niedziela, 10 grudnia 2023

Dobre ludziska mieszkają w Dyniskach.

 

Dobre ludziska w Dyniskach postawili Wandzi Monné pomniczek. A w jednej z nią rzeźbie – Arturowi Grottgerowi. Albo na odwrót.

 


Ta obok niego to nie Wanda Młodnicka, lecz panna Wańdzia-narzeczona, która za narzeczeństwa z Arturem miała szesnaście lat; dorosłą Młodnicką została pięć lat później. 

 


 Co pokazuje pomniczek przycupniętych narzeczonych? Ponoć ostatnią modlitwę obojga pod widoczną w pobliżu kapliczką. Zdarzyło się to w roku 1866. 



Wanda Młodnicka nie ma pomnicka (pomnika), ani nawet notki, napomknienia krótkiego w księgach o historii polskiej literatury. O co nie zadbali wielcy sędziowie polskiego piśmiennictwa, zatroszczył się lud i do dziś pod strzechami czyta jej "Historję Dziadka do Orzechów", albo jej oryginalne tłumaczenia bajek Andersena. Domyślam się, że w Dyniskach też.  (Dyniska – wieś w Polsce położona w województwie lubelskim, w powiecie tomaszowskim, w gminie Ulhówek)


Dyniska po lewej, pomniczek po prawej, 
a przez las u dołu biegnie granica z Ukrainą
(tutaj niewidoczna)


Ogólnie biorąc "Historja Dziadka" nie jest jej autorstwa, ale w szczegółach trochę jest. Zawiadomienie okładkowe – że ułożona "podług" Aleksandra Dumasa – oznacza nie wyłącznie lustrzany przekład oryginału, lecz też pewien wkład własny układającej. Na przykład taki, że rodzice dzieci z "Dziadkowej" bajki nazywają się Złotomirscy, (a nie Stahlbaum, jak w niemieckim oryginale ETA Hoffmanna, albo Silberhaus, jak u A.Dumasa)  a magik-zegarmistrz-ojciec chrzestny to nie (tu i tu) Drosselmajer, ale Świdrzycki. Dzieciaczki zaś to - u pani Wandy - Staś i Marynia, a nie (jak u tamtych) Fritz i Marie. Tak też ułożyła pani Wanda swą opowieść, że u niej wszystko dzieje się w "pewnem mieście", a nie (jak u Dumasa i Hoffmanna) w Norymbergii. Zatem w jej "Dziadku" to i owo bywa podług francuskiego pisarza, a to i owo podług jej własnej inwencji. Samej opowiastce nic wielkiego się przez to nie stało i urodą bajkom niemieckiej i francuskiej bajka polska nie ustępuje.

Nie jest prawdą, że jej "Dziadek" to pierwsza polska wersja utworu Hoffmanna, jak się pisuje niekiedy. O wiele wcześniej, niemal zaraz po Dumasie, w 1846 roku, tekst przełożył (a jeśli nie, to przynajmniej opublikował, ale sądzę, że i przełożył) Jan Nepomucen Bobrowicz – ponoć taki wirtuoz gitary, że powiadano, iż grywał na niej jak Szopen na fortepianie. Jan Nepomucen założył wydawnictwo w Brukseli, Księgarnię Zagraniczną, i wydawał książki w dwujęzycznych wersjach. Jego polski "Dziadek" wyszedł dwa lata po francuskim. 

Dziś ta książka, bodaj w dwóch tylko bibliotekach – toruńskiej i lubelskiej, leży w działach dzieł szczególnie chronionych, a jej cena na rynku to ponad siedemset euro, lub prawie cztery tysiące złotych. Trzeba by zajrzeć poza kartę tytułową (rzecz nie jest scyfrowana w całości), by ustalić na ile było to dzieło bliskie i wersji Dumasa i wersji Hoffmanna, co wydawca wyraźnie zaznaczył (w czwartej linijce tytułu).

 


Biorąc za przykład zbieżności z innymi utworami (publikacjami) JN Bobrowicza, można podejrzewać, że pani Młodnicka także i z jego "Dziadka" korzystała do "ułożenia" własnego. Relacje Bobrowicz-Młodnicka to temat na osobną rozprawę jakiegoś literackiego "badacza owadzich nogów".

Dziś można w Sieci znaleźć w całości lub we fragmentach co najmniej tuzin książek sygnowanych jej nazwiskiem. 


Większość to tłumaczenia, niektóre zapewne sowicie "układane podług". "Chustę Weroniki" Selmy Lagerlöf w jej przekładzie przepisały w 1946 roku na maszynach sekretarki wojskowe w Szkocji w Wydawnictwie Literackim Odz. Opieki nad Żołnierzami. A dziś, współcześnie – wydawnictwo Wymownia pomieszcza nie innego jak właśnie Młodnickiej "Dziadka" do dwujęzycznych książeczek: polsko- francuskiej, angielskiej i niemieckiej. Tylko, że... za tradycją w Dyniskach uwiecznioną, w pamięci pozostała pani Młodnicka jako legendarna Wandzia, nastoletnia muza-narzeczona Artura Grottgera, a nie jako parająca się literaturą Wanda. Mogłaby i ta młoda osóbka mieć bardziej osobisty wkład w historię polskiego piśmiennictwa w XIX wieku, gdyby opublikować jej dziewczęcy pamiętnik (jest w nim też o Grottgerze kilka zapisków).


Są w rękopisach rymowane poezje dorosłej W. Młodnickiej. Ten fragment, na przykład, daje się – powiększony – prawie dokładnie przeczytać.



Panna Wandzia Monné narysowana przez Artura Grottgera. 

 

Nie wypatrzyłem w dostępnych rękopisach przekazu od pani Młodnickiej, że gdy układała dumasowskiego "Dziadka", sentymentalnie jej się wspominała przygoda panny Monné – wyśniony narzeczony, książę ze snu, waleczny w bitwie na śnionych panoramach (jak Artura senno-mroczny cykl o Powstaniu Styczniowym). Ale kto wie, może tak dumała? Przecież hołubiła  (właściwie oboje Młodniccy) legendę Dyniskową przez całe życie.


° ° °



 Ilustracja do "Dziadek do orzechów i Mysi Król"

ETA Hoffmanna z 1816 roku

Oto zasiada w wygodnym, starodawnym fotelu pewien francuski historyk, narrator w książce Aleksandra Dumasa, i rozpoczyna opowiadanie "Przedmowy", wymawiając w ciągu 37 sekund 122 słowa. Można spróbować samemu, co nie jest zbyt trudne w naszej sytuacji, gdyż owe 122 słowa, wypowiedziane po francusku, zamieniają się w wersji polskiej na 118. Gładziej, szybciej po francusku przechodzi się ze słowa w słowo niż w polszczyźnie, ale za to nasz tekst jest o cztery wyrazy krótszy:


Pewnego dnia w domu mojego przyjaciela, hrabiego M., odbyło się wielkie przyjęcie dla dzieci, a ja ze swojej strony przyczyniłem się do podsycenia hałaśliwości tego radosnego spotkania, gdyż poszedłem tam ze swoją córką. Prawdą jest, że zanim upłynęła połowa godziny, podczas której jako troskliwy ojciec byłem świadkiem czterech lub pięciu kolejnych gier w kolczugę, gorącą rękę i toaletę Wielkiej Damy, moja głowa nieomal pękła na pół w piekielnym hałasie, który wywoływało około dwadzieścioro uroczych małych diabląt w wieku od ośmiu do dziesięciu lat, krzyczących nieustannie do siebie, i że wymknąłem się z salonu, wyruszywszy na poszukiwanie pewnego znanego mi w tym domu buduaru, zawsze cichego i bardzo odosobnionego, w którym zamierzałem powoli wznowić wątek porwanych w strzępki myśli.


Przyjmijmy, że jegomość w fotelu też potrafiłby tak szybko mówić, jak lektorka w oryginalnym nagraniu:




 

To są pierwsze 122 słowa z całości liczącej ich w sumie 94 tysiące plus 790, a po odjęciu "Przedmowy" zostaje 93 tys. 640 słów opowieści właściwej, zatytułowanej "Histoire d'un casse-noisette" czyli  "Historja Dziadka do Orzechów". W wykonaniu francuskiej lektorki ich wypowiedzenie trwa 3 godziny, 38 minut i 24 sekundy. A teraz porzućmy niedbałą myśl, że to nic wielkiego jak na audiobook, bo oto odkryć należy, że wspomniane "około dwadzieścioro uroczych małych diabląt w wieku od ośmiu do dziesięciu lat" przez wspomniane 3 godz., 38 min. i 24 sek. siedziało wokół fotela tajemniczego jegomościa i słuchało jego 93 tysięcy 640 słów. Może jegomość w fotelu dojechał do czterech godzin, gdyż ona czytała, a on zmyślał z pamięci, bez żadnego tekstu przed oczami. Przyjmijmy, że był to jegomość wytrenowany w długich oracjach (jako historyk akademicki) i że nie opóźniłby się bardziej. 


Zdarzenie miało miejsce w czasach, gdy dzieci nie posiadały telewizorów, komputerów, smartfonów, więc gający pan w fotelu stanowił  atrakcję, jaką dziś są media. Była pierwsza połowa XIX wieku. Zasłuchane "diablęta" nawet nie zauważyły, kiedy minęły cztery godziny opowiadania, tak jak dzisiejsze dzieciaki nie zauważają, że już od czterech godzin serfują w Sieci.


Wciąż jeszcze pisuje się w polskich internetach (dla taniej sensacji żenująco obnażając ignorancję), że Aleksander Dumas popełnił plagiat, sobie przypisując autorstwo "Dziadka". Wynika to z nieznajomości dumasowskiej wersji we francuskim oryginale oraz z czytania  (w co wątpię, ale przypuśćmy) książki Wandy Młodnickiej lekkomyślnie ułożonej w roku 1906. Opuszczono  (albo ona, albo wydawca) przedmowę Dumasa, w której jasno i wyraźnie przyznaje narrator, ów jegomość w starodawnym fotelu, że opowie historię napisaną przez pana Hoffmana i że działa się ona nie we Francji, lecz w Niemczech, w Norymbergii konkretnie.


Oto dalszy ciąg Dumasowskiej przedmowy, pominiętej przez Wandę Młodnicką:


Oddalenia dokonałem zarówno zręcznie, co skutecznie, nie będąc spostrzeżonym nie tylko przez młodych gości, co nie było zbyt trudne, biorąc pod uwagę wielką uwagę, jaką poświęcali swoim zabawom, ale także przez ich rodziców, co było zadaniem trudniejszym. Dotarłem do  upragnionego buduaru i wchodząc zauważyłem, że został on chwilowo przekształcony w gigantyczny bufet, zapełniony ciastami i napojami. Te przygotowania gastronomiczne były mi gwarancją, że nikt się tu nie zjawi przed kolacją. W kącie zauważyłem ogromny fotel w stylu Voltaire'a, prawdziwy antyk z czasów Ludwika XV, z wyściełanym oparciem. Zakwaterowałem się, zachwycony przypuszczeniem, że spędzę przynajmniej godzinę sam ze swoimi myślami, tak cennymi wpośród wichrów, w które nieustannie jesteśmy wciągani my, wasale społeczeństwa.

Zatem albo zmęczenie, albo brak nawyku, albo efekt rzadko mnie spotykającego dobrego samopoczucia sprawił, że po dziesięciu minutach medytacji zasnąłem głęboko.


Nie wiem, jak długo nieświadomy byłem tego, co się wokół mnie dzieje, gdy nagle ze snu wybudziły mnie głośne wybuchy śmiechu. Otworzyłem znękane  oczy  i spróbowałem wstać, ale wysiłek okazał się bezowocny, gdyż byłem przywiązany do fotela nie mniej solidnie, jak Guliwer na brzegu Liliputu.

Natychmiast zrozumiałem w jak niekorzystnym jestem położeniu: zostałem zaskoczony na terytorium wroga i byłem jeńcem wojennym.

Najlepsze, co mogłem zrobić, to odważnie podjąć negocjacje i polubownie uporać z prześladowcami.


Moją pierwszą propozycją było zabranie zwycięzców następnego dnia do Félixa, handlującego słodyczami, i oddanie im do dyspozycji całego jego sklepu. Niestety nie był to czas na takie oferty, gdyż mówiłem do publiczności, która słuchała mnie z ustami pełnymi ciastek i rękami pełnymi pasztecików.

Moja propozycja została wzgardliwie odrzucona.

Zaproponowałem więc, że następnego dnia zgromadzę całe dostojne towarzystwo w wybranym przeze mnie ogrodzie i odpalę sztuczne ognie.

Oferta ta okazała się całkiem skuteczna w przypadku małych chłopców; ale sprzeciwiły się dziewczynki, twierdząc, że strasznie boją się fajerwerków, że ich nerwy nie wytrzymują huku petard i że przeszkadza im zapach prochu.

Już miałem przedstawić trzecią ofertę, gdy usłyszałem piskliwy głosik szepczący swoim towarzyszom podstępne i zatrważające słowa:

– Powiedzcie mojemu tacie, który tworzy historie, żeby nam coś fajnego opowiedział.

Chciałem zaprotestować; lecz natychmiast głos mój utonął w krzykach:

– Och! tak, opowieść, piękna bajka; chcemy historii.

– Ależ, moje dzieci – wołałem z całych sił – żądacie ode mnie najtrudniejszej rzeczy na świecie: opowiadania bajkowej historii! Gdybyście pytali o Iliadę, o Eneidę, o Jerozolimę Wyzwoloną, jakoś bym sobie poradził, ale bajka! Okropność! Bajkopisarz to zupełnie inny autor niż Homer, niż Wergiliusz i Tasso, a Tomcio Paluszek to zupełnie inny twór niż Achilles, Turnus czy Renaud.

– Nie chcemy poematu epickiego – zawołały jednym głosem dzieci – chcemy bajki!

– Moje drogie dzieci, jeśli…

– Nie ma żadnych „jeśli”; chcemy bajkowej historii!

– Ale moi mali przyjaciele…

– Nie ma "ale"; chcemy historię bajkową! bajkową i już! – powtórzyły wszystkie głosy w chórze tak zgodnym, że nie pozwalającym na odmowę.

– Ale ostrzegam was przed jednym – historię, którą opowiem, nie ja napisałem.

– Jakie to ma dla nas znaczenie, skoro ma być zabawna?

Przyznam, że poczułem się nieco rozczarowany brakiem nalegań ze strony mojej publiczności o dzieło oryginalne.

– A kto napisał tę opowieść, proszę pana? – odezwał się cichy głos, niewątpliwie należący do osoby ciekawszej od pozostałych.

– Pan Hoffmann, mademoiselle. Znasz Hoffmanna?

– Nie, proszę pana, nie znam go.

– A jaki ma tytuł pańska historia? – zapytał syn pana domu tonem człowieka, który uważa, że ​​ma prawo zadawać pytania.

– „Dziadek do orzechów z Norymbergi”, odpowiedziałem z całą pokorą. – Czy taki tytuł ci odpowiada, mój drogi Henryku?

– Hmm! Tytuł ten nie wróży wiele dobrego, ale mniejsza o to. Jeżeli nas pan zanudzi, ostrzegam, będziemy tu pana trzymać tak długo, aż pan opowie nam coś, co nas zaciekawi.

– Chwila, chwila. Nie podejmuję się tego zadania.

– Takie są nasze warunki; w przeciwnym razie zostaje pan więźniem na całe życie.

– Mój drogi Henryku, jesteś uroczym dzieckiem, wychowanym znakomicie i byłbym zdziwiony, jeśli nie zostałbyś wybitnym mężem stanu; rozwiąż mnie, a zrobię, co zechcesz.

– Słowo honoru ? 

– Słowo honoru.

W tym samym momencie poczułem, jak tysiąc nici, które mnie trzymały, rozluźniają się; wszyscy przyłożyli się do dzieła mojego wybawienia i po pół minucie zostałem uwolniony.

Ponieważ słowa trzeba dotrzymywać nawet dzieciom, poprosiłem słuchające grono, aby wszyscy zasiedli wygodnie, żeby bez kłopotów przejść od słuchania do zaśnięcia... 


(tł.BK)



Dumas opublikował swoją parafrazę "Dziadka" w roku 1844, czyli po dwudziestu ośmiu latach od powstania autorskiej wersji (1816) Ernsta Theodora Amadeusa Hoffmanna. Jak wynika z "Przedmowy" w tej parafrazie, francuskie dzieciaki, nawet otrzymujące solidne wykształcenie w bogatych domach, nie znały książeczki pana ETA Hoffmana. Polskie dzieci czytywały dumasowską wersję pani Młodnickiej co najmniej do roku 1927 (były wydania w 1919 i w 1923), ale potem z oryginału rzecz przetłumaczył Józef Kramsztyk. Tę wersję w drugiej połowie XX wieku czytaliśmy i w niej oglądaliśmy ilustracje J.M.Szancera.


Libretto baletowe napisał Francuz, M.Pelipa (petersburgczanin) w oparciu o tekst A.Dumasa, muzykę skomponował Piotr Czajkowski, a premiera odbyła się w Petersburgu w 1892 roku i była klapą. Libretto uznano za pozbawione sensu, a muzykę za nietaneczną; mało się "ichnia" wydała starodawnie romantyzująca francusko-niemiecka opowiastka, mimo własnego kompozytora i mimo tego, że Wasilij Burnaszew baśń  Hoffmanna przełożył już w 1835 roku, a krótko przed baletem jeszcze dwa różne przekłady się ukazały. Pewnie dlatego, że nie bardzo umiano wtedy baletować, co potem Barysznikow nadrobił z nakładem. Balet ten w sezonie "christmasowym" jest przecież pretekstem, by tutaj o "Dziadku" wspominać, a jego współczesne produkcje metropolitalne i poza-nowojorskie to wydarzenia artystyczne perfekcyjne, olśniewające.


° ° °

Na jedno-dwa kliknięcia streszczeń fabuły "Dziadka" są w Sieci tuziny. Z nich  konkluzja taka – jeśli usłyszysz bajkę o niezwykle pięknej księżniczce, wcale nie musisz jej zazdrościć szczęścia, powodzenia, urody, bo wystarczy, że wymyślisz sobie własną bajkę, w której twoje szczęście, powodzenie i uroda tuzinkroć przewyższy cokolwiek posiadała tamta księżniczka, tak że mogłaby ci ona w twojej bajce sznurowadła wiązać co najwyżej i że na dodatek wspaniały i piękny książę dla ciebie porzuci w twojej bajce jakąkolwiek myśl o tamtej księżniczce i tylko z tobą zechce królować w Marcypanowym Pałacu. Swoją bajką w pył rozwiej tamtą bajkę. Taką by mogły znajdować myśl  przewodnią w opowieści o "Dziadku do orzechów" te osoby, co są po tej stronie płci, która pozwala być księżniczką.