Geografia
"Pielgrzynki do Jasnej Góry"
Władysława Reymonta
1.
Reportaż Reymonta o wydarzeniu, które trwało dziesięć dni, zaczyna się tak, jakby w ogóle nie było o czym pisać reportażu. Ot, ludzie wyruszający na pielgrzymkę zebrali się pod kościołem. A on, w roli reportera ekskluzywnego tygodnika, nawet nie zdołał przepchać się przez tłum do środka i nie słyszał co powiedziano z ambony. Nawet nie napisał wyraźnie, pod jakim to się kościołem zdarzyło. Sam tak wymyślił, czy mu w redakcji poprawiono, skreślono, doradzono nazwę usunąć?
Podobno nigdy nie narysowano mapy tej pielgrzymki. Nie było jej na łamach Tygodnika Ilustrowanego w 1894 roku, ani w późniejszych książkach wydawnictw polskich i emigracyjnych. Z okazji niedawnego tłumaczenia tekstu na angielski recenzent utyskiwał, że nie zrobiono mapy, więc może istotnie nikt jej do dziś nie narysował.
Trasę łatwo ustalić. Wiodła od kościoła na warszawskiej Pradze do klasztoru na Jasnej Górze w Częstochowie. Reymont wylicza mijane i postojowe miejscowości, jako tytuły rozdzialików. Co było natchnieniem pielgrzymów, oprócz religijnych zobowiązań, wiedziano powszechnie, choć sekretnie – uczczenie setnej rocznicy Insurekcji Kościuszkowskiej. Takie daty za zaborów pamiętano skrupulatnie i obowiązkowo – był rok 1894, wiosna, początek maja, dokładnie – piątego maja w sobotę.
Piątego maja przed stu laty od pielgrzymki praskiej, w roku 1794, Kościuszko założył warowny obóz pod Połańcem i zamierzał pobić rosyjski korpus generała Denisowa. Naczelnikiem insurekcji został obwołany piętnaście miesięcy wcześniej. Rocznica była więc nie bardzo oczywista kalendarzowo, ale całkiem oczywista duchowo.
Pielgrzymka Reymontowska trwała dziesięć dni. Gdy się skończyła, pojechał początkujący wówczas literat do domu ojca w Wolbórce, sto kilometrów od Częstochowy na północ, i tam dwa tygodnie później skończył pisanie swego reportażu. Pod tekstem pomyłkowo dał datę, to on chyba, nie zecer, "3 maja", zamiast 30 albo 31 maja. I tak poszło w druku.
Szesnastego czerwca w numerze dwudziestym czwartym Tygodnika Ilustrowanego zaczęto akurat drukować powieść przesławnej wówczas Elizy Orzeszkowej, szły sonety Marii Konopnickiej, pisał Ignacy Matuszewski, ale szumnie, na pierwszej stronie magazynu, wydrukowano pierwszy odcinek reportażu niejakiego Władysława Reymonta.
Kolejne odcinki opowieści nie zawsze ukazywały się na czołówce, ale opublikowano całość, trzynaście części, tydzień w tydzień, aż po fragment końcowy – 8 września. Obok ostatniego tekstu redaktorzy wstawili pełnostronicową litografię Edwarda Gorazdowskiego z fotografii Ludomira Dymitrowicza "Wnętrze kościoła na Jasnej Górze", wykonanej niemal dokładnie w czasie Reymontowej wyprawy. Wielki to jest obrazek – strona Tygodnika miała wymiar 27 na 35 cm, napisano skrupulatnie w Wikipedii, ale że w Tygodniku drukował cokolwiek Władysław Reymont – w notce Wiki ani pół słowa. A to od tej publikacji, w tym właśnie czasopiśmie objawił się czytelnikom mistrz polskiej literatury; na tych łamach zaczęła się sława Reymonta, którą widział w proroczym nawiedzeniu Aleksander Świętochowski, bo to on 27-letniego Władzia namówił na wyruszenie i opisanie peregrynacji.
W następnym roku, w czerwcu, rzecz wyszła w formie książkowej u Gebethnera i Wolfa, ze zwyczajną wówczas adnotacją: "Дозволено Цензурою". Przypuszczać można, że przez owo cenzorskie "dozwolenije" Reymontowy reportaż, zaczyna się, tak jak się zaczyna, czyli że nie bardzo wiadomo o co chodzi i czy autor z sympatią ma zamiar owo arcy-polskie wydarzenie opisywać. Wychodziło przewrotnie, że raczej z niewielką sympatią, więc cenzor "dozwolił". Publikacja miała stron 132, czyli jak na książkę niewiele, ale sporo, jak na reportaż. Przyjęło się go nazywać pierwszym literackim reportażem polskim.
Początkowy rozdzialik to jeden z najkrótszych fragmentów w całej książce. Niebieskim kolorem zaznaczone są poniżej wszelkie możliwe do znalezienia detalki o terenie, na którym odbyło się rozpoczęcie wędrówki. Żeby tak "oszczędnie", delikatnie mówiąc, przedstawić geografię wydarzenia, podniosłej ceremonii w istocie, to trzeba się solidnie nakombinować. Tak, aby ruski cenzor nie wyniuchał, że opisywana będzie patriotyczna, tłumna impreza, zaczynająca się w stolicy nieistniejącego kraju. Na pewno z politycznych powodów wyjście owej pielgrzymki urządzono w rok po dokładnej rocznicy. Na pewno z tych powodów wyruszono z Pragi, a nie spod kościoła okazalszego w centrum Warszawy.
Pierwszy rozdział:
”Praga-Kościół.
Idę wyekwipowany jak można najskromniej: długie buty, jakaś sędziwa okrywka, płaski kapelusz i parasol nie odróżniają mnie zbytnio od tłumów, zgromadzonych na placach i drogach przed kościołem. Nikt zresztą na mnie uwagi nie zwraca, wszyscy są zbyt zajęci przygotowaniami do wyruszenia i spoglądaniem na zachmurzony horyzont. Deszcz tnie drobny, ale mimo to wielkiego skłopotania nie znać na twarzach. Gwarno wszędzie, jak w ulu. Przeciskam się na cmentarzu z trudnością, i widzę z zadowoleniem, że niema wcale welonów, surdutów ani kapeluszy. Sam szczery lud. Twarze są proste, czarniawe od skwarów, rysy zgrubiałe, ubiory szare — i widzę przez oczy tego tłumu, że ma duszę napiętą jakiemś niezrozumiałem dla mnie uczuciem. Mieszam się z nimi, wchłaniam setki rozmów, twarze niezliczone, i ta szarzyzna pospolitości, ten gwar jarmarczny przejmują mnie nudą i zniechęceniem. Czuję się ogromnie obcym i osamotnionym. Chciałbym się nawet poddać tej fali ludzkiej, byle wyczuć ten prąd, jaki ją musi przenikać — ale nie mogę... I gdy tak stoję, przystępuje do mnie jakiś chłop, w szarej sukmanie, z różańcem na szyi i twarzą kwadratową.
— Pan także idą? — pyta.
— Idę; idziemy razem.
— To niby z nami?
Odpowiadam mu twierdząco i chcę go wciągnąć w pogawędkę, ale chłop milknie i odchodzi. Znowu stoję i nie wiem, co z sobą zrobić. Do kościoła ani marzyć się dostać: przejście wprost zagwożdżone ludźmi; słyszę tylko śpiewy i głos organów, a potem dochodzą mnie słowa pojedyncze kazania; spazmatyczne a krótkie fale płaczów przelatują jak wicher.
Ksiądz ma przemowę do odchodzących.
Wszyscy klęczą z odkrytemi głowami, w jakiemś biernem poddaniu i ze skupieniem słuchają.
Szare niebo nie przestaje siać deszczykiem a grozić ulewą; to mnie przedewszystkiem pognębia, że już i nie słucham i z niezbyt wielką przyjemnością przypatruję się rozkwitającym bzom i czerwonawej, młodej zieleni kasztanów. Wreszcie zrobiło się zupełnie cicho, i ten tysiączny tłum zaczyna zwolna odpływać cienkimi strumieniami.
I gdyśmy tak szli, rozsypani, to na tle mostu, na tle zieleni parku, na tle miasta rozłożonego z drugiej strony Wisły, te szare, drobne i twarde sylwetki ludu, te profile ostre, twarze szorstkie i grube, postacie kwadratowe, pozginane nieco pod tobołami, obwieszone sznurami różańców, miały w sobie jakąś moc i namaszczenie ogromne.
Krzyż bronzowy, obwiedziony wiankami róż papierowych, kołysał się na czele orszaku, w mętnej, zadeszczonej atmosferze. Gwar miasta dopływał zgiełkliwą falą, dzwonki tramwajów biły raz po raz, turkot wozów brzmiał głucho, kominy fabryk rozwłóczyły nad miastem strzępy mgieł, a tam w dole szarawo-żółta toń z pluskiem bila o przyczółki mostu. Wszędzie wrzało życie pośpieszne, czynne, wysilone, życie miasta; walka o byt i o uciechę.
I gdy tak w myśli zestawiam, spostrzegam wysuwający się z pod wiązań mostu jednokonny karawan, z niebieską trumienką na szczycie, za nim jedną, jedyną kobietę; trzyma się ręką sukna i idzie jakimś automatycznym krokiem, z głową opuszczoną na piersi... Przemknął mi wnet jej profil suchy, przegryziony bólem, a pomimo tego długo widziałem jeszcze ten surowy rysunek ust zaciśniętych, tę czerwoność opuchłych, zapłakanych źrenic, i ten cały wyraz boleści, jakby skamieniałej.
Uczułem jakiś niepokój ciemny i niewytłómaczony znużenia wewnętrznego, ale patrząc na tych gapiów trotuarowych, co bandami stają i przeprowadzają nas głupio ironicznemi spojrzeniami, na tę wstrętną tłuszczę, drwiącą z idących, poczułem szaloną ochotę spoliczkowania jej — ale musiałem ścierpieć. Liczyłem okna, latarnie, byłem nawet w stanie przyglądać się architekturze nowych domów warszawskich przez pięć minut, próbowałem obliczać ilość obrotów koła dorożki, byle nie widzieć tej stłoczonej, miejskiej zgrai.
Kiedym przechodził rogatki, tom posłał Warszawie tylko jedno, ale szczere słowo: — Nareszcie!... Chociaż na dziesięć dni...”
•••
Czucie i wiara więcej mówi do mnie,
Niż mędrca szkiełko i oko...
Mickiewicz.
Takie motto dał reportażysta swemu utworowi. Tak, jakby za lepsze narzędzia literackie, artystyczne, do sporządzenia relacji uznawał "czucie i wiarę" od "szkiełka i oka". Tak jakby oznajmiał – nie wyczytujcie z mojej opowieści tego tylko, co wynika z widocznych sensów moich zdań. Z osobistych doświadczeń biorąc, wspomnę, że w tak zwanej "polskiej szkole reportażu" w peerelowskim okresie ten postulat przekształcił się w zasadę, która często, niestety, mizerotę pisarską miała usprawiedliwić. To ostatnie również wiem z osobistego doświadczenia.
Motto wyjaśnia, albo wręcz uwiarygadnia wszelkie zamazania, niejasności geograficzne w początkowym zwłaszcza rozdziale. W dalszych jego partiach widać wyraźnie dominację "czucia i wiary", a zwłaszcza "czucia", ale konkretów "geograficznych" przybywa, choć nigdy krajobraz oglądany, mijany, spodziewany, krajobraz ziemi, mówiąc rutynowo, nie dominuje w literackim zapisie nad krajobrazem, by tak rzec, ludzkim.
•••
Na tej mapie widać jedyny wówczas na Pragę most dla ludzi i pojazdów, czyli popularnie Most Kierbedzia, od nazwiska polskiego inżyniera, a oficjalnie Aleksandrowski, od imienia rosyjskiego cara. Blisko mostu odrysowano trzy kościoły, jeden dwuwieżowy, najbliższy Wisły; drugi, ukryty w plamie ogrodu i trzeci na północ za główną częścią dużego parku. Ten w ogrodzie był prawosławny, dwa pozostałe – katolickie. Pierwszy obiekt nosi numer 45 i opisany jest jako Cerkiew Pragska. Drugi, z wieżami ma numer 66 i nazwano go w opisie mapy Kościół Ś-go Floriana (nowy kościół na Pradze). Trzeci ma numer 58 i jest to Kościół Matki Boskiej Loretańskiej.
Lakoniczny tytuł Reymonta "Praga-Kościół" dotyczy na pewno drugiego lub trzeciego. Ale którego konkretnie?
Ten "nowy" wydawałby się odpowiedni, bo blisko mostu. A jak nowy to i duży. Z tym, że on był nowy i nowy i nowy aż do 1900 roku.
Jest w Sieci porządny opis dziejów tej bazyliki katedralnej, więc cytat fragmentu:
”(...) nowy kościół miał po pierwsze odciążyć przepełniony wówczas kościół Matki Boskiej Loretańskiej na ul. Ratuszowej i jednocześnie służyć jako katolicka przeciwwaga dla cerkwi Świętej Równej Apostołom Marii Magdaleny przy ul. Aleksandrowskiej. Z inicjatywy proboszcza praskiego ks. Ignacego Dudrewicza w 1884 roku zawiązano komitet budowy, który 6 marca 1886 roku uzyskał pozwolenie i lokalizację w rejonie ulic ul. Aleksandrowskiej (dziś Al. "Solidarności"), Namiestnikowskiej oraz Konstantynowskiej - jedyny wówczas pusty plac będący pozostałością napoleońskich umocnień z 1808 roku.
6 kwietnia 1887 roku rozstrzygnięto konkurs na projekt świątyni - wygrał go Józef Pius Dziekoński(...)
4 maja 1888 roku przystąpiono do prac budowlanych, a 13 czerwca 1888 roku wmurowano kamień węgielny pod świątynię (...). 15 grudnia 1894 roku konsekrowano kaplicę przedpogrzebową (...). W listopadzie 1898 roku zawieszono dwa dzwony nazwane św. Jan oraz św. Florian, później zawisły jeszcze dzwony św. Wojciech oraz św. Stanisław. (...). Ostatnie prace zakończono w 1901 roku.”
https://warszawa.fandom.com/wiki/ Bazylika_katedralna_św._Michała_Archanioła_i_św._Floriana
Tygodnik Ilustrowany umieścił fotkę kościoła w roku 1898.
No, to już chyba wiadomo jakiego to kościoła nazwę nie wymienił Reymont. Weźmy też za wskazówkę z tekstu jego wspominek półgębkiem, że budowla jest niewielka i próżno mu myśleć o wejściu do środka; i drugi wspominek, że tłum szedł "na tle zieleni", czyli przez park, nie obok parku, jak by było idąc od Św. Floriana.
Kaplica loretańska za parkiem wyglądała tak
a właściwie cała budowla powinna wyglądać tak
To jest obraz Bernarda Bellotto, zwanego Canaletto, pokazujący Pragę zza Wisły w roku 1770. Budyneczek loretański, jak to było w tradycji budowania takich obiektów, stoi na tle o wiele większego gmachu Kościoła Bernardynów. W cytacie powyżej o bazylice wspomina się o fortyfikacjach napoleońskich z 1806 roku. Na budowę owych umocnień poszły cegły z rozbiórki kościoła Bernardynów. Proboszcz ówczesny ledwie wybłagał pozostawienie mniejszej budowli.
A zatem mamy, jako geograficzny punkt początkowy reportażu z pielgrzymki Kościół Matki Boskiej Loretańskiej.
2.
Z geograficznych obiektów w rozdziale pierwszym mamy jeszcze
– most przez Wisłę,
– nie nazwane ulice Warszawy
– i rogatki na wyjściu z miasta.
Opisał Reymont nie tyle sam Most Kierbedzia, ale to, co się w jego okolicy zdarzyło; przypomnę:
”(...) spostrzegam wysuwający się z pod wiązań mostu jednokonny karawan, z niebieską trumienką na szczycie, za nim jedną, jedyną kobietę; trzyma się ręką sukna i idzie jakimś automatycznym krokiem, z głową opuszczoną na piersi... Przemknął mi wnet jej profil suchy, przegryziony bólem, a pomimo tego długo widziałem jeszcze ten surowy rysunek ust zaciśniętych, tę czerwoność opuchłych, zapłakanych źrenic, i ten cały wyraz boleści, jakby skamieniałej.”
Czy ten lichy, nędzarski pogrzeb odbył się jeszcze po praskiej stronie, czy już po warszawskiej, trudno orzec. Na fotografiach dostępnych w sieci widać, że od strony miasta były z Kierbedzia zjazdy po obu stronach, których nie ma po prawej stronie rzeki. Po lewej stronie rzeki swobodnie dało się przejść "pod wiązaniami mostu", po praskiej chyba nie, ale zakładam, że Reymont zobaczył ten pogrzeb – który tak bardzo go poruszył, że aż o nim cały osobny akapit wplótł między siedem pozostałych w rozdzialiku – po stronie praskiej, pod konstrukcją mostu może na ulicy Olszowej, albo po drugiej stronie szosy, przy parku.
Most Kierbedzia w roku 1915,
jeszcze przed wysadzeniem środkowych przęseł.
Most w roku 1873. Brzeg praski bez Kościoła św. Floriana.
Postać kobiety za karawanem musiała się jakoś osobno wyróżniać w okolicy, a przy wielkomiejskim zjeździe mogłaby wśród wozów i ludzi umknąć patrzącemu. Jeśli tak, to kondukt ów mizerny mógł zdążać albo ku cmentarzowi katolickiemu, trochę ponad pół kilometra dalej przy ul. Moskiewskiej na nabrzeżu, albo zdążał na wspomniany wcześniej cmentarz obok loterańskiej kaplicy.
Albo – i takie można przyjąć założenie literackie – ten pogrzeb wcale się wówczas nie zdarzył. Kiedy indziej Reymont go widział w pobliżu Mostu Kierbedzia, ale wkonstruował w owo pielgrzymkowe przezeń przejście. Dziwność, uczuciowość opisu, także jego nieproporcjonalna obszerność wobec reszty wydarzeń przydaje owemu akapitowi szczególną rangę artystyczną i w pierwszym rozdziale i we wszystkim, co potem napisane.
Jaka jest zaś geografia miasta Warszawy? Otóż wyraźnie widać, że żadna. Wiemy tylko tyle, że pochód pielgrzymów dotarł na Rogatki.
Lecz żeby do nich dojść, czyli na koniec Alej Jerozolimskich, musieli przewędrować przez całe miasto od północy na południe i od wschodu na zachód.
Zaraz za mostem pielgrzymi mieli do wyboru trzy drogi:
– iść dalej i na skręcie Nowego Zjazdu skręcić w lewo na Krakowskie Przedmieście i potem na Nowy Świat;
– albo błądzić wcześniej, żeby dojść do Browarnej i na Solec;
– albo wprost z mostu, pod nim na ulicę Dobrą i także potem na Solec.
Którędy dokładnie poszli, tego się chyba już nie dowiemy. Prawdopodobne, że pierwszej możliwości carskie władze zabroniły im wybierać. Poza tym opis gapiów wskazywałby na pewną ich bliskość wobec maszerujących, do czego by nie doszło na szerokim Krak. Przedm. i na Nowym Świecie, a całkiem możliwe było na ul. Dobrej. Również charakter owych gapiów, ich reakcje byłyby całkiem inne w centrum miasta, gdzie patrzyłaby publiczność bardziej elegancka, niż ta, którą Reymont miał ochotę prać po głupio ironicznych pyskach.
To wszystko biorąc pod uwagę, przyjmuję taką oto "geografię warszawską" – Reymontowi pielgrzymi do Jasnej Góry przeszli przez Warszawę ulicą Dobrą i potem maszerowali całymi Alejami Jerozolimskimi do Rogatek, po czym skręcili w Aleję Grójecką i szli Szosą Krakowską do Wsi Ochota.
"Ochota" to jest tytuł drugiego rozdziału reportażu. Odtąd zaczyna się pielgrzymka przez osady, wsie i niewielkie miasteczka, czyli po kolei:
Ochota
Raszyn
Łazy
Tarczyn
Grójec
Głuchów
Belsk
Łęczeszyce
Mogielnica
Nowe Miasto
Różanna
Studzianna
Konice
Wielka Wola
Żarnów
Kołoniec
Fałków
Przedbórz
Wielgomłyny
Silnica
Cielętniki
Dąbrowa
Św. Anna pod Przyrowem
Mstów
Przeprośna Górka
Jasna Góra
.......
Wolbórka
Nazwy wytłuszczone to tytuły wszystkich rozdziałów, które są zarazem nazwami miejscowości. Żeby położenie paru z nich ustalić dokładniej, trzeba mapę googlowską solidnie powiększać zoomem, ale są, istnieją do dziś.
Wolbórka – to nazwa wsi "nie-pielgrzymkowej", lecz tej gdzie reportaż był pisany.
Wędrówka do nieistniejącej wsi.
Jak się wydaje szli w pięcioro: trzy zawoalowane kobiety, zakrywające twarze przed kurzem, cherubinkowy brat łata i autor, Władysław Reymont. Nazywał on trzy panie "woale", gdyż tajemniczo, jak mniemał, nie odsłaniały twarzy, zaś "cherubinkiem" jakiegoś gładkolicego młodzieńca, warszawiaka bodajże, który choć świątobliwy jak zakonnik, nie w habicie pielgrzymkował.
Szli w ten dzień od Studziannej, w etapie docelowym do Wolnej Woli, ale zamierzali zatrzymać się też nieco wcześniej we wsi Konice. Ta piątka odłączała się co raz od głównych grup pielgrzymki, nie nadążając, lub wybierając ścieżki w cieniu leśnym, a nie na otwartym polu.
Trasa liczyła, jak sądzili, cztery mile, i przypuszczać należy, że miano na myśli tak zwane polskie mile, to znaczy około 34 kilometrów, czyli zwyczajny etap pielgrzymkowy. Odpoczęli po jakimś czasie w przydrożnym kościółku i po pół godzinie wyruszyli do Konic, opisywał Reymont.
W kolejnej wsi pytali o drogę do Konic i powiedziano im, że wieś leży "O, hań!", za lasem. "Spojrzeliśmy tylko na siebie rozpaczliwie i idziemy..."
"...zmęczenie nie dało się stłumić.
Odpoczywamy co pół wiorsty, bo „Melancholia“ zaledwie trzyma się na nogach. Przez woal dopatruję jej bolesnego zacięcia ust i wysiłku ostatecznego."
"Melancholią" nazywał Reymont jedną z "woali", panią najbardziej go intrygującą z urody i zachowania.
"Noc się robi, a my wciąż idziemy polami..."
Był to bodaj piąty dzień całej Pielgrzymki i "miastowe" towarzystwo czuło już solidne zmęczenie. Istotnie człapali, można powiedzieć, zmordowani, bo pół wiorsty, to pół kilometra mniej więcej. O zmroku "Doszliśmy wreszcie do tych Konic", napisał Reymont. "Kilkanaście chałup wioski", zanotował. Nocowali tu wraz z większą grupą wędrowców.
"Woale mówią, ze choćby w rowie, to się prześpią, ale już dalej iść nie mogą. Znalazłem w najbliższej wiosce jakąś mniej zapchaną izbę dla nich i ledwiem namówił, że tam poszły."
Byłby to opis wędrówki, podobny do innych, gdy nie fakt, że szli w ten dzień do nieistniejącej wsi. To znaczy, wieś owszem była, ale nie nazywała się Konice, jak wymawiał Reymont. Na próżno by szukać między Studzianną a Wielką Wolą wioski o nazwie Konice.
Jest natomiast miejscowość o nazwie Kunice.
Sądzę, że dlatego autor pytał o Konice, gdyż uważał, że "Kunice" mówią okoliczni chłopi zwykłym gwarowym sposobem. Na to wygląda, że we wsi owej noclegując, nie dopytali o nazwę właściwą, bo "Konice" szukane wśród pól i lasów, zostały "Konicami" także w tekście reportażu, pisanym trzy tygodnie później. Albo dopytali i wiedzieli potem, że nazwa jest od rodziny Kunickich, herbu Bończa, a Reymont umyślnie zostawił w tekście ślad swojej "miastowej" ignorancji z czasu Pielgrzymki.
Reymontowego błędu nie poprawiono w Tygodniku Ilustrowanym i pozostały Konice zamiast Kunic, aż do dziś.
fot. z Google Maps, Kunice współcześnie z roku 2013.
Z Tygodnika Ilustrowanego, 1894 |
Kolejne posty to będzie zbiór "gegraficznych" zapisów Reymonta, wyjętych z reportażu o pielgrzymce, obrazowanych orientacyjnymi mapami wędrówki. Tutaj odcinek pierwszy:
Ochota – Raszyn – Łazy – Tarczyn – Grójec
Ochota
Jest to sobie kilkanaście domków brudnych i odrapanych srodze...
Karczma przepełniona...
...w obramowaniu nędznych domostw i suchotniczej, zbrudzonej roślinności...
...idziemy białawym szlakiem szosy, wskroś wielkich pól, poznaczonych kominami.
Długi, zlewający się aż pod Raszynem w czarniawą masę, szereg topoli...
Raszyn.
Kilka murowanych i srodze nadwerężonych domów, kościół, ogromna karczma, a z lewej strony masa drzew parku i stawy...
Idziemy gładką i dobrze utrzymaną szosą. Drzewa czernią się w dal szeregami. Obszary zieleni, coraz większe. Figury i krzyże gęsto stoją...
Łazy.
Na wiosce znać blizkość Warszawy. Bo choć nie mogłem już nigdzie dostać noclegu, łaziłem po chałupach. Zauważyłem czystość izb niezwykłą i porządek. Prawie każdy dom ma porządną stancyę, wybieloną, są wszędzie stoły nakryte obrusami, serwantki do talerzy, niezłe wizerunki Świętych na ścianach, łóżka wysoko zasłane, okryte kapami, całe sufity i belki pułapowe ozdobione kokardkami i wstążeczkami z różnokolorowych papierków.
Usiadłem w piasku przydrożnym...
Czarna ściana lasu, stojącego nad szosą, mętnieje i zdaje się rozpłaszczać. Kontury drzew, wiosek, wzgórz odległych...
...idę w łączkę, na drugą stronę drogi i pod wierzbami jasno-zielonemi, w ciemno-modrej sadzawce czynię ablucyę...
Mijamy lasy, aż kipiące od świegotu ptactwa, pola jak okiem sięgnąć, przepysznie uprawne i zielone, wioski, gdzie jabłonie w różowych pąkach całe, a grusze jak śniegiem obsypane kwiatami. Masy bzów...
Tarczyn,
Czworobok wypełniony przeważnie murowanymi domami. Czuć tu jeszcze Warszawę. Tablica na rynku powiada, że miasteczko ma 74 domy, a jakiś cicerone miejscowy objaśnia mnie, że prócz wielu instytucyi publicznych, Tarczyn posiada 24 szynki, czyli, co trzeci dom — szynk. Dostateczna liczba. Kościół, w jakimś bezstylowym stylu, wznosi na szosę ciężką fasadę. Nad boczną przystawką, tworzącą rodzaj kruchty, stoi kamienny Chrystus. Kościół wewnątrz bardzo skromny. Nad wielkim ołtarzem kolorowe okrągłe okno rzuca chmurę barwnego światła...
Na rynku na długich stołach, obstawionych ławkami, pełno samowarów...
Siadam obok studni...
Wyszukałem sobie schronisko w jakimś szynku i poszedłem spać.
O drugiej po południu wyszliśmy do Grójca, 12½ wiorst.
Okolica, przez którą przechodzimy, pofalowana wzgórzami, grunta niezłe i wszędzie zieloność wspaniała. Wsie zaledwie się bielą ścianami przez sady i zboża rozrosłe.
...zboża, co się roztaczały obszarem wielkim, co się kłaniały młodymi kłosami, po wiśniach przydrożnych...
Szosa podnosiła się precz w górę, aż do Głuchowa, jakiegoś bardzo ładnego folwarku. Stamtąd szła już trochę wykopem, i zaczynał się spadek. Szedłem ścieżką biegnącą szczytem wykopu, pod osłoną olbrzymich krzaków ligustu...
... bom ujrzał zdaleka grójecki kościół. Jest on bardzo mały. Kiedym wchodził po wzgórzu, na którego szczycie sto... ...na tle starej, drewnianej dzwonnicy;
Na cmentarzu i przyległym skwerze
Grójec.
Bardzo przyzwoite miasto powiatowe. Ma tylko bruki tak śpiczaste, że ledwie iść mogłem. Cukiernię znalazłem...
(geograficzne cytaty z relacji Reymonta)
Belsk.
...idę do kościoła. Ogromne kasztany, obsypane kwieciem, otaczają go wiankiem...
Poszedłem na plebanię zobaczyć się z gazetami. Bardzo poczciwie przyjął mnie proboszcz miejscowy, ksiądz Grabowski, i na miłej pogawędce przy herbacie zeszło nam coś do dwunastej.
Kiedym wracał, księżyc świecił, ale koło kościoła, pod kasztanami, panował mrok, przesycony plamami światła i szczyty wieżyc połyskiwały srebrem.
Idziemy dosyć długo samymi ogrodami owocowymi. Szarość błękitnawa jest wszędzie. Później, z nad stawów leżących po obu stronach drogi, zwłóczą się zwolna mgły...
...karczmy, od samego Grójca, nie pamiętam, czy spotkałem...
Kurz się znowu podnosił taki, że oddychać nie mogłem, i tak okrył i przesłonił wszystko...
Łęczeszyce.
... Poklasztorny, o włoskiej fasadzie kościół stoi niedaleko szosy, prawie w zbożach. Skromny we wnętrzu, ot kościół oraczy, którzy z tych pól...
Gmach poklasztorny w ruinie. Otwory okienne, niby orbity oczu puste i porozrywane...
Pod kościołem kilka wielkich drzew obumiera...
Przy szosie, w piasku...
Szosa przechodziła obok lasu sosnowego; żywica rozprażona ciepłem pachniała...
Kurz zakrywał wszystko i kłębami bił nad las...
Mogielnica.
Mogielnica — to takie sobie miasteczko, jak tysiące innych.
Kościół stoi za miastem na cmentarzu
Mamy przed sobą 13 wiorst drogi do Nowego-Miasta nad Pilicą.
Okolica coraz falistsza i grunta mizerniejsze. Wsie biedne, domy nizkie i brudne, rażą brzydotą i opuszczeniem, roślinność znacznie uboższa. Zamiast topoli przy szosie, nędzne i rzadko posadzone wierzby. Lud jakiś chmurny, szczupły i szaro odziany
...przez rzadkie żyta i owsy prześwitują piaski.
Pszenicy ani źdźbła w polach.
O parę wiorst za Mogielnicą przechodzimy obok pastwiska, przepełnionego bydłem i stadami gęsi, bo jest nawet strumień pokrytej rdzą wody, o trzęsawiskach objaśniają kępy sitowi i kaczeńce żółte.
Droga precz jest kręta i na różnym poziomie. Pod Nowem-Miastem jest tak spadzista, że polecono wozom zatrzymać się i jechać później, aby się ochronić od możliwego wypadku.
Wciągnęliśmy się na drugi szczyt płaskowzgórza, i widać już Nowe-Miasto i szeroko błyszczącą wstęgę Pilicy na lewo, a dalej, jak okiem sięgnąć, lasy i lasy...
Nowe-Miasto.
Kościół i klasztor Ojców Kapucynów taki sam zupełnie w stylu i wewnętrznem urządzeniu, jak na Miodowej w Warszawie.
Poszedłem zwiedzić klasztor. W korytarzu pociągam za drewnianą, w formie krzyża rączkę od dzwonka.
Poszedłem do ogrodu...
Siedziałem długo pod jabłoniami...
Nowe-Miasto jest przedewszystkiem niechlujnem i obszarpanem miasteczkiem. Zakład lecznicy wcale mnie nie olśnił. Młody park rzadki, a drzewa sadzone na zboczu wzgórza — mizerne...
Budowle ciężkie i bez śladu jakiegobądź piękna w liniach. Długa werenda, przeznaczona na koncerty, albo widowiska, a służąca zwykle do spacerów w dni słotne — razi brzydotą i łataniną, a niżej, za domem, dyrektora zakładu, błotniste łąki....
...poszliśmy razem, niezmiernie spadzistą i krętą drogą, biegnącą wykopem do Pilicy.
Park z prawej strony wznosi się po wzgórzu i biegnie nad Pilicą.
Przeszliśmy Pilicę, płynącą szeroko i pełną mielizn i tratew na prądzie.
Z mostów bardzo ładne widoki na park, kościół parafialny, stojący na szczycie, i zakład leczniczy; drugi brzeg płaski, zarosły lasami...
Część cięższych wozów poszła szosą; mamy je spotkać dopiero pojutrze w Wielko-Woli.
Różanna.
Wieś niewielka,
Ziemia jałowa i poleśna, na pół przegniłe pnie drzew czernieją w żytach i kępki jałowców karłowatych rosną po miedzach.
Jakaś kapliczka stoi na śpiczastem wzgórzu przed nami, a za nią zaraz las ogromny, z daleka żółcący się pniami sosen, stoi do połowy w mgłach, które z sapów i moczarów nizinnych się wznoszą...
Kapliczka odwieczna, z drzewa, z figurą św. Magdaleny, ciętą w drzewie i polichromowaną po gospodarsku, obwieszoną firankami i strojną w korale.
Olbrzymie sosny, jakich nie widziałem jeszcze w życiu, stały jak nieskończony las bursztynowych kolumn...
Kompania odpoczywała zaraz za lasem; poszliśmy już razem do Studzianny.
Studzianna.
Wioska i kościół poklasztorny, po zgromadzeniu ks. Filipinów, w zepsutym stylu Odrodzenia. Ołtarze barokowe. Kościół o trzech nawach z wybladłymi freskami na sklepieniu, widny i duży. W zakrystyi, dosyć ciemnej, wiszą rzędami portrety książąt Kościoła i rycerstwa.
Zabudowania poklasztorne ogromne i nieźle utrzymane, a po za niemi ogrody, obwiedzione murem wysokim.
Oglądam znowu kościół i widzę, że jest z XVII stulecia, ale w XVIII-tym z pewnością przyprowadzony do obecnego stanu; znać to po napuszonej niesmaczności ozdób.
Wyspałem się w księżym ogrodzie, na murawie, w cieniu jabłoni, pokrytej zupełnie kwiatem i pszczołami, biorącemi miód. Ażeby się choć trochę obmyć, idę do sadzaweczki, pełnej brudnej i zanieczyszczonej gliną wody.
Za Studzianną okolica zmienia się gwałtownie. Idziemy wydmami, porosłemi janowcem i nędznymi jałowcami. Jest miejscami trochę żyta, ale nad wyraz marne. Horyzont zamykają góry, żółcące się szczerym piaskiem.
...pytam się:
— Ile drogi do kościoła najbliższego?
— Bandzie wiorsta z czemś...
Jakeśmy zaczęli iść tę wiorstę „z czemś“, to były dobre cztery piaskami.
Wstąpiliśmy do tego kościółka drewnianego i niezmiernie typowo-chłopskiego, i po jakimś półgodzinnym odpoczynku, ruszamy do Konic.
Mamy podobno wiorst sześć i „ocho!“ Piaski podług przysłowia: „Opoczyńskie kraje, korzec kopę, kopa korzec daje“. Stwierdzam to na każdym zagonie lichych zbóż, a pomimo to wsie znaczą się gęsto długiemi liniami sadów wiśniowych...
...każdy ruch zaczyna mi sprawiać ból coraz przykrzejszy, a w dodatku okolica tak brzydka, że rozpacz.
Idziemy wreszcie jakiemś płaskowzgórzem, gdzie i drogi twardsze, i zboża ładniejsze, i krajobraz więcej urozmaicony.
— Jak daleko do Konic?
— O hań! — mówią, wskazując las czerniejący w odległości jakich wiorst pięciu.
...miękko falującą linią wzgórz lesistych, rozpaliło się do czerwoności i bezrzęsą, ogromną kulą zapada. Prawie widać, jak leci,
a głębokie doliny przed nami pełne są mgieł perłowo-błękitnych....
Doszliśmy wreszcie do tych Konic.
Kilkanaście chałup wioski
Wielka-Wola.
Duży kościół poklasztorny. Za drzwiami kutemi ręcznie w barokowe arabeski, cmentarz, obwiedziony arkadą o prostych, chłopskich słupach, a pod nią stacye Męki Pańskiej, malowane jaskrawo. Dzieło mistrza, którego specyalnością było pewnie ozdabianie malowanymi kwiatami i smokami skrzynek chłopskich.
Na cmentarzu kilkanaście kamiennych i żelaznych nagrobków.
W kościele widnym i utrzymanym porządnie, pełno złoceń poczerniałych, rzeźb monstrualnych w ołtarzach, portretów i tablic nagrobkowych na ścianach. Zmanierowany, podrygujący jakby styl barokowy, panuje niepodzielnie.
Wozy i nieznaczna część ludzi miały iść szosą, drogą dłuższą, ale lepszą nieporównanie, a kompania bocznemi przejściami, ale krótszemi — mieliśmy się nazajutrz rano spotkać w Przedborzu. Objaśniono mnie, że ta boczna droga jest szkaradna i okolica bez interesu.
Za Żarnowem, świeżo odbudowanem po spaleniu miasteczkiem, zaczęła się okolica coraz górzystsza i lesistsza; droga szła po spadkach, przecinała głębokie doliny i kołowała w różne strony.
Koło Konic kraj jeszcze dzikszy, góry tylko zamykają horyzont, mało pól uprawnych, tylko lasy, zarośla, topiele i łąki nizkie, pełne łozin i olch a coraz to wody wielkie, stare szyby górnicze, zapadłe i zatopione, drogi wysypane szlaką ostrą, jak szkło.
W jakiejś miejscowości, której nazwy nie pamiętam, widzimy coś w rodzaju młyna, tylko zamiast kamieni i zboża olbrzymie młoty, poruszane wodą, przekuwają sztaby surowca rozpalonego. Przed nami z zieleni drzew ostro się rysują wysokie kominy hut.
Potem droga już biegnie rodzajem grobli, wyniesionej nieco nad poziom; z lewej strony topiel pełna drzew, sitowia, trzcin i wody pokrytej rdzą zielonawą, a z prawej łąki, przerżnięte siecią rowów, obrosłych olszyną, i poza tem góry i lasy. Dzikość surowa pięknem jakiemś pierwotnem, kipiąca głosami dzikiego ptactwa i szumem tych wód rozlanych szeroko.
Odpoczywamy w Kłonicach, górniczej osadzie.
Z trzech pieców czynny tylko jeden, przetapiający rudę na surowiec.
Te zabudowania i piece są jak wyspy na wielkiej przestrzeni wód, trzęsawisk i lasów. Ziemia wszędzie czarna i wszystko, nawet ludzie i rośliny są jakby przesyceni rdzą i tym pyłem ze szlaki.
Droga ma tylko nazwę, bo nic z właściwości szosy nie posiada, nawet słupów wiorstowych, szlaka pod kołami wozów tak skrzypi piekielnie, że uciekam daleko naprzód, aby nie słyszeć.
Mamy z pięć wiorst lasem, pod sam Falków.
W Falkowie jest przepyszna droga, wysadzona modrzewiami, i kościół bardzo stary i bardzo prosty, zwykły czworobok bez najmniejszych ozdób architektonicznych.
Przed samym zmrokiem dochodzimy do jakiejś wsi, w której mamy nocować. Dwór daje wszystkim koniom schronienie i nam w części. Idziemy obejrzeć kościół nowy, wystawiony przed kilkunastu laty przez właściciela Kołonic, Falkowa, i wielu innych, p. Jakubowskiego; jest poprostu śliczny. Zacząwszy od ogrodzenia i Cmentarza pełnego kwiatów aż do posadzki kościelnej, wszystko znamionuje smak artystyczny.
I jakeśmy się znowu wszyli w lasy, tak dopiero pod Przedborzem ujrzeli pola.
Okolica bardzo malownicza, tylko ziemia licha, i na chłopskich ziemiach znać w obróbce gruntu najobrzydliwszą tandetę. Wszędzie zboża siane pod skibę i choć to najszczersze szczerki i miejscami piaski prawie lotne, pola pokrajane w czteroskibowe zagoniki. Zboża też marne, wsie jakieś poobdzierane, brudne i lud jakiś senny i milczący, a karczem dosyć.
Różanna.
Wieś niewielka,
Ziemia jałowa i poleśna, na pół przegniłe pnie drzew czernieją w żytach i kępki jałowców karłowatych rosną po miedzach.
Jakaś kapliczka stoi na śpiczastem wzgórzu przed nami, a za nią zaraz las ogromny, z daleka żółcący się pniami sosen, stoi do połowy w mgłach, które z sapów i moczarów nizinnych się wznoszą...
Kapliczka odwieczna, z drzewa, z figurą św. Magdaleny, ciętą w drzewie i polichromowaną po gospodarsku, obwieszoną firankami i strojną w korale.
Olbrzymie sosny, jakich nie widziałem jeszcze w życiu, stały jak nieskończony las bursztynowych kolumn...
Kompania odpoczywała zaraz za lasem; poszliśmy już razem do Studzianny.
Studzianna.
Wioska i kościół poklasztorny, po zgromadzeniu ks. Filipinów, w zepsutym stylu Odrodzenia. Ołtarze barokowe. Kościół o trzech nawach z wybladłymi freskami na sklepieniu, widny i duży. W zakrystyi, dosyć ciemnej, wiszą rzędami portrety książąt Kościoła i rycerstwa.
Zabudowania poklasztorne ogromne i nieźle utrzymane, a po za niemi ogrody, obwiedzione murem wysokim.
Oglądam znowu kościół i widzę, że jest z XVII stulecia, ale w XVIII-tym z pewnością przyprowadzony do obecnego stanu; znać to po napuszonej niesmaczności ozdób.
Wyspałem się w księżym ogrodzie, na murawie, w cieniu jabłoni, pokrytej zupełnie kwiatem i pszczołami, biorącemi miód. Ażeby się choć trochę obmyć, idę do sadzaweczki, pełnej brudnej i zanieczyszczonej gliną wody.
Za Studzianną okolica zmienia się gwałtownie. Idziemy wydmami, porosłemi janowcem i nędznymi jałowcami. Jest miejscami trochę żyta, ale nad wyraz marne. Horyzont zamykają góry, żółcące się szczerym piaskiem.
...pytam się:
— Ile drogi do kościoła najbliższego?
— Bandzie wiorsta z czemś...
Jakeśmy zaczęli iść tę wiorstę „z czemś“, to były dobre cztery piaskami.
Wstąpiliśmy do tego kościółka drewnianego i niezmiernie typowo-chłopskiego, i po jakimś półgodzinnym odpoczynku, ruszamy do Konic.
Mamy podobno wiorst sześć i „ocho!“ Piaski podług przysłowia: „Opoczyńskie kraje, korzec kopę, kopa korzec daje“. Stwierdzam to na każdym zagonie lichych zbóż, a pomimo to wsie znaczą się gęsto długiemi liniami sadów wiśniowych...
...każdy ruch zaczyna mi sprawiać ból coraz przykrzejszy, a w dodatku okolica tak brzydka, że rozpacz.
Idziemy wreszcie jakiemś płaskowzgórzem, gdzie i drogi twardsze, i zboża ładniejsze, i krajobraz więcej urozmaicony.
— Jak daleko do Konic?
— O hań! — mówią, wskazując las czerniejący w odległości jakich wiorst pięciu.
...miękko falującą linią wzgórz lesistych, rozpaliło się do czerwoności i bezrzęsą, ogromną kulą zapada. Prawie widać, jak leci,
a głębokie doliny przed nami pełne są mgieł perłowo-błękitnych....
Doszliśmy wreszcie do tych Konic.
Kilkanaście chałup wioski
Wielka-Wola.
Duży kościół poklasztorny. Za drzwiami kutemi ręcznie w barokowe arabeski, cmentarz, obwiedziony arkadą o prostych, chłopskich słupach, a pod nią stacye Męki Pańskiej, malowane jaskrawo. Dzieło mistrza, którego specyalnością było pewnie ozdabianie malowanymi kwiatami i smokami skrzynek chłopskich.
Na cmentarzu kilkanaście kamiennych i żelaznych nagrobków.
W kościele widnym i utrzymanym porządnie, pełno złoceń poczerniałych, rzeźb monstrualnych w ołtarzach, portretów i tablic nagrobkowych na ścianach. Zmanierowany, podrygujący jakby styl barokowy, panuje niepodzielnie.
Wozy i nieznaczna część ludzi miały iść szosą, drogą dłuższą, ale lepszą nieporównanie, a kompania bocznemi przejściami, ale krótszemi — mieliśmy się nazajutrz rano spotkać w Przedborzu. Objaśniono mnie, że ta boczna droga jest szkaradna i okolica bez interesu.
Za Żarnowem, świeżo odbudowanem po spaleniu miasteczkiem, zaczęła się okolica coraz górzystsza i lesistsza; droga szła po spadkach, przecinała głębokie doliny i kołowała w różne strony.
Koło Konic kraj jeszcze dzikszy, góry tylko zamykają horyzont, mało pól uprawnych, tylko lasy, zarośla, topiele i łąki nizkie, pełne łozin i olch a coraz to wody wielkie, stare szyby górnicze, zapadłe i zatopione, drogi wysypane szlaką ostrą, jak szkło.
W jakiejś miejscowości, której nazwy nie pamiętam, widzimy coś w rodzaju młyna, tylko zamiast kamieni i zboża olbrzymie młoty, poruszane wodą, przekuwają sztaby surowca rozpalonego. Przed nami z zieleni drzew ostro się rysują wysokie kominy hut.
Potem droga już biegnie rodzajem grobli, wyniesionej nieco nad poziom; z lewej strony topiel pełna drzew, sitowia, trzcin i wody pokrytej rdzą zielonawą, a z prawej łąki, przerżnięte siecią rowów, obrosłych olszyną, i poza tem góry i lasy. Dzikość surowa pięknem jakiemś pierwotnem, kipiąca głosami dzikiego ptactwa i szumem tych wód rozlanych szeroko.
Odpoczywamy w Kłonicach, górniczej osadzie.
Z trzech pieców czynny tylko jeden, przetapiający rudę na surowiec.
Te zabudowania i piece są jak wyspy na wielkiej przestrzeni wód, trzęsawisk i lasów. Ziemia wszędzie czarna i wszystko, nawet ludzie i rośliny są jakby przesyceni rdzą i tym pyłem ze szlaki.
Droga ma tylko nazwę, bo nic z właściwości szosy nie posiada, nawet słupów wiorstowych, szlaka pod kołami wozów tak skrzypi piekielnie, że uciekam daleko naprzód, aby nie słyszeć.
Mamy z pięć wiorst lasem, pod sam Falków.
W Falkowie jest przepyszna droga, wysadzona modrzewiami, i kościół bardzo stary i bardzo prosty, zwykły czworobok bez najmniejszych ozdób architektonicznych.
Przed samym zmrokiem dochodzimy do jakiejś wsi, w której mamy nocować. Dwór daje wszystkim koniom schronienie i nam w części. Idziemy obejrzeć kościół nowy, wystawiony przed kilkunastu laty przez właściciela Kołonic, Falkowa, i wielu innych, p. Jakubowskiego; jest poprostu śliczny. Zacząwszy od ogrodzenia i Cmentarza pełnego kwiatów aż do posadzki kościelnej, wszystko znamionuje smak artystyczny.
I jakeśmy się znowu wszyli w lasy, tak dopiero pod Przedborzem ujrzeli pola.
Okolica bardzo malownicza, tylko ziemia licha, i na chłopskich ziemiach znać w obróbce gruntu najobrzydliwszą tandetę. Wszędzie zboża siane pod skibę i choć to najszczersze szczerki i miejscami piaski prawie lotne, pola pokrajane w czteroskibowe zagoniki. Zboża też marne, wsie jakieś poobdzierane, brudne i lud jakiś senny i milczący, a karczem dosyć.
Przedbórz.
Bardzo stare, bardzo niechlujne i bardzo żydowskie miasto. Rozłożyło się na stokach kamienistego wzgórza, zbiegającego do Pilicy — i siedzi, jak przekupka obdarta i brudna. Główny rynek ma bardzo stare, piętrowe domy, ale nic charakterystycznego, chyba trochę arkadowych podziemi i szereg domów, których piętro niezamieszkałe, rozwala się zwolna.
Na placu, przed starożytnym, zielonym od mchów kościołem...
Szukam następnie jakiej restauracyi — niema; znajduję tylko szynk z wymalowanymi na szyldzie szlachcicami i zaproszeniem: — „ Wstąp bracie!“
Wstąpiłem.
Iście średniowieczna nora. Ściany całe okryte scenami pohulanek i zabawy, malunki owe jaskrawe ale jest szczerość w oddawaniu nastrojów pijackich.
Przeszliśmy znowu Pilicę i płyniemy morzem piasków, ale niedługo, bo zaczynają się wzgórza, droga idzie po spiekłej, gliniastej ziemi. Ogromne pola rzepaku kwitnącego ciągną się niby pasy jaskrawo żółtej materyi.
Bardzo ładną okolicę przechodzimy. Same motywy dla malarzy krajobrazów.
Góry okrągłe i wyniosłe stoją w jakiejś słonecznej gloryi, doliny głębokie przecinają strumienie zdaleka błyskające, partye lasów, wsie poprzyczepiane do zboczy wzgórz, folwarki w długich przejściach pomiędzy górami — a wszystko, jak morze falujące, złotawą zielenią zbóż, pokryte rudawemi plamami świeżo zaoranej ziemi, polami żółtych rzepaków, ścianami białemi chałup i czerwienią cegły zabudowań dworskich. Wszędzie linie łagodne, spadki i wzniesienia spokojne i długie,
Wielgomłyny.
Nazwisko nic nie objaśnia, bo jest tylko jeden, pierwotnie urządzony młynek na strudze ledwie wlekącej się po piasku wody.
Kościół poklasztorny, przeładowany ozdobami, poczerniały, obwieszony przebutwiałymi obrazami.
W presbiteryum wisi historya malowana Ś-go Stanisława Biskupa, malowana w jednym, perłowym tonie.
Na sklepieniu i ścianach, przez warstwy wapna przebijają się barwy i kontury fresków.
Znać, że tędy przeszedł mularz-odnowiciel.
Rzeźby, wcale nie Partenońskie, ale rodzone siostrzyce potwornych, garncarskich lepianek, sprzedawanych po wiejskich folwarkach, jako zabawki dla chłopskich dzieci.
Niedługośmy odpoczywali i poszli na noc do Silnicy,
(geografia majakliwa)
Zaczynałem majaczyć na pół sennie: wydało mi się, że te drzewa parku zaczynają drgać, mieszać się, przyoblekać jakby w ciała, że te głębie przesiane srebrem zaludniają się w widma, te mgły, co puszyły się nad trawami, skręcają się i otaczają te wszystkie cienie w welony powiewające, i cała ta rzesza widm, która mi się co chwila rozsypywała i spływała na nowo...
Zdawało mi się, że i ja idę, że mijamy jakieś rojowisko zaledwie spostrzeżonych form i barw, słońce to rano, to nad zachodem, i że coraz szybciej płynę, płynę...
Nie miałem sił ni woli wyrwać się z pośród tego korowodu mar zmęczonego mózgu.
Koguty zaczęły piać i świat mętniał; poszedłem do sionki, psy wlokły się za mną, ale nim się ogrzałem w słomie jako tako, trzeba było wstawać i iść...
Cielętniki.
Maleńka wioska z kościołem. Odpoczynek. Chleb i mleko wróciły trochę sił, herbatą na plebanii — animuszu.
Dokończony kościół czerwieni się i strzela w górę gotykiem. Postawiono go z dwugroszowych składek, jakie niezmordowanie miejscowy proboszcz od lat dwunastu zbiera od pielgrzymujących, bo parafijka uboga i bardzo mała.
Na cmentarzu stoi lipa-olbrzym, kilkusetletnia.
Dąbrowa.
Prześliczna miejscowość. Kościół ma tyle różnostylowych przystawek, że żadna nie nadaje mu charakteru specyalnego, ale wewnątrz jest bardzo ładny i niezmiernie starannie utrzymany. Rzeźby są nawet znośne.
Pod chórem płaskorzeźby nagrobkowe z XVII i XVIII-go stulecia, niezmiernie twarde w wyrobie, a na ścianie w bocznej kruchcie napis, głoszący, że kościół doprowadzony został do obecnego stanu kosztem rodzin: Scheiblerów i Herbstów,
Św. Anna pod Przyrowem.
Sześć wiorst od Dąbrowy przeszliśmy bardzo prędko, bo drogą, lasem i łąkami, obsadzoną po obu stronach drzewami.
Przed kościołem ścisk i ruch ogromny...
Kościół duży i ładny. Kaplica św. Anny śliczna, utrzymana wewnątrz w najczystszym barokowym stylu. Wielki ołtarz wspaniały.
Wewnątrz klasztoru iść nie można, bo go zamieszkuje jeszcze 10 sióstr ze zgromadzenia PP. Dominikanek.
Zaraz za lasem pytamy: jak daleko do Mstowa? Powiadają, że sześć wiorst.
Uszliśmy ze sześć i pytamy znowu: mówią, że będzie ośm. Więc się już nie pytamy nikogo więcej.
... nagie, pozbawione roślinności wzgórza kamieniste i pustka wrzały smutkiem.
Nie było gwiazd ani księżyca, tylko ten odmęt szarzyzny skłębionej dokoła.
Druty telegraficzne, targane wichurą, jęczały żałośnie nad nami.
Milczeliśmy — idąc w wyczerpaniu ostatecznem.
Nie spotykaliśmy ani wsi, ani ludzi.
Nareszcie dochodzimy do młyna jakiegoś; stąd jeszcze dwie wiorsty.
...ale idziemy, wleczemy się po tych kamieniach i dochodzimy do klasztoru...
Ostatni dzień!... znać to na wszystkich twarzach.
Gdyśmy przeciągali przez puste uliczki owego Mstowa, tom w tym brzasku porannym spostrzegł na bruku krwawe plamy: to ci, którzy idą przed nami i śpiewają, znaczą bosemi nogami bruk.
Krwawych piętn na ziemi i kamieniach było coraz więcej, ale szli bez uwagi na ból, na krew płynącą z nóg, znajdowali siłę w tej blizkości celu.
Na Przeprośnej Górce zatrzymaliśmy się.
Stanęliśmy wreszcie na ostatniem wzgórzu i stali przez mgnienie wpatrzeni, jak te tumany ściągały się jakiemiś warstwami, jak szły skłębione i podarte w górę, aż przestrzeń czysta została, i wszystkie oczy uderzyły się o tę górę z wieżą na szczycie.
... weszliśmy do Jasnogórskiego kościoła.