Hanna umyśliła utopić się tą samą metodą co Virginia Woolf, czyli napychając kieszenie sukienki kamieniami i zanurzając się w nurty pobliskiej rzeki. Hanna zapewne była jedyną osobą we wsi Binarowa, która wiedziała cokolwiek o Virginii, gdyż przebywała czas jakiś w wielkim mieście "na naukach". Różnica zdarzeń taka, że za Virginią nie skoczył do wody żaden Andrzej. W skuteczności utopień różnica, ale podobieństwo obu pań widoczne w literackiej, intelektualnej, aż filozoficznej nawet supernadwrażliwości, choć szybciej i też trafnie powiedzieć można o szajbie, albo świrze. Na pewno Hanna jest najbardziej "intelektualną" ze wszystkich postaci w powieści pt. "Białe noce" autorstwa Urszuli Honek.
Na starość Hanna rozmyśla tak:
Oprócz szumu nurtu nie słyszałam niczego i wiedziałam, że kiedy robi się cicho, tak że słychać każdy krok, szelest ubrania, to wcale nie zapowiada burzy. Zawsze albo ktoś umiera, albo właśnie jest już z tą myślą pogodzony. Widziałam trzy śmierci i żadna do siebie niepodobna. Ale jak śmierć może być podobna, jeśli ludzie różni? Każdemu taka, jaka mu się należy albo jaką sam wybiera. Jedni, zanim wejdą do stodoły, patrzą przez chwilę w niebo, potem na własne ręce, jakby miały to wszystko powstrzymać, ale to właśnie te ręce już rwą się do paska, do najwyższej belki. Nie ma, że życie przed oczami przelatuje albo nagle zaczyna się płakać. Oczy widzą tylko to, co mają przed sobą: siano, czyszczącego pióra ptaka, kurz, co unosi się w świetle. Dla śmierci robi się ciemno, a dla żywych cicho.
Hanny siostra, Maria, opowiedziała, jak było:
To Hanka szkoły pokończyła, w mieście miała zostać, za najlepszych kawalerów pójść, ale wróciła, nie wiem po co, chyba na zmarnowanie.
Trzy miesiące przed moim ślubem, o to długo do niej urazę chowałam, weszła po szyję do rzeki, a w kieszeniach miała ciężkie kamienie. Pewnie ślubu by żadnego nie było, gdyby się jej udało, wtedy mi się wydawało, że to koniec świata, dzisiaj inaczej na wszystko już patrzę. To, że Zośka pomylona, to wszyscy od razu wiedzieli, ale co wtedy Hance do łba strzeliło, nikt nie umiał rozczytać. Przychodzili do niej, za żonę chcieli, ale ta wyuczona była, wszystkich machnięciem ręki zbywała. A ja jej czasem życzyłam, żeby i jej tak ktoś odmachnął, to może się spełniło? Nieraz i mnie się jakiś podobał, co do Hanki podchody robił, ale słowem nigdy się nie odezwałam, a nawet czasem to specjalnie do kuchni szłam, za dom albo w sad się wypłakać. Słyszałam tylko, jak chichocze mysim piskiem albo mówi takie słowa, co nie rozumiałam. No i poszła, a minęło już ze trzydzieści lat, do tej rzeki... Ale tamtego dnia to ja, a nie ona, stałam w białej sukience i mnie przygrywano...
Czytałem "Białe noce" jak powieść, a nie zbiór osobnych opowiadań, powiązanych ze sobą subtelnie czy misternie. To jedna całość. Tak jak jedną epicką całością są niby oddzielne narracje na przykład "Odysei" albo "Ulisesa". Pewnie istnieją terminy teoretyczn0-literackie nazywające uczenie takie zabiegi, ale rzecz w tajemniczym, niewidocznym kunszcie artystycznym, który z pozoru osobne wiersze łączy w tomiku w jedną, spójną książkę poetycką. Poetka Urszula Honek tę biegłość kilka razy eksponowała, nim popróbowała prozy.
Ponieważ Binarowa jest wsią – i w książce i w geografii – łatwo przyszło mi skojarzenie – rolnicze – konstrukcji "Białych nocy" z krzakiem kartofla. Istota tej rośliny jest ukryta, a widoczne owocki i kwiatki nie są dla nas jej istotą. Ukryte bulwy wyrastają osobno w odzielne kartofle, ale są przecież i ze sobą, nawzajem, powiązane i z nadziemnymi kwiatkami i z tymi kulkami zielonymi niepotrzebnymi nam rzekomo. Żeby kartofla posmakować w pysznościach purée, frytek, czipsów, pieczonek z ogniska, placków zasmażanych itd. trzeba dotrzeć do całości krzaczka podczas brutalnych wykopków. Równie brutalną czynnością jest wykopkowe, rozumowe czytanie subtelności napisanych tak finezyjnie, jak "Białe noce".
Pean się tu jakiś zaczyna układać o książce Urszuli Honek, a przecież jak spojrzeć na konkurencję Bookerową tegoroczną, widać że to może najbardziej filigranowa z ofert.
"White Nights" – u dołu, druga od lewej
Ze wszystkich trzynastu rozdziałów powieści ten pt. "Anielka" wydaje się znacząco inny od pozostałych. Trzeba by tu miarodajnej opinii tłumaczki, Kate Webster, ale można podejrzewać, że był to rozdział najtrudniejszy do przełożenia.
Anielka wykłada wszelkie wieści, ploty, tajemnice jawne i tajne, koneksje, brudy, podejrzenia, układy wsiowe ludzkie – i o nawiększej ilości mieszkańców Binarowej – luźno, nieomal surrealistycznie, ale bardziej chaotycznie, a raczej w aluzjach to jaśniejszych to mglistszych, nieraz w napomknieniach. Także o wydarzeniach z historycznej przeszłości, np. o jakimś masowym, przymusowym skądś wyjeździe. Z czasów, gdy Niemcy byli w okolicy o jakichś zabójstwach, grabieżach (wspólnych? równoległych?). Co ta mała wie, a co powtarza nie bardzo świadomie? Czy wie, że opowiada epopeję Binarowej? Własną epopeję ludzi i zwierząt, dorosłych i dzieci, historii i współczesności, szajb i ocknień, tkliwości i chamstwa. Czy może plecie i nie ma pojęcia, że jest trochę jak aojda, trochę jak Stańczyk. Że układa dziecięcą, binarową wersję "Wesela"? Binarową "Odyseję" starych, albo wręcz umarłych...? kogo? – Kassandr? Tejrezjaszów?
Tejrezjasz najwięcej opowiedział Odysowi o jego losach, był wróżem wszystkowiedzącym, który ukazał mu się nad rowem-wejściem do krainy zmarłych, który Odys musiał wykopać i obiatę w nim złożyć, napełnić go krwią ofiarną, by wywołać dusze z Hadesu. Gdyby Odys tego nie zrobił, cała Homerowa epopeja nie mogłaby być opowiedziana. Czy gdyby w pierwszym opowiadaniu "Białych nocy" nawiedzony Pilot nie wykopał rowu na swój staw, w najlepszym ponoć miejscu w Binarowej, mogłyby się ukazać postaci tej książki? Jest to rów Pilota, czy samej Autorki? Jaką obiatę ona musiała w ten rów złożyć, by wywołać Anielkę, Hannę, Dorotkę, Andrzeja, Zofię, Piotrka, Marię i całą resztę, by wysłuchać ich opowieści?
W opowiadaniu Anielki pojawia się kilka razy babcine niejasne, niedopowiedziane wspomnienie koleżanki z klasy o imieniu Iritka. Ta dziewczynka rysowała najładniej ze wszystkich. Tajemnicą pozostaje jakiś obrazek, który babcia nie oddała Iritce. Kim ona była, co się z nią stało? Ponoć wsiadła do pociągu wywożącego ludzi. Kogo? Dokąd? Kiedy? Anielka tego nie wie.
Z internetu:
Irit to imię żeńskie pochodzenia hebrajskiego. Oznacza „kwiat asfodelowy”, roślinę wieloletnią, występującą w basenie Morza Śródziemnego i na Bliskim Wschodzie. W greckiej legendzie kwiat ten jest jedną z najsłynniejszych roślin kojarzonych ze zmarłymi i podziemiem. Wielu wpływowych pisarzy, w tym Homer, William Faulkner, Oscar Wilde i Virginia Woolf, wplatało tę symbolikę w swoją poezję. Mając tak bogatą i żywą przeszłość literacką, imię Irit przypominać będzie Twojemu dziecku, że wszystkie dni w życiu są ważne i należy je pamiętać, by nie żałować w przyszłości, że któryś się zapomniało.
Z jakiegoś powodu Kate Webster zmieniła to imię na "Ester". A przecież w sferze języka angielskiego oryginalne imię jest znane. Irit Schaffer, terapeutka i pisarka, tak napisała o swoim imieniu:
„Nazywam się Irit (...) ale w języku węgierskim dorośli dodają –ka na końcu imion jako znak uczuć. Zawsze dobrze się czuję, gdy tata mówi do mnie „Iritka”. "
Może to nieistotny drobiazg, ustalony między Autorką i Tłumaczką. Zdumiewające jest natomiast, jak gładko poradziła sobie translatorka z dziecięcą paplaniną Anielki.
Na przykład:
Hura, hura, sobota, dzisiaj topienie kota.
Prędko, prędko po doktora, bo kocica bardzo chora.
Hooray, hooray, it's Saturday, we'll be drowning a cat today.
Doctor, doctor, come here quick, because the cat is very sick.
Nie trzeba ujmować tajemniczości wzajemnego istnienia dziwnie odmiennych organów kartoflanego krzaka, ale przecież sploty sklejające w jedność książkę "Białe noce" to inna fizyka i metafizyka niż boska, z cudu zaistniała metafizyka lub ta naturalna, z sił kosmicznych fizyka bulwiastej psianki – nazwa botaniczna kartofli; ich krzaki mają to do siebie, że im do istnienia człowiek nie był potrzebny, nawet tak wspaniały jego rodzaj jak renesansowy Europejczyk. Do istnienia książki człowiek jest potrzebny, a najlepiej w podwójnym wydaniu – autora i czytelnika.
Czy ten drugi zawsze rozumie intencje pierwszego, to już osobny temat. Czy ten pierwszy zawsze oczekuje, że drugi musi je rozumieć, to też osobny temat.
Frapująca jest u Andrzeja Stasiuka w rozmowie z Urszulą Honek bezradność jego wobec "Białych nocy". Czuje to, rozumie, że ona poszła w pisarstwie z jego jakby branży, w jego jakby regionach inną ścieżką, ale strasznie mu głupio, bo ten wybór go fascynuje, zachwyca, a on wciąż owej ścieżki nie widzi. Stasiuk jest uczciwy i się nie wymądrza samoobronnie, jak inni co jeszcze mniej widzą, a ważniacko perorują. To wszystko jest do zobaczenia na YT.
"Białe noce" są jednolitą strukturą literacką nie tylko dlatego, że w różnych opowieściach jest ta sama okolica, ta sama zawsze, nie tak znów liczna grupa postaci, że metodą "rashomonowską" relacjonują wzajemnie siebie i zdarzenia, że istotny wydaje się ten sam zawsze inicjacyjny, rozruchowy, moment kaledarzowy – okolice 10 maja 1990 roku, że postaci mówią do kogoś – to zapewne bardzo istotny element zamysłu artystycznego – kto nie wiadomo kim jest (one wiedzą, czytelnik nie wie, a może powinien, jeśliby był bardziej rozgarnięty?).
Może to w ogóle jest książka o tym KTOSIU przede wszystkim. Coś musi być w niej przewrotnego, coś na odwrót niżby się wydawało. Tak jak białe noce są czymś odwrotnym, czymś na odwyrtkę do nocy nie-białych. W jakiejś innej geografii białe noce są możliwe, ale w Binarowej? Gdzie indziej i od dawna istnieją inne Białe noce. Powieść sentymentalna. Ze wspomnień marzyciela. Może to jest powieść o Binarowskich sentymentach? O marzyciel...-ce? z tych właśnie okolic? Intencjonalnie konkurencyjna?
Może potrafiłbym o "Białych nocach" sensowniej dywagować, gdybym odgadł, co się stało z Dorotką, która w wieku czterech czy pięciu lat słyszała dzwoneczek, ten, co jej o nim babcia opowiadała, że trzeba wkładać zmarłym do trumny...
żebyśmy mogli trafić do nich w ciemnościach, bo kto wie, czy właśnie w nocy nie przyjdzie ich szukać
...i gdybym odgadł z czyjej trumny Dorotka jego dzwonienie słyszała – ze swojej, z babcinej, czy matczynej? "Dzwoneczek" to zaledwie drugi rozdział, a co z resztą?
° ° °
Spotkanie autorskie z Urszulą Honek („Białe noce”, Wydawnictwo Czarne 2022), moderacja: Andrzej Stasiuk | 8. Festiwal im. Zygmunta Haupta | Gorlice, 5–9.10.2022
całość spotkania
*
od minuty siedemnastej do dwudziestej czwartej
– No, to co jest z tym światem, Ula? Że co? Wracamy do niego, nie dlatego, że on jest piękny, fajny, tylko dlatego, że on jest nasz? Może być ciemny, okrutny , zniszczony, ale jest nasz. Dlatego powracamy, żeby tam szukać sił?
– Sił?
– Sił, energii na dalsze życie. No, po coś to się robi. Czy tylko dla zabicia czasu? Powroty w tamten czas, w tamtą materię. Wystarczy, że to jest nasze i już jest dobre? Wcale nie musi być jak Szwajcaria, symboliczna?
– Nie wiem, czy sił... wiesz, trochę mi zależało na tym, żeby sobie poprzypominać ludzi. Jak pisze się... Przy poetyckich książkach, takich bardzo osobistych, tak bardzo nas widać... Pomyślałam, że napiszę coś o innych, a nawet jeśli o sobie to się trochę za tymi ludźmi pochowam. Nawet jeżeli ktoś będzie trochę mną, to nikt o tym nie będzie wiedział... Chciałam się też trochę ustawić wobec tych ludzi... Poza tym, wiesz, jest taka historia, że ci ludzie przychodzili do mnie, trochę o nich śniłam, rozmawiałam w rodzinie o nich... Łączność z nimi cały czas była... Pomyślałam w pewnym momencie, że skoro oni zaczynają mi się materializować, skoro przychodzą i czegoś chcą, no to może spróbuję oddać im głos. Dlatego też w wielu miejscach wybrałam formę monologów, żeby oni sobie gadali, nie ja. Żebym ja trochę miała spokoju.
– A myślałaś, że oni to będą kiedyś czytać?
– No, to zawsze był problem... taka bariera wstydu... Wiem, że moich książek poetyckich ci ludzie nie czytali, bo jest trudny dostęp do nich z moich miejscowości, czy wokół. Natomiast wiem, że Białe noce czytali, tak..., tak...
– Nie boisz się?
– Już nie, ale bardzo się bałam. Niektórym postaciom zmieniłam imiona, nie wszystkim, ale to nie ważne...
– Znajdą siebie, znajdą siebie, spokojnie.
– Ale nie da się ulepić wszystkiego tylko z prawdy, z prawdziwych osób... To bardzo często są wariacje na temat ich biografii. No, bo po pierwsze, pewnych rzeczy się już nie dowiemy, już nam ktoś o tym nie opowie, bo nie żyje, na przykład, albo ktoś nie chce mówić, albo nigdy już nie będziemy rozmawiać, bo są rzeczy, o których się nie mówi... Właściwie ja ze strzępów, albo z własnych wyobrażeń zrobiłam te postacie. No, przecież Andrzej, który jest w powieści przewodni, to był mój sąsiad. Na pewno go nie pamiętam, tylko sobie wyobrażam. On bardzo często próbował popełnić samobójstwo... A to też wiem z opowieści mojej mamy... Miałam chyba trzy lata, jak on w końcu to zrobił... I ja go po prostu pamiętam... tak mi się wydaje, że go pamiętam, jako Jezusa... facet z długimi włosami... Prawdopodobnie nie. To wszystko jest, wiesz, z wyobraźni. W pewnych fragmentach tak... ktoś może siebie znaleźć, ale myślę, że nie da się zrobić literatury, tak po prostu z prawdy..., trzeba użyć wyobraźni.
– No, jasne, ale ci bohaterowie się w książkach odnajdują. Mam doświadczenie. Strasznie się bałem pisać o prawdziwych ludziach, jak koń pod górę kombinowałem, żeby te frankensztajny posklejać, pozmieniać, dodać. Ni, huhu! Zawsze się znajdował mędrek, co to posklejał i hęhęhę!!! To jest fajne ryzyko pisania, kiedy żyjesz w świecie, który opisujesz, z którego korzystasz. To jest takie... prawdziwe... powiedzmy. Ryzykowne.
Patrz, jak to się skleja... Wczoraj było o Mirku (zapewne sesja o Mirosławie Nahaczu; BK)... Pierwszy ten twój kawałek (fragment z "Białe noce", czytany wcześniej przez Urszulę Honek) bardzo przypominał... nie mówię, że literacko, tylko, że z tego świata był wyjęty, kiedy przychodzą duchy, postacie i z nimi rozmawiasz, chcesz im dać szansę chyba... Bo co? Jak tylko ty je słyszysz i widzisz, to chyba po to przyszły do ciebie...?
– No, tak...
— I jak ten świat ciemny, ponury zrobić pięknym? A pani to się udaje, pani Honek. Wie pani? Pani pięknie pisze o tych wszystkich... strasznych rzeczach.
– ...
– To prawda. To jest właściwość tej okolicy. Tu są jacyś tacy ludzie, którzy potrafią tą rzeczywistość... naszą już, powiedzmy, bo też moją już od jakiegoś czasu... przebóstwiać oraz uwznioślać bez taniego sentymentu i patosu...
– ...
– Bo tam się dzieją potworne rzeczy! No, bo w ogóle dużo jest potwornych rzeczy, nie?
– ...
– Strasznie osobista jesteś (Stasiuk wskazuje na książkę leżącą na stoliku)... Dla mnie też jest osobista (zapewne: ta powieść).
– ...
– Przecież ja jestem też pisarzem, nie będę się oszukiwał, i to starszym, więcej książek napisałem. Mnie przychodziły (zapewne: przy czytaniu) do głowy moje "Galicyjskie" (zapewne: "Opowieści galicyjskie"), tylko mocniej zrobione, odważniej, tak, wiesz, z buta i ten...
– ...
– Bo ja przyjechałem tutaj jak taki dupek z miasta i te "Galicyjskie" moje są tego obrazem: zachwycony chodził w tej trupiarni, wśród tego peegeru, który był pełen... no, wiadomo, jakie były pegeery. A ten mój narrator tylko jakieś świętości widział. A Honek wjeżdża po prostu bezlitośnie, nie ma zmiłuj się, nie bierze jeńców...
– ...
– Żadna naprzyrodzona światłość nie spływa... CHOCIAŻ !!! czasami spływa, ale to jest nadprzyrodzona światłość literatury, a nie jakaś wymyślona.
° ° °
Urszula Honek sama o swojej książce i pisaniu



