1.
Każde dzieło artystyczne podoba się, lub nie, najpierw w swoich fragmentach, w trakcie jego konsumpcji, przyswajania, podczas odbioru – kawałek po kawałku, a potem dopiero jako całość, po jego zakończeniu. Tak jest z powieścią, filmem, spektaklem teatralnym lub z symfonią. Tę niezbyt oryginalną uwagę czynię po to, aby móc powiedzieć, że pewne dzieła, filmy w tym przypadku, nie robią zbyt dobrego wrażenia, jako całość, natomiast w wielu poszczgólnych sekwencjach bywają znakomite. Mam zamiar opisać urodę, bądź jej brak w dwóch filmach na temat słynnej, starej powieści o Don Kichocie.
Źle napisałem: "dwóch filmach", bo tak na pewno jest tylko jeden film, a to coś drugie, chociaż jako film prezentowane, nazywali znawcy tematu uzurpatorstwem, albo nawet katastrofalną pomyłką. Toteż tylko jeden nazwać można arcydziełem.
"Don Quixote" w reżyserii Lau Lauritzena powstał w roku 1925-26, zaś "Don Quixote" w reżyserii Orsona Wellesa był produkowany w latach 1957-69. Ten pierwszy jest niemy, ten drugi z dźwiękiem, a oba są niekolorowe. Być może w swoim czasie pierwszy był oglądany z ulubieniem, przynajmniej w Danii (bo tam powstał), może w Hiszpanii też. Drugi film nawet nazwiskiem Wellesa, twórcy słynnego kiedyś niezmiernie, nie obronił się u widzów, przede wszystkim dlatego, że tak naprawdę nigdy "nie poszedł" między nich. Sam Welles nie poczynił i nie doczekał jego finalnego montażu.
Archiwa internetu pozwalają obejrzeć oba filmy, mimo tego, że nie są one w kinowym i telewizyjnym obiegu, bo żadnego dystrybutora nie interesują. Ale o masowości oglądu nie ma mowy, jako że pięćdziesiąt kilka tysięcy wyświetleń filmu Wellesa przez cztery lata obecności na YT to mizerna oglądalność. Nawet wersja 4K, cyfrowana w lutym 2022, nie sięgnęła po trzech kwartałach tysiąca obejrzeń. A jak jest oglądany niemy "Don Kichot" na stronie zawiadywanej przez Duński Instytut Filmowy, wie tylko jej admin. Opisuję zatem produkcję znaną elitarnie, głęboko niszową, jak się łagodnie powiada o czymś, co mało kogo obchodzi.
Powstawanie filmu Wellesa to może być anegdota beznadziejnie krótka, i tak wygląda w Wikipedii polska informacja o nim. Może też być to opowieść wcale długa i taka jest w Wikipedii po angielsku, jako że czerpiąca z wielu książkowych źródeł. W przeciwieństwie do znikomych wiadomości o Lau Lauritzenie, twórcy duńskim, o Orsonie Wellesie czerpać można wiadomości bez ograniczeń. Ale mnie interesuje jeden jego film, niedokończony, albo raczej nieustannie tworzony, obecny w zamysłach artystycznych reżysera przez trzydzieści lat do końca życia.
Gdy pierwszy raz obejrzałem to, co jest demonstrowane jako Don Quixote Orsona Wellesa, miałem nieodpartą chęć przeedytować we własnym komputerze wersję z DVD – skrócić całość, poprzestawiać układ pewnych sekwencji i ujęć, a nawet niektóre inaczej zmontować. Wstrzymałem się, gdyż sądziłem, nie znając wówczas losów tego dzieła, że to jest wytwór jeśli nie własny reżysera to rzecz, którą znał i akceptował. Tak nie jest, tak nie było.
Ten film nie jest wytworem autora, ale montażową mizerotą niejakiego Jezusa Franco, uzurpującego sobie pojęcie o autorskich zamierzeniach. Nie powinno być filmu Wellesa o Don Kichocie, bo on czegoś takiego nie sfinalizował. Najuczciwiej byłoby udostępnić widzom wszystkie nakrętki w formie nieedytowanego dokumentu, albo przynajmniej oddać je w ręce pierwszorzędnego fachowca, artysty-edytora, który rozumiałby, co ogląda. Pan JF miał może dobre chęci, ale one same nie wystarczą, nadają się najwyżej na piekielny bruk.
Można dokonania owego JF bronić, że tak naprawdę wyraźnie spartolił tylko drugą część wytworu na DVD, w której jest mnóstwo bardzo niedobrych ujęć, kiepskich w aktorstwie, w scenografii, w kadrowaniu, bez śladu reżyserskiej ingerencji. Są to przeważnie sceny dokumentalne z festiwalowych wydarzeń na ulicach albo na arenie i w teatrze korridy, a zarejestrowane tak chaotycznie i w pośpiechu, że aż nieporadnie. Bezapelacyjna wina w tym przede wszystkim Wellesa, którego chyba opuściło natchnienie. Jednakowoż panu JF także nie towarzyszyły Muzy, gdy próbował z autorskich nieporadności sklecać film według infantylnego widzimisię. Mimo owych nieporadności uważam, że nieudane nakrętki Wellesa w dobrych rękach (kobiecych najlepiej) można zmotować w film składniej i ładniej.
W pierwszej części – całość trwa 1 godzinę i 53 minuty – też nie wszystko układa się precyzyjnie, ale zdjęcia, całe sekwencje są niekiedy mistrzowskie, przejmujące; kadry są nieraz tak natchnione malarsko, tak są reżysersko modelowane postaci, ich wgranie w pejzaże, tak pomysłowa jest interpretacja, obrazowanie dzieła Cervantesa, że właściwie nawet złożone byle jak, obroniłyby się filmową urodą. Nie wszystkie, ale bezapelacyjnie większość. Tutaj JF miał mało do spartolenia.
Orson Welles zaryzykował koncepcję niesamowicie ambitną, jak się okazało ambicjami przerastającą natchnienie – pokazanie jak Cervantowskiego Don Kichota doświadcza współczesny czytelnik. Film to miało być coś więcej niż mechaniczne wstawienie błędnego rycerza z XVII wieku w scenerie, klimaty i sprawy drugiej połowy XX wieku. Myślę, że to miał być film o istnieniu literackiego arcydzieła, o literackiej wizji Hiszpana sprzed 400 lat w wizjach Hiszpanów współczesnych. A może nawet jeszcze bardziej był zawinięty pomysł Wellesa, wygląda bowiem na to, że chciał zrobić film o tym, jak on sam Cervantesowską postać i jej perypetie widział w znanej sobie Hiszpanii. Widział rzecz na trzech planach – 1. klasycznej epopei hiszpańskiej; 2. współczesnej Hiszpanii, świata, a nawet wszechświata; 3. własnych wobec tych sfer urzeczeń i natchnień.
Wystarczyło tej konstrukcji na film życia, wystarczyło na niepewność co do efektu i na niemożność albo niechęć do skończenia pracy. Jest w tym wszystkim coś nostalgicznego, jakby tęsknota za osiągnięciem arcydzieła i zarazem za jego nieskończonym tworzeniem. Nie to miał na myśli Jonathan Rosenbaum, kiedy pisał o nostalgii wellsowskiego Don Quixota, ale uważał, że to uczucie wydaje się najbardziej dojmujące w całym filmie. Istotnie postać rycerza w przeróżnych sytuacjach, między ludźmi i w pustkowiach wzgórz lub równin, we wsiach i w mieście, podczas monotonnej włóczęgi i w ekscytujących walkach, obrazuje kogoś w tęsknej pogoni za czymś, czego na filmie wyraźnie nie widać. Jest on czegoś nieustannie stęskniony – to stały stan jego ducha – poszukuje czegoś niewidzialnego. Są też długie sekwencje o Sancho-Pansowym szukaniu Don Kichota. Również sam Orson Welles, występujący w filmie, poszukuje swego bohatera, zagubionego we własnych poszukiwaniach; obaj się wzajem chcą znaleźć i wciąż sobie umykają – zamknięte koło z którego Welles nie znalazł wyjścia.
Przy końcu pierwszej części filmu jest scena, która najlepiej może ilustruje estetyczny zamysł w obrazowaniu błędnej wędrówki nawiedzonego rycerza. Jest tu pustkowie podgórskiej krainy i niebiański ogrom przestrzeni w której błąkają się Don Kichot z Sancho Pansą. W tym pejzażu istnieją tylko oni dwaj. Niebo nad nimi jest szczególnie uposażone w kłębowisko chmur, które pokazują jednocześnie ciężar, jaki się nad nimi gromadzi i lekkość ich nieogarnionej wolności. Jest tu i jasność i mrok w tych samych elementach krajobrazu; jest samotność każdego z nich i zarazem nierozerwalna więź między nimi; jest otwartość nieskończonych dróg i beznadziejne kręcenie się w kółko. Don Kichot wydaje się nie wiedzieć dokąd mają iść, ale dumnie i po pańsku rusza w kierunku przeciwnym niż chciałby Sancho. Ten jak zwykle wyrzeka gderliwie, że wybór jest fatalny i głupi, ale w końcu dochodzi do wniosku, że sam jest głupcem, skoro służy głupiemu panu.
Niezwykła jest końcówka tego ujęcia – gdy rycerz konno, a giermek pieszo odchodzą w głąb kadru przez puste pole ku horyzontowi, a ich sylwetki maleją, filmująca obu kamera powoli robi tilt, czyli panoramuje ku górze, ku skłębionym sferom, tnąc wiotczejącą u dołu kadru ziemię. Chmury w poruszonej kipieli opadają ciężej i ciężej na tonących w niej wędrowców, aż w dalekiej przestrzeni kraina, ku której wyruszyli, rysuje się nie na ziemskim obszarze, lecz na obszarze nieba.
Wiele razy błędny rycerz był filmowany na chmurnym tle, jakby poruszający się ponad ziemią, jakby lewitujący albo gotów odlecieć ku niebu, lub jakby dopiero co stamtąd przybył. To są aluzje – twarz, albo cała postać błędnego rycerza, zwłaszcza rozdzianego ze zbroi i w luźnej szacie, jest często stylizowana na Frasobliwego, czasem niczym z katedry, czasem podobnego do świątka przy drodze. Może więc widzimy błędnego rycerza nie na zaplątanych wyprawach, ale na pielgrzymce ku krainie niekoniecznie do odnalezienia na Ziemi. To oczywiste, że Welles zamyślił film pokazujący ponowne przyjście Don Kichota, tym razem do współczesnego świata – i znów z urojoną i (o-)błędną misją rycerską (mesjańską). Nie można powiedzieć na pewno, że w swej powieści Cervantes nie zamierzał pomieszczać okołochrystusowych dwuznaczności i że odczytanie Wellsowskie jest nieprawomocne i obrazoburcze.
Nie znam prób monatżowych samego Orsona Wellesa z roku 1972, więc nie wiem, czy on też, jak Jesus Franco wprowadzał Don Kichota na ziemskie szlaki, jako schodzącego z pomnikowych piedestałów. Na początku produkcji DVD z 1992 roku postaci z powieści – Don Kichot, Sancho Pansa, Dulcynea – są pokazane zastygłe w monumentach na ulicach hiszpańskich miast. Potem te pomniki ożywają w filmowych kadrach i tak się zaczyna donkiszoteria Wellsowska – żadnego nawiązania do powieściowej fabuły. "Wellsowska", gdyż to jest dobry pomysł i nie sądzę, żeby JF ośmielił się go zmieniać.
W gremialnych potępieniach wytworu JF nie znalazłem wzmianek o tym jak dalece i w których partiach odszedł on od– lub nawiązywał do zamysłów reżysera i czy jakieś fragmenty jego filmu zachował nienaruszone edytorsko. Doszukując się więc urody (i przesłania) filmu Wellsa o Don Kichocie, mogę tylko wybierać jego poszczególne sekwencje. Wersja na DVD jako całość mi się nie podoba i arcydziełem jej nie nazwę, ale żal, że Welles finalnie arcydzieła się nie dopracował.
° ° °
2.
Znacznie mniej mam wątpliwości, oglądając film Lau Lauritzena. Po pierwsze ten film wygląda na zekranizowanie powieści Cervantesa w nieudziwnionym jej odczytaniu, z pełnym respektem dla literackiego pierwowzoru. Pod artystycznym względem zdecydowanie się różni od podobnych dokonań ekranizacyjnych, dawnych i współczesnych – przeważnie są tak banalne i nawet prostackie, jakby twórcy sądzili, że cokolwiek zrobią, obroni się samo autorytetem światowego uznania dla powieści i nazwiska autora. A poza tym mamy do oglądu dzieło, pod którym Lauritzen się podpisał i nawet dziś ono jawi się (wyświetla) tak, jak on sam je sto lat temu ułożył. Trzeba tylko miłosiernie co pewien czas nie dostrzegać technicznych dewastacji obrazu na starej celuloidowej kliszy.
Mimo, że film duński rozgrywa się w sceneriach "z epoki", czyli z wieku XVII, a film Amerykanina w sceneriach z połowy XX wieku, można je oba zestawiać ze sobą, gdyż Welles świadomie stylizował swój obraz w estetyce filmów niemych, nieprodukowanych od ćwierć wieku. Ale bliższe ich porównywanie nie ma zbytniego sensu, jako że dzieło Lauritzena jest tak samo odległe od dzieła Wellesa, jak było w 1926 od produkcji ówczesnych. Nie w tym rzecz, że Duńczyk zamierzał stworzyć film na możliwie najwyższym poziomie artystycznym, bo i Amerykanin miał podobne ambicje. (Twórców w epoce filmów niemych, którzy przejawiali podobne aspiracje, można policzyć na palcach jednej ręki.) Mimo stylizacji wielu nakrętek na staroć, zwłaszcza rycerza i giermka w pejzażach, Welles zrobił (nieświadomie) film w konwencji video, a nie wielkiego ekranu. Nawet nie to, że improwizował, bo tę metodę stosowano w "niemych" nieustannie, ale przede wszystkim kręcił z ręki, albo z kamery na statywie, ale tak ruchomej, że co chwilę zmieniającej kąt widzenia i ustawienie wobec planu. Na planie zaś często bywał bałagan, którego nie porządkowano scenograficznie. Jak ktoś Wellesowi wszedł w plan, zostawał na zdjęciach. Czegoś takiego nie spoób się dopatrzeć w "niemych", nawet w ujęciach plenerowych.
Ale przede wszystkim film Lauritzena od wszelkich innych produkcji wyróżniała elegancja. W znanych mi zestawach terminów filmowych pojęcie "elegancja" nie występuje, lecz wystarczy obejrzeć kilka minut duńskiego "Don Kichota", żeby być pewnym, że chodziło o przedstawienie szykowne, staranne i finezyjne – zarówno w porządku akcji i ustawieniu planów, gry aktorskiej, scenografii, kostiumów, jak i w obrazie, w kadrowaniu, w teatralnej malarskości i na odwrót.
Film miał wyglądać wykwintnie i drogo, artystycznie i arystokratycznie. (Na filmie Wellesa niedostatki budżetu, albo jego brak przędą pionierską formułę "wideo" ściegiem jak z powrósła.)
Była to elegancja zamierzona w czasach, gdy kino nie tylko nie uchodziło za elegancką formę sztuki, ale w ogóle nazywanie go sztuką brzmiało prowokacyjnie.
Sam Lauritzen był parę lat wcześniej wynalazcą mało eleganckich komedi z parą Pata i Pataszona, w której to formule niechlujność obu postaci była numerem jeden w miksie rozśmieszaczy.
Obie śmieszne postaci, tych samych dwu aktorów zobaczyli widzowie w filmie eleganckim – wysokiego, chudego jako Don Kichota; pucułowatego niskiego jako Sancho Pansę. Byli to Pat i Pataszon, dwaj klowni, komedianci, rozbawiacze, pokraki i niedorajdy, prekursorzy Flipa i Flapa. Tym razem przeobrażeni w majestatyczną postać nawiedzonego rycerza i w sympatyczną postać lojalnego, opiekuńczego giermka-roztropka.
Była to pat-pataszonada w wydaniu filmowym eksluzywnym, nawet w scenie, gdy Sancho dogania łapserdaka, który mu ukradł osła i goniąc, próbuje go kopnąć w tyłek, ale złodziej umyka bezpiecznie, a Sancho się przewraca na kamień i to on na końcu sceny trzyma się za bolącą pupę. W czym tu elegancja? – ot, choćby w ujęciu z cienia bramy na rozsłoneczniony krajobraz, w grze cieni dublujących aktorów na drodze, a nawet w tak subtelnym pomyśle by zwycięski Sancho biegł w światło, a sponiewierany wracał w strefę cienia.
W powieści Don Kichot jako rycerz wyglądał pociesznie w zbroi skleconej ze starych blach, w hełmie z tektury, na szkapinie kościstej i człapiącej. W filmie nosi zbroję może nie nazbyt paradną, lecz militarnie nic jej nie brakuje.
Jego giermek jest chłopiną prostym, ale wcale chędogim. U Cervantesa dwie panienki lekkich obyczajów pod bramą karczmy to bezwstydne wyciruchy, a u Lauritzena normalne dziewczyniny z lekko tylko przybrudzonymi rękawami koszul.
Rosynant, koń rycerza, u Lauritzena jest pięknym wierzchowcem, kawaleryjsko wytresowanym, wyszkolonym do pojedynków. W scenie pod wiatrakiem, gdy śmigło strąciło z siodła rycerza, lauritzenowski Rosynant pokazał ryzykowną paradę wycofania się tyłem z pola potyczki na pozycję wyczekującą jeźdźca i wykonał ją z wyczuciem i gracją rycerskiego rumaka.
Elegancja przejawia się w całej krasie w scenach dworskich, których Lauritzen wmontował w film tak wiele, że aż za dużo. Przesadził, bo te sceny ilością dewastują jakość całego filmu, jako opowieści o Don Kichocie. Strojne ubiory dworzan, zwłaszcza dam, chodzenie państwa dostojne, ceremonialne spotkania, afektowane przeżywanie wyrafinowanych emocji, wdzięczne gonitwy młodzieńców po alejach, pyszne ogrody, wnętrza pałaców, ażurowe krużganki, obfitość mebli i ozdób, paradne wojska – to wszystko, ilością i cudownością zapierającą dech widzów siermiężnego z reguły kina niemego, nieomal przytłacza wędrówkę, a właściwie włóczęgę nawiedzonego niby-rycerza.
Można powiedzieć, że Cervantes jest tu najbardziej winien. Spostrzegł to po latach, gdyż w drugim tomie sam siebie zrugał za niepotrzebne wpisanie w tom pierwszy opowieści długaśnej i nudnej o zazdrosnym mężu, o klasę gorszej, niż nowele "Dekamerona". Tę nowelę Lauritzen pominął, ale rozpędził się w dworskiej elegancji noweli z pierwszej części o Dorocie, także zdecydowanie za długiej. Jeszcze gorzej, że zostawił z tomu drugiego w filmie prawie wyłącznie scenę oszukańczej przemiany Sancho Pansy w wielkiego pana, która przez pół godziny ciągnie się niemiłosiernie w pałacowych wnętrzach. Jeden skecz przy królewsko acz fałszywie zastawionym stole, kiedy urojona etykieta rzekomego dworu zabraniała Pansie-gubernatorowi tknąć jakiejkolwiek potrawy, powtarza się prawie bez odmian cztery razy, aż znudzony widz zapomina o imponujących inscenizacjach pod murami fortecy, gdy z każdej strzelnicy wiuwano proporcami podczas wjazdu Pansy-gubernatora.
Wellesowi zdewastowała film nieznana mu, przedwczesna, amatorska koncepcja "wideo", a Lauritzen niemal położył arcydzieło niefilmową teatralnością, chybioną szekspiriadą nie przypiął tu, ni przyłatał. Obu im uratował filmy Don Kichot, który nie jest ani z wideo, ani z teatru i którego Cervantowski, literacki wizerunek potrafi się obronić nie tylko u mistrzów, ale i w patałaszych produkcjach. Prawdziwa uroda i elegancja filmu Lauritzena wcale nie objawia się tam, gdzie on myślał, że wyjdzie najlepiej. Ponoć od zawsze miał chęć sfilmować powieść Cervantesa, a tu przyszło mu przez kilka lat kręcić Pata i Pataszona, aż pewnego dnia genialnie zobaczył w nich Don Kichota i Sancho Pansę. Powiadają znawcy, że to jedyny, prawdziwie artystyczny film twórcy niewybrednych komedii.
PS. Przyznam, że i w przypadku duńskiego obrazu korci mnie wyedytować (precz) nadętą pałacową elegancję i zostawić sobie fajny film o Don Kichocie.
° ° °










































