Motto:
... Szekspir myślał, co miał do napisania a miał do napisania to: o czem myślał...
St. Wyspiański, Kraków, 1905
reszta Motta:
...i jeśli np. myślał o Glosterze, to myślał to, co Gloster w tem lub owem położeniu myślał i pisał tylko w imieniu Glostera, a jeśli mu znów Edgar odpowiadał, to znów nie Szekspir za to jest odpowiedzialny, co Edgar odpowiedział, gdyż to Edgar powiedział, zaś Edgar powiedział to, co od Edgara zależało.
Tenże, tamże, o tej samej porze
° ° °
Tytuł cyklu jest splagiatowany z Wyspiańskiego.
° ° °
Jeden.
Zemsta koronacyjna, czyli polityka.
Międzynarodową sytuację polityczną w "Hamlecie" tak Szekspir nagmatwał, że ile by razy czytać, wciąż niejasne pozostają wątki tajemnic państwowych, dynastycznych i towarzyskich; podobnie w polityce wewnętrznej – tajemne są układy w dworskich stronnictwach, klikach, koteriach, czy jak tam je zwał. Raport z tej gmatwaniny dyplomata zagraniczny pewnie by zaczął od wyjaśnienia, że przed jakimś czasem, dokładnie nie wiadomo kiedy, król duński, Hamlet, ojciec księcia Hamleta, zabił w pojedynku Fortynbrasa, króla Norwegii, więc według rycerskiej umowy cały ten kraj przeszedł pod jego władanie; gdyby, na odwrót, zwyciężył Fortynbras, jemu przypadłaby znaczna część Danii; było to na długo przed zdarzeniami opowiadanymi przez Szekspira w sztuce.
Ze zdarzeń i z relacji różnych postaci w sztuce wynika, że w czasie teatralnym traktat już nie obowiązuje, bo w Norwegii królem jest brat Fortynbrasa; jak do tego doszło i dlaczego, Szekspir nie wyjaśnił. Dziwaczna to sytuacja – przecież nominalnie Norwegia wciąż pozostawać powinna pod panowaniem króla Danii. Ale nie pozostaje. Kiedy więc królowie Danii utracili władzę w Norwegii? Czy jeszcze przed swoją śmiercią utracił ją Hamlet? Czy też Norwegowie przejęli władzę u siebie dopiero po śmierci Duńczyka, uznawszy, że układ pojedynku stracił moc?
Przypuszczalnie nastąpiło to jeszcze przed śmiercią starego Hamleta, albo najwyraźniej już wtedy szło ku temu. Oto oceniając układy sił, brat Fortynbrasa uznał, że król Hamlet nie jest w stanie kontrolować Norwegii, że politycznie i militarnie stał się z upływem czasu niezdolny do bycia jej władczym królem. Bez zbytnich ceremonii przejął koronę norweską, a Norwegowie albo przepędzili załogi okupacyjne Duńczyków, albo roztoczyli nad nimi całkowitą kontrolę. A może postawili ultimatum ku temu wiodące i tylko kwestią czasu było jego dopełnienie? Być może sam król Hamlet łaskawie, czyli bezradnie, przyzwolił na złamanie umowy. Tak czy owak, była to polityczna przegrana i rozsierdziła ona koterie dworskie w Elsynorze (tak się nazywał pałac króla Danii).
Zapewne ta przegrana króla Hamleta w polityce zagranicznej stała się przyczyną jego obalenia w skrytobójczym pałacowym zamachu (upozorowanym na nieszczęśliwy wypadek); po tym puczu władzę w Danii wziął Klaudiusz, brat króla (czyli podobnie jak w Norwegii).
W opowieści Szekspira Dania nie panuje nad Norwegią, a świadczy o tym poselstwo wysłane przez króla Danii do (równego mu najwyraźniej) króla Norwegii; w tym czasie ów król jest schorowany i pozbawiony sił, co by świadczyło, że władzę zdobył wcześniej niż w ciągu ostatnich dwóch miesięcy (tyle właśnie upłynęło od śmierci króla duńskiego), czyli, że stary Hamlet już przed śmiercią nie był władcą sąsiedniej krainy. Od jak dawna? Na pewno od czasów, gdy brat Fortynbrasa (jego imienia nie znamy) był jeszcze w miarę zdrów i w miarę o siłach.
Klaudiusz stwierdziwszy, co najmniej dwa miesiące wcześniej, że skoro brat króla Fortynbrasa mianował się królem, a duński władca nic na to nie potrafi poradzić (choć może już lata mijają), to on – jako również brat króla – załatwi sprawę identycznie i też przejmie władzę. Co uczynił, wlewając śpiącemu bratu truciznę do ucha.
Królowie i ich bracia to nie jedyni rozgrywający na scenie politycznej. Fortynbras i Hamlet mieli synów – norweski książę nazywał się po ojcu Fortynbras, a duński po ojcu – Hamlet.
Jak donieśli Klaudiuszowi duńscy szpiedzy, młody Norweg zorganizował sobie prywatną armię (w tajemnicy przed stryjem-królem), szykując się ponoć na wyprawę przeciw Danii, albo co najmniej na ostateczne przepędzenie Duńczyków z Norwegii (czy zamyślał o zdetronizowaniu stryja przy okazji, szpiedzy nie wyniuchali).
Z tego właśnie powodu Klaudiusz wysłał posłów do króla Norwegii – bardziej z prośbą, niż z żądaniem, żeby powstrzymał bratanka w działaniach przeciw Danii. Ten odpowiedział, że istotnie bratanek zbroi się przeciw Danii, udając, że ma zamiar uderzyć na Polaków, więc on mu zabronił działać przeciw Duńczykom, ale pozwolił wyruszyć na Polaków i nawet dodał funduszów na tę kampanię. Przy okazji prosił w poselskiej nocie, by Klaudiusz umożliwił przejście przez tereny duńskie norweskiej armii, gdy będzie ona maszerować przeciw Polakom.
Gołym okiem widać, że to dyplomacja niezwykle pokrętna, albo idiotycznie naiwna. Załóżmy to pierwsze, bo bezimienny król Norwegii wydaje się być dość cwany. Nie powstrzymuje bratanka w wyprawie poza królestwo, z której (przypuszczalnie) nie wróci już tak silny, jak obecnie, a w każdym razie czasowo będzie w kraju nieobecny, więc niemający wpływu na działania króla w państwie. Królewskie zaś słowo jest niby gwarantem, że armia młodego Fortynbrasa tylko przejdzie przez Danię. Jeśliby poza gwarancją młodziak trochę porozrabiał u Duńczyków, nie obciąży to norweskiego króla, a zaskoczonych przeciwników być może nieco osłabi. Nie jest też kłopotem króla, czy młody istotnie pójdzie na Polaków, ale taki jest, niby gwarantowany, cel tej wyprawy. Król norweski liczy, co widać wyraźnie, na głupotę Klaudiusza i być może słusznie, skoro po relacji posła o tych sprawach Klaudiusz nie ogarnia niebezpieczeństwa momentalnie, tylko deklaruje, że musi papiery przeczytać jeszcze raz i odpowie po namyśle.
Książę duński, młody Hamlet, nie jest tak operatywny, jak książę norweski. Mimo, że ma nieomal niezbity dowód na winę stryja Klaudiusza, jeśli chodzi o śmierć Hamleta-ojca, nie umie przedsięwziąć podobnych działań jak Fortynbras. Po reakcji zaś tego ostatniego, gdy przybywa na dwór duński już po śmierci Hamleta, czyli po wyrażeniu żalu, że oto widzi martwego kogoś, kto byłby się "okazał królem w pełnym sensie słowa", wnioskować można, że młodzi książęta poczynili jakieś wstępne konszachty i Hamlet liczył na pomoc Fortynbrasa w obaleniu Klaudiusza.
W każdym razie, szczerze, czy obłudnie, tego nie wiemy, Fortynbras oświadcza, że skoro duńska dynastia wymarła – król, królowa i książę nie żyją – on może się upomnieć, z żalem wprawdzie, bo w smutnych okolicznościach, o przysługujące mu z dawna prawa do tego królestwa. Czy po koronie duńskiej sięgnął również po norweską, czy może na razie wystarczył mu jeden tron i spokojnie poczekał na (bliską przecież) sukcesję norweską? – tego Szekspir nie opowiedział.
Kwestią powikłaną politycznie jest koncept Fortynbrasa, że "ma dawne prawa" do korony Danii. Być może ten koncept objaśniałby następująco – jako synowi króla, który brał udział w honorowym pojedynku o królestwo z przeciwnikiem wprawdzie zwycięskim, ale potem zamordowanym podstępnie, a więc niejako w synowskim rewanżu, w rycerskiej zemście za zszarganie honoru ojcowskiego konkurenta, a zatem i ojca, przypaść mu powinna gratyfikacja w postaci korony i królewskiego majestatu. Chyba nawet dwóch koron. Zadośćuczynienie, zemsta koronacyjna i dwa trony w jednym pakiecie? Czemu nie? Zwłaszcza, że książę Hamlet, mniej obrotny mściciel, nie żyje.
Motto:
... Szekspir myślał, co miał do napisania a miał do napisania to: o czem myślał...
St. Wyspiański, Kraków, 1905
Pyłek o niewymiernych gabarytach
Na murach zamku o północy, w pierwszej scenie "Hamleta", Horacjo wygaduje dziwactwa i najwyraźniej jest w szoku. Kwadrans wcześniej odstawiał chojraka i zaprzeczał zapewnieniom strażników, że podczas nocnych wart widywali ducha poprzedniego króla. Horacjo nie jest żołnierzem, nie jest też zwyczajnym dworzaninem w królewskim pałacu Elsinor. Wartownicy wiedzą, co wie także czytelnik lub widz, że Horacjo jest przyjacielem księcia Hamleta. Obaj studiują na uniwersytecie w Wittenberdze, co znaczy, że akcja w sztuce rozgrywa się po roku 1502, bo wtedy założono ten uniwersytet.
Akurat ta historyczna lokacja w czasie może nie mieć żadnego znaczenia dla czytelnika lub widza, ale wiadomość o studiowaniu w tym właśnie uniwersytecie ma swoje znaczenie, gdyż był on centrum renesansowej reformacji, stąd więc racjonalistyczny sceptycyzm Horacja wobec zjawisk nadprzyrodzonych. Kolega jego ze studiów, książę, równie jest sceptyczny, ale jeszcze bardziej zaintrygowany tym, że Horacjo gada jak ze sceptycyzmu wytrącony, a być może na stałe wyleczony, i oznajmia mu, że po zamku chodzi duch i on go widział.
Słusznie domyślać się można, jeśliby sztuki Szekspira nie pamiętać dokładnie, że kolega-książę także będzie niebawem wytrącony z racjonalnej równowagi. Z tym, że o wyleczeniu księcia z czegokolwiek mówić nie można, bo wytrącenie owo stan jego zdrowotny, psychiczny, kiepski już dość, zdewastuje i doprowadzi do... Ale o tym nie przy tej okazji.
° ° °
Horatio przyszedł na zmianę warty o północy, zawołany przez żołnierzy potajemnie i po znajomości. Jak wiadomo jest to pora zjawiania się porządnych duchów. Horatio powiedział wartownikom tak (po angielsku):
"Tush, tush, 'twill not appear."
Owo "tush, tush" aktor brytyjski Norman Wooland, występując w spektaklu ze światowej sławy kolegą, Laurence Olivierem, wypowiadał w 1948 roku mniej więcej jako "tasz, tasz". W znanych mi spektaklach "Hamleta" inni aktorzy też tak mówią. A mogliby powiedzieć, co słowniki podają, jako mniej więcej "tesz, tesz". Tylko, że gdyby tak mówili, to Stanisław Barańczak musiałby tę kwestię przetłumaczyć, nie jak zrobił: "zawracanie głowy", lecz – "zawracanie dupy". I nikt by się nie zdziwił, bo po naszemu oba powiedzenia znaczą to samo i równie są popularne.
ten fragment muzyczny pochodzi stąd: *
Nikt nie wie na pewno, jak tę kwestię mówili aktorzy w szekspirowskich przedstawieniach około roku 1600-nego. Może dla rozbawienia publiki tesz-tesz'owali, co by dawało możliwość na polskich scenach podmianki głowy na tę drugą.
Potencjalna i funkcjonalna zamienność Barańczakowa, możliwa by była do zastosowania, dla hecy zamiennie, to na jednym, to na drugim spektaklu, jeśli wyszłoby po odcyfrowaniu (powiedzmy Inteligencją Sztuczną) staroangielskiej wymowy aktorów na scenie teatru Globe, że gadali rubasznie (plebejsko, slangowo) "tesz, tesz". Owa potencjalna zamienność nie występuje w innych polskich tłumaczeniach kwestyjki Horacja.
Wojciech Bogusławski w roku 1798 pominął ją zupełnie.
Siedem lat później Jan Nepomucen Kamiński przetłumaczył: "Dobrze, dobrze, iuż one tu nie przyjdzie."
Trzydzieści lat po Kamińskim – Ignacy Hołowiński (niepewny?) skrócił: "Pewno nie przyjdzie."
Później w wieku XIX:
– Leon Ulrich (z większym rozeznaniem) dał: "Ba, ba! Nie przyjdzie."
– Władysław Matlakowski: "No, no! Nie ukaże się."
– Józef Paszkowski: "Nic z tego, ręczę, że nie przyjdzie."
W wieku XX wymyślano tak tak:
A. Tretiak: "Ej, cicho, cicho! ono się nie zjawi."
J. Iwaszkiewicz: "Ręczę, nie przyjdzie."
Z. Skłodowski: "He, he! Nie przyjdzie."
M. Słomczyński: "Ej, ej nie przyjdzie.
S. Barańczak: "Zawracanie głowy. Nic się nie zjawi."
Słownik angielszczyzny Noaha Webstera wyjaśnia rzecz następująco: Tush: 1.wymawiane jako "tesz" znaczy "tyłek"; 2.wymawiane jako "tasz" znaczy: a) długi koński ząb; b) jako wykrzyknik wyraża pogardę lub wyrzut.
W objaśnieniach innych słowników frywolny slang frywoli z "tyłkiem" tak, by znaczył "dobra dupa", a slang naprawdę sprośny używa tego słowa w precyzyjnie dosadniejszym znaczeniu... Oba powiedzonka nie mają zastosowania w omawianej scenie.
W formie podwojonej, jak kpiąco wycedził Horacjo, "tush, tush" znaczy – nie mów o tym; co też gadasz.
° ° °
Horacjo wpadł w szok ze strachu, bo duch hamletowego ojca, stary Hamlet, przyszedł, objawił się – i sceptycznemu studentowi z Wittenbergii zmiękła rura. Krzyczał do Marcelusa, by przebił ducha dzidą – a to była jego racjonalności wittenberskiej kompromitacja ostateczna. Po chwili próbował lęk opanować, pomniejszając demoniczność i znaczenie ducha starego króla Hamleta, występującego w pojedynkę. Plótł w szoku, że co tam jeden duch w Elsynorze, skoro w Rzymie przed upadkiem Cezara umarli (duchy lub zombie) tłumnie wstawali z grobów. W szoku – bo już mu ćmiło się w rozumie, że to może nie przesądna bujda do obśmiania na wittenberskich wykładach. W szoku – bo wiedział, że ta zjawa to zapowiedź odsłonięcia okropnej tajemnicy zamku Elsynor. W szoku – bo rozumiał, że trzeba o duchu ojca powiadomić księcia Hamleta i że dopiero wtedy zaczną się kłopoty.
Zatem – z jednej strony pomniejszał, z drugiej – doświadczał bolesnego ucisku na własny rozum.
Po angielsku mówi o tym tak:
"A mote it is to trouble the mind's eye." – co w swobodnym tłumaczeniu znaczy mniej więcej: to jest pyłek uwierający oko umysłu (dokuczający, męczący, kłopotliwy dla).
W jednej z kilku wersji przekładania Szekspira na współczesny język angielski znajduje się objaśnienie łopatologiczne: To niepokoi umysł, tak jak czyjś wzrok może być zakłócony przez pyłek, który wpadł do oka.
Bogusławski przetłumaczył następująco: "Jest to zdarzenie, któremu trudno jest oznaczyć prawdziwą przyczynę."
Kamiński pominął ten wers.
Hołowiński: "Proch to, co miesza duszy zrzenice."
Ulrich: "To pył oślepić oczy myśli zdolny."
Matlakowski: "Ździebełko jest w stanie zamącić oko duszy."
Paszkowski: "Znak to dla oczu ducha płodny w groźbę."
Tretiak: "Jest to pył, który w oko duszy bije."
Skłodowski: "Jak od źdźbła oko, tak się mąci dusza."
Iwaszkiewicz: "Takie zdarzenia wielkie wieszczą sprawy."
Słomczyński: "To okruch, który oko duszy drażni."
Barańczak: "To tylko pyłek – ale drażni oko umysłu."
Bogusławski jest niemiarodajny w oddawaniu szekspirowskiej angielszczyzny, gdyż tłumaczył z niemieckiego. Pozostałych wyraźnie uwiera "mind's eye". Kombinowali, że to znaczyć może "duszy zrzenice", "oczy myśli", "oczy ducha", "oko duszy" i w końcu "oko umysłu". Gdy Horatio przyszedł do Hamleta, ten powiedział mu, zanim jeszcze wyszło na jaw, co przynosi kolega, że widzi zmarłego ojca... ...? Jak? Kamiński w 1805 roku dał: "Oczyma moiey duszy." Te wersję mógł znać Mickiewicz i może stąd wzięło się motto do ballady "Romantyczność":
"Zdaje się, że widzę... Gdzie?
Przed oczyma duszy mojej."
Jeśli ktoś mówi, że coś widzi oczyma duszy, to świadomie, lub nie powtarza za wieszczem, bo nie Kamiński, lecz Mickiewicz wszedł ze swoim językiem w mowę następnych pokoleń.
° ° °
Dzieweczka z "Romantyczności" nie powiedziała, że widzi swego ukochanego "okiem umysłu". "Mind" – umysł, to nie tak całkiem i nie wprost "soul" – dusza; pierwsze synonimy to -intelekt, -zdolność poznawcza, -własne ja, a dopiero później -dusza. Z punktu widzenia dokładnego czytelnika prawdziwiej Barańczak objaśnił Szekspira, pisząc "oko umysłu", ale to wcale nie brzmi ładniej od patrzenia "oczyma duszy". A może Szekspirowi nie chodziło o poetycką urodę języka studentów wittenberskich? Może świadomie powiadali oschle i nieładnie o oku umysłu (dlaczego jednym tylko?), żeby unikać wdzięcznych, ale infantylnych i głupowatych "oczu duszy". Przyznam, że jednak wolę głupowatą podwójność oczu duszy, niż mądralską cyklopiczność oka umysłu.
Sformułowania "oko umysłu" nie przypominam sobie ani z wytwornych lektur, ani z pospolitych rozmów i zobaczyłem je po raz pierwszy w Barańczakowym "Hamlecie". Jak na razie w sieci zamieszanie czyni tytuł książki Olivera Sacks'a "Oko umysłu" i trzeba bardziej staroświeckich metod wertowania polskiego piśmiennictwa, by znaleźć na ile to powiedzenie konkurować może z "oczyma duszy". Mateusz Hohol w licznie powielanym artykule o książce Olivera Sacks'a stwierdził rzecz następującą: "Metaforą wyobraźni, która zadomowiła się w filozofii na dobre, stało się »oko umysłu«, zdolne do postrzegania przedmiotów, gdy nie mamy ich przed naszymi »biologicznymi« oczami."
«Metafora wyobraźni» – piękne wyjaśnienie, ale nie w jednej tylko filozofii rezyduje "metafora wyobraźni"; ma się ona całkiem dobrze w dziedzinach odległych od sceptycznego, badawczego rozumu, od uczonego umysłu... (o tym za tydzień)
° ° °
*
po polsku ta śpiewanka mogłaby brzmieć tak:
Ma-asz, o masz, kpił będę z was,
bo wam się zdaje, że tu duszek jakiś był.
Śmy go widzieli raz,
jak w zbroi wchodził na ten wał.
Ja mu żem zamigał nim kur zapiał
Jak z metalu słup,
taki to był trup,
że mi po całej sypialni turlał sztorm.
=======
dopisane 16 sierpnia 2023 roku -
Krzysio Hariasz przysłał mi ("dla zabawy") swoją polską wersję tej pioseneczki.
więc ją tu wstawiam z wielką ochotą:
Bzdura, nikt się nie pojawi
Powiadacie, że się wam tu duch objawił?
Widzieliśmy go na własne oczy
Jak tam wczoraj w zbroi kroczył
W świetle mojej lampy nam się zjawił
Na piersi ryngraf nosił
I kością wrogi kosił
Tańcząc po alkierzu jak wichru wrzeciono
= = = = =
Tush, tush, 'twill not appear
You think you saw a little ghost around here?
We saw him with our eyes
in armor walking here tonight
I saw him in the light of my flashlight
He wore metal stone
and he held a bone
While he danced around my bedroom in a twirly storm
Metafora wyobraźni
Czy naprawdę wyobraźnia potrzebuje metafor? Ona – która sama je tworzy? Chyba tylko po to, żeby pomogły nam oswajać niewyobrażalną wielkość jej obszaru, przenosząc nieskończoność w obrazy kształtów skończonych: oka (wiadomo!), ale też pudełka, statku, rysunku, lustra, malowidła sowy na murze, aż wreszcie w dziedzinę nieokreślonych kształtów – w sferę CZARÓW – analogując ją? skłaniając się ku? podmieniając z? zbliżając do?
Statek
Francis Bacon zwierzał się królowi Jakubowi, że przez ocean nauk płynął niewielkim żaglowcem, która to alegoria odnosiła się do statku Kolumba. W książce o F. Baconie tak pisał Przemysław Wiewiór:
«Wehikułem, który prowadzi nas do lądów-światów intelektualnych, jest pamięć, natomiast środkiem podróży, który zawiedzie nas w rejony jeszcze niepoznane – wyobraźnia i jej inspirująca moc. Metafora wyobraźni jako statku odkrywców powtarza się w utopijnej literaturze tego czasu (pierwsza połowa XVII wieku). Demokryt – narrator "The anatomy of melancholy" Roberta Burtona – przyznaje: „Nigdy nie podróżowałem inaczej jak tylko na mapie, na której moje niespokojne myśli mogły dowolnie błądzić”. Podczas jednej z tych wypraw Demokryt zakłada „swoją własną Utopię – nową Atlantydę, swoje własne wymyślone państwo”, które chce umiejscowić na niezbadanym dotąd lądzie.»
The Anatomy of Melancholy
Intelektualiści tych czasów, pisał P. Wiewiór, nazywali swe wyprawy w poszukiwaniu wiedzy równie niebezpiecznymi, jak wojaże ówczesnych żeglarzy.
"Anatomię melancholii" szybciej uznano księgą ksiąg (to jest volumin na niemal 1400 stron), niż utwory Szekspira – za dramaty dramatów. Folio Williama wydano z mozołem raz w 1623, potem drugi raz w 1632, a księgę Roberta Burtona do roku 1651 sześć razy.
Pudełko
Ten egzemplarz pudełka przyjęto za metaforę wyobraźni, o którym opowiada wiersz Zbigniewa Herberta pt. "Pudełko zwane wyobraźnią."
Zastukaj palcem w ścianę -
z dębowego klocka
wyskoczy
kukułka
wywoła drzewa
jedno i drugie
aż stanie
las
zaświstaj cienko -
a pobiegnie rzeka
mocna nić
która zwiąże góry z dolinami
chrząknij znacząco -
oto miasto
z jedną wieżą
szczerbatym murem
i domkami żółtymi
jak kostki do gry
teraz
zamknij oczy
spadnie śnieg
zgasi
zielone płomyki drzew
wieżę czerwoną
pod śniegiem jest noc
z błyszczącym zegarem na szczycie
sową krajobrazu.
W sieci jest kilka cytatów z wykładu Juliana Kornhausera o wyobraźni Herberta, wygłoszonego i dyskutowanego na spotkaniu z młodzieżą w Kutnowskim Domu Kultury. Jednym z analizowanych przez J.Kornhausera wierszy był ten o pudełku. W krótkiej notce o zdarzeniu są takie cytaty z wykładu:
"Wyobraźnia podpowiada nam tyle różnych możliwości, że możemy się bawić w nieskończoność."
"Wyobraźnia jest czymś abstrakcyjnym. To pewna dyspozycja myśli człowieka, który potrafi rozumem ogarnąć nie tylko to co widzi przed oczami, ale też to co może zaistnieć. W tym przypadku wyobraźnia jest przypisana do czegoś użytkowego, przedmiotowego."
"Zwykły obiekt może być użyty jako metafora wyobraźni. Jest taki nurt w poezji - i Herbert był jego przedstawicielem, w którym przedmioty bywają ważniejsze od człowieka."
Rysunki dzieci do "Pudełka z wyobraźnią"
Lustro
Twory wyobraźni uznała za "Dziwniejsze niż fikcja" Magdalena Kempna-Pieniążek, pisząc o filmach Marca Forstera:
W Czekając na wyrok i w Chłopcu z latawcem spojrzenie w zwierciadło jest jednak metaforą nie tylko autorefleksji, lecz także wyobraźni. (s. 129)
O ile zwierciadło może zostać uznane za metaforę wyobraźni skierowanej na sam podmiot, o tyle bardziej niejednoznaczna szyba może być również metaforą granic wyobraźni, zatrzymującej się na skraju niewyrażalnego, na brzegu ostatecznej transgresji. Szyba jest zwierciadłem szczególnym, przynajmniej w twórczości Forstera: podmiot, który obserwuje swoje odbicie, widzi je w otoczeniu innym niż to, które zwykle zapewnia odbicie zwierciadlane; widzi siebie na tle rozgrywającej się – nie za nim (jak to bywa w lustrze), lecz tuż przed nim – tragedii.
Kadr z filmu "Chłopiec z latawcem"
M.Forster nie tak dawno wyreżyserował amerykańską wersję "Człowieka zwanego Otto" z Tomem Hanks'em. Jego film "Christopher Robin" był nominowany cztery lata temu do Oscara za efekty specjalne
Sowa z ludzkimi oczami
"Bielsko-Biała ma oryginalną streetartową galerię", napisano w przewodniku miejskim (jak widać, można sobie poradzić bez pomocy Barańczaka).
W tej galerii za metaforę wyobraźni uznano naścienne malowidło sowy z ludzkimi oczami.
CZARY
Na trzy lata przed książką pt. "Alchemia ducha" K.Korotkich opublikował rozprawę pt. "Czary jako metafora wyobraźni w „Sędziwoju” Józefa B. Dziekońskiego" w zbiorze rozpraw pt. "Czary, alchemia, opętanie w kulturze na przestrzeni stuleci." Metafora z tytułu rozprawy zniknęła w edycji książkowej, w "Alchemii ducha" zjawiła się forma. Slusznie, gdyż opowieść K.Korotkicha jest raczej nie o metaforze, lecz o formie, której wirtualność nie za bardzo pasuje do realności oka, statku, lustra, sowy, nawet i umysłu. Postać Dziekońskiego oraz "Sędziwój" są tematami pysznymi jak miodzik i można podczytać o nich przy okazji obcowania z Szekspirem.
Wypisy z:
Krzysztof Korotkich
Alchemia ducha
Studia i szkice o twórczości Józefa Bogdana Dziekońskiego
Białystok 2019
2. Czary jako forma wyobraźni
2.1. Jakie czary? str.143
2.2. Języki czarownika str.147
2.3. Przepaść czarownika str.155
2.1. Jakie czary?
Magia i czary były dla romantyzmu tym, czym dla czasów oświecenia musiało być doświadczenie, poznanie, pewność zrodzona z rozumu. Istotą oświecenia była wiara w człowieka i w jego moc, w siłę, która miała zmienić świat. Romantyzm nie odrzucił oczywiście „wiary” w człowieka, ale całkowicie zmienił drogę, która miała doprowadzić do poznania jego wnętrza i prawdy o świecie, w jakim przyszło mu żyć. ....
Słynny pojedynek na słowa i obrazy w Romantyczności Mickiewicza ukazuje znaczące zachwianie równowagi między rozumem a intuicją, myślą a czuciem, wiedzą a wyobraźnią. Jak wiadomo, symbolicznym początkiem romantyzmu stało się przywrócenie należnego miejsca w literaturze problemom dotychczas traktowanym lekko, z pewną nonszalancją, czyli właśnie zagadnieniom duszy, duchowości, widmom i duchom, ale przede wszystkim wyobraźni. ...
Motyw czarów powoduje rozbicie świata, rozszczelnia się tym samym pozorna jednolitość obrazu rzeczywistości; ... przywołuje lęk z powodu nieznanego, innego, tworząc fantazmatyczne projekcje czegoś, co lęgnie się i nabrzmiewa w zaciszu wyobraźni, by z czasem przybrać kształty i zacząć żyć własnym życiem.
Wyobraźnię należałoby w tym miejscu rozumieć jako szczególną moc kreacji, tworzenia siłą myśli, marzenia, słowa wreszcie, o czym przypomina M. Janion: „naturalnym podłożem fantazmatu jest marzenie. Mówiąc uczenie, fantazmat jest derywatem marzenia, które najczęściej odwołuje się do wyrazistego dualizmu kontrastów, tak charakterystycznego dla romantyzmu. Marzenie romantyczne przeciwstawia sobie dwa miejsca bytowania i dwie rzeczywistości. Czyni to na dodatek w trybie wartościującym. Lepsze jest „tam”, gorsze jest „tutaj”. Dlatego romantyczny marzący jest tam, gdzie go nie ma, a nie ma go tu, gdzie jest”. M. Janion, Projekt krytyki fantazmatycznej. Szkice o egzystencjach ludzi i duchów, Warszawa 1991, s. 11–12.
...
Czary rozumiane jako znak, symbol, metafora sił stają się właśnie tą szczeliną, przez którą da się podglądać istnienie tej wielkiej alternatywy dla naszego świata...
2.2. Języki czarownika
Jedna z ważniejszych polskich powieści romantycznych do dzisiaj nie może pozbyć się etykiety „alchemiczna”, chociaż sam autor potraktował ów temat symbolicznie, a główny bohater Sędziwoja oscyluje między uprawianiem alchemii, zgłębianiem nauki, czynieniem czarów a próbą układania życia rodzinnego – także przy udziale sił nadprzyrodzonych. Bohater powieści Józefa Dziekońskiego nie jest typowym czarownikiem, nie gotuje rytualnych wywarów, nie popisuje się nadprzyrodzonymi zdolnościami, ale przede wszystkim dąży do wiedzy, mądrości; jego marzeniem okazuje się zbliżenie do mocy Stwórcy, aby współdzielić z Nim rządy nad życiem człowieka, nad siłami natury czy – po prostu – posiadać niezliczone bogactwa. ...
Najbardziej tajemniczą postacią w Sędziwoju jest niewątpliwie Kosmopolita, bohater-widmo, dziwny, jakby dopiero co wydobyty z imaginarium pisarza. Jego nierealność przeplata się z potrzebą wiary w niego, z nieskrywaną pasją, którą okazują bohaterowie dyskutujący w karczmie: ...
Znany z tekstów kultury obraz czarownika, utrwalony przez bajki, legendy (a nawet, co oczywiste, dramaty Szekspira!), przedstawiał heretyka oddalonego od Boga, zaprzedanego diabłu, w skrytości szerzącego zło, śmierć, strach, garnącego pieniądze w zamian za niegodziwe przysługi, o które prosili żądni łatwych rozwiązań, zdesperowani „chrześcijanie”. ...
Zagadka Kosmopolity dałaby się rozwiązać wyłącznie jako zagadka o człowieku, wpisana jest w nią bowiem tajemnica ontologiczna (skąd pochodzi?), epistemologiczna (jak rozmawia?), teologiczna (aluzje do Biblii), teleologiczna (długowieczność i nieśmiertelność), a także metafizyczna (jego czary – nie-czary). ...
2.3. Przepaść czarownika
Jak na powieść poświęconą alchemikowi, naprawdę niewiele miejsca poświęcił autor samej alchemii i czarom. Pojawiają się za to sceny nawiązujące do romantycznego „egzystencjalizmu” – autor podkreśla w nich potrzebę zgłębienia tajemnicy człowieka. Jest w powieści scena niezwykle tragiczna, w której udział bierze żona Sędziwoja, matka jego syna, pogrążająca się w rozpaczy z powodu coraz większego niezrozumienia, izolacji, chyba też rozczarowania samą miłością. Związek Arminii i Sędziwoja symbolizować miał spełnienie marzeń człowieka o doskonałym połączeniu i spełnieniu w mistycznej jedności z drugim człowiekiem. „Wyczarował” ją sobie Sędziwoj, wymarzył jakby, wierząc, że wszystkie podejmowane działania zbliżają go do celu. Tym celem miały być raj na ziemi, małżeństwo doskonałe, szczęśliwe dziecko (obraz swego ojca) oraz dostatek, zdrowie, spokój... Ciąg obrazów bez ostatecznego końca, wizja świata idealnego, erupcja doskonałości wpisanej w rzeczywistość stały się światem Sędziwoja, marzyciela uwięzionego w klatce niedoskonałości. ...
Wprowadzenie do powieści czarów okazuje się zabiegiem wywołującym liczne skojarzenia, także natury filozoficznej. Najbardziej wymownym efektem romantycznego korzystania z siły wpisanej w czary staje się właśnie przestroga przed lekceważeniem praw Boskich, przed zbytnim pokładaniem wiary w siebie jako źle pojętego obrazu mądrości absolutnej. Tragedia Sędziwoja ma uwolnić czytelnika od złudzeń i naiwności, ma przypomnieć o innym systemie wartości opartym na „rozumie wiary”, a nie „sztuczkach nauki”.
Czary w powieści Dziekońskiego są metaforą buntu, wyindywidualizowania, które wpisują się w model bohatera romantycznego. Czary są też alegorią15 walki człowieka ze światem, poszukiwaniem nowego „ładu”, porządku wolnego od ciążenia nieznośnej normalności, stałości, codzienności. Bohater Dziekońskiego marzy o lepszym świecie, ale nie pracuje nad przemianą tego świata tak, jak powinien, czyli zaczynając od siebie samego. Czary są właśnie metaforą niecierpliwości, źle pojętego sprytu, kroczenia „na skróty”. Bohater chciałby oszukać czas, jak najprędzej osiągnąć sukces, pomijając trud, na który skazał Adama Bóg, wypędzając go z Edenu. Sędziwoj pamięta o Edenie, miejscu-symbolu przywołanym już na początku powieści, ale ta pamięć nie daje mu ukojenia, budzi w nim tęsknotę i nieukojony żal. Potrzeba posiadania złota jest próbą zagłuszenia tej tęsknoty, pamięci o utraconym raju. Bohater musi zatem marzyć, wyobrażać i stwarzać, aby świat doczesny był choć trochę znośniejszy.
(koniec wypisów)
° ° °
Józef Bohdan Dziekoński (ur. 7 lutego 1816 w Warszawie, zm. 3 lipca 1855 w Paryżu) – polski prozaik epoki romantyzmu; znany z burzliwego życia oraz tajemniczej osobowości autor „opowieści niesamowitych”. (Wiki)
Trzydzieści lat po jego śmierci napisała o nim Waleria Marrene-Morzkowska obszerny szkic, publikowany jako miesięczny dodatek do Tygodnika Ilustrowanego, zaznaczając pod koniec: "Pisałam prawie o dziełach... szczęśliwsi będą ode mnie w wynalezieniu wiarogodnych wiadomości o jego życiu." Dziś wiemy więcej. Pod koniec maja tego roku aktualizowano w Wikipedii notę o Dziekońskim – obfitą i, jak rzadko, znakomicie napisaną – o jego w chłopięcym wieku udziale w Powstaniu Listopadowym (miał lat 14), o udawaniu Niemca, gdy oddział gen. Giełguda po upadku powstania wszedł do Prus Wschodnich, o próbach studiowania medycyny, o awanturniczym pobycie w Estonii, potem o szaleństwach wśród Cyganerii warszawskiej, aż wreszcie o pobycie we Francji i fascynacji Towiańskim. Niektóre wątki jeszcze szczegółowiej podał K. Korotkich, taki np. że to on po Mickiewiczu był pierwszym autorytetem moralnym w Legionie, jako "silny psychicznie mistrz panujący nad światem niematerialnym."
Pani Waleria M-M streściła kilka tekstów Dziekońskiego, między innymi opowiadanie pt. "Pająk" (Karol Zbyszewski zrelacjonował je w jednym zdaniu: "Ubogi muzyk ma żonę i dziecko; bogaty szambelan uwodzi mu tę żonę; zirytowany muzyk zamordowuje swe dziecko, potem szambelana, wreszcie wiesza się sam.") :
"... w „Pająku" opisuje czem jest „człowiek dobrze wychowany czyli nie wychodzący z granic tłumu: grzeczny, przyzwoicie ubrany, nie powstający na modę, mający zdolności właśnie tyle, ile potrzeba do zabaw wieczornych, a choćby trochę mniej, to nic nie szkodzi’’. Dalej opisuje towarzystwo baronowej, w którem rozmawiano po francuzku, śpiewano po włosku, tańczono po niemiecku, jedzono kolacyę po angielsku i z którego uciekł zrażony. Kontrast z tym sztucznym, zcudzoziemczałym światem stanowi ogródek— rodzaj szynku, na Mokotowskiej ulicy, gdzie autor zdala od ludzi „porządnych’’, usłyszał swojską nutę mazura, graną przez żydowską kapelę. Goście tu byli wcale niewymyślni, kilku obdartusów, dorożkarz, baba z obwarzankami, „wobec nich jednak, — pisze autor — zawstydziłem się swych szat, zazdrościłem im łachmanów, jakby frak czarny, który miałem na sobie, był jakąś nieprzepartą zawadą do połączenia się i zostania z gminem — ich wzrok wyrzucał mi różność kastową, spoglądali na mnie, jak spoglądać musieli ilotowie na swych dumnych panów, idących na forum’’.
W tem ogródku spotyka nieszczęsnego człowieka, muzyka z natchnienia, który skarży się iż „kazano mu się uczyć muzyki z poliniowanego papieru i ze skali chromatycznej, wygrywanej przez starego niemca". Muzyk ten miał żonę, co go zdradziła, rozpił się z rozpaczy i musi pić bez ustanku, bo gdyby na chwilę wytrzeźwiał, nie zniósłby życia. Nieszczęśliwy zyskuje sobie całą sympatyę autora, który ze czcią prawie odprowadza go domu. W rezultacie pokazuje się, iż baronowa, u której odbywał się modny wieczór, z którego uciekł, była właśnie przeniewierczą żoną rozpaczającego muzyka. Zbrodnia i zepsucie tryumfuje na szczytach społecznych, a geniusz jest sponiewierany."
° ° °
Fragmenty z opowiadania pt. "Złoty bocian", Józefa Dziekońskiego
Dwaj młodzieńcy, Rogosz i Sędziwój zawitali kiedyś do karczmy "Złoty Bocian" i posłyszeli tam opowieści o tajemniczym człowieku, zwanym Kosmopolita, który jest ważną postacią, gdyż Sędziwój związał potem swój los z dziwnym Kosmopolitą i dzięki niemu zdobył niepospolite umiejętności alchemiczne.
To opowiadanie związane jest z poprzednim pt. "Lekarze", w którym się opowiada o magicznym wyleczeniu umierającej Arminii przez owego Kosmopolitę, i to w chwili, gdy lekarze miejscowi nie znajdowali już żadnego panaceum dla konającej. Zawistni lekarze bazylejscy uznali owego uzdrowiciela za szarlatana.
° ° °
(...) Na rynku Bazylei, naprzeciw ratusza, stała duża kamienica z przyźbą na słupach murowanych; o ile poważna i ponura z wierzchu o tyle hałaśna i wesoła wewnątrz: biesiadne okrzyki cały dzień do późnej nocy ją ożywiały. ... Na wielkiej błękitnej tarczy wyrobiony z drzewa, pozłacany bocian i podobnemiż literami długi podpis, zapraszały podróżnych do gospody, jednej z największych i najporządniejszych w całem mieście. Podobne karczmy wspólnie dla rozmaitego stanu ludzi urządzone, w owych czasach zastępowały razem kawiarnie, czytelnie, cukiernie, restauracye (...)
Rogosz, który już słyszał o Kosmopolicie, zamilkł na chwilę i tylko spoglądał na Sędziwoja, gdy w tej chwili wejście gości przerwało ich bieg myśli. Między wchodzącymi był i lekarz Bodenstein.
— Wielka rzecz — wołał ten ostatni — moje panaceum życia wyleczyło ją, et stulta turba okrzykuje sławę szarlatana!
— Jednak — odparł ktoś drugi — to jego leczenie nie jest pierwsze; nie tylko w Bazylei; on, gdzie się pokaże, uzdrawia prawie cudownym sposobem ludzi. Co dziwniej, iż często nawet lekarstwa nie dawał, przyszedł, popatrzył, dotknął się chorego, chory zasnął i zdrów się obudził.
— A to jeszcze dziwniejsze — rzekł któryś ze studentów, spoglądając na Bodensteina — że nigdy nie brał zapłaty; owszem, sam hojnie rozdziela wsparcie.
— Jeżeli był uczniem Paracelsa — odpowiedział Bodenstein, nadymając się i powiódłszy okiem po zgromadzonych – to w tem niema nic dziwnego. Niе wart tylko tego szczęścia, iż całe miasto o nim rozprawia. (...)
— Są, którzy i jego znają — rzekł jeden ze słuchających, w podeszłym już wieku — sam byłem tego świadkiem. .... On jakąś tajemną siłą, której wytłómaczyć sobie niepodobna, pociąga do siebie wszystkich. Najmniejszy jego wyraz, poruszenie, obdarzone są jakąś wyższością zadziwiającą, nakazującą mimowolne uszanowanie.
Sędziwój spojrzał się znaczącym wzrokiem na Rogosza.
— Od pierwszego wejrzenia — mówił dalej obcy — jakaś nieznana siła pociągała mnie ku niemu. ... W niedzielę zeszłą przechadzaliśmy się wieczorem po bulwarze, gdy nagle zastępuje nam drogę jakiś stary i siwy zupełnie człowiek; złożywszy ręce na krzyż na piersiach, upadł na kolana przed Kosmopolitą i w nieznanym mi odezwał się do niego języku. Był to zakrystyan kościoła Panny Maryi, znajomy wszystkim. Człowiek ten, przechodząc różne koleje, przebył dwadzieścia lat w Tunisie, w Afryce, w niewoli u korsarzy. Kosmopolita podniósł go, rozmawiał chwilę, obdarzył pieniędzmi i pożegnał. Nie miałem śmiałości wypytywać się go, skądby znał starca i w jakim języku do niego mówił. Odtąd nigdzie go spotkać nie mogę i nadaremnie szukam. (...)
— To pewna — rzekł — że słyszano Kosmopolitę nieraz rozmawiającego z Grekami, Żydami, Tyrolczykami i naszymi wieśniakami, z każdym we właściwym dyalekcie tak, jak go od urodzenia używał.
— Tak więc — wtrącił Sędziwój — nikt nie wie nic pewnego, ani o wieku, ani o ojczyźnie tego człowieka?
— Sądząc z jego fizyognomii, możnaby się domyślać, iż pochodzi ze Wschodu. Te idealnej piękności rysy twarzy, wielkie czarne oczy, włosy, jak heban, ręce delikatne, jak u kobiety, a przytem wprawa w języki wschodnie tyle trudne dla Europejczyków, wszystko to może naprowadzić na domysł, iż się urodził pod gorącem niebem południa. (...)
— Jeżeli on jest czarownikiem — odezwał się gospodarz z pod Złotego Bociana — to, dalibóg, chyba i to się teraz odmieniło. Za moich młodych lat czarodzieje i czarownice zupełnie inaczej wyglądali. Albo to ja mało ich się napatrzyłem, jak je topili w stawach, po rzekach, albo na stosie palili! — Wszystko było stare, czarne i szpetne, prawie jako sam dyabeł. Ten zaś pan, o którym mowa, ja jego nie bronię, ale przecież on tu u mnie na górze mieszka, to wcale co innego, i każdy się o tem przekonać może. Ja jego nie bronię, ja jego nie znam; aleć on do kościoła chodzi, żaden ubogi jeszcze nie odszedł od niego z próżną ręką; tylu ludzi już uleczył, których nasi lekarze porzucili, złego jeszcze nikomu nic nie zrobił. (...)
Dwaj przyjaciele mieli już opuścić gospodę, kiedy gospodarz, przysłuchujący się poprzednim rozmowom, któremu ciążyła jeszcze na sercu tajemnica, zbliżył się i rzekł:
— Słuchałem cierpliwie wszystkiego, coście panowie mówili, ale wszystko niczem jest w porównaniu do tego, na co sam patrzałem. Oto w parę dni po przybyciu tego obcego, Kosmopolity, czy jak on się tam zowie, zajechał tu także nad wieczorem, konno, jakiś jegomość około lat czterdziestu mieć mogący, z którego twarzy, ja, co się to znam na tem, zmiarkowałem, iż dobre wino pija i na wdzięki płci pięknej nie musi być obojętny. Kazał sobie dać Madery, kapłona, ryb pieczonych i oto tu zasiadł. Wkrótce zaczęli się schodzić i inni goście wieczorni, a między temi i ów rycerz Haubold, co dzbanowi i żadnej kłótni nie przepuści. Na parę godzin przed północą rozpoczęli grę. Nie wiem, czy spostrzegł pękaty trzos podróżnego, czy też z przypadku, grali dosyć grubo. Hauboldowi zupełnie się nie szczęściło. Co rzucą kości, to najmniejsza wypada dla Haubolda, najwięcej wygrywał ów obcy.
Haubold klął, pił, ale wszystko nic nie pomagało; przegrał w krótkim czasie wszystko. Jednak gracz to nielada i nieprędko schodzi z pola; położył swój hełm pozłacany na stół i, ceniąc go dwadzieścia złotych węgierskich, stawił na jedno rzucenie kości. Wtem, z tej oto framugi od okna, występuje Kosmopolita; wszystkich to uderzyło, bo nikt go dotąd nie spostrzegł; przybliża się do stołu i prosi grających, aby do hełmu drugie dwadzieścia złotych przystawić dozwolili. Gdy gracze przystali, rzucono kości; Kosmopolita stanął za krzesłem Haubolda i milczał. Od tej chwili szczęście odwróciło się; nieznajomy raz po raz przegrywał; przed Hauboldem leżała już kupa złota.
Nieznajomy, drżąc, z gniewu, szukał koło siebie i nie znalazł ani jednej monety. Wtedy z wściekłością powstaje na Kosmopolitę, dlaczego stoi za krzesłem Haubolda, dlaczego wmieszał się do gry. Kosmopolita na wszystko odpowiadał z umiarkowaniem, które powiększało zwierzęcy zapęd przeciwnika. Nieznajomy w czasie tej kłótni przegrał jeszcze kilka pierścieni, które miał na palcach i łańcuch złoty. To była rzecz niesłychana! Haubold rzucił kości 60 razy raz po raz i ani razu nie przegrał. Kiedy już gra miała ustać dla braku zastawu, Kosmopolita zimno rzekł do nieznajomego:
— Staw jeszcze ten portrecik, który nosisz na złotej blaszce malowany.
Nieznajomy na te słowa zadrżał, cofnął się i szeroko otworzył oczy, jakby przerażony nadludzkiem jakiemś widmem, zawołał:
— Ha! teraz się nie dziwię, żem przegrywał, bo tylko przez czary mogłeś się dowiedzieć o tem, o czem nikt oprócz mnie, nie wiedział. Ale choćbyś był samym szatanem, wiedz, iż na świecie niema nic, cobym tyle cenił, aby nie przegrać, lub w błoto nie rzucić!
Mówiąc to, rozerwał kaftan i, wyjąwszy podłużny medalionik, rzucił go na stół i zawołał do Haubolda:
— W zakład tej blaszki, stawiam zamek Grandorf nad Renem!
Haubold otworzył medalionik; ujrzeliśmy miniaturę; zgadnijcież, czyją? — Oto żony tego dziwaka, nieboszczyka alchemika, Tholdena! Zadziwiony, spojrzałem na nieznajomego i aż uderzyłem się w czoło ręką! jakiż ze mnie gapa, żem go od razu nie poznał. Był to ów Albert Grandorf, ten szaławiła, szaleniec, co kilkanaście lat temu znikł i po tak długiej niebytności, pierwszy raz zawitał do Bazylei.
Haubold, zapalony szczęściem, bez namysłu, rzucił kości... wypadło ośmnaście, to jest najwyższa wygrana. Wtedy Grandorf stał się prawie szalonym. Mnie dziwno było i tak, że się już do bitwy nie porwał, on, tak niegdyś zapalczywy, który na kilkudziesięciu ludzi sam jeden się rzucał. W istocie też, ściskając w ręce rękojeść sztyletu, miotał na Kosmopolitę obelgi, jakie bezprzykładna, pijana zapamiętałość mogą podszepnąć. Kosmopolita zimno, z wyrazem niesłychanej wyższości, obojętnie nawet odpowiadał; wtedy Grandorf porywa za sztylet, podnosi go i zapieniony od złości, rzuca się ku Kosmopolicie, gdy ten utkwił tylko w nim wzrok.
Ja stałem naprzeciwko, ale nie; takiego wzroku już drugi raz nie ujrzę; Boże, co za oczy! mnie grobowe zimno przez żyły przebiegło, do śmierci tego nie zapomnę.
Grandorf naprzód stanął, jak skamieniały; nagle zbladł, zamilkł; sztylet wypadł mu z ręki, usiadł i zakrył twarz rękami.
Kosmopolita powstał i, wychodząc, rzekł:
— Albercie, godziny twoje policzone; nim jedna minie, pokuta twoja się skończy; dziś jeszcze raz go zobaczysz!
W tych czasach kłótni i zabijatyk, ode mnie zawsze i wszyscy bez szwanku wychodzili; ale z tego, co się stało, nic dobrego wróżyć nie mogłem. Tu się stało coś nieludzkiego. Kosmopolita już się oddalił; Grandorf tylko, jak obłąkany, spoglądał dokoła siebie i czasami mruczał:
— To jest szatan!
Wszystkie niedobre myśli o Kosmopolicie przyszły mi do głowy; przyznam się, wątpiłem; kto wie, a może to nie człowiek? I nie bardzo mile powagę Złotego Bociana skompromitowaną widziałem. Kiedy już namawiałem gości do porozchodzenia się i pozostał tylko Haubold, na zegarze kościelnym zaczyna bić północ i zarazem trąbić poczynają. Mnie jakiś powiew grobowy owionął, jakby coś nie z tego świata koło mnie przebiegło, gdy raptownie drzwi od tej oto pustej komnaty z trzaskiem rozwarły się, a Grandorf blady, jak śmierć, powstał i pokazał palcem w ciemny pokój i wyjąkał:
— Widzicie go, oto jest! — Anathemius, przebacz!
Więcej nie zdołał mówić, upadł i stężał. Myśmy nic nie wiedzieli, dość, że baron skonał na miejscu, jakby go jakiś okropny przestrach zabił.
Ja to wszystko państwu powiadam pod sekretem, wiem, iż chociaż cudzoziemcy, jesteście ludzie godni i nie zdradzicie mnie. Ale co mnie bardziej dziwi, to, że tu miał urząd zjeżdżać, mieli się dowiadywać; już drżałem o dobrą sławę Złotego Bociana, tymczasem na tem się skończyło, że mi polecono milczenie. Kosmopolita odwiedził panów radnych, biskupa i wszystko ucichło. Barona potajemnie pochowano, jakby się nic nie stało nadzwyczajnego.
GLOBE mój widzę w Krakowie
Błazen królewski Stańczyk, czyli aktor Kazimierz Kamiński, zamarzył przemienić się w postać jeszcze bardziej tragiczną, czyli w Hamleta. I z tym marzeniem w zanadrzu przyszedł do autora "Wesela". Był grudzień roku 1904.
Wyspiański:
«OKOŁO ŚWIĄT BOŻEGO NARODZENIA przyszedł do mnie Pan Kamiński i oświadczył, że chce grać Hamleta i że chce porozmawiać o Hamlecie.
O Hamlecie myślę aż nazbyt często i z przyjemnością mogę porozmawiać o Hamlecie.
Od dziesięciu lat go nie czytałem, ale przez długi ciąg czasu wprzódy czytywałem ciągle i wiele ustępów jeszcze umiem na pamięć i Hamleta — znam.
Więc możemy mówić o Hamlecie.
Zaczęliśmy od szczegółów, miejsc różnych niejasnych, zwrotów, powiedzeń — aż doszliśmy do scen, sytuacyi niektórych i pokazało się, że jednak trzeba, abym Hamleta — przeczytał.»
Z tego zwierzenia wynikają dwie okoliczności:
– pierwsza: Kamiński przed spotkaniem obczytał się w "Hamlecie" i nieźle ob-pamiętał, tak że już po paru pytaniach Mistrz zdał sobie sprawę, że nie odpowie Kamińskiemu, co to lub owo wyznanie szekspirowskiego księcia dokładnie znaczy i jak je rozumieć, by na scenie stosownie odegrać;
– druga: widać, że ostatni raz Wyspiański czytał "Hamleta" w przekładzie Władysława Matlakowskiego, bo akurat dziesięć lat wcześniej w Krakowie wydrukowano je wraz z długaśnym, imponującym wstępem, będącym właściwie książką o Szekspirze dołączoną do tłumaczenia. Całe tomisko-gigant miało osiemset stron.
Znający życiorys Kamińskiego twierdzą, że aktor zrezygnował z odgrywania Hamleta, przeczytawszy, co po spotkaniu Wyspiański napisał. Napisał zaś "Studium o Hamlecie". Co pana Kazimierza zniechęciło do bycia szekspirowskim księciem? Po pierwsze w kilku miejscach tekstu, opowiadając o aktorach szekspirowskich, Wyspiański robił wcale czytelne aluzje, że gdyby miał wystawiać "Hamleta" to na pewno nie z Kamińskim w tytułowej roli, bo konieczne tu jest całkiem inne niż jego aktorstwo. Dobre ono było w "Weselnym" Stańczyku, ale nie pasowałoby do postaci Hamleta. Po drugie - z wizji i zamiarów opisanych w "Studium" wynikało jasno, że w takim przedstawieniu nie on, Kamiński, byłby gwiazdą-Hamletem, lecz Wyspiański przemieniony w Szekspira.
Całe "Studium o Hamlecie" to opis przemiany-zamiany-podmiany Stanisława w Williama. Opis stwarzania Teatru Mojego Ogromnego w Krakowie na wzór i wielkość legendy londyńskiego, szekspirowskiego Globe.
W "Studium" Wyspiański rozpracował Szekspira jak równy równego, prześwietlił jego duszę pisarską, zajrzał mu do głowy, nie spuszczając z oczu ręki Williama, pracującej gęsim piórem. Ujawnił, co Szekspir myślał, pisał, poprawiał, sprawdzał, kontrolował, przetwarzał, zmieniał – nie jak by przy tym był, ale jakby sam się w Szekspira zamienił, albo Szekspira zamienił w samego siebie
Wyspiański:
»Zdarzyło mi się nieraz być za kulisami sceny i w garderobach artystów. Zachodziłem do garderoby artystów, wstępowałem za kulisy i wchodziłem na scenę.
Oto jestem na scenie: w podwórzu zamku Makbeta w Inwerness. Krząta się ludzi sporo. Jasno. Kurtyna zapuszczona, a przez zapuszczoną kurtynę słychać muzykę, grającą właśnie w antrakcie. Spieszą się. Już niedługo, za parę minut rozpoczną.
I nagle wchodzi Lady Makbet naprzeciw mnie.
Idzie śmiałym, pewnym, energicznym krokiem; — powzięła już jakąś myśl — decyzyę.
Otrzymała list o zamierzonem przybyciu Dunkana.
Natychmiast zdjąłem kapelusz i pocałowałem ją w rękę.
Ją, Lady Makbet. — Nikt nie jest w stanie mi tego wyperswadować, że to nie była Lady Makbet, — ale Modrzejewska.
W chwilę później witałem się w ciemnym kącie za kulisami, w ciasnocie tych miejsc, niejednemu dobrze znanych, z Dunkanem i Donalbeinem.
Albo skoro grano przed niedawnym czasem dla występów Modrzejewskiej Makbeta razy kilka — innym znów razem siedziałem w jednym pokoiku razem z Dunkanem, Makdufem, Donalbeinem i rozmawiały ze mną ich królewskie i wysokie moście bardzo przyjaźnie, czytali z jakichś kart i półszeptem wymawiali rytmiczne słowa. Powiecie może, że przepowiadali role?
Kiedy indziej Hamleta grano.
Idę do garderoby pana Jednowskiego i zastaję Króla-Ducha już na wychodnym. — Cisza za sceną. — Szedł właśnie i już czekali na niego z księżycem.
W pokoiku jednym zastaję razem na wesołej pogawędce panów Rozenkranca i Gildensterna, na kanapie leżących, czekali, aż im wypadnie niebawem pokazać się na dworze królewskim w Elzynorze.
Rozmawiamy tak, aż i oto: wrócił Król-Duch ze sceny i usiadł w zadumie, czekając sceny następnej...
Innym znów razem z jakąż trudnością przyszło mi porozumiewać się z jakimś pachołkiem z »Wiele hałasu o nic«, któremu wypadło mówić ze mną o wcale innych rzeczach a nie o intrygach niegodnego Don Juana; a był z dzidą i w krótkim chitoniku Keryksa Szekspirowskiego i miał w twarzy tę dziwną poczciwość niezdarną i tę naiwną chytrość prostaczków, których Los na posterunkach stawia i śmieszność ich w oczach świata ujawniając, ich czyni rycerzami Prawdy i Cnoty, im daje możność wejrzenia w kłąb intryg, które Złość knuje, im daje Łaskę i przez nich innym oczy otwiera, a zaś, przez dziwną ironię, czyni ich poddanymi nieoszacowanego Dogberrego.
Albo np. miałem z kimś porozumieć się o jakich rzeczach mnie obchodzących, a właśnie wskazano mi osobistość — w opończy długiej sędziowskiej, berecie, lokach, z kółkami szkieł na garbie nosa, z berełkiem, z całą przesadą tej śmieszności w rysach twarzy i ubiorze i ruchach zakłopotanych, komicznego podsędka z »Wiele hałasu o nic«.
To, co mówił ze mną, zgoła inne miało znaczenie dla mnie i musiałem czekać, aż światło dnia czar z niego zmyje.«
»Szekspir ŻYŁ w teatrze swoim. Za kulisami, w garderobach lub jednej wielkiej garderobie, czy w tych wogóle izbach, gdzie się aktorzy ubierali, czy też wśród przerw międzyaktowych za kulisami kręcili, widywał aktorów, grających owe kiepskie, liche sztuki, pisane przed Szekspirem, ale widywał aktorów owych sztuk, to jest BOHATERÓW ŻYWYCH, i życie to, jakie mieli za sceną, a jakiego nie mieli na scenie, chciał im na scenie dać.
Szekspir więc uczy swoich aktorów, jak grać mają, jak mówić i jak wymawiać, jak się ruszać.
...znajduje po próbie motyw i impuls i podnietę do dalszej twórczości, i znów przynosi sceny dalsze i dalsze epizody i uczy dalej aktorów:
Nie bądź też z drugiej strony za miękki, niech własna twoja rozwaga przewodnikiem ci będzie. Zastosuj akcję do słów a słowa do akcji, mając przede wszystkiem to na względzie, abyś nie przekroczył granic natury; wszystko bowiem, co przesadzone, przeciwnym jest zamiarowi teatru, którego przeznaczeniem, jak dawniej tak i teraz, było i jest służyć niejako za zwierciadło naturze, pokazywać cnocie własne jej rysy, złości żywy jej obraz, a światu i duchowi wieku postać ich i piętno.
Tyle więc i tak i aż tyle potrafi powiedzieć Szekspir aktorom o aktorach i znowu uwagi tylko czyniąc, do gry tej lub owej roli się odnoszące, podnieść ich chce aż do poczucia i powołania, uświęcając zadanie ich i mianując je sztuką, SZTUKĄ — która jest panującą.
A to co innego.
To co innego, niż sztuka Poloniusza, sztuka wymierna, służebna i wygodna, nic nie znacząca i uklasyfikowana: theatrum Poloniusza.
To sztuka wolna, panująca, sądząca, rozkazująca, nie podlegająca mierze i wadze, krom prawdzie i artyzmowi i logice artyzmu.«
Trudno przypuścić, by Kamiński nie zrozumiał, że ostatnie cytowane zalecenia do niego się odnosiły i odpowiadały na pytanie, nie jak miałby grać Hamleta, ale czy w ogóle powinien; i chyba znaczyły mniej więcej tyle: Poloniusz, doradca króla Klaudiusza (w studenckiej młodości był aktorem, i ponoć dobrym, jak się chwalił) odgrywa w "Hamlecie" rolę fałszywą; sam mówi, że "karpia prawdy" chce schwytać na przynętę fałszu; "przynętę" wyobraża sobie jako szpiclowanie, udające troskę – i wobec własnych dzieci (Laertes, Ofelia) i wobec księcia Hamleta; wydaje mu się, że umiejętności aktorskie nadadzą mu wiarygodności osoby zatroskanej, a oni nie rozpoznają prawdziwych intencji; Hamlet jednakże z łatwością rozszyfrowuje prawdziwą rolę Poloniusza i prowokuje go do przesady w jej odgrywaniu – do zagrywania się aż po obłudę i do kompromitacji takiego "teatru"; zamiast odbicia natury ukazuje się pokraczne odbicie Poloniusza-aktora w krzywym zwierciadle.
Było to sceniczne zalecenie dla Kamińskiego, ale zarazem przymówka, reprymenda, sprzeciw wobec jego metody przesadnych chwytów aktorskich, stale powtarzanych i kompletnie nie nadających się do odegrania roli Hamleta, który jest przeciwieństwem Poloniusza – osobowościowym i również aktorskim. Może doradcę mógłby grać, ale o roli księcia niech raczej pan Kamiński zapomni. Co też Kamiński uczynił.
° ° °
Dziesięć lat później Ignacy Matuszewski nazwał "Studium" Wyspiańskiego "bolesną książką":
»Rozbierając charakter i sądząc czyny Hamleta, Wyspiański zlewa się chwilami tak silnie z fikcyjną osobą nieszczęśliwego królewicza duńskiego, że niesposób oddzielić krytyka od bohatera tragedyi, a „desek scenicznych, mających oznaczać świat", od świata, w którym żył i cierpiał sam autor tej bolesnej książki.
Koncentracja artystyczna przeżyć duchowych człowieka, zmuszonego do bytowania wśród warunków, nieodpowiadających jego ideałowi wewnętrznemu;
tęsknota do przyjaźni, miłości, wolności, szczęścia, sprawiedliwości, boskości wobec okropnych przeszkód, stojących na drodze do urzeczywistnienia świetlanych aspiracyi, i przeszkód zarówno
– przedmiotowych, leżących w ustroju świata,
– jak i podmiotowych, tkwiących w każdej, nawet najszlachetniejszej, duszy, zakutej w pęta cielesności;
walka z ludźmi, przypadkiem, losem — i samym sobą;
zapasy przeczulonej do kresu świadomości, wysoko rozwiniętego umysłu i tkliwego serca z instynktami i emocjami, których korzenie czerpią soki z pierwotnych źródeł żywota;
zmaganie się silnej, elastycznej, ale kontrolowanej przez rycerskie poczucie honoru, oraz subtelny rozum, woli z obowiązkami narzuconemi przez cudze zbrodnie i winy oraz tradycję;
pragnienie bezwzględnej swobody w działaniu i konieczność ciągłego liczenia się z ciężarem tego, co było przed nami i co dzieje się dokoła nas, a ’’nie zależy od nikogo’’;
szukanie żywego Boga zarówno w samym sobie, jak i po za skorupą konwencjonalnych, na wpół martwych, ale czczonych przez ogół przeżytków, posągów i akcesorjów hieratycznych,
— oto są cechy wspólne i Wyspiańskiemu i — Hamletowi.»
I. Matuszewski:
"Wyspiański i Hamlet",
1915.
Wskok na chyżym koniu gorliwości,
czyli jak dojść po wołowej drabinie czynów
do owocu dżdży spadłych dawno i daleko
W swoim szkicu o "Studium" Wyspiańskiego zalecał Ignacy Matuszewski przeczytanie dwunastego rozdziału z księgi Władysława Matlakowskiego, pt. "Hamlet". Księgę wydrukowano w Krakowie w roku 1894, a składała się ona z tłumaczenia dramatu Szekspira, poprzedzonego ponad 400-stronicowym "Wstępem", czyli osobną książką w całości.
Tłumaczenie i "Wstęp" pisał doktor Matlakowski przez kilkanaście lat i była to jego jedyna praca literacka obok praktyki lekarskiej. Z nie-literatury popełnił wiele rozpraw medycznych oraz kilka książek o stylach w zdobnictwie domów i mebli na Podhalu.
Rozdział XII ciągnie się w oryginale przez dwadzieścia pięć stron od numeru CCCXXVII do CCCLII, z tego wypisy poniższe obejmują około jednej trzeciej, ale żeby być jako tako zorientowanym, o czym tu pisał Matlakowski, wystarczy przeczytać kawałek do pierwszego znaku °°°.
Najogólniej streszczając – rozważania dotyczą zemsty księcia Hamleta i trudności, z jakimi się przy jej dokonaniu borykał.
Całego "Wstępu" zwyczajny czytacz dzisiejszy nie przeczyta, choćby się nie wiem jak wytężał. Na to trzeba odjechać w Szekspira zawodowo, albo maniakalnie. W ogóle prace Matlakowskiego, Wyspiańskiego, Matuszewskiego to dziś w polskiej szekspirologii nużące szacowne zabytki. Ale łatwo zrozumieć, czemu w roku 1915 zalecane było czytanie właśnie rozdziału XII, bowiem hamletyzm mógł być widziany wówczas jako konieczna Sprawa Polska. Wersy, które wybrałem na tytuł tego odcinka to niezupełnie kpinki ze stylu doktora-szekspirologa, to także rebus, wcale nie tak trudny do rozwikłania.
= ==
Władysław Matlakowski.
"Hamlet". Wstęp. Rozdział XII. (skrót)
Jeśli Hamlet posiada, jak to wykazanem było w poprzednim rozdziale, gienjalny skład ducha (dziś powiemy raczej: kształt, konstrukcję, formę, strukturę), zarówno wielki natężeniem i stopniem przymiotów i zdolności, jak ich rozmaitością; jeśli ma wielki intelekt obok samorzutnej siły czynu, zachodzi pytanie, które właśnie jest kwintesencją całego niniejszego rozbioru, dlaczego w tak osobliwy sposób działa, gdy mu przypadło w udziale podjęcie danej sprawy?
Bo przede wszystkiem każdy nieuprzedzony, a w ich liczbie i piszący tę książkę, odnosi to wrażenie z dramatu, iż działanie Hamleta w zleconej sprawie jest niezwykłe, osobliwe; postępowanie tego rodzaju właśnie od niego hamletycznem na przyszłość nazwać by można. Jest ono połowicznem; Hamlet chwilami jakby zapominał o niem; jakby wkładał w nie pół duszy tylko, a drugą połową przebywał gdzie indziej; jest ono jakby wymuszonem z zewnątrz, narzuconem wbrew chęci działacza, który podejmuje się go bez zapału i prowadzi bez fanatyzmu właściwego młodości i wrodzonej naturze; podejmowanem przez pobudzanie się samego bohatera po chwilowych przerwach niby zapomnienia; jest ono bezplanowem, a każda z części działania zjawia się nie jako organiczne dzwono całości, lecz jako wynik pchnięcia przez wydarzenia zewnętrzne; jest ono prowadzonem przez wypadki, a nie przez własną inicjatywę i sprężystość wiecznie żywą i czułą działacza; jest ono napadowe, t. j. pozbawione ciągłości, i objawowe (symptomatyczne), t. j. skutkiem nieobmyślenia i niewyjaśnienia sobie natury i zakresu samego czynu, zjawia się przeważnie jako wynik obrony na cudze działanie; na koniec nie nosi cech doskonale rozumnego działania przez to, iż jest podjęte przy przedwczesnem obudzeniu czujności wroga skutkiem wielkiej drażliwości działacza, bez uprzedniego ustanowienia planu i obmyślenia na wszelki przypadek rozmaitych możliwości.
° ° °
1.
Szczytem ludzkiego marzenia jest czyn, działanie skuteczne z powodzeniem. Czyn jest przyrodzonym stanem człowieka, świadczy o tem rozwój mięśni w ustroju. Czyn daje równowagę w życiu, sprawia wielką przyjemność. Filozoficznie biorąc, on jest sprawdzianem myśli. (...) Nawet wieszcz, który życie całe pojął w cudowny sposób jako senne marzenie, ostatecznie powiada: gdy wszystko ginie, pozostaje wspomnienie naszych czynów (Calderon. La vida es sueno; przemówienie Zygmunta w zamknięciu dramatu.)
Lecz aby działanie było owocne i z powodzeniem, oprócz osobistych właściwości działacza, potrzebny jest pewien przyjazny, odpowiedni układ warunków w środowisku. Trzy for'y, powiada Ruskin, konieczne są, by człowiek mógł rozwinąć działanie uwieńczone zamierzonym skutkiem : for-ce, for-titude i for-tune.
Hamlet posiada siłę umysłową i cielesną, posiada męstwo do rzucenia się w bój, do podjęcia sprawy, i pójścia naprzeciwko celom i zadaniom życia; lecz w samej jutrzence żywota nie dopisała mu szczęsna dola. Mało powiedzieć, że nie dopisała mu fortuna, bo na odwrót przeznaczenie zmusza go nieunikalnie do najtrudniejszego zadania, jakie komukolwiek dane być może, w chwili, kiedy przyszła pora na stawianie pierwszych kroków męża, na wprawę we wspieraniu się po wołowej drabinie czynów, przez którą dopiero osiąga się coraz większą biegłość, pewność i potęgę działania, skutkiem przyrostu doświadczenia, rozwinięcia zadatków rozumu i wyćwiczenia woli.
Każdy, kto chce uczciwie i zasadniczo ocenić postępowanie Hamleta, winien uwypuklić sobie i wrazić w pamięć, jakie to okoliczności są warunkami jego pierwszego w życiu działania. Wszystko tu jakby spiknęło się na to, aby zaćmić jasność orjentowania się i utrudnić działanie.
Zbrodnia stała się w tajemnicy tak zupełnej, iż wie o niej tylko zbrodzeń. Ten zbrodniarz jest królem. Został nim nie przez przywłaszczycielslwo, drogą krwi i przemocy, lecz najprawowiciej, drogą obioru i przez posięście ręki dożywotniczki tronu, a żony zgładzonego przez się poprzednika. Król ten jest sprawny i dzielny, rządzi mądrze z zadowoleniem poddanych, choć nie wojownik i nie bohater; lecz kraje lubią po latach wojen odetchnąć w spokoju i dobrobycie. Dawni dworzanie nieboszczyka stoją po stronie nowego monarchy.
Królowa wydaje się w najwyższym stopniu cnotliwą. Patrzący z boku obojętni widzowie z dala dworu, zarówno jak dworacy, nie znajdują w zaszłych wydarzeniach nic nadzwyczajnego lub zdrożnego, wszystko poszło najnaturalniej w świecie; toteż tem dziwniejszym, zgoła nienaturalnem wydawać się musi zachowanie Hamleta, jego smutek i zgryźliwość; powoli w kraju ustala się też przekonanie, iż postradał zmysły; wiadomość ta przeszła aż do warstw ludowych (grabarz); niewielka szkoda człowieka niespełna rozumu.
Słowem nie ma punktu przyłożenia siły dla królewica. Wyjawienie ducha nie zmienia trudnych warunków ani na jeden włos. Dla świata zeznanie tego rodzaju jest niczem, jest śmiechem; lecz dla Hamleta, który wraz z towarzyszami widział ducha, słyszał i rozmawiał z nim, przynosi on nakaz pomsty.
Pomsty — to znaczy: przywrócenia prawa, wymierzenia sprawiedliwości, sądu i kaźni — ale to wszystko implicite, bo głośno duch rzuca synowi tylko: Revenge. Pomścij mord haniebny i wyrodny, nie dozwól, by łoże Danji było pieleszą rozpusty i kazirodztwa. Możesz, jak ci się podoba dopełnić czynu zemsty, lecz pamiętaj, byś oszczędził winowajczynią matkę. Takie zaklęcie, wyrzeczone w nadprzyrodzony sposób, ulgnąć musiało w nieusuwalny sposób, na zawsze w sercu syna, który ubóstwiał swego ojca, w sercu człowieka, co był uosobieniem żywości czucia i wzruszenia, w sercu myśliciela, który krwawił na wszystko złe i niesprawiedliwe świata tego. Do podołania tak trudnemu zadaniu, wymagającemu niesłychanie zimnej krwi, doświadczenia, spisków i przebiegłości, wezwany został człowiek bardzo młody, szlachetny, wrażliwy, z poetyckim składem umysłu.
Jeśli warunki działania były szczególnie trudne, niemniej szczególnym jest sam czyn, który został narzucony młodemu bohaterowi. Duch powołuje syna nie do przywrócenia sprawiedliwości, lecz do zemsty. Zanim się potępi Hamleta za opieszałość w spełnieniu "wielkiego zadania", "świętego obowiązku", godzi się zastanowić nad naturą samego czynu, którego duch domaga się od syna.
Zemsta jest czynem sui generis, swoistym, odmiennym od innych czynów, a dalekim od ideału czynów ludzkich. Na Hamleta przy całej jego naturze młodej, ruchliwej, gorączkowej, spada właśnie czyn tak szczególny, tak odmienny od zadań zdarzających się w życiu, czyn stojący na rozdrożu między występkiem a cnotą(...) Nie można mówić algiebraicznie: Hamlet był niezdolen do czynu, t. j. do czynu n, pod to bowiem wyrażenie czyn, można podstawić najrozmaitsze czyny, a trzeba zawsze mieć na oku czyn konkretny: zemstę.
Jeśli każdy czyn nosi na sobie obok orła — reszkę; jeśli zawiera wlokące za sobą przekleństwo z pokolenia w pokolenie; jeśli wiekopomne i patrjotyczne czyny z punktu widzenia narodowych dziejopisarzy (spustoszenie Palatynatu, wojny Kondeusza, Napoleona) pociągają odwety i klęski, lub zajadłość gniewną i nienawiść na całe wieki; jeśli postępki Walenroda i Jacka Soplicy, acz dokonane pro publico bono, dozwalają na sąd podwójny; jeśli nawet dzieła dobrodziejstwa publicznego, filantropja sprowadzają złe skutki pomagania złym i leniwym, a tem samem przynoszą pośrednio krzywdę dzielnie a z wysiłkiem bojującym; jeśli to wszystko prawda, — cóż powiedzieć o zemście?
Ludzkość nie poprzestała w idealnym rozwoju swoim na tem wyrwaniu żądła z czynu pomsty. Dobija drugi tysiąc lat, gdy świat przemocy i bezprawia, usłyszał niezrozumiały, barbarzyński dla się głos hebrajski: „Słyszeliście, iż powiedziano: Oko za oko, a ząb za ząb. A ja wam powiadam, żebyście się nie sprzeciwiali złemu: ale jeśli cię kto uderzy w prawy policzek twój, nastaw mu i drugiego. A temu, który się chce z tobą prawem rozpierać, a suknią twoje wziąć, puść mu i płaszcz, A ktoby cię kolwiek przymuszał na tysiąc kroków, idź z nim drugie dwa". „A ja wam powiadam: Miłujcie nieprzyjacioły wasze: dobrze czyńcie tym, którzy was mają w nienawiści".
Wielki głos Miłości i Przebaczenia. Głos nowy wobec rzymskiej siły miecza i kodeksu. Brzmiał on dziko dla ludzi przemocy i kultury greckiej. I dziś brzmi jeszcze bardziej dziko w świecie parlamentów i większości sejmowych, stronnictw i dzienników, opartych właśnie na nienawiści i żarciu się wzajemnem, ceł i taryf, ekonomji politycznej i walki o byt, pojętych szatańsko skrajnie, jednostronnie lub opacznie, w naszym świecie Zbytku, Użycia i Przemocy; brzmi dziko po setkach lat szydzenia i plucia, zamiast dalszego rozwoju ducha miłości i przebaczenia (...) Jeśli jednak przemysł i merkantylizm, bogactwa i ich rozdział, i w ogóle materjalna strona społeczeństw jest rzeczą pierwszorzędnie ważną i nieodłączną od istnienia, nie mniej ważną jest strona duchowa na tamtej się opierająca.
Dlatego też serca czułe i szlachetne, a umysły wyższe, ważące ponad wszystko sprawiedliwość, pragnące względnego szczęścia ludzkości, dla której nie ma innego środka, krom poświęcenia egotycznych popędów gwoli dobra powszechnego, nie ma innej drogi tylko ewolucja społeczna z dalszem uwzględnianiem wymogów rozumu i serca, wiedzą i wierzą, że te słowa hebrajskie są prawdziwe, że one z wolna wsiąkały w ludzkie sumienia, i nadal wcielać się muszą w czyny, jeśli ludzkość nie ma wpaść w bydlęcy zamęt i zdziczenie jakich nie widziały dzieje, w stan, z którego jedynym wyjściem byłoby powszechne: ratuj się kto może.
Słowa miłości i przebaczenia mogą być skuteczniejsze od nakazów kodeksu, którego zimne artykuły jak środki farmakologiczne, wzywane są do działania dopiero wobec zła istniejącego (...) Zemsta jest zaprzeczeniem chrześcijańsko-społecznego rozwoju ludzkości, i szlachetny człowiek nie może zapalać się i rwać do zemsty, jak do innych wielkich czynów.
Hamlet, jako jednostka wysoce szlachetna nie odczuwa również bohaterskiego porywu w kierunku zemsty. Ja nie twierdzę, żeby Hamlet tak filozoficznie, społecznie, lub po chrześcijańsku zapatrywał się na zemstę, żeby sobie w ten sposób uświadamiał jej amfibjalny (tzn.: paskudny, ohydny) charakter. W najgłębszych przezieraniach swojej duszy i dusz innych nie rzuca myśli tego rodzaju. Nigdzie nie kwestjonuje zemsty ani na chwilę, owszem pobudza się do niej, a lży za opieszałość. Facecją jest pojmować człowieka Odrodzenia jako wyzutego ze wszystkich skrupułów sumienia, błędem przenosić pojęcie tego człowieka z Włoch na kraje północne. Po setkach lat działania chrześcjanizmu, po wiekach wpływów rycerskiej szlachetności, po wsiąkaniu cichaczem i z wolna zasad miłości i przebaczenia w dusze normandzkich zdobywców (Przeczytaj przejętą do rdzenia szlachetnością i rycerskością taką La Chanson de Roland owo arcydzieło poezji prowansalskiej.), nie przeskakuje się nagle w dzikie wyjarzmienie się ze wszelkich skrupułów. Benvenuto Cellini, Aretino, ten typ skończonego, a gienjalnego nicponia, Macchiavelli i Borgia, nie są normą męża Odrodzenia.
Sidney i Walter Raleigh, Coligny'owie, Kochanowski są z innego metalu; przy całej świetności i uprawie umysłu są wzorem rycerskości, to jest odwagi, szczerości i prawości. Wiekowe wpływy biją z serc ludzi XVI. wieku jak cudowne krynice pośród spiekłego stepu, jako owoc dżdży spadłych dawno i daleko. Hamlet właśnie jest szlachetnym i rycerskim, choć nie jest wyraźnie chrześcjańskim. Skrupuły jego nie wynikają prostą drogą z chrześcijańskich zasad; one są zawilsze swojem pochodzeniem; mało mają wspólnego z filozoficznymi konsyderacjami i chrześcjańskimi przepisami; płyną głównie z jego natury, ze składu duchowego, na który kiedyś, dziedzicznie złożyły się i jedne i drugie, lecz dziś w instynktownem działaniu tej natury filjacja owa upatrzeć się jasno nie daje. Pewna rycerskość niezależnie od filozofowania i cbrześcjanizmu daje się wyprowadzić wprost ze samej siły, ze samej odwagi jednostki. Bohater jest tak potężny, tak mężny, tak czuje swoję przewagę, iż nie potrzebuje się uciekać do forteli i podstępu. I ten pierwiastek również daje się wyśledzić w duchowym spiżu Hamleta.
°
Krytycy, z wyjątkiem nielicznych, wybiegając na chyżym koniu swej gorliwości poprzed namiętność księcia, nie zastrzegają się zazwyczaj, jakiego to rodzaju ma być żądany postępek; dość im, że Hamlet pomścić powinien, i co rychlej, wskok, przy pierwszem lepszem spotkaniu się z królem, publicznie lub na uboczu. Dyktując mu taki zapał i pośpiech, wychodzą z tej psychologicznej prawdy, że uczucie zemsty bywa w pierwszej chwili tak potężne i ślepe, tak samorzutne i gwałtowne, że nie zwraca uwagi na żadne względy: na żadne przeszkody i następstwa, na żadne prawa i przepisy, moralne i społeczne. Takiej ślepej zemsty Hamlet nie odczuwa ani na chwilkę, nawet w pierwszym momencie po dowiedzeniu się od ducha o zbrodni i o złoczyńcy.
Ma on poczucie jej o tyle, o ile ją budzi w nim nienawiść i wstręt do łotra i podłości, o ile ją roznieca wstyd i srom za matkę, o ile mu ją nakazuje włożony przez ojca obowiązek. Hamlet nie ma poczucia zemsty jako celu wyłącznego w życiu, ani nie zdolen jej wzbudzić w sobie i na drodze rozumowej przerobić na cel gorąco upragniony. Choć podżega się bezustannie do niej, choć wymyśla sobie, choć zohydza w swej wyobraźni złoczyńcę, choć podkłada rozumem łuczyw do zapalenia tej pomsty w chwilach, gdy zbrodniarza nie widzi, wykonać jej nie może, gdy go zoczy. Do tego potrzeba być gotowym na pchnięcie znienacka, we śnie, z tyłu, w zasadzce; trzeba być przygotowanym na zdradę, truciznę, na spiski, na podkupienie zbirów, jak się da, byle celu dopiąć.
Hamlet nie dbający o zasadzki, bardzo szlachetny, nie zdolen zgoła do knowań i chytrości, jak o nim świadczy wróg jego, — ten Hamlet, który nawet w nieprzyjacielu umie bezstronnie dojrzeć dobre strony; który nie przeczuwa zdrady w synu Polonjusza; Hamlet taki rycerski w formach grzeczności dla swego wroga króla ( V. 2. 189), nie jest mocen dać zdradzieckiego pchnięcia. Bić się po rycersku w otwartym boju może; do zemsty w zapalczywości, wybuchłej nagle, in flagranti delictu, zdolen jest, jak prawie każdy człowiek żywy i wrażliwy; lecz do obmyślanego czyhania jak ryś na swoje ofiarę i rzucenia się w chwili dogodnej dla siebie, a złej dla ofiary, — do tego nie zdolen.
Oto podniecony w najwyższym stopniu po scenie z teatrem, wolny od wszelkich wątpliwości co do winy stryja, który tylko co zdemaskowany uciekł; oto sam czuje, że gotów jest pić krew ciepłą i popełnić czyn taki, że świat zadrżałby na jego widok! Zatem są warunki, że zemsta podziałać może in statu nascenti. W takiem usposobieniu napotyka króla, — lecz na klęczkach, na modlitwie; i oto cały żar chwilowego podniecenia przeistacza się w co innego, ale nie w zdradzieckie pchnięcie w plecy. Wnet potem, gdy mniema, że zbrodniarz podsłuchuje go za oponą, zadaje cios śmiertelny pod wpływem namiętnego oburzenia na tyle zdrady i podłości; ale do zemsty obmyślanej naprzód, długo pielęgnowanej, knującej zasadzki i zdrady, czuwającej dniem i nocą na sposobność, Hamlet nie zdolen.
°
Godną jest bacznej uwagi okoliczność, jak szczególnie obstawione (tzn.: przedstawione) jest działanie Hamleta. Król zasiadł prawowicie na tronie po śmierci brata, wskutek obioru stanów i poślubienia królowej-wdowy; Hamlet tedy nie może publicznie zrobić z tej strony żadnego zarzutu, nie może wystąpić z żadną akcją na mocy tytułu spadkobiercy praw ojcowskich, choćby był najambitniejszym człowiekiem. Zbrodnia jest tajemnicą, więc i ona nie może być dźwignią do poruszenia tłumów i przeciągnięcia ludności na swoję stronę. W ciągu całej sztuki raz tylko nastręcza się Hamletowi sposobność zabicia króla — i wtedy właśnie znajduje go na modlitwie.
Czyż Szekspir, taki wyrazisty w kreśleniu akcji i charakterów, nie dałby bohaterowi więcej okazyj do pomsty, lub tej jedynej nie uczynił tak psychologicznie trudną, gdyby był miał zamiar przedstawienia nam typu niemocy do czynu, nieudolności praktycznej i marzycielskiego lunatyzmu w życiu?
Łatwo bowiem przy zielonym stoliku powiedzieć – powinien był zaraz po odkryciu ducha, lub po widowisku ukarać publicznie zbrodniarza; wszelakoż taki zamach jawny mógł najprawdopodobniej nie udać się, i miasto pomszczenia na winowajcy, mściciel mógł zostać pojmany, rozbrojony, i jako królobójca ścięty, lub jako szaleniec zamknięty w więzieniu; dzieje zaś świadczą, że więźniowie krwi królewskiej, z prawami do tronu, zawsze krótko męczyli się w ciemnicy. Więc nawet tej pewności, że zbrodniarz padnie, nie miałby Hamlet, nie mówiąc wcale o tem, że i w tym razie również i on by zginął jako królobójca, skoro w kraju nie miał za sobą stronnictwa. Od takiego ślepego działania powstrzymywała go inna, wyższa racja, nie prosta obawa własnej śmierci.
Kto podejmuje wielką sprawę, ten dla niej z góry musi być przygotowanym złożyć w ofierze wszystko, nawet własne życie. Hamlet jako bohater w wielkim stylu od początku gotów na wszystko, życia swego nie waży więcej niż łebka od szpilki. Tem bardziej chodzi mu o sąd ludzki. Słuszność jego sprawy i sprawiedliwość kary domierzonej na winowajcy nie istnieją dla świata poty, póki ten o zbrodni nie jest przekonany. Nic tu nie pomoże osobiste przeświadczenie.
Gdy w końcu wszystek dwór z ust umierającego Laertesa naocznie przekonywa się o zbrodniach królewskich, jeszcze i wtedy Hamlet w ostatniej prośbie, błaga przyjaciela by nie odbierał sobie życia, lecz pozostał na świecie i opowiedział jego sprawę. "Jakież kalekie imię żyć będzie po mnie, jeśli rzeczy pozostaną nieznane". Zaklina go żarliwie: "Jeśli kiedykolwiek miałeś mnie w swojem sercu, powściągnij się od szczęśliwości na chwilę, ciągnij jeszcze twój dech w boleści na tym twardym świecie, byś opowiedział dzieje moje". A więc skrupuł sprawiedliwości był potężny w królewicu — Hamlet był herojem obdarzonym potężną siłą czynu, lecz ze szlachetnym podkładem duszy.
.... ja się wściekam i tak czas płynie
Wypisy z książki
Anny Cetera-Włodarczyk
i Alicji Kosim
str 253–257
XVIII.
Władysław Matlakowski (1850–1895)
Hamlet (1894)
Sylwetka tłumacza
Władysław Matlakowski (1850–1895) urodził się w Warce pod Warszawą. W stolicy ukończył gimnazjum, tam też w 1870 r. rozpoczął studia na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Warszawskiego, które ukończył ze złotym medalem w 1875 roku. Przełożył tylko jedną sztukę Shakespeare’a – Hamleta – nad którym pracował kilkanaście lat. Tłumaczenie prozą zatytułowane Hamlet, królewic duński (wydanie dwujęzyczne) ukazało się w Krakowie w 1894 r., opatrzone bezprecedensowo obszernym wstępem i komentarzem.
Matlakowski wiele podróżował, m.in. do Paryża, Nicei, Wilna i na Ukrainę, gdzie pracował jako lekarz domowy. W 1885 r. przez kilka miesięcy odbywał praktyki w angielskich klinikach, w 1888 r. w tym samym celu wyjechał do Wiednia. Oprócz angielskiego, biegle posługiwał się rosyjskim, niemieckim i francuskim. Wielka literatura była dla niego alternatywą dla rzeczywistości. W 1891 r., poważnie już chory na gruźlicę, pisał w liście do Zygmunta Kramsztyka o wieczorach spędzanych z rodziną:
Czytamy we czworo: żona, teściowa, syn i ja: Ezechiela, Odyseję, Szekspira, Mickiewicza, Joba (...). I żyjemy tu zasypani śniegiem, życiem ludzi sprzed 2,5 tysięcy lat – gadamy o Kiklopie Polifemie, o Proteasie i jego fokach, o Alkinoju i Nausikai, a osoby z Burzy, Henryka IV, Hamleta, Lira i Cezara są nasi najlepsi znajomi; gada się o nich tak, jak o Roju lub Sabale. Wszystko to wydaje mi się bajką – marzeniem, gdyby nie rzeczywistość: krew, plwocina, kłucie w boku i poty.
W 1891 r. postępująca choroba zmusiła Matlakowskiego do porzucenia pracy zawodowej. Poświęcił się wtedy pracy etnograficznej (...) podczas pobytów na Podhalu, w czasie licznych wyjazdów uzdrowiskowych. (...). Równolegle pracował nad przekładem i opracowaniem Hamleta... Przedsięwzięcie pochłonęło kilkanaście lat: z korespondencji Matlakowskiego wynika, że większa część przekładu została wykonana jeszcze zanim zrezygnował z pracy chirurga.
W liście do Zygmunta Kramsztyka wysłanym z Zakopanego 6 grudnia 1891 r., Matlakowski relacjonuje:
Zajęty jestem drukiem Hamleta, kłóceniem się z drukarnią, która przez 3 tygodnie np. nie przesyła mi 1/2 arkusza korekty. Pisuję tedy z tego powodu z wymysłami do Rostafiń[skiego] i Cyfrowicza, którymi stoi drukarnia Uniwer[sytetu] Jagiel[lońskiego]. Ci mi nie odpowiadają, ja się wściekam i tak czas płynie.
Jak relacjonuje jeden z biografów, pod koniec 1893 r. praca Matlakowskiego dalej nie była gotowa do druku, ponieważ w liście, znów do Zygmunta Kramsztyka, z 4 grudnia 1893 r. tłumacz skarży się na pogorszenie stanu zdrowia i pilne prace:
„U mnie bieda, kaszlę, gorączkuję, nie wychodzę, cierpię – i zdaje mi się, że to znów pachnie grobem. A tu mam tyle jeszcze do zrobienia z Ornamentyki i z dokończeniem Hamleta”.
Matlakowski pracuje w cieniu śmierci, nie odstępując od pierwotnego rozmiaru, świadomy jednak kurczących się sił intelektualnych:
Widzę, że umrzeć muszę niedługo... I z tą myślą, jak kapitan tonącego okrętu, na gwałt, z furią obmyślałem losy moich dzieci, ich naukę, ich fizyczne wykształcenie, na gwałt kończę rozpoczęte, a raczej nie rozpoczęte, ale od dawna przygotowane prace: 1) Hamlet. 2) Ornamentyka góralszczyzny. W pierwszą pracę włożyłem kilka lat dawniej, a teraz trzy, w drugą rok. I nawet będąc u końca, widząc port – ujrzałem, iż nie dokończę, że przerwę w najgorszej chwili w minucie porządkowania, korekt potwornych angielskich – zobaczyłem, iż pójdzie moja praca na łup niedołęgów zecerów i jeszcze niedbalszych wydawców. Wobec tej strasznej wizji wytężyłem wszystkie siły. Pomyślałem sobie: pożyję życiem podłym miesiąc krócej lub dwa – ale posunę robotę. I tedy pisząc w łóżku, na siedzący, ołówkiem, myśląc dzień i noc – jedną rzecz już ukończyłem
(...). Nie spodziewajcie się czegoś doskonałego. Co może dobrego stworzyć mózg przesiąkły lasecznikami, nie kąpiący się w krwi zdrowej, lecz w osoczu z ptomainami? Oczywiście może zdobyć się tylko na myśli ptomainowe. Ale mi te dwa tematy tak były drogie, tyle lat żyły ze mną życiem pasożyta, życiem symbiozy, iż nie mogłem umrzeć, by nie podzielić się tym ze swoimi ziomkami.
Listy Matlakowskiego z ostatniego okresu pracy przynoszą jedynie spotęgowanie opisów walki o ukończenie pracy:
Ślęcząc po 4–6 godzin na dzień, jedząc i pijąc obiad lub podwieczorek na rajzbrecie, obłożony gratami, odpędzając gości i znajomych, przejęty jedną ideą, palony gorączką, aby prędzej, żarty wątpliwością „czy dokończysz?”, z omdlewaniem rozpaczy – „to na próżno” – po każdym zapadnięciu na zdrowiu, myślący w dzień, marzący o tym w nocy (...) pracowałem tak 4 miesiące (...). I to miesiące, miesiące – z perypetiami: tydzień krwotoku, 2 tyg[odnie] gorączki, z oczami z łóżka utkwionymi w stolik rysunkowy. (...) Nawał roboty z Hamlet[em] naglił mnie – przerwa trwała. 11.XII.1893 przyszedł straszny krwotok, a po nim co 2 tygodnie potęż[ne] krwotoki – zostałem bez duszy. I umierając patrzyłem na te 20 kilka tablic – na nic! na marne! bez tekstu! Po drugim krwotoku, w łóżku, ołówkiem, siedząc, kpiąc z rady: „trzeba spokoju”, zacząłem pisać, co najpilniejsze (...). I tak pisząc, z duszą na ramieniu, z upiorem krwotoku w gardle... skończyłem rękopis.
Matlakowski ujrzał swojego Hamleta w druku na tydzień przed śmiercią. Arkusze drukarskie przysłano do domu teściów Matlakowskiego w Zbijewie wczesną wiosną 1895 roku. Korektę wykonywała żona Matlakowskiego, Julia, której tłumacz zadedykował egzemplarz autorski.
«We wszystkich ważnych momentach: czy w niebezpiecznych chwilach operacji, czy w chwili triumfu, czy w czasie oderwanego myślenia, czy rozkoszowania się przyrodą, stawała mi zawsze Twoja postać, jasna, prosta, pogodna, piękna, która tak się zlała z moim życiem, że nic dziwnego, iż dzieło, w którym zawarłem wiele drogich mi myśli – Tobie przypisuję. Przyjm – najdroższa na pamiątkę i chowaj – Twój Władysław – Zbijewo 19.VI.1895.»
° ° °
ilustracje z książek Matlakowskiego o zdobnictwie Podhalańskim
...powody znacznie ważniejsze
W. Matlakowski
"Wstęp", fragment rozdziału XVII
(druk w roku 1894)
»...są powody znacznie ważniejsze zajęcia się literaturą Szekspira.
Jeśli mrówki przechowywują swoje urządzenia mrowisk, pszczoły swoje ule, bobry swoje żeremiona, słowem jeśli niema twarz (tzn. zwierzę) strzeże swoich dorobków zorganizowania, tem bardziej człowiek, stworzenie, które cały swój rozwój dzisiejszy, doskonałość mowy i rozumu, opanowanie sił przyrody, ogarnięcie ziemi, zawdzięcza li tylko zorganizowaniu się w społeczności, winien z zapamiętałością, z zazdrością. z umiłowaniem hodować, uprawiać, troszczyć się o społeczne prawa, czuwać nad społecznymi przejawami, i z bezgranicznym wysiłkiem rozwijać cnoty społeczne, zapewniające dalszy rozwój obywatelskości i uspołecznienia człowieka.
Wola rozum gienjuszów i wielkich ludzi, dobrowolna i samorzutna ofiarność szlachetnych członków, wreszcie konieczność i mus (wspólnej obrony, zdobywania sobie środków do życia itp.) skupiły człowieczeństwo w kryształ społeczny, który jednakowoż, jako związek niesłychanie zawiły i złożony, ma niezmierną dążność do rozkładu.
Zapalczywie bronione, jako arka przymierza – teorja wolnego handlu, teorja niewtrącania się państwa między pracodawcę i robotnika, w sprawy swobody osobistej, choćby zachodziły oczywiste a jaskrawe nadużycia, jak przy lichwie, jak przy fałszowaniu spożywczych zapasów; szczególniej jednostronnie pojęta ekonomja polityczna, mająca oko tylko na bogactwo, na materjalną stronę, bez uwzględnienia obyczajowych i moralnych spółczynników; zahukanie państw i rządów przez rezonerów; wreszcie przewrót mechaniczny w przemyśle i handlu sprawiły, że powoli nastąpiło potworne nagromadzenie bogactw w ręku niewielu jednostek, a zbiednienie i uzależnienie mass.
Zdobycze nauki, technologji i przemysłu, jeszcze niedawno z uniesieniem opiewane przez historyków nowożytnej cywilizacji, wyszły prawie zupełnie na korzyść kapitału; przez zawiązanie spółek, towarzystw udziałowych, syndykatów i innych form zespolenia się bogatych, jeszcze bardziej naruszony został jednostajniejszy rozdział bogactw i niezależność jednostek. Dziś państwo zmuszone jest walczyć z potęgą kapitalistów, chcąc ograniczyć pewne najjaskrawsze nadużycia. W ten sposób powstał w nowożytnych społeczeństwach niebezpieczny a ciągle wzrastający rozdział między członkami jednego i tego samego ustroju: olbrzymia, czarna massa, tchnąca burzą, zniszczeniem, zamętem, wywrotem i spustoszeniem, zahamowana i odgrodzona groblą praw i miecza, jak olbrzymi groźny staw zawisła nad piękną, żyzną, uroczą doliną, zajętą przez bogatych i używających.
Oba obozy wyzuły się z moralnych hamulców, miarkujących, łagodzących lub równających ostrości; wyzbyły się uczuć wspólności i braterstwa. Część bogata, wykształcona i używająca, odrzuciła z szyderstwem ewangeliczne zasady postępowania, właściwie dlatego, że były jej niedogodne, głośno zaś dlatego, że były w niezgodzie z najnowszymi wynikami nauki, dlatego że są zaprzaniem helleńskich poglądów piękna i użycia, dlatego że krępują rozwój bogactwa narodowego.
Czarna massa, zaniedbana w swojej uprawie, pozostawiona kapitałowi do rozporządzenia, jako siła robocza, zajęta całkowicie materjalną stroną życia, pozbyła się jeszcze prędzej zasad ewangielji, cierpliwości, miłości, widząc płynący przykład z góry. Nagromadzone bogactwa posłużyły prawie jedynie do bezprzykładnego w dziejach użycia, zbytku, rozkoszy na wszystkie wymarzone sposoby, w bezwstydny a jawny sposób. Przedsmak tego użycia pociągnął miljony ludzi na wszelkie drogi i środki zbogacenia się, wytworzył wielki gulfstream, nurtujący społeczeństwo, wiodąc do wykolejeń, do nienasyconych pragnień przez całe życie.
Warstwy upośledzone, widząc przepych i użycie, wystawione na widok publiczny, przejęte są całe zawiścią i pożądliwością bez granic, ze wzrokiem zamagnetyzowanym ku szczęściu, pociągane są w tę samę stronę przez fałszywych proroków, anarchistów, oszukańczych krzykaczy, lub niedoświadczonych marzycieli. Wśród klas bogatych zapanowało krótkowzroczne a bezmierne samolubstwo; widzieliśmy niedawno miasto miljonerów, pierwszą przystań na suszy europejskiej, które wolało cholerę niż zdrowotne urządzenia, wymagające nakładów, a nie zapewniające żadnych procentów.
Miejsce zasady, "miłuj bliźniego twojego" zajęła inna zasada, zgodna „z najnowszymi wynikami nauki": „człowiek człowiekowi wilkiem jest"; w czyn się wcielić zdążyły hasła nienawiści plemiennych i narodowych (podjęta przez państwo kolonizacja niemczyzną kraju gęsto zaludnionego, celem wykorzenienia ludności tubylczej, szczucie na żydów, wrogie błyskanie ślepi i wysuwanie pazurów między narodowościami Austrji). Zwolna ukazało się "naukowe" usprawiedliwienie massowych rzezi lub zbrodni rzymskich cezarów, jako czynów uprawnionych względami państwowymi.
Przeciwdziałać takiemu stanowi rzeczy obowiązkiem jest każdego szlachetnie myślącego człowieka. Nie tylko organy bezpieczeństwa publicznego, nie tylko rządy, nie tylko kaznodzieje i duchowni, nie tylko zakonodawcy i wymierzyciele sprawiedliwości i sądu, lecz każdy człowiek, a więc i artysta winien w dziele swojem bronić społeczeństwa od zdziczenia i rozpadu, a ludzkość od surowego zbydlęcenia.«
...è ben trovato
« ...edytorzy stworzyli tekst, który nigdy wcześniej nie istniał i którego Szekspir nie tylko nie napisał, ale i na oczy nie widział.»
Chodzi o "Hamleta" i edytorów (głównie) z XIX wieku.
« (...) ten edytorski twór wszedł w obieg kulturowy nie tylko w Anglii, ale i - poprzez przekłady - na świecie. Również wszystkie dotychczasowe polskie przekłady Hamleta oparte są na wydaniach eklektycznych to znaczy takich, które zostały skompilowane przez edytorów na podstawie dwóch różnych wydań Quatro 2 z 1604 roku i Folio 1 z 1623. Ta uwaga dotyczy również przekładu Stanisława Barańczaka. (...) »
Tak się dzieje z sądami kategorycznymi o osobie Szekspira, że prawie żaden, albo wręcz jakikolwiek nie jest ani zupełnie fałszywy, ani zupełnie prawdziwy. Co widziała, czy nie widziała osoba zwana Szekspirem to tylko domniemanie, nawet jeśli wychodzi spod pióra tak szacownego profesora, jak Jerzy Limon – cytaty pochodzą z jego referatu z roku 1997.
Można więc założyć coś odwrotnego – że i owszem, persona nazywana przez edytorów Szekspirem widziała " zbiór eklektyczny" – może nie już wydrukowany, ale przynajmniej do druku złożony. Czy je ten ktoś napisał kilka lat wcześniej w wersjach Q1 lub Q2 – to inna kwestia (Wyspiański na to przystawał, że i do Q1 ten ktoś ręki przyłożył). Profesor Limon w dalszych akapitach referatu przytaczał konkretne różnice – które wersy są tu (w Pierwszym Folio), a których nie ma tam (w Quarto 1 i 2), ile ich jest razem, jakimi słowami teksty się różnią, jak i czy dobrze są przekładane – detektywistyczna robota człowieka znającego Szekspira w tą z powrotem.
Pierwsze Folio opublikowano siedem lat po śmierci (oficjalnie realnego) Williama Szekspira. Jakże więc zakładać można – zapytam sam siebie – że widział on dramaty zawarte w edycji połówkowej? (folio – arkusz drukarski złożony na pół, 45 cm na 32 cm) W jednej książce, zgoda, nie widział, ale każdy z osobna tak – to prawdopodobne. Pierwsze Folio składa się z tekstów nie tyle teatralnych, co literackich. Te w mniejszych, ćwiartkowych edycjach (quarto - arkusz złożony w czworo), zwłaszcza Q1 z 1603 to były produkcje teatralnie użyteczne, bez względu na to, jak niedoszlifowane literacko. Hamlet z Q1 dawał się odegrać w granicach jednej godziny. Hamlet z Q2 był dłuższy, ale quarto było formatem poręcznym i dla aktora i dla suflera. Pierwsze Folio ma format wielki, a z powodu dziewięciu setek stron nadaje się do czytania tylko na stole albo na pulpicie.
Najważniejszą tajemnicę stanowi owe niemal siedem lat – od śmierci Williama w 1616 do wydania Folio w 1623. Co się działo przez te lata? Wydawcami księgi byli dwaj bliscy Szekspirowi aktorzy, których wymienił w testamencie – John Heminges i Henry Condell; trzeci wymieniony, Richard Burbage, zmarł w 1619.
Czy od razu podjęli decyzję o wydaniu dzieł, które grali, a wszystkie pod nazwiskiem Williama Szekspira?
Czy z nim to ustalili, czy sami już potem?
A w ogóle to był ich pomysł, czy może kogoś innego?
Skąd wzięli teksty do wielkiej edycji?
Może prace edytorskie trwały tylko pięć, albo sześć lat? Druk zajął na pewno rok, albo więcej?
Sądzi się, że tylko połowa z 36 tekstów była w jakikolwiek sposób drukowana przed złożeniem ich razem.
Czyli w jakiej formie pozyskali je do swego Folio?
W rękopisach?
Dlaczego sztuki z ich wydawnictwa różnią się od tych wcześniej (piracko?) drukowanych?
Przypuszczać można, że dramaty wcześniej niedrukowane też różnią się od wersji scenicznych.
Skąd wiedzieli, jak przygotować cały projekt do druku?
Uczyli się tych umiejętności, czy już mieli doświadczenia korektorskie, edytorskie, redaktorskie i wszelkie inne potrzebne?
Jak namówili Bena Johnsona do partycypacji w dziele i czy tylko do napisania wiersza o "słodkim łabędziu z Avonu", czyli o Szekspirze rzekomo?
Zapewne najwięcej czasu zajęło im zdobycie wszystkich trzydziestu sześciu dramatów w wersji oryginalnej, dziewiczo autorskiej. Na pewno nie mieli rękopisów schowanych w jakimś schowku w zakamarkach Globe. A nawet jeśli je tam składano, to mogły spłonąć w pożarze 1613 roku, który spowodował (???), że bezpowrotnie wyjechał Szekspir z Londynu – do teatru już nie wrócił. Może ta klęska, utrata rękopisów, Williama zabiła? Nawet jeśli nie, to już nie miał siły odbudowywać Globe, choć stało się to ponoć zaraz w następnym roku. Ale te rękopisy najpewniej nie spłonęły, gdyż ich tam nie było. Kto by trzymał papiery tak konfidencjonalne w teatrze stale pełnym ludzi? Pożar wybuchł w trakcie przedstawienia Henryka VIII, po armatnim strzale, i takiej nieostrożności Szekspir nie był w stanie wybaczyć sobie– coś takiego można zrozumieć. Sobie?! Jeśli to on był głównym zarządcą wydarzeń na scenie i poza nią – to tak.
Rękopisy oryginalne, naj- najpierwotniejsze jeśli w ogóle trafiały do Globe, przebywały tam niezwykle krótko, tyle by je odpisać, być może pospiesznie i nie zawsze dokładnie. A potem znikały. To prawie pewne, że nie stanowiły wyposażenia "majątkowego" Wiliama Szekspira, ani w Londynie, ani w Stratfordzie. Najsensowniejsze jest przypuszczenie, że wracały do autora, autorki, do osoby jednej, a może kilku. Na tych papierach-oryginałach nie widniało na stronie pierwszej nazwisko Williama Szekspira. Pojawiało się ono dopiero na papierach-kopiach.
O Williamie Szekspirze są udokumentowane przekazy, że miał łeb do interesów, legalnych na równi z nielegalnymi. Wydawał duże pieniądze. Obliczono, że gdyby sprzedał wszystkie "swoje" sztuki, przez całe życie uzyskałby około 300 funtów. A on potrafił tyle wydać jednorazowo na zakup kawałka ziemi. Dziesiątki i setki funtów miał co i raz do dyspozycji, przez ładne parę lat. Jak wiadomo, najlepsze fortuny robi się na transakcjach utrzymywanych w tajemnicy, sekretnych. Za takie od siedmiu boleści tajne szwindelki, jak niepłacenie podatków, nieoddawanie długów, zakazane gromadzenie reglamentowanego towaru groziły byle jakie kary i Szekspir płacił. Płacił i nie rozpaczał, bo miał do sprzedania lepszy towar lepszemu towarzystwu niż prowincjonalni urzędnicy i wsiowi wierzyciele.
William Szekspir nie był człowiekiem nadmiernie wykształconym. Paradoksalnie wykształcenie solidne sugerowała zawartość sygnowanych przezeń dramatów – znajomość paru języków, własnego zaś opanowanie do perfekcyjnej perfekcji; znajomość rzeczywistej i fantazyjnej geografii Europy, literatury klasycznej i współczesnej, także tej nietłumaczonej na angielski; wszelkich dziedzin aktywności wyrafinowanych i siermiężnych; historii Anglii i świata; tajemnic dworskich i królewskich codzienności; subtelnych zawiłości religijnych, politycznych, psychologicznych – ten katalog szekspirolodzy rozbudowują w nieskończoność. Pochodził z zahukanej prowincji, gdzie może i była jakaś szkoła, ale rajcowie miejscowi pisać i czytać nie umieli. Obrzydła mu ta prowincja nim dobiegł trzydziestki – wielki świat, czyli Londyn leżał o trzy dni konnej jazdy. Wsiowy młodzian tam się wybrał i nie przepadł. W parę lat został współwłaścicielem teatru, jednym z grupy aktorskiej grającej u lorda szambelana, kimś kto przez teatr nieźle się ustawił. Ten rodzaj biznesu go najwyraźniej pociągał i fascynował, w nim się odnalazł. Powiedzmy otwarcie i jak wiadomo bluźnierczo – artystą nie był, na scenie wypadał raczej średnio, dramatów nie pisał – ale wiedział jak artystycznym biznesem zarządzać i gdzie – w tamtejszej atmosferze, sytuacji, w tamtych układach – znajdują się kokosy. Szekspir był obrotnym, rozgarniętym człowiekiem, wiedział nie tylko jak na show-biznesie zarobić, ale jak ma ten mechanizm działać, żeby przynosił zarobki.
Miał młody prowincjusz osobliwe wyczucie sceny i gustów różnych widowni – tej wykwintnej, grymaśnej, dworskiej, i tej z drugiej strony Tamizy – szemranej, zaharowanej, rechotliwej. Podobnie jak spryciarze z Hollywoodu wykombinował, że podstawą sukcesu jest dobry scenariusz. Wyspiański był przekonany, że miał też gwiazdy aktorskie. W Londynie wróble ćwierkały, kto potrafi taki scenariusz dostarczyć i dlaczego musi się kryć z tym, że umie pisać dla teatru leżącego w nieszlachetnej części stolicy. Wróble – owszem, ale oficjalnie język na kłódkę. Dla utalentowanego kogoś z arystokracji to byłaby infamia w środowisku, przewina niewybaczalna, ujma, wstyd i despekt na honorze pisać dla zwykłej publiki, a nie dla elit dworskich. Dla utalentowanego. A dla utalentowanej? – takie zjawisko zwyczajnie nie mogło wtedy zaistnieć na bożym świecie.
No, i Szekspir sprzedał rzecz bezcenną, do dziś nie mającą ceny – nazwisko: "William Shakespeare". To jest "logo". Marka. Znak najwyższej jakości teatralnej. Także literackiej. "William Shakespeare" to nie nazwisko autora, to nazwa firmy.
Za utrzymanie tej transakcji w tajemnicy miał niezłe gratyfikacje. Za nieutrzymanie – prawdę powiedziawszy, nie miałby gdzie uciec, ani gdzie się schować. Zasady były jasne – dobry scenariusz pójdzie na sceny, a za to, że tylko William wie, kto jest autorem, trzos Williama nie będzie pusty. On zaspokajał ambicje twórców, tęsknotę za pokazaniem światu dzieła, pożądanie sławy – gwarantował sławę tajemną, ale sławę. Może autorzy sądzili, że tajna będzie ich sława tymczasem, na razie, a okazało się, że solidność firmy zagwarantowała sekret na zawsze.
Trzech ludzi wiedziało, że to nie William jest autorem wystawianych dramatów – John, Henry i Richard. Być może któryś z nich właściwego adresu się domyślał, a może wszyscy, bo linie pośrednictwa jakieś zapewne istniały. Ale na pewno wiedzieli, że nie pamiętają, czego się domyślali. Wszyscy byli z Williamem współwłaścicielami teatru Globe, dwóch z nich dało synom na imię William.
No, więc scenariusze były, ale to nie oznaczało końca pracy. Scenariusze były długie, piękne, mądre, poetyckie, literacko kunsztowne, atrakcyjne, fantazyjne i nawet zabawne. Wspaniałe, tylko, że nie do wystawienia, prawie nie do oglądania, a już na pewno nie przez publiczność, która mieszkała wokół teatru Globe. (Na dwory wielmożów, a i na dwór królewski, zespoły teatralne wzywano, by bawiły i wzruszały, ale teatr dla zwykłej publiczności, z otwartym dostępem, nie mógł się znajdować w granicach miasta.)
Te piękne scenariusze trzeba było przerabiać. Przypuszczać można, że William ani nie miał czasu, ani dostatecznej sprawności, żeby je przeczytać, toteż urządzał coś w rodzaju próby czytanej – w bardzo ścisłym gronie zaufanych kolegów. Oni czytali, a on mówił, korygował i nakazywał: to za długie, to niepotrzebne, ten dowcipas uaktualnić, to słowo zmienić na... (jak nie wiedział na jakie, to wymyślał swoje własne), tu akcję uprościć, a tu zagmatwać, tę scenę rozdzielić na dwie, te dwie złączyć, ten dialog jest drętwy, więc damy tu, co wczoraj usłyszałem w porcie.
Miał do tego dryg, ten sam talent, co u sprytnych jegomości za biurkami-gigantami w Hollywood, którzy scenariusza napisać nie potrafią, ale napisany umieją tak przeinaczyć, że się sprzedaje publiczności lepiej niż świeże bułeczki. John, Henry i Richard wiedzieli, że bez Williama daleko by nie zajechali. Żaden z nich naprawdę nie pamiętał, że troszkę się żachnął, troszkę zdziwił, gdy William po raz pierwszy zapowiedział, że nowy dramat pójdzie na scenę pod jego nazwiskiem. Potem już było im oczywiste, kogo za autora będzie miała publiczność. Według wskazówek utalentowanego Williama podredagowali tu i tam oryginalny dramat, czasem bardziej, czasem mniej, i rękopis znikał. Po kilku takich zdarzeniach rzadko się mylili, przypuszczając, że to a to William zaakceptuje, tu czy tu wprowadzi zmiany, a w tej partii każe im coś od siebie wymyśleć. Tak oto nabywali wiedzy na bycie edytorami Pierwszego Folio.
Może ten opis to przesada, może William był w stanie przeczytać samemu prawie każdy tekst, ale że przerabiali go wspólnie pod jego dyktando, to niemal pewne – bo skąd by wiedzieli potem, jak przygotować cały zbiór dramatów Williama Shakespeare'a do druku? Jeśli im to zajęło pięć-sześć lat, to właśnie dlatego, że po redaktorskiej robocie kunsztowny oryginał znikał, jakby go nigdy nie było. Oraz dlatego, że nawet na łożu śmierci William im nie ujawnił prawdziwego autora – kim był, czy byli, czy też była. Sami więc musieli ich odnaleźć, do nich dotrzeć, namówić, negocjować i tak samo jak William zagwarantować sekret. Se non è vero.....



















