmurowym zadem.
Drżąc z obrzydzenia,
biegnę po ostrych zakrętach, po śliskich zjeżdżalniach pożądania,
przypominając sobie za późno, że jestem
ćwiartką bogini, ćwiartką krowy.
Całkowicie jego: Córka. Dziecko.
Krew.
Koronę półksiężyca i gwiazdę
ukrywam w gładkim włosiu.
Śnię o sobie jako władczyni włóczni
i paralizatora, jak o snajperce z ubojowym pistoletem.
Rozebrana do najdrobniejszych elementów,
zdołowana poczuciem winy.
Zmuszona do poskramiania lwów
a potem do farbowania bielizny czerwienią
by wiuwać nią jak muletą.
Mój Ojciec: Wstyd. Żółć.
Flaki.
Czy będę zmuszona się poddać
znów i znów
gardłem, sercem
i wszystkim poniżej.
Jestem jego sklepem z porcelaną.
°
Minotaur-ojciec to wykapany pan Quadrepides z dramatu Leonory pt. "Penelopa". Tajemnicza Krowa tak tam opowiada:
«Spójrz w moje różowe uszy, Penelopo... Czy widzisz, że jestem świętym zwierzęciem? Posłuchaj uważnie, co ci powiem; W domu Quatrepidów jest wiele czarów. Wszystkie dziewczyny w rodzinie urodziły się o północy; wiem to, ponieważ jestem akuszerką rodziny. Quatrepidowie to słaba i nikczemna rasa, to ludzie, którzy nie znają magii; boją się, gdy słyszą dziwne dźwięki w nocy... ale nie zapominaj, że oni również rodzą się w nocy i nie brakuje im sił. Jest pewien mężczyzna z długimi włosami i dzikimi oczami, który należy do tej rasy i który jest wrogiem magii; może zrobić siedem obrotów jak trąba powietrzna, szybciej niż większość czarownic. Ten gość jest niebezpieczny. Nie mogę powiedzieć więcej.»
Bardzo możliwe, że Pablo i Gabriel pojęli już poza dzieciństwem (a może nie? może już to wiedzieli, stojąc za stołem Bogini?), że mieli do czynienia ze świętym zwierzęciem.
Ta patetyczna interpretacja może być zastąpiona bardzo zwykłą, przyziemną – chłopcy wrócili ze szkoły, jest późne popołudnie, w kuchni powinien być obiad na stole, a zamiast talerzy na obrusie toczą się galaktyki, Remedios Varo przebrana za boginię, Kati Horna tańczy z pióropuszem, mama w czerwonej szacie z rogatym znakiem Bogini na głowie. Nie boją się, nie dziwią, tylko im, jak to się powiada, miny zrzedły. Potem było trochę śmiechu i obraz na pamiątkę zdarzenia, gdy odkryli tajemnicę, o czym opowiadali ojcu, konkludując tak, jak jest w tytule.




