niedziela, 3 marca 2024

O następnej polskiej Noblistce.


 


 W roku 2026 polska pisarka Irena Rey otrzymała Nagrodę Nobla. Rok później (w 2027) jeden z jej tłumaczy opowiedział dziwną historię o zaginięciu noblistki w Puszczy Białowieskiej. Nazywał się Aleksis Archer, mieszkał w Ułan Bator, kryjąc się w ten sposób przed ekstradycją. * 

 

*   powinno być: "jedna z jej tłumaczek" oraz "opowiedziała", "nazywała się" i "mieszkała", albowiem wiadomo trochę później, że to kobieta i że jest tłumaczką na angielski (płeć niełatwo odkryć w angielszczyźnie, gdy postać relacjonuje w pierwszej osobie)

 

Tyle z początku książki wiem na pewno, ale czytam dalej.  Powieść napisała Jennifer Croft. Ta właśnie Jennifer Croft – tłumaczka Olgi Tokarczuk. Za dwa dni będzie ona opowiadać o swej książce w Nowojorskiej Bibliotece Publicznej. Na razie na TikToku można posłuchać przez minutkę jak Autorka czyta fragmencik. ••

 

 **  te notki powstawały w trakcie czytania od 3-go do 7-go marca, 2024

 

Z pierwszych stron książki (po angielsku, rzecz jasna) wynika, że to opowieść napisana w oryginale po polsku, a tłumaczy ją na angielski Aleksis Archer (Amerykanka), która twierdzi, że choć tu sporo prawdziwych rzeczy o niej, to ogólnie wyszła na najgorszą postać z całego Towarzystwa. Nie jest to utwór Ireny Rey, przyszłej noblistki. Na razie mamy rok 2017 i pani Rey zaginęła, kiedy przebywali w jej domu różnojęzyczni tłumacze, razem ośmioro.  To Argentynka, która się kochała w pisarce,*** napisała książkę  o jej zaginięciu. Być może intryga i tajemnica, w tym, że  w Irenę Rey zamienił się duch Puszczy, zwany Leszy, albo ona zamieniła się w tego ducha.  

 Hannah Weber w World Literature Today uznała powieść za niezmiernie ciekawą i świetnie napisaną. Wyznała, że nie może się doczekać ponownego jej przeczytania.

https://www.worldliteraturetoday.org/2024/march/extinction-irena-rey-jennifer-croft 


*** chyba jak wszyscy z grona ośmiorga tłumaczy; w przypadku Czecha i Szweda było to uczucie nie tylko platoniczne.

 

°

Na dalszych stronicach jest wyznanie, że gronko tłumaczy Ireny Rey miało żal do szwedzkich akademików, że w roku 2018 przyznali Nagrodę Nobla Oldze Tokarczuk, a nie "ich" pisarce. Ale jak widać, nie ma wielkiej straty, bo Irena dostała ją (dostanie???) w roku 2026.

 °

Tych ośmioro rozmawia ze sobą (przynajmniej w domu pisarki) po polsku. Tego zbytnio nie widać w angielskiej wersji, ale zapewne będzie oczywiste w polskim tłumaczeniu (podobno ktoś inny je zrobi, nie Jennifer Croft).

° 

Na początku książki przytrafia się tłumaczowi ze Szwecji niemiła przygoda – w ścisłym rezerwacie Puszczy Białowieskiej zostaje ukąszony przez jadowitego węża. Puchnie mu ręka do łokcia, ale facet znosi ukąszenie całkiem dzielnie i bez większego szwanku (chyba, że się później okaże coś gorszego). Narratorka (Argentynka) podejrzewa, że gość sam jest wężem, skoro tak gładko przetrzymuje działanie jadu. Ona i Francuska podpytują Szweda, po co tego węża brał do ręki i jak go znalazł. Szwed twierdzi, że go nie widział, tylko chciał innym pokazać dziwny grzyb, Rhodotus palmatus. Obie proszą go, żeby im objaśnił, jak to jest po polsku. 


Jennifer Croft napisała w tym miejscu, co Szwed powiedział, to znaczy: "rosy veincap, wrinkled peach". Rzecz jasna, musiałem szukać w Wikipedii, że chodzi o żyłkowca różowawego. Ale nie ma "pomarszczonej brzoskwini". Takie sformułowanie występuje na angielsko-języcznych stronach o tym grzybie. Coś mi się wydaje, że o tym żyłkowcu nie mówi się po polsku "pomarszczona brzoskwinia", ale głowy nie dam, nie jestem grzybiarzem ani mykologiem. Się nie mówi, a Szwed powiedział. Słyszał jednak od Polaków, czy szybko przełożył angielskie powiedzenie?


Francuska i Argentynka i tak nie wiedziały o jaki grzyb chodzi, zaś podejrzenia że Szwed jest wężowym monstrum Argentynce nie minęły i przemieniły się  w archetypowe (jak w Raju) fascynacje wężem.

 




°

Powieść Jennifer  po przetłumaczeniu na polski powinna być wydrukowana złotym drukiem, chociaż kalendarzowo akcja ulokowana jest w niezbyt chwalebnym kawałku naszych dziejów, bo w roku 2017, gdy chciwe świry z wiadomej partii rżnęli Puszczę Białowieską bez miłosierdzia. Mimo tej niechwalebności opisuje się w powieści kazus zaspokajający tęsknoty i demokratycznych patriotów i faszyzujących nacjonalistów – otóż międzynarodowe towarzystwo – Amerykanka, Argentynka, Francuska, Serbka, Słowenka, Szwed, Niemiec i Ukrainiec posługują się polszczyzną tak gładziutko, jak różne ludy łaciną w Imperium Rzymskim –  w towarzyskiej komunikacji, w intymnych kontaktach, a także łażąc po ulicy Stoczek w Białowieży i w każdej innej sytuacji. To jest powieść o modelowej pozycji polszczyzny łączącej narody (na razie pojedynczych przedstawicieli, ale co tam). Weźmy punktową, białowieską metaforę Jennifer Croft za ukryty postulat globalny. Połączmy ją z realną wizją pan-ziemskiej grzybni. Literatura sprzężona z botaniką w służbie dyskursu lingwistycznego – oto są filary  interpretacji tej książki, jako lektury obowiązkowej od podstawówki*, (np. w Białowieży), aż po magisterskie seminaria (np. na UJ w Krakowie). 


* dla małoletnich metafora damsko-męskiej wyprawy rowerowej Argentynki i Szweda, jako kamuflaż aktu płciowego ewentualnie do pominięcia


°

Dwór Na Otulinie przy ul. Puszczańskiej

foto Dawid Bąk /Google Maps, 2018/ 

 

W książkowym epizodzie porannego spaceru Argentynki i Szweda, Emi i Freddiego, wspomniała ona, że aby wrócić na posesję pisarki Ireny Rey, musieli dojść do ulicy Puszczańskiej. W prawdziwej Białowieży jest taka ulica, a przy niej prawdziwy wielki dom, mogący pomieścić ośmioro gości – to hotel "Dwór Na Otulinie". Wygląda tak, że mógłby odgrywać rolę bogatej posiadłości w każdej fabule.

 

Opowieść o spacerze przerywa, zawiesza w powieści sensacyjny zwrot z poprzedniego rozdziału, więc wciąż nie wiadomo, czy pewien jegomość, zjawiający się absolutnie niespodzianie w książkowej Białowieży to osoba realna, czy duch. Jest połowa książki, rozdział piętnasty, zaginiona pisarka wciąż się nie znalazła, gronko Tłumaczy pogrąża się w dziwne nastroje (atmosfera nie mniej tajemnicza jak w "Empuzjonie").

 

° 


  https://www.youtube.com/watch?v=DVfKCQ8m0Rk

 W rozmowie w Publicznej Bibliotece Nowojorskiej Jennifer Croft pytana o pustkę jakiej doświadczają Tłumacze bez Głównej Autorki, powiedziała troszkę żartem, troszkę serio: ‚‚Miałam wiele powodów, żeby pozbyć się Autorki’’. 



                                                 Jennifer Croft w/ Daniel Saldaña París, 

                                                    Conversations from Cullman Center



° 

Nawet w połowie powieści widać, że jej obiektem głównym, czyli bohaterem zbiorowym, jest międzynarodowe środowisko tłumaczy literatury. Że Jennifer Croft opisuje ich jak widzianych przez powiększające szkło – podpatrywanych, inwigilowanych, rozszyfrowywanych, trochę obśmieszanych, wykpiwanych, ale z dużą dozą sympatii. Jest tu też wiele autoironii oraz wcale ciekawych odsłon tajemnic warsztatu, osobowości, relacji. Plotkarska w tej materii jest Jej powieść. I rzeczywiście – po co im w ich samodzielnej enklawie sam Autor? Ta bezautorska samodzielność też jest pokazana w nie bardzo gładkim zwierciadle.

 

Ale żeby nie było żadnych głupawych insynuacji, trzeba zobaczyć, co Jennifer napisała w posłowiu: „Źródłem mojej obsesji na punkcie społeczności tłumaczeniowych jest Olga Tokarczuk, autorka niezwykle uwielbiana przez swoich różnojęzycznych tłumaczy i nie bez powodu: Olga jest świetną pisarką (a o wiele przyjemniej jest tłumaczyć wielką pisarkę niż pisarkę nie-aż-tak-znakomitą), a jej wsparcie dla tłumaczy i tłumaczeń było od początku absolutnie wyjątkowe”.

 



°

W rozdziale dwudziestym, po dwóch trzecich książki,  jest w powieści dzień piąty października 2017 roku. Mijają dwa tygodnie odkąd ośmioro (potem jeden więcej) tłumaczy przyjechało do domu Ireny Rey w Białowieży. Pisarka, nic im nie mówiąc o swych zamiarach, zniknęła dwa dni po ich przybyciu, 22 września. Różne w związku z tym nastąpiły perturbacje, mrożące krew w żyłach podejrzenia, mniej lub bardziej związane z Puszczą Białowieską; chaotyczne, bezskuteczne poszukiwania, przypadkowe albo wścibsko aranżowane odkrywanie tajemnic pisarki, także tajemnic gości, układy między nimi – razem, na razie przez 19 rozdziałów fajna fabuła.


Piątego października całe towarzystwo dowiedziało się, że wbrew ich nadziejom, że mimo ich oczekiwań – napiętych, można powiedzieć, jak struny,  również z powodu dziwacznej sytuacji w jakiej się znaleźli – mimo ich pewności nawet, ogłoszono w Sztoholmie, że Literacką Nagrodę Nobla 2017 otrzymał Kazuo Ishiguro. A nie ich ukochana, uwielbiana, boska Autorka (kapliczkę Naszej Autorki, Madonny Literackiej, urządzili w salonie), nie ich zaginiona, wytęskniona Irena Rey.


Tego dnia niespodziewanie przyjeżdża do tego domu inna polska pisarka. I wówczas Argentynka, pisząca swą relację powieściową, ogląda dom Ireny Rey jakby cudzymi oczami, doświadczając, jak owa obca osoba tego, co przyjezdna zastaje i co widzi:


”Po raz pierwszy zobaczyłam zapierający dech w piersiach bałagan, jaki stworzyliśmy przez ostatnie piętnaście dni. Z tej perspektywy nasze sanktuarium wydawało się tak niedorzeczne, jak rezultat zajęć ze sztuki i rzemiosła na oddziale Alzheimera w domu opieki. Wszystko wokół pokrył kurz, a skrzynie połączyły pajęczyny. Wszystkie książki na stoliku kawowym były poplamione kawą. Obok kominka i Madonny Literatury leżał pogrzebacz, jakiś porzucony kabel od laptopa, znaleziona w garażu bizantyjska lanca i para skarpetek męża Ireny, żółtych lub pożółkłych. Czerwony dywan z nieczytelną kaligrafią stał się jeszcze bardziej nieczytelny, pokryty błotem. Wszystkie ozdobne, jasne obrusy zaścielające nasze beczkowe krzesła były beznadziejnie pogniecione i z przerażeniem zobaczyłam, że jeden z niebieskich został podarty.”

 

°

Na początku powieść Jennifer Croft przypomina kryminał Agaty Christie – kilka osób zebranych w jakiejś posesji próbuje dociec, kto jest winien niespodziewanego braku jednej z nich. Muszą rozwiązać wiele zagadek nie tylko o zagininej osobie, ale ku własnemu zaskoczeniu, także o nich samych. Widać, że Jennifer jest w swoim żywiole, uruchamiając fabularnie postacie  dobrze jej znane z własnych  zawodowych doświadczeń. W "Zaginięciu Ireny Rey" – taki daję tytuł na roboczo  – tłumaczka staje się pisarką, a pisze w lingua franca, czyli nie w swym rodzimym języku (w tym przypadku – w hiszpańskim), lecz w tym, który różnojęzyczni jej koledzy znają i z którego "na własne" przekładają – to znaczy po polsku.


Polską książkę Argentynki przekłada na angielski Aleksis ze Stanów Zjednoczonych – i to jest utwór Jennifer Croft. Fikuśne zagmatwanie literacko-realne zawiera się w tym, że Jennifer mogłaby być, a właściwie jest i jedną i drugą jednocześnie. 


Smaczek wykwintnie wyrafinowany przy okazji taki, że owa Argentynka od początku powieści niesamowicie, maniacko napala się na przystojniaka Szweda i absolutnie nie ukrywa (przed sobą? przed czytelnikiem?) swych zamiarów, ani emocji. Rzecz w tym personalnym wątku wygląda bardzo pamiętnikarsko, intymnie. Także rozwiązywane zagadki Głównej Pisarki, Ireny Rey,  mają charakter bardzo prywatny. Ze zdobywanych o niej informacji okazuje się, że nawet swym tłumaczom Irena albo nie odsłaniała całej prawdy o sobie, albo serwowała im prawdę wykreowaną, równoległą, by tak rzec, czyli ich oszukiwała. Tę niby-powieść, niby-pamiętnik Amerykanki Południowej, przekłada na prawdziwie międzynarodowy angielski Amerykanka Północna. Przekłada... i co i rusz dopisuje swoje wyjaśnienia (przypisy) do opinii Emi o niej właśnie, opinii zwykle zgryźliwych, niechętnych; przesadnych może? – tego czytelnik nie wie. A po czyjej stronie stoi Jennifer – nie wiadomo, gdyż pozawijała niby translatorskie supły w takie kobiece plątanki, żmuty, że się w tym nie rozeznaję.


Czegóż ta napalona Emi nie wyrabia, żeby Freddie się skusił – popatrywanki, niby mimowolne dotykanki, wycieczki, spacery dwuosobowe, dyskuje o grzybach, byleby Freddie się mógł popisać wiedzą. Tworzy sytuacyjki na już-już, na właśnie-teraz – i nic nie osiąga przez długie kilka dni. Naczytamy się wizji, wyobrażeń, jak to spełnione już-już miałoby wyglądać. Nie żeby w niesamowitych ilościach i bezustanie, ale co i raz i chyba w każdym rozdziale zdanko, akapicik.  W tym jest zazdrość o najładniejszą z pań, czyli Aleksis– i kłopot, jak Freddiemu wybić z głowy myśli o żonie.


Aż wreszcie Emi idzie na całość, w trakcie rozmyślań nad tłumaczeniem nawonnia ciało zapachem mandarynek, sprawdza się w lustrze i po schodach na paluszkach zakrada się do pokoju Freddiego. On całkiem jeszcze ubrany, z laptopem na kolanach zaraz się orientuje, że już nie ma co gadać o grzybach i o żonie...


Po czym Emi tak zakończyła rozdział szesnasty:


«„Linda” – powiedział,  co znaczy „ładna” lub „piękna” w moim języku, przedtem nie wiedziałam, że go zna 41)* i jedną ręką odkładając komputer, drugą ręką zaczesywal mi włosy za uchem. Nasze usta się spotkały, mój język znalazł jego szyję, wkrótce w jego ustach był mój sutek, a jego dłoń znalazła się pode mną,  potem pociągnął mnie na siebie i rozpięłam mu dżinsy, a on był we mnie i poruszaliśmy się w gwałtownych falach, zatapiając się w sobie, moje palce w jego ustach i we włosach, a kiedy przewrócił mnie na plecy i byłam pod nim, moje stopy wylądowały na jego kostkach i podnosiły się w zatracającym rytmie, bezwiednie, do jego kolan i coraz wyżej i wyżej, a on jęczał mi do ucha i przygryzal je, potem szyję, aż stał się częścią mnie, co najpierw poczułam w ramionach i w nogach, potem jak iskrę elektryczną w palcach i na skórze głowy, aż w końcu zabrakło nam tchu i leżeliśmy twarzami ku sobie, śmiejąc się.


41)* Nie chcę nic ujmować tej niewątpliwie romantycznej chwili, ale czy nie jest możliwe, że Freddie rzeczywiście zapomniał imienia tej autorki i nazwał ją Lindą?» – wtrąciła od siebie Aleksis.




°

W jednym z ostatnich rozdziałów pojawia się w powieści zagadkowa wiadomość, tajemnicze wspomnienie narratorki Emi. Gdy zbliża się do Białowieży tornado i wszyscy tłumacze w panice zbiegają w domu Ireny do piwnicy, Emi przypomina sobie, że o tornadach wie tyle, ile przeczytała w dziwnej książce pod tytułem Węże i drabiny  (Serpientes y escaleras), napisanej nie wiadomo czemu, dziwi się, w hiszpańskim argentyńskim przez mieszkającą w Stanach Zjednoczonych tłumaczkę Olgi Tokarczuk.

 No, i teraz kombinuj, szukaj po internetach, o kim ona mówi.



° ° °

 próby przekładu fragmentów powieści - BK