Historia
czyli
dzieje i przygody
przedziwnego
Don Quiszotta
z Manszy
z hiszpańskiego na francuskie
a teraz na polskie
przełożone
przez F.H.P.K.M *
w Warszawie, 1786.
* Franciszek Hrabia Podoski Kasztelan Mazowiecki.
ROZDZIAŁ I.
O stanie i obcowaniu nieporównanego Rycerza Don Quiszotta
W jednej okolicy Hiszpanii, którą nazywają Manszą, mieszkał niedawno pewien szlachcic ze starożytnych junaków, mający między innymi sprzętami dzidę zardzewiałą, rapier od pradziadów niedobywany, chudokościstego konia, i sforę psów gończych. Kawał twardej wędzonki na obiad, bigos z reszty na wieczerzę, w piątek soczewica, w sobotę jajecznica ze słoniną po hiszpańsku, czasem para gołębiąt w niedzielę w przydatku, zabierały trzy części dochodu jego rocznego. Reszta na oporządzenie była obrócona, które się składało ze zwierzchniej sukni nie najgorszego sukna, spodnie aksamitne, trochę przetarte; na codzień ze zwyczajnego sukna było odzienie. Chował przy sobie gospodynię, a modniej nazywając ochmistrzynię, która chociaż się z tym nie wydawała, miała więcej cokolwiek nad lat czterdzieści, i siostrzenicę, która nie miała dwudziestu. Służącego trzymał, co i do domowej posługi i do gospodarstwa bywał używany: doglądał rumaka i do boru po drwa jeździł.
Wiek naszego rycerza zbliżał się do pięćdziesięciu lat. Był mocnego złożenia ciała, wytrzymały, chudy na twarzy, suchy w sobie i wywiędły; lubił rano wstawać i siła polować. Niektórzy go nazywają Kwiksadą, czyli Kwesadą. Dziejopisowie co o nim nadmieniali, różnią się w tej mierze. Jakkolwiek bądź, jest do podobieństwa, że się nazywał Kwisadą, ale to mniej należy do opisania niniejszego, aby tylko w istocie swej rzecz wiernie i prawdziwie była wyrażona.
W te dni, kiedy nasz pan szlachetny nie miał co do czynienia, a to się trafiało przynajmniej przez trzy części roku, zabawiał się czytaniem ksiąg o dawnych bohaterach z tak mocnym natężeniem i lubością, że przepominał często polowania i domowego starania. Tak dalece się zapędzał w tę zabawę, iż powiadają, że kilka kawałków gruntu odprzedał, aby nakupić romansów, że aż nimi dom napełnił.
Z tej wielości ksiąg żadna mu tak nie przypadła do upodobania, jak Zbiór Powieści Felicjana Sylwy. Zachwycony był czystością jasnych jego (jak mniemał) wykładów, a wszystkie niezrozumiałe, pokłócone dziwactwa zdały mu się wyborne i głębokich myśli pełne. Nigdy mu się nie przykrzyło czytać listów jego miłosnych i powabnych. Te mu się zdawały wyrazy najpiękniejsze, jako: Nieuwaga zniewagi, którą sprawujesz w mojej uwadze, tak niszczy moją równowagę, iż nie bez wagi żalę się na twojej piękności powagę. I to drugie miejsce nieporównane mu się zdawało: Wysokie i wspaniałe nieba, które jak boginię czcić, bóstwa przymiotów i gwiazd ozdobą cię umacniają, dając ci zjednać godności wyjednanie, która przejednała zacność twoja.
Pośród tak osobliwych rozważań nasz kawaler nieborak utracał nieznacznie rozum, suszył sobie próżno mózg nad pojęciem, co znaczyły te zawiłości. I tym piękniejsze je znajdował, im mniej rozumiał. Nie mógł się uspokoić nad ranami, które Don Belianis odbierał i zadawał, że chociażby najdoskonalsi byli cyrulicy, co go leczyli, srogie znaki i szramy jednak by się zostać musiały. Mimo to szacował wiele pisarza tego dzieła i nieraz brała go chęć dokończyć jego księgi, która została niezupełna. Byłby tego dokazał i pewno ze skutkiem pomyślnym, gdyby mu inne przywidzenia głowy nie zaprzątnęły.
Miewał częste sprzeczki z księdzem plebanem swojej wsi, człowiekiem trochę uczonym w Cyquenckiej Akademii, względem zacności przewyższającej Palmawina z Oliwy nad Amadisa z Galii, choć majster Mikołaj, balwierz tego miejsca, utrzymywał usilnie, że żaden rycerz nie zrównał się zwanemu Rycerzem Od Słońca. Słowem nasz szlachcic tak się wdał daleko w czytanie, że dni i noce nad trawił, przez to nie śpiąc, tylko ustawicznie mozoląc się nad księgami, mózg sobie przewrócił i rozum prawie utracił. Nabił sobie głowę wszystkimi cudami, co wyczytał, i można mówić, że w niej miał prawie jak skład czarodziejstw, pojedynków, spotyczków, ran, miłości, przymileń pieszczonych, cierpienia i udręczenia kochających, i tym podobnych bałamutni. Zaprzątnął sobie myśli tym, co z romansów pochwycił i sądził, że nie było prawdziwszych dziejów na świecie nad te wymysły.
Mawiał, iż Cyd Ruy Dias był doskonałym kawalerem, ale nie mógł wchodzić w zapędy z Rycerzem Szpady Ognistej, który jednym ciosem pałasza rozdwoił na wskroś dwóch olbrzymów niezmiernej wielkości. Bernard Karpio był mu miły bardzo, bo na polach w Roncewo zwyciężył Rolanda, chociaż ten był zaczarowany. Bardzo wysławiał także wielkoluda Morgana, który będąc rodu zuchwałego, jednak dość ludzkim i przyjemnym się okazał. Ale żadnego tak nie lubił, jak Rinalda z Montoban, osobliwie gdy go zważał, jak z zamku swojego wyjeżdżał, aby odzierał podróżnych i kogo tylko spotkał, albo gdy z Barbarii wykradł posąg Mahometa, który jak wieść niesie, cały ze złota był odlany. Co zaś do zdrajcy Ganelona dałby całym sercem siostrzenicę swoją i w przydatku ochmistrzynię, aby mu odliczyć sto batogów na obie strony.
Nareszcie mając już rozum pomieszany, przyszło mu do umysłu najosobliwsze przedsięwzięcie, jakie się mogło kiedy w pustej głowie pomieścić. Rozumiał nic lepiej nie móc zdziałać dla ocalenia Państwa i sławy nieśmiertelnej nabycia, jak się uczynić Kawalerem Błędnym. Jeżdżąc po świecie, szukać przypadków różnych, pokrzywdzonym dawać pomoc, na wszelkie niebezpieczeństwa się narażać dla pozyskania chwały wiekopomnej. Roiło się w głowie nieboraka szlachcica już uwieńczonym zostawać, przez niezwyciężonego ramienia swojego potęgę i co by najmniej mógł otrzymać w nagrodę swej dzielności, to przynajmniej Cesarskie Państwo Trebizondy. O niczym nie myślał, tylko o prędkim wykonaniu swoich zamysłów. (...)
ROZDZIAŁ VIII.
O powodzeniu, które miał mężny DON QUISZOTT w strasznej i niesłychanej przygodzie Wiatraków.
Don Quiszott i jego koniuszy zoczyli z dala kilkadziesiąt wiatraków i skoro ich ujrzał nasz rycerz, rzecze:
– Szczęście nas wiedzie lepiej, niżbyśmy żądać mogli. Przyjacielu Sanszo, czy widzisz ten gmin potężnych olbrzymów? Myślę z nimi wojować i pozabijać ich. Zacznijmy bogacić się z ich zdobyczy, co jest prawem dobrej wojny, a przy tym się czyni przysługę Panu Bogu, uprzątając tak przeklęty ród ze świata.
– Co za olbrzymy? – rzecze Sanszo Pansa.
– Ci, co widzisz przed sobą – odpowie Don Quiszott. – Z długimi ramionami, bo niektórzy mają na dwie mile rozciągłe ręce.
– Uważaj Waszmość Pan dobrze, Mości Panie. Co tam widzisz, nie są olbrzymy, tylko wiatraki i co się Waszmość Panu zdają ręce, są skrzydła, które wiatr obraca, aby kamienie mełły.
– Znać, że nie jesteś świadomy rycerstwa – rzecze Don Quiszott. – Są to prawdziwi wielkoludowie. Jeżeli się boisz, umknij się stąd na ustronie, a módl się za mnie. Ja się z nimi spotkam.
To mówiąc, wypuścił Rossinantowi cugle i lubo Sanszo biesowi się ledwie nie oddawał i prawie nie rozpukł, wrzeszcząc, iż to są wiatraki, a nie wielkoludy, to jednak dla naszego rycerza były ogromne Goliaty, tak że nie słyszał krzyczenia swojego koniuszego. Im się więcej przybliżał do wiatraków, tym mniej się z błędu wywodził.
– Nie uciekajcie, niewieściuchy! – wołał całym głosem. – Nikczemne i podłe stworzenia nie pierzchajcie! Jeden tylko rycerz porywa się wojować z wami.
Wiatr powstał w tym czasie i skrzydła poczęły się obracać.
– Czyńcie, co chcecie – woła kawaler powiększonym głosem. – Gdybyście więcej rękami ruszali, niż ich miał Briareusz, zaraz mi tu przypłacicie.
W tym razie oddając się swojej Damie Dulcynei, z całego serca prosząc jej, aby go ratowała w tak wielkim niebezpieczeństwie, zakrywszy się dobrze tarczą i kopią zasadziwszy, bieży ze wszystkich sił Rossinanta poganiając. Napadł na jedno skrzydło w ten czas, gdy się wiatr nasilał, to zaś pędem obracając się, porwało dzidę i zgruchotało, uderzywszy o ziemię rycerza i z koniem opodal na pole w bardzo złym stanie.
Sanszo przybiegł co tchu swojego osła na ratunek panu. Znalazł go nie mogącego się ruszyć, tak mocne było obalenie.
– Hej, tam, do kata! – zawoła Sanszo, – a nie mówiłem Waszmość Panu, abyś zważał, coś miał czynić, i że to były wiatraki? Któż mógł o tym wątpić? Chyba, żeby miał pusto w głowie?
– Ucisz się przyjacielu Sanszo. Sztuka wojenna więcej nad inne jest podległa odmianom losu i trwa w niestateczności nieustannej szczęścia i nieszczęścia. Jeżeli chcesz, żebym ci powiedział, co myślę, to zapewne prawda, że czarnoksiężnik Freiton, który porwał mój pokoik z książkami, przedzierzgnął tych olbrzymów w wiatraki, aby mi wydrzeć sławę zwyciężenia ich. Tak wielką ma nienawiść i zawziętość przeciwko mnie.
– Daj Boże, Mości Panie – odpowie Sanszo, pomógłszy mu powstać, oraz tyle sił zdobył, że go wsadził na Rossinanta, który był także spleczony.
Rozmawiając o tej zlej przygodzie, puścili się drogą do Portu Lapiskiego, bo nie podobna, mówił Don Quiszott, aby będąc na wielkim trakcie, nie znaleźli dość trafunków. (...)
1.
Na pierwszą wyprawę Don Kichota w świat, co trwała niepełne dwie doby, Cervantes przeznaczył w książce cztery początkowe rozdziały (razem w obu księgach jest ich CXXII). Zaczęła się pewnego poranka w porze upalnych dni lipcowych, przed świtem, około godziny czwartej. Don Kichot wymknął się chyłkiem przez tylne wrota nikogo nie budząc. W domu spały trzy osoby: jego siostrzenica, ochmistrzyni i parobek. Dom stał w wiosce, może na jej skraju, niedaleko kościoła, u stoku sporej góry zamkowej. Twierdzi Cervantes na początku, że nazwy miejsca nie pamięta, choć już w drugim rozdziale pisze (i powtarza nawet), że Don Kichot wyruszył w Montiel.
Wjazd do Montiel
Tak nazywa się i dziś gmina w krainie la-Mancha (współcześnie złączonej z Kastylią), jedna spośród ponad ośmiu tysięcy hiszpańskich gmin; zajmuje 270 kilometrów kwadratowych, a ludzi mieszka tam tysiąc i pół, a może dwa tysiące. Kiedy spojrzeć z bliska na współczesną mapę, da się wyróżnić miejscowość o tej samej nazwie. Czterysta lat temu sioło wokół zamku nie zasługiwało być może na osobne miano i tylko nazywano zamek na wzgórzu, z którego dziś pozostały ruiny – Castillo de la Estrella. W drugim tomie przygód Don Kichota w zamku (na tym wzgórzu?) rozgrywa się wiele zdarzeń. Może już wtedy stał opuszczony i pisarz ożywił go, napełniając swymi literackimi duchami. Wtedy – w roku 1605, gdy Cervantes zaczynał pisać, albo – gdy dzieje się akcja książki – parędziesiąt lat wcześniej, w drugiej połowie wieku XVI.
Ani Montiel za czasów Don Kichota nie było takie rozległe, ani zamek w ruinie.
Za czasów zmyślonych, rzecz jasna.
Dom Don Kichota pewnie był gdzieś niedaleko od kościoła,
skoro pleban i golibroda przychodzili doń na piechotę.
Parę lat w tą czy w tamtą – ważne, że był lipcowy świt. Wybór drogi Don Kichot zdał na Rosynanta. Rycerski rumak, a raczej wychudły człapak, zaczął się wlec sam z siebie przez puste polne drogi, bo przecież nie kłusował, i tak się trudził bez przystanku, jedzenia i picia do późnego wieczora.
Jak prędko mu to szło? Konisko wyciągnięte ze stajni o świcie i zapewne nie nakarmione dreptało nie szybciej niż piechur zwykły, czyli jakieś 3 kilometry na godzinę. Zmrok zapadł, jak to w lipcu, dobrze po godzinie 21, więc stępa pokonałby Rosynant w ciągu 17 godzin mniej więcej 60 kilometrów.
W którą stronę poszedł Rosynant? Dokąd się dowlókł od świtu do zmroku?
Z centrum dzisiejszego Montiel idą dwie drogi na południe, trzecia na wschód, czwarta na północny zachód, z niej kawałeczek dalej piąta ostro na północ. Jest jeszcze jedna drożyna prosto na południowy wschód. Założyłem, że Rosynant wybrał tę właśnie ostatnią, ale się okazało w rozdziale ósmym powieści, że nie poszedł prosto.
Gdy na Google Map oglądać w jakim krajobrazie ta podróż się odbywała, "dojechałem" do pierwszego większego skrzyżowania dróg mniej więcej po 10-12 kilometrach przed osadą Almedina.
Tu stoi znak podobny, jak w Montiel, a więc tędy Hiszpanie wykreślają trasę pierwszej wyprawy Don Kichota.
Przy wjeździe do Almediny Rosynant skręcił w prawoTyle że Rosynant obszedł Almedinę dookoła i gdy znów doczłapał do skrzyżowania wybrał kierunek na północ. Drugi znak pokazywał to wyraźnie, a przy tym i to, że Hiszpanie jednak lepiej niż ja znają końskie obyczaje oraz powieść Cervantesa.W Almedinie zadbano, aby na każdym rozstaju
pokazać, którędy u nich wędrował najsławniejszy błędny rycerz.
Tu także stoi murek, pokazujący, którędy wędrowali. Na obu ścianach rysunki przedstawiają, zauważmy, i Don Kichota i Sancho Pansę na osiołku. Dlaczego tak? – to się wyjaśnia w rozdziale ósmym.2.«...jechał tak przez cały dzień, aż pod wieczór koń jego i on byli wyczerpani i umierali z głodu; rozglądając się na wszystkie strony, czy nie odkryje gdzie jakiegoś zamku lub jakiejś zagrody pasterskiej, gdzie by się schronić można i zaznać wypoczynku, ujrzał niedaleko drogi, którą jechał, zajazd. Było to, jakby ujrzał gwiazdę, która go nie do wrót, ale do przybytku zbawienia wiodła. Zaraz tam się skierował i dotarł doń jeszcze przed nocą.» (tłum. A.L i Z. Czerny)
Przypuśćmy, że pierwsze dwanaście kilometrów do Almediny Rosynant pokonał w cztery godziny i prawie dochodziła ósma rano. Koń i jeździec nie czuli się jeszcze zmęczeni, to znaczy Don Kichot na pewno, a co czuł rumak, narrator nie zdradzał, jeśli w ogóle wiedział. Do południa, czyli jeszcze nie w okropnym skwarze, przebyli ponad połowę trasy, to znaczy więcej niż 35, a może prawie 40 kilometrów.
Tak się składa, że GM pokazuje tę drogę również w lipcu i z bieżącego (2021) roku.
Wygląda na to, że o tej porze jest tam wściekle gorąco i chyba 400 lat temu klimat nie był wiele milszy. Drugą część drogi wlekli się aż do wieczora. To że Don Kichot nic nie jadł przez ten czas, niezbyt mnie dziwi. Wymykał się chyłkiem, więc do kuchni na pewno nie zajrzał, od paru dni szykował hełm, tarczę, zbroję, a o zapasach, choćby o zwykłym kawałku sera i chleba na pewno w nawiedzeniu nie myślał. Ale dlaczego Rosynant był głodny, tego nie rozumiem. Czy konisko tak już ogłupiało od żaru, że nie skubnął sobie nawet trawki z pobocza? Na ich drodze naliczyłem z mapy 12 strumieni albo rzeczułek, i ten biedny Rosynant ani razu nie stanął, nie zarżał, by Don Kichot do wody się skierował?
Jeśliby podobne wariactwo we współczesnej powieści przedstawić, trzeba by napisać, że w aucie wskaźniki paliwa i płynu chłodniczego od dawna pokazują, że bak jest pusty, a temperatura silnika sięga 300 stopni, a auto jedzie i jedzie i jedzie. To jest jednak drobiazg wobec dziwactw, co dotąd się w powieści stały, a głupstwo zupełne, przy tym co dalej Cervantes napisał.
Montiel i Valdepeñas, środek kraju, głucha prowincja, w niej się starzał i nudził Don Kichot. U góry Madryt, po lewej na dole Sevilla.
Wreszcie doczłapali do Valdepeñas. Na pewno nie mogli dobrnąć dalej. Tutaj było skrzyżowanie z dużą drogą z północy na południe, stąd można było kontynuować podróż do Sevilli, a taki mieli zamiar i cel okupujący pobliski zajazd mulnicy i ich wesołe panienki. Rozdroże wyglądało odpowiednio by karczmę postawić.
Już przy tej pierwszej wyprawie można przywyknąć, że w książce Cervantesa powszednie są zdarzenia kompletnie "odjechane", a jeśli coś wyda się normalne i sensowne, to będzie dziwactwem ukrytym i utajnionym.
Don Kichot spotkał w zajeździe w Valdepeñas kogoś tajemniczo normalnego, pospolitego, zupełnie nieistotnego w świecie rycerskich bohaterów. Takich osób rycerz nasz błędny spotka później wiele, lecz w tym przypadku pozory mylą zupełnie, gdyż ten osobnik, zwykły karczmarz, jest pryncypialnie wręcz istotny dla dalszych losów Don Kichota.
Prowincjonalny, przeciętny rzekomo oberżysta wie więcej o błędnych rycerzach, niż fanatycznie i obficie oczytany Don Kichot. Cervantes przewrotnie stara się przekonać czytelnika, że to sprytny pospolituch, dorobkiewicz, łasy na pieniądze cwaniaczek. Tutaj pisarska skrupulatność jest mocno podejrzana. Bo to jest właśnie ów spotkany pierwszy lepszy, ów byle kto, któremu Don Kichot na samym początku wyprawy przeznaczył rolę szczególną – taki ktoś miał go pasować na rycerza.
Głęboką wiedzę o zwyczajach błędnych rycerzy karczmarz ujawnia, gdy zamiast noclegu pod dachem zaleca nowicjuszowi całonocny rytuał straży przy zbroi rycerskiej – na podwórku obok poidła. Wiedza owa wzięła się stąd, że Don Kichot nie miał czym zapłacić za nocleg pod dachem. Twierdził, że błędni rycerze pieniędzy nie używali, na co uczony karczmarz wyjeżdża z opowieścią o wyposażeniu błędnych rycerzy. Zawstydzony Don Kichot pokornie obiecuje zastosować się do zalecanych rad, to znaczy – na błędne podróże brać pieniądze i czyste koszule oraz maść uzdrawiającą z ran, a przede wszystkim jak najszybciej postarać się o giermka.
Postulat Don Kichota, by uroczyste pasownie odbyło się w kaplicy zamkowej (gdyż roi, że do zamku przybył), gospodarz odrzuca autorytatywnie i oznajmia, że podwórko na tę celebrę jest absolutnie właściwe. Na końcu zaś uświetnia ceremonię odczytywaniem z tajemnej księgi magicznych wersetów, czyli mamrotaniem z ksiąg rachunkowych ilości siana i słomy wydanych mulnikom.
Do tego wszystkiego nazywa Don Kichota "podchrzestnym", "przyszłym synem rycerskim" albo "z rycerskiego ramienia". Karczmarz jest zatem mistrzem, guru, autorytetem, przewodnikiem duchowym, koryfeuszem wiedzy i ceremoniału, nestorem odnalezionym po wyprawie do zaklętej, trudno dostępnej krainy. Tę piękną magię wtajemniczenia nowicjusza w rycerskie rzemiosło Cervantes opatruje zwodniczo i szalbiersko w karczmarzowe przekonanie, że Don Kichot to trochę niebezpieczny i więcej zabawny, ale przecież wariat.
Następnego dnia, powracając do Montiel, jako pasowany, zaczął rozrabiać rycersko na drodze i dwa razy dostał manto. Szczęściem dla Cervantesa nie olśniło go, że teatralna karczma już się nie powtórzy w jego teatrze, choć potłuczony o własnych siłach do domu się nie dowlókł. Gdyby doznał wizji proroczej, ostałaby się dziwaczna nowela, a nie dwie genialne powieści.
Do zajazdu owego Don Kichot już nigdy więcej nie zawędrował, już nigdy więcej go nie odnalazł, co znaczy, że najlepsza scena dla donkichotowego teatru zaistniała na jedną noc, a potem się rozwiała i znikła. Dwa tygodnie później, już wespół z giermkiem Sancho Pansą przejeżdżali tamtędy. Zajazdu na rozstajach nie było. Znaleźli karczmę nie wcześniej niż cały dzień wędrówki od Valdepeñas. Don Kichot potem każdą gospodę, do której zajeżdżał, przedstawiał sobie jako zamek – wyjaśniał Cervantes. Tę drugą również tak widział. Ale to było zupełnie inne miejsce, całkiem obcy ludzie, nikt w nim naszego rycerza nie znał i on nie rozpoznał nikogo.
° ° °
W rozmowie z Jeźdźcem w Zielonym Stroju opowiada Don Kichot o sobie tak:
“Chciałem przywołać do życia umarły zakon błędnego rycerstwa: już wiele czasu upływa, gdy to w różnych potyczkach, to padając lub potykając się, to znów się podnosząc, wypełniłem znaczną część moich zamysłów. Wspomagałem wdowy, ochraniałem dziewice, świadczyłem usługi mężatkom i sierotom, co jest przyrodzoną powinnością rycerzy błędnych. Dla tych licznych, dzielnych i chrześcijańskich czynów zasłużyły już sobie na to, aby mój żywot na piśmie uwieczniono wśród wszystkich narodów świata. Trzydzieści tysięcy ksiąg o mojej historii już wydrukowano, a jeszcze ze trzydzieści milionów razy druk ten powtórzą, jeżeli tylko tego wola boska nie odwróci.”
tł. E. Boye
Są tacy, co obliczają, że dotąd wydrukowano na świecie 500 milionów kopii "Don Kichota" w różnych tłumaczeniach.
https://www.vicnews.com/home/don-quixote-is-the-worlds-best-selling-book/
° ° °
Czarodziej z Polski w "Don Kichocie"
Don Kichot zadający paytania głowie z brązu, Tom 2, rozdz.62
Po obiedzie Don Antonio wziął Don Kichota pod ramię i zawiódł go do ustronnej komnaty, której całą ozdobą był stół wydający się z jaspisu, podtrzymywany przez takąż nóżkę. Na stole stała głowa na kształt popiersi cesarzów rzymskich i wydająca się z brązu.(…)
(…) rzekł Don Antonio – Czyniąc sobie samemu ulgę i zbywając się troski, jaką odczuwam, nie mając komu wyjawić sekretu, który nie może być całemu światu powierzony, zadziwię waszą miłość tym, co ujrzycie i zobaczycie.
Don Kichot pozostawał w niepewności, nie wiedząc, ku czemu miały zmierzać wszystkie te przygotowania. Wreszcie Don Antonio wziął go za rękę, przesunął nią po stole z jaspisu, nodze, która stół podtrzymywała, i głowie brązowej, po czym rzekł doń:
– Głowa ta, panie Don Kichocie, zrobiona została przez jednego z najtęższych czarnoksiężników, jacy żyją na świecie. Zdaje mi się, że był on Polakiem, uczniem sławnego Scota, o którym tyle dziwów się opowiada. Trzymałem go w swym domu przez niejaki czas; za tysiąc talarów, com je mu wyliczył, zrobił mi tę głowę, która ma własność odpowiadania na wszystko, co się jej do ucha zapytają. Rysował koła, kreślił znaki, badał gwiazdy, śledził pomyślne zbiegi planet i wreszcie, mówiąc pokrótce, dokonał swego dzieła z tą doskonałością, o jakiej jutro się przekonamy, w piątki bowiem głowa ta niemą pozostaje; ponieważ zaś dzisiaj mamy piątek, musimy do jutra odłożyć próbę. Wasza miłość możesz tymczasem przygotować dla niej pytania. Wiem z doświadczenia, że wszystkie jej odpowiedzi zgadzają się z prawdą.
tł. E. Boye
° ° °
Don Kichot w anty-teatrze Cervantesa
albo
Dwa teatry Don Kichota
Don Kichot spotyka wędrownych aktorów
Podczas trzeciej wyprawy, czyli w drugim tomie książki, Don Kichot przemawia tajemniczo do spotkanych na drodze aktorów:
«Na cześć rycerza błędnego – zawołał Don Kichot – zaledwiem zobaczył ten wóz, zaraz pomyślałem, że zdarza mi się jakaś niezwykła przygoda. Teraz zaś widzę, jak bardzo myli pozór i jak łatwo wyjść z błędu. Jedźcie z Bogiem, moi poczciwcy, odprawiajcie spokojnie swoje widowiska; gdybym mógł być wam w czymś użyteczny, nie zaniedbam tego uczynić, od najmłodszych bowiem lat wielką miałem do komedyj skłonność, będąc zaś chłopcem, umierałem z uciechy, gdy trupa komediantów do nas przybywała.»
tłum. E. Boye
«...zawsze lubiłem komedie i maskarady i od dzieciństwa zajmowały mnie one niewypowiedzianie.»
tłum. W. Zakrzewski
« ...aktorstwo urzekło mnie, gdy byłem jeszcze małym chłopcem, a w młodości nie wychodziłem z teatru.»
z wersji N.M. Liubimova
Końcowe wyznanie rewelacyjne – aż się chce zapytać: A co później, panie Kichocie? Jako dorosły już teatru nie oglądałeś? Nie poruszał cię on, nie ekscytował?
Zatem – czy wszystko, co wyprawiał na starość stało się z tęsknoty za teatrem? Za młodzieńczą fascynacją, potem zapomnianą, zbyteczną? Czy w późnym szaleństwie tworzył teatr, czy go boleśnie doświadczał? To zależy, którą Księgę czytać – w pierwszej on utopijnie reżyseruje, w drugiej jest kłamliwie reżyserowany.
1. Świat w teatrze Don Kichota.
Powieść antyteatralna
Kiedy się czyta i czyta i czyta rozwlekłą opowieść o Don Kichocie, tyle się poznaje jego intymnych spraw i tak szczerze wyznanych, że można się z jegomościem zaprzyjaźnić, albo przynajmniej go za tę szczerość polubić – prawie tak, jak go lubił Sancho Pansa.
Jeżeli Don Kichot był opętany manią, stuknięty, czy szalony, co mu Sancho wypominał i przypominał, o czym gderał i wrzeszczał, to sam przecież, przybierając rolę giermka u błędnego rycerza, nie objawiał przykładnej roztropności. A jaką roztropność i rozwagę wykazuje ktoś, kto choć nie musi, ale wczytuje się w przygody dwóch sfiksowanych Hiszpanów, i doczytuje do końca? Oblicza się, że w ciągu minionych czterystu lat mogło być takich czytelników prawie pół miliarda. Ponoć tyle egzemplarzy powieści Cervantesa o Don Kichocie wydrukowano przez ten czas. Powiadają, nawet entuzjaści, że nikt tak naprawdę nie wiedział, co przeczytał. Że właściwie nie wiadomo na pewno, czy pan Alonzo Quijano, był niespełna rozumu, czy nie; że pod fabułą ukrywa się powieść o literaturze i o pisaniu powieści; że trudno wyrokować, czy ona jest śmieszna i zabawna, czy gorzka i zjadliwa. Odebrano jej także kilkuwiekową historyczność i twierdzi się, że to powieść jak najbardziej nowoczesna.
Mam przeświadczenie, dominujące nad innymi wrażeniami, że przeczytałem książkę o dwóch teatrach, a przy tym zdecydowanie antyteatralną. Anty- znaczy tu: mniej w celu zupełnego potępienia i zdyskredytowania sztuki scenicznej, a więcej – by jej uniknąć i podjąć się twórczości od niej odmiennej, powstającej według reguł innych i korzystniejszych, bo dających twórcy (a także odbiorcy) szersze "pole manewru" Są dla takiej interpretacji uzasadnienia w sferze biograficznej, czyli w życiu pisarza, i w sferze literackiej, to znaczy odczytywane w powieści.
Każda z jej dwóch części, i z 1605 roku i z 1615, opowiada o innym teatrze. Ta pierwsza – o teatrze urządzanym światu przez Don Kichota, a ta druga – o teatrze urządzanym dla niego przez świat.
Nawiedzenie artystyczne
Don Kichot wyruszył w rycerskie wojaże potajemnie, ale obie panie w domu, siostrzenica i ochmistrzyni, od dawna już wiedziały, że panu i wujowi solidnie odbiło, choć jego wyprawy-ucieczki nie przewidziały.
Jegomość nasz, Alonzo Quijano, jak się przedstawia w ostatniej scenie powieści, nie doszedł jeszcze pięćdziesiątki, od swej ochmistrzyni nie był wiele starszy, żony nie posiadał, dzieci nie miał; jak się stało, że siostrzenica u niego mieszkała, nie wiadomo. Także kiedy się zaczął podkochiwać w córce kmiecia ze swej wsi, Aldonzie Lorenzo, jasne nie jest. Czy przed maniactwem zbierania ksiąg rycerskich, czy już w trakcie? Ile lat ma Aldonza, gdy opowieść się zaczyna? Czy to miłość z lat młodzieńczych, czy zadurzenie jegomościa w kryzysie wieku późnego (średniego...)? A jaka jest (była?) relacja z ową nieco młodszą odeń ochmistrzynią? Ona sobie na wiele pozwala – aż na zainicjowanie spalenia ksiąg pana domu. To nawet więcej niż poufałość tradycyjnej "księżej gospodyni". Która z nich to właściwa Dulcynea?
Taki jest jeden aspekt, prywatny powiedzmy, osobisty, odmiany umysłu pana Quijano.
Inny – to księgi rycerskie, które mu rozum pomieszały. Pan Quijano nie jest wcale jedyny, który opowieści owe zna, czytuje, szczegóły pamięta i rozważa. Miejscowy pleban i golibroda też są niekiepskimi specami od tej literatury. Cała trójka dyskutuje o nich przy każdym spotkaniu.
Ponadto okazało się już w pierwszej wyprawie, że pospolita niby postać, mianowicie oberżysta, też je zna i cytować potrafi. Ale przyszły Don Kichot to jest mister Hide pana Quijano, taki, który swą "lepszą" osobę na długo i prawie do końca jej istnienia przeważył. Ten mister Hide narodził się z technologicznej rewolucji druku i produkcji książek ogólnodostępnych. Może faktycznie działał on przed końcem XVI wieku, jak niektórzy badacze przypuszczają, ale i parędziesiąt lat później sytuacji nie zmienia, bo czy od pomysłu Gutenberga upłynęło 100 lat, czy 150 nie ma znaczenia – to tyle, co dzisiaj 10 lub 15 lat od wymyślenia internetu. Pan Quijano wciąż jeszcze się "załapuje" na szok cywilizacyjny z tego powodu.
Owo wariactwo fanatyczne, czytanie ksiąg o błędnych rycerzach, nie wypada potępiać nam, którzyśmy się podobnie maniakalnie najpierw w wynalazek filmu wplątali, a później w wynalazek internetu. Nie nam się dziwić i wydziwiać nad chorobliwą, fatalną fascynacją szlachcica z prowincjonalnego Montiel. Raczej rzecz darować rozumiejąco lub rozumieć wybaczająco powinniśmy.
Don Kichot drukowane opowieści wziął bardziej niż na serio. Rzecz zatrąca schizofrenią i jakimś schorzeniem z serii maniakalnych obsesji, czy jak je tam zwać, ale to coś więcej niż choroba pana Quijano – to powszechna przypadłość epoki i cywilizacji pokazana na jednostce.
Czynnik trzeci zaburzeń umysłu pana Alonzo to doprowadzenie majątku swego na skraj bankructwa z powodu wydatków na nową pasję. Kiedyś gospodarzył chyba porządnie (o teatrze zapomniawszy), ale ziemie w majątku na zakup ksiąg wyprzedał, więc bieda sromotna zajrzała w obejście. Ochmistrzyni prawie nie miała z czego posiłków gotować. Pan na polowania przestał się wyprawiać, odzieży nowej nie kupował, a biblioteka rosła. Czytanie opowieści bajdurnych to jedno, a gromadzenie ksiąg, chomikowanie ich, nasycanie się ich ilością to drugie szaleństwo. Katastrofa finansowa, niby lekceważona świadomie, bez wątpienia gryzła go podświadomym robakiem
Jest i czwarty czynnik burzący spokój jego zaściankowego rozumu – idea, że świat wymaga naprawy. Może domniemywał coś w tej sprawie niejasno i przed czytaniem ksiąg rycerskich, ale to one mu jak błyskawice rozświetlające mrok objawiły, że błędny rycerz nie tylko ma szukać przygód, ale ma krzywdy naprawiać i zło tępić, błędy prostować i uciśnionych w niewoli wspomagać, że ma on wobec kraju swego i jego mieszkańców niezwykłe, szlachetne i specjalne powinności.
Zamieniając się w Don Kichota, pan Alonzo Quijano zamierzał życiu swemu, życiu hreczkosieja (czy co tam siał w Manchy), prowincjusza, samotnika, a może zwykłego prostoducha nadać sens bogatszy, wyższy, szlachetniejszy, pełniejszy i piękny. Zamierzał z nikogo zamienić siebie w bohatera. Przez te księgi wyzwoliło się zeń ukryte podejrzenie, że coś trzeba ze swym durnym i nijakim życiem zrobić, że już prawie 50 lat się żyje i jakby po nic dotąd.
Byli myśliciele, przejęci powieścią Cervantesa, co nawet mesjaszowskie w tej przemianie dostrzegli inklinacje, ale sądzę, że ten ktoś, kogo Don Kichot najbardziej, najwiarygodniej reprezentował to był wyzwolony w panu Quijano artysta. Sądzę, że nie polityczny, socjalny, etyczny był problem naszego szlachcica, bo z nimi może i byłby sobie dał radę emocjonalnie i intelektualnie. Dopadło go coś, do czego niepredestynowany był kompletnie – dopadło go nawiedzenie artystyczne.
Kurtyna horyzontu
Lamenty i płacze przelęknionych, zrozpaczonych pań, siostrzenicy i gospodyni, oraz ich gniewne opowieści o narastającym szaleństwie pana domu dają obraz jegomościa, który od miesięcy "przepadł" w swojej bibliotece i coraz hałaśliwiej, a ze szkodą dla sprzętów, miotając się i siekąc mieczem po kątach, odgrywał czytane przygody błędnych rycerzy. Scenerię ich podróży i walk przenosił w cztery ściany swego pokoju i odstawiał tam własny teatr. Aż w końcu zamknięta przestrzeń przestała wystarczać jego rozbuchanej wyobraźni i zapragnął szerokiej panoramy, wielu postaci i własnego występu w theatrum mundi.
Dlaczego nie urządził prawdziwego teatru? Dlaczego nie zmienił swych wersji książkowych fabuł w obszerną sztukę sceniczną? Choćby i ze sobą w głównej roli, choćby i z "prawdziwą" Dulcyneą, czyli Aldonzą Lorenzo, z chłopkiem Sancho Pansą, jako drugim aktorem, z innymi mieszkańcami Montiel, występującymi jako wędrowcy, karczmarze, czarownicy i inni potrzebni do spełnienia błędnej misji. Wioska na prowincji dawno już nie widziała komediantów, lata całe aktorzy tutaj nie bywali skoro wspomnienia pana Kichano o nich sięgają lat chłopięcych. Mógłby zatem dla powszechnej uciechy, tak samo jak Hamlet, zaprosić jakąś trupę wędrowną i goszcząc, choćby za wikt tylko, urządzić z nimi widowisko o sobie samym, jako rycerzu z grubych ksiąg. Taniej by go to wyniosło niż ruina gospodarki i budżetu na zakup drogich woluminów. Kłopot był na pewno w tym, że prowincjonalny szlachciura choć teatry uwielbiał, pojęcia nie miał, jak taka instytucja działa, jak się teatr robi, jak się pisze sztukę na scenę i – co najważniejsze: jak się reżyseruje.
Po omacku zatem, nie bardzo wiedząc, co czyni, przekładał fabuły innych na własną o sobie opowieść, sam wymyślał aktorów z kmieci okolicznych; ze starych gratów na domowym strychu robił rekwizyty, niedokarmioną szkapę przefantazjował w rycerskiego rumaka. Od samego początku, rzecz biorąc od praktycznej strony, fatalnie i nieporadnie kreował realia swego teatru. Natomiast w jego wyobraźni tworzył się teatr wspaniały, ogromny, rozbuchany, z kurtyną horyzontu, z kulisami dróg nieprzebytych, pod nieogarnionym dachem nieba, z antraktami nocy i dni. Spotkanie ze swoją wyobraźnią było dla spokojnego dotąd prowincjusza, od lat ugrzęzłego w monotonnym życiu i pejzażu tej części La Manchy, wydarzeniem piorunującym, niesamowitym, przyprawiającym o pomieszanie zdrowych zmysłów. Dodajmy do tego, że w jego sąsiedztwie panna Aldonza wybujała pięknie w pierwszej młodości, a gdy pan Alonzo Quijano ją zauważył, zaczynał niestety już siwieć i zapuszczać brodę.
Przyszły Don Kichot, dobiegający pięćdziesiątki, dlatego też nie wdał się teatr, że pan Miguel Cervantes, gdy grubo przekroczył czterdziestkę, miał teatru powyżej uszu, powyżej własnej cierpliwości; samokrytycznie pojął, iż w tej dziedzinie są od niego dużo, dużo lepsi w Hiszpanii. Don Kichot dlatego też dostał manii, opętania, nieomal pomieszania rozumu z powodu nagłej przemiany w postać z literatury (czyli w podwójny supeł się wiążąc), że pan Miguel Cervantes sam podobnych afektów doświadczał. Wyobraźmy sobie stan umysłu nieporadnego twórcy sztuk teatralnych, pisującego dotąd niezbyt obszerne opowiadania i poezję, właściwie z zawodu żołnierza i urzędnika, który nagle doznaje wizji ogromnej fabuły, pisanej nieokiełznaną prozą, rozleglejszej tysiąckrotnie niż komedianckie przedstawienia, bawiącej przez sto, a nie jeden wieczór. Cervantes wymyślający szalonego Don Kichota pisał z autopsji.
Z nieteatralnych dokonań ówczesnych miał do dyspozycji w bagażu kultury tomiska i książczyny opowieści rycerskich, rzadko napisanych w miarę poprawnie. Często smakowały one w czytaniu, jak popłuczyny niewielu wówczas rzeczy monumentalnych, powiedzmy dla przykładu – "Dekamerona" i "Baśni z tysiąca i jednej nocy". Miał też za sobą błędne życie rozgoryczonego żołnierza, kalekiego weterana, kilkuletniego jeńca wojennego albo wręcz niewolnika, a potem co i raz oskarżanego o malwersacje urzędnika, więzionego również – czyli taki bagaż doświadczeń, które tylko szalony Don Kichot mógł światu przedstawić i opowiedzieć.
Teatr epicki
Gdy Don Kichot o świcie przekroczył w furtce próg swej posesji, ruszając na pierwszą wyprawę, świat wyglądał tak, jakby się w nim nic nie zmieniło. Drogi polne były drogami wśród pól, poranny śpiew ptaków brzmiał jak zawsze, słońce o świcie jaśniało przyjemnie, zaś miało prażyć niemiłosiernie w zenicie. W wiejskim krajobrazie przybyła jedynie dziwaczna postać rycerza zbrojnego jak w minionych wojnach i starych legendach – tak widziałby ów wyjazd wcześnie wstający pasterz lub gospodyni robiąca poranne obrządki. Don Kichot nie naruszył niczego w obrazie świata, tylko jak przerzucony magicznym zaklęciem, wkroczył w inny tego świata wymiar. A jest zasadą, cechą szczególną różnych wymiarów, że reguły i prawidła w nich są różne i w każdym inne.
Realność wyglądała z pozoru tak samo jak każdego lipcowego dnia, a nawet wciągniętemu tydzień później w perypetie Sancho Pansie nie wydawała się odmienna od codziennej. W La Manchy nie zauważono, że cała okolica aż po niewidoczne granice, gdzieś tam (NIE)istniejące, zamieniła się w scenę w teatrze błędnego Don Kichota.
Dramatem w tym zdarzeniu istotnym jest fakt, że Don Kichot również o tym nie wiedział. On sam wydawał się sobie postacią epicką, postacią ze współczesnej mu epopei, kimś o którego świetnych czynach powstanie piękna i obfita opowieść.
Jej początek, gdy go sobie wygłosił, zabrzmiał jak wstęp z pieśni Homera. Istotnie Cervantes nad takim właśnie dziełem, epicką epopeją, pracował i nie dał swemu bohaterowi najmniejszego powodu, by rozumiał on siebie jako postać teatralną. Don Kichot albowiem niczego nie udawał aktorsko, nie odgrywał złudnie i nie tymczasową przyjął postać. Kiedy szalał w swoim pokoju, zamieniał się w błędnego rycerza, a gdy już ten stan osiągnął na stałe, to otworzywszy furtkę, przeniósł w La Manchę, a raczej rozwinął w niej niewidzialną scenę ze świata ksiąg.
Scenografia dookolna wydawała mu się epicka, więc sądził, że aby w niej coś zaistniało, należało to rzeczywistości opowiedzieć, wtedy ona sama z siebie inaczej się przedstawi.
Cokolwiek się na niej miało pojawić, Don Kichot do wyposażenia swej sceny dopisywał wyobraźnią – budynek karczmy jako zamek, karczmarza jako kasztelana, figlarne panienki jako dostojne damy, wiatraki jako demony. Tak samo postępował z damą jadącą w karecie, z wędrującymi mnichami, z więźniami prowadzonymi na galery i nikt przemiany swej nie widział. Spora połać Hiszpanii, od Toboso do Sierra Morena, zaczęła istnieć w innym wymiarze. Jej mieszkańcy w ogóle się w tym nie połapali, a gdy Don Kichot im o tej przemianie oznajmiał, brali go za wariata, albo spuszczali mu manto. On tworzył sobie scenę ze świata, a świat na niej nie chciał występować, to znaczy – nie chciał być inaczej opowiadany.
Nie byłoby żadnego konfliktu, gdyby na opowiadaniu poprzestał, albo sam błędnego rycerza odgrywał. Ale wtedy tylko on byłby postacią nie z tego wymiaru i spełniałby wymogi teatru zwyczajnego. Cervantes jednakże ulokował swego bohatera nie w zwykłym teatrze, choćby i o rozmiarach globalnych, lecz w teatrze epickim. Dla czytelnika jest to wciąż scena i dramat zawarty w słowach pomiędzy okładkami książki, ale dla postaci tej książki teatr ów jest sposobem istnienia poprzez metody epickie w realności dramaturgicznej. W drugim tomie powieści postaci w nim występujące opowiadają sobie o tym, jak wyglądały i co robiły w innych książkach – w tomie pierwszym i w pirackim duplikacie powieści. Widzą one siebie na poprzednich scenach, ale ich oceny dokonują z odległej, czyli aktualnej perspektywy narracyjnej. Zaś właściwy narrator powieści nie ingeruje ani w ich autotroficzny sposób bycia, ani w ich autopercepcyjny sposób poznania. To, co wówczas wymyślił Cervantes, wielu twórców kilkaset lat później uznało za wyjątkowy geniusz nowoczesności we własnych dramatach, teatrach, w prozach i filmowych scenariuszach
Okrucieństwo, miłość i czary.
Występy w realiach zamienionych na teatr okazały się dla naszego bohatera okrutne i w dosłownym (zapisanym) sensie bolesne. Ten wymiar świata – tak to mściwie, a przynajmniej zjadliwie opisał Cervantes – miał za jedną z głównych reguł okrucieństwo. Już pierwsza wyprawa Don Kichota skończyła się bezlitosnym obiciem go szczątkami własnej kopii. Oprócz karczmarza, tajemniczego "guru", pasującego Don Kichota na rycerza, nikt inny w całej epopei nie przyjął reguł jego błędnego dramatu. Pod koniec wydarzeń w tomie z roku 1605 kilkoro ludzi, przyjaznych Don Kichotowi, postanowiło udawać, że uczestniczą jako figury na błędnej scenie, ale tylko po to, by widowisko zakończyć, a właściwie zdewastować. Wszyscy inni (i wszystko, bo wiatraki też) nie rozumieją i zawzięcie zrozumieć nie chcą, że uczestniczą w teatralnym wymiarze świata. Z tego powodu próby stworzenia z nich nowych postaci, podejmowane przez zuchwałego aktora-reżysera z reguły kończą się dlań boleśnie, a bywa że i krwawo. Świat w don-kichotowym teatrze okrucieństwa stworzony jest z materii brutalnie, agresywnie opornej.
Niezbyt wiele znamy rzetelnych faktów z życia Cervantesa, ale bezspornie prawdziwe wydają się opisy jego własnych niepowodzeń na scenach i oszukańcze (głównie finansowo) traktowanie go jako dramaturga. To były okrutne doświadczenia. Zemstę Cervantes obmyślił równie bezlitosną i perfidną: "To, barbarzyński świecie (podglądam jego myśli) że nie lubisz teatru Don Kichota, nic ci nie pomoże, bo pokochasz swój niepiękny wizerunek w mojej powieści".
Drugą, oprócz okrucieństwa, właściwością świata w teatrze Don Kichota jest wolność miłości. Nie miłości w ogóle, nie abstrakcyjnej idei, ale jego własnych zadurzeń, pożądań, erotycznych sentymentów. Kilkakrotnie za ogłaszanie owych namiętności niechętnym rekrutom na aktorów nasz rycerz oberwał niezłe cięgi, ale we wszystkich innych okolicznościach mógł wyznawać miłość do Dulcynei w dowolnie długich i głośnych peanach. A poza tym cięgi za jej rozgłaszanie przyjmował z dziwnie masochistyczną lubością, zasłaniając się tradycją rycerskich w tej materii cierpień.
Nie bardzo pomyliłby się ktoś mówiący, że czytając powieść Cervantesa, przeczytał książkę o miłości. Zanim u boku Don Kichota zjawił się Sancho Pansa, wyposażył się rycerz w ideę Dulcynei. O wielu sprawach zapomniał na początku, nawet o pasowaniu go do tej rangi, ale nie o damie swego serca i wyobraźni. Biografowie pisarza nie rozwiązali zagadki do jakiej to znanej sobie, prawdziwej Dulcynei pisał on Don Kichotowi wyznania, peany, listy. Jaką panią chciał nimi urzec pan Miguel? Której chciał zaimponować błędną, heroiczną wyprawą w najlepszą na świecie powieść? Trudno nie zauważyć, że wszystkie wątki, dodane w powieści do relacji o przygodach Don Kichota, dotyczą perypetii miłosnych. Kilka jest wzorowanych na klasycznej miłosnej (a ściśle: erotycznej) księdze, czyli na "Dekameronie", w innych można znaleźć podobieństwo do równie z miłosnych natchnień opowiedzianych "Baśni z tysiąca i jednej nocy".
Więcej niż prawdopodobne, że Cervantes znał utwór "Vita nuova" Dantego, opowiadający o Beatrycze. Tłumacz "Życia", Edward Porębowicz, napisał, że to dzieło o "miłości obudzonej z uśpienia", że Beatrycze jest "wyanielona", że owa "ziemianka była cudem zesłanym", że "zmysłom zjawia się jako mdły obłoczek". Jeśli przejrzymy prawie dwieście klasycznych ilustracji Gustava Doré do Cervantowskiej powieści, zauważymy, że portretu Dulcynei w nich nie ma – są obrazy samego Don Kichota, który o niej myśli lub o niej opowiada. G.Doré nie był w stanie narysować mdłego obłoczku.
Kolejną właściwością niewidzialnego teatru w La Manchy są czary, czarodziejstwo. Don Kichot był pewien, że tuziny razy ulegał zaczarowaniu, a właściwie tę przypadłość przypisywał sobie na stałe, mimo wielkiego sceptycyzmu Sancho Pansy. Siostrzenica i gospodyni, nie że sceptyczne wobec dziwactw pana Alonso, lecz jawnie wrogie, spaliwszy jego księgozbiór, zwaliły winę na przebiegłego czarownika – i Don Kichot ani pisnął w zdroworozsądkowym proteście, bo takie zdarzenie było oczywiste w jego konwencji.
Słowa "encantador" (zaczarowany) użył Cervantes ze sto razy, a polscy tłumacze, Edward Boye i państwo Anna i Zygmunt Czerny, zastosowali w swych wersjach po dwa razy tyle słów związanych z czarami. W ówczesnych teatrach proces zaczarowania nie było łatwo pokazać widzom, natomiast w teatrze epickim Don Kichota mogło ono być opowiadane na wszelkie sposoby, co czynił piszący prozę Cervantes.
Dwie godziny samowoli
Czyny, działania, akcje w teatrze donkichotowym przynoszą jego kreatorowi wiele doznań niemiłych, natomiast koją mu duszę własne i cudze opowieści, kwitnące wybujale: mówienie, albo czytanie mają się tu znakomicie, aktorstwo – fatalnie. Don Kichot więcej się w rycerskiej wyprawie nagadał i nasłuchał, niż narozrabiał na gościńcach. Kiedyś Don Kichotowi nabajano o pięknej pasterce Marceli, która ani myślała obdarzać wdziękami jednego lub kilku z tłumu pasterzy, co dla niej tracili rozumy, a któryś odebrał sobie życie. Marcela wygarnęła adoratorom brutalną prawdę o ich głupocie, egoizmie, molestowaniu i zniesławianiu jej, a mimo to, lub dlatego, wielu chciało biec za nią, gdy uciekła w gęsty bór. I wtedy Don Kichot w obronie dziewicy krzyknął strasznym głosem, że spuści rycerskie wciry każdemu, kto ją zechce gonić. W błędnym teatrze stało się coś niebywałego – pasterscy młodzianie naprawdę się go przestraszyli i zamiast, jak inni, jemu spuścić wciry, nie pobiegli za Marcelą.
Wcześnie się zdarzył ów tryumf – jeszcze przed połową przygód w pierwszym rycerskim teatrze i o mały włos, a byłaby się scena świata gruntownie przemieniła na resztę powieści, odwróciłaby się jak na obrotowej maszynerii. Oto “Rycerz nasz umyślił odszukać pasterkę, aby ofiarować jej wszystkie swoje usługi.(...) pożegnawszy się z pasterzami i wszystkimi, którzy byli obecni na pogrzebie Chryzostoma, ruszył wraz ze swym giermkiem w głąb lasu, gdzie widział znikającą pasterkę Marcelę. Naszukawszy jej się daremnie przez dwie godziny, stanął na łące...”
Wypada zauważyć, że zamysł o "wszystkich usługach" straszne stwarzał zagrożenie dla ideału Dulcynei. Nie zaryzykował jednak Cervantes więcej ponad dwie godziny samowoli Don Kichota w próżnym oszołomieniu. Co począłby autor, gdyby tamten piękną pasterkę odnalazł, gdyby zauroczony nagadał głupstw o swej dla niej służbie, i gdyby dla realnej w lesie Marceli porzucił Dulcynejskie błędne platonizmy? Co by dalej było z pierwszą damą serca zarówno w przypadku przyjęcia przez Marcelę usług rycerskich (mało prawdopodobne), jak i w przypadku wyśmiania podstarzałego dziwaka (wielce prawdopodobne)?
Życiodajne złudzenie
Kiedy prawie sto lat temu Edmund Boyé pisał esej-przedmowę do pierwszego wydania swego tłumaczenia "Don Kichota", wybrał z ubożuchnego wtedy polskiego piśmiennictwa o postaci i książce Cervantesa jeden diamencik – wiersz Cypriana Kamila Norwida pt. "Epos nasza", mówiący o jego trwających od dzieciństwa fascynacjach hiszpańskim dziełem i bohaterem. Wiersz jest młodzieńczo naiwny i z tego też powodu przejmujący. Jeśliby dociekać dlaczego stary (starszawy?) pan stał się natchnieniem dla poetyzującego młodzieńca, może tropem byłaby wyraźna chłopięcość akcji Don Kichota, chłopięce przeistoczenie się w błędnego rycerza i sztubacko awanturnicze działanie na olbrzymim uteatralnionym "podwórku" od delty Ebro do Sevilli. Był to objaw rozpaczliwego odmłodzenia, czyli reanimacja młodzieńczych tęsknot. Donkichotowski teatr z 1605 roku, ulokowany w świecie i z ciągłą presją fantazji plus wyobraźni na ów świat, by dla dobra epiki stał się sceną dramatu, nazwę, znów biorąc z eseju E. Boyé – złudzeniem życiodajnym. Z naciskiem na "życio-dajność", gdyż w drugiej książce Cervantesa, z roku 1615, w drugim anty-teatrze Don Kichota, opowieść biegnie od początku do końca odwrotnie, to znaczy – w kierunku śmierci.
2. Don Kichot w teatrze świata
Kuracja.
W dalszych perypetiach Don Kichota zdarzeniem koronnym i kardynalnym jest przybycie do Montiel bakałarza Samuela Karrasko, wracającego w drugim tomie książki ze studiów w Salamance. Pleban miejscowy i balwierz nadto się przedtem wysłużyli w próbach przywrócenia pana Kichano do jakiego takiego opamiętania, więc dozmyślał Cervantes kogoś nowego, młodszego, sprytnego, a przede wszystkim oczytanego. Sensacją w zabitym deskami Montiel stały się jego opowieści o pierwszym tomie przygód Don Kichota i Sancho Pansy – księgi naówczas powszechnie już czytanej w Europie i tłumaczonej z kastylijskiego na inne języki (pierwszym był chyba Anglik, Thomas Shelton, który zabrał się za przekład w 1607 roku).
Nasz rycerz wymajaczył, rzecz oczywista, trzecią wyprawę mimo, że ledwie go wykurowano po drugiej. Gospodyni twierdziła, że kosztowało ją to 600 jajek. Zorientowany w arytmetyce Karrasko powątpiewał w tę ilość. Faktycznie – kiedy niby miał pan Kichano pochłonąć taki ogrom jajecznic lub kogli-mogli? W książkowej fabule upłynęło zaledwie kilka tygodni między dawnymi a nowymi wyprawami rycerskimi, gdyż na hiszpańskie trakty Don Kichot i Sancho wyrwali się zanim przeszło lato tego samego roku. Realnie od pierwszego do drugiego tomu Cervantesa minęło 10 lat. Jeśli przyjąć wersję gospodyni to w łącznej fantazji fabularnej trułby się rycerz tuzinem jaj dziennie, a w osobnej wydawniczej realności dostawałby jedno jajko na tydzień, od święta dwa. Błyskawicznie więc, czy skąpo pochłaniał nabiał, z błędności rycerskiej się nie wyleczył.
Don Kichot wyobrażał sobie, że znów będzie brylował w swym wydumanym teatrze wśród równin, gór, wiosek i miast La Manczy. Nie przewidział, że Cervantes wraz kolegą Karrasko obmyślili mu wkroczenie w świat inny, niż tamten z lipcowych dni. Ba! Nawet Sancho był inny. Sprytnie mu pyknęło w rozumie po długiej debacie z żoną i wykombinował korzystniejsze kalkulacje niż za pierwszym giermkowaniem.
Nokaut
Kiedy już było pewne, że obaj niebawem uciekną, gospodyni błagała uczonego bakałarza o pomoc, ale szybko weń zwątpiła, gdyż ten mądrala jawnie pana Kichano do wyprawy zachęcał. Miał w tym swoje sekretne (bardzo teatralne) plany. Na razie pozostańmy przy jego opowieściach o sławnej książce z poprzednimi przygodami. Rzecz jest odtajniona na początku drugiego tomu w pierwszych trzech rozdziałach. Cervantes wpadł na pomysł wyprzedzający o cztery wieki XX-wieczne eksperymenty kontestatorów tradycyjnej powieści. Że tacy mistrzowie jak Borges i Cortazar, biorąc pierwszych z brzegu, "są z Cervantesa" to całkiem zrozumiałe, ale można też przyjąć, że po przeczytaniu "Don Kichota" Joyce lub Robbe-Grillet poczuli się pisarsko śmielej niż Dickens i Tołstoj.
Cervantes dał swym postaciom wiedzę o nich samych z poprzedniej książki. Dziwili się więc, że Cervantes słyszał ich rozmowy toczone w cztery oczy, lub widział zdarzenia, których szczegółów nie chcieli rozgłaszać. Pozwolił im metafabularnie dyskutować o autorze i o konstrukcji powieści z punktu widzenia ekspertów, znacznie wyraziściej i dosadniej stawiających swe racje niż rozsławiony przez Bachtina narrator "Braci Karamazow", dyskutujący z Dostojewskim. Może Cervantes miał zamiar utrzymać influencję początkowych konceptów na całą resztę powieści? To prawdopodobne, gdyż w trakcie podróży w księdze drugiej para głównych bohaterów spotyka wiele osób znających ich dzieje ze stronic księgi pierwszej.
Twierdzą badacze twórczości i biografii pisarza, że gdy miał już napisane 58 rozdziałów drugiego tomu, dowiedział się – chyba w roku 1614 – o istnieniu konkurencyjnej, pirackiej wersji przygód Don Kichota, skleconej przez niejakiego Avellanedę. I wtedy sprawa uwikłania powieści w powieści pojawiła się ponownie w rozdziale LIX, ale już w odniesieniu do twórczości jawnie wrogiej, a na dodatek gorszej jakościowo. Fabularnie z tego powodu Don Kichot i Sancho nie pojechali do Saragossy – jak opisał Avellaneda, biorąc ich zamiary z fabuły Cervantesa – lecz skręcili do Barcelony, co Miguel zrobił, żeby skompromitować bezczelnego pirata.
Don Kichot w obecności Cervantesa niszczy kopią książkę Avellanedy
Z frajdą się czyta, jak Cervantes rozjeżdża Avellanedę i jak mu w tym Sancho i rycerz dopomagają. Mający szkodzić Avellaneda spadał mu jak z nieba. Przy spotkaniu się postaci z obu książek, własnej i cudzej, mógł Miguel bezkarnie i zasadnie reklamować i wychwalać swą pierwszą powieść już od początku drugiej. “Skoro księga już została napisana, tedy jako dzieło traktujące o błędnym rycerzu musi byćwspaniała, prawdziwa, krasomówcza, niezwykła i górna.” – niby skromnie przytacza Cervantes przemyślenia Don Kichota o swym dziele.
Ale miał też rycerz myśli niespokojne co do intencji właściwego autora, który jeśli pisał "jako wróg, to jest oczywiste, że chciał go zniesławić i sławne jego czyny umieścić poniżej najpodlejszych czynów jakiegoś giermka o mizernej kondycji.” (...) Jął się tedy obawiać, że pisarz mógł się wyrazić nieprzystojnie o jego afektach i wysokie cnoty jego damy, Dulcynei z Toboso, przywieść na osławę, życzył sobie bowiem, aby ujawniono wierność, jaką dla niej zachował, i cześć, którą ją otaczał...”
Podejrzliwy Don Kichot słusznie antycypuje w rozdz. III to, o czym dowie się w rozdziale LIX, jakby wcześniej wiedział niż jego ojciec-kreator, co w plagiatorskiej trawie piszczy.
Bez względu na to, czy Cervantes z własnej inwencji wykoncypował autotematyczne dyskursy Pansy i Kichota, czy raczej sprowokowany i wściekły na plagiatora, wygrał bezapelacyjnie przez nokaut i jak na dopalaczach zakończył dziesięcioletnie pisarskie ceregiele wokół drugiego tomu.
Kramarz sprzedający Don Kichotowi "Don Kichota":
"Musicie mieć własny egzemplarz tej książki
i udawać, że ją przeczytaliście, bo nikt was nie będzie szanował."
Rucio
Kim był Avellaneda? Pozostalibyśmy w podobnej niewiedzy, co wszyscy od wieków pasjonaci "Don Kichota", gdyby nie twórcy filmu "Donkey xote", którzy pokazali plagiatora i literackiego pirata w całej (nie)okazałości.
To jakiś typ małpio pokraczny, wkręcony w podejrzane magie, czarownik przeklęty, całkiem jak ten, którego ciągle tropi Don Kichot.
Film wspomniany wymyślili ludzie, którzy przeczytali drugi tom "Don Kichota" bardzo wnikliwie i tym imponują mi bardziej nawet niż pomysłem, żeby osioł Rucio opowiadał, co się działo. Inna sprawa, że dzielnemu osłu Sancho Pansy należały się względy specjalne już od pierwszego tomu. Cervantes tylko mimowolnie nadał mu cudowności, gdy oślina wiezie Pansę magicznie, mimo tego, że przed chwilą został ukradziony i uprowadzony; do koncepcji gadającego osła pisarz nie dojrzał, ba, nawet imienia mu nie nadał. Znaleziono w obu powieściach sporo pomyłek autorskich, a niejaki Pierre Menard twierdził, że Miguel "układał swe nieśmiertelne dzieło na chybcika, niesiony bezwładnością języka i inwencji". Toteż skrupulatne odczytanie dzieła przez filmowców słusznie dopełniło fabułę paplaniem Rosynanta i Rucio, pojawieniem się Avellanedy, a nawet samej Dulcynei, dorodnej jak Angelina Jolie.
Marionetka
Z entuzjazmem trzeba przyjąć filmowe zawalenie się atrapowej fasady zamku, w którym książę i księżna urządzali podstępne żarty i krotochwilne hece z Don Kichota. Makieta disneyowskiej fasady, zakrywającej ponure zamczysko, runęła jak kiepsko zmontowana dekoracja teatralna, co znaczy, że reżyser Jose Pozo i scenarzysta Angel Pariente nie przegapili (anty)teatralnego aspektu powieści.
Zamkowe perypetie stanowią w niej główne theatrum, w które Don Kichot jest wplątany. Wplątany na siłę przez księżną i księcia, bo oboje przeczytali opowieść o sławnym rycerzu, błądzącym w ich okolicach. Ale nie od tak wysokich progów zaczęła się teatralna manipulacja Don Kichotem w jego trzeciej wyprawie. Zaczęło się od podstępu Sancho Pansy.
Wyjechali z Montiel w nocy. Bakałarz Karrasko towarzyszył im do granic wioski. Don Kichot uparł się, by Sancho pokazał mu w Toboso pałac Dulcynei, bo rzekomo miał znać adres. Oczywiście, żadnego pałacu po nocy nie znaleźli, ale rankiem giermek zamyślił odzyskać zaufanie u pana i począł mu wmawiać, gdy ujrzał trzy chłopki na osłach, że właśnie jedzie w orszaku dam wyśniona Dulcynea. Don Kichot zaś widział wyraźnie, że to niezbyt urodne kobieciny wiejskie. Sancho wypalił mowę do wieśniaczek w autentycznie rycerskim stylu i tym razem on zrobił z siebie błędnego głupka. Na nic się zdało aktorzenie Sanchowe, bo one się wściekły, a jego pan nie uwierzył. Pierwsze wmanipulowanie Don Kichota w rzekome spotkanie z Dulcyneą spaliło na panewce, ale tak się zaczął jego występ w fałszywym, podrabianym teatrze świata.
W szybkim skrócie – co się w tym teatrze z Don Kichotem wyprawiało.
Najważniejsze są dwa pojedynki z Samuelem Karrasko przebranym raz za Rycerza Zwierciadeł, drugi raz za Rycerza Białego Księżyca. Najwięcej zaś sztucznych aranżacji teatralnych wyszykowano mu na zamku – z niby zakochaną w nim dwórką, czarodziejem Merlinem i z rzekomo podniebną jazdą rycerza i giermka na drewnianym koniu. Potem w Barcelonie urządzono mu kompromitujące go i ogłupiające widowisko z gadającą głową z brązu. Najbardziej zaś upokarzającym spektaklem była obojętność cyrkowego lwa, którego Don Kichot miał zamiar z własnej inicjatywy zasiec mieczem, ale niemrawy zwierz go najzwyczajniej "olał". Nawet Sancho permanentnie odmawiał natrętnemu Kichotowi samobiczowania po własnej gołej niewymownej, czyli kary zleconej przez przebierańca Merlina, niby w celu odczarowania zaklętej Dulcynei, i w końcu giermek oszukał rycerza, waląc w nocy biczem po gałęziach zamiast po własnej goliźnie.
Jeden tylko raz Don Kichot przeżył w teatrze świata coś na podobieństwo poprzedniej autonomii swej wyobraźni, gdy spuszczono go na pół godziny do tajemniczej studni-pieczary, a on wykreował sobie trzydniowy tam pobyt i spotkania z przedziwnymi stworami podziemnej krainy. Wiarygodność jego relacji, pełnej szczegółów i długich rozmów w tej niby parodniowej rycerskiej wyprawie, podawał w wątpliwość nawet Sancho Pansa.
W teatrze świata nasz błędny rycerz nie miał prawie nic do gadania i zamieniał się już nawet nie w najętego przymusem aktora, ale w kukiełkę w rękach kpiarzy i prześmiewców.
Wolność
Dwa razy w teatrze świata spotyka Don Kichot teatr prawdziwy, – raz trupę aktorską, a potem lalkarza z teatrzykiem marionetek. To właśnie przed owymi aktorami wyznaje dawną, chłopięcą fascynację widowiskami komediantów. Spotkanie kończy się znamiennym konfliktem, w którym rycerzowi, rozsierdzonemu na psikus jednego z aktorów, przeciwstawia się cały ich zespół z wielkimi kamieniami w garściach. Nasz wspaniały następca Amadisów i Rolandów podaje tyły. Jakby na przestrogę przedstawienie, które w tournée pokazują, ma tytuł "Orszak śmierci". Drugie spotkanie kończy się jeszcze gorszą katastrofą, gdyż Don Kichot reagując wściekle na przebieg kukiełkowej fabułki, dewastuje teatrzyk mieczem w tak zwany drobny mak.
Obarczywszy swego bohatera żenującym grubiaństwem, Cervantes bardziej wyrafinowanie rozprawia się z teatrem w długich elaboratach kanonika z Toledo i proboszcza z Montiel, którzy wymądrzają się o niedostatkach artystycznych i wszelkich innych, z moralnymi włącznie. Wprawdzie obaj wymieniają kilka dobrych dramatów i paru zdolnych autorów, z Cervantesem między nimi, ale generalnie hiszpański teatr krytykują niemiłosiernie. Oddać trzeba sprawiedliwość, że nie zostawiają też suchej nitki na powieściach rycerskich.
Manipulowany w teatrze świata Don Kichot jest postacią jeszcze bardziej tragiczną, niż kiedy on sam próbował światem manipulować. Popularnie przyjmuje się, że jest również osobą śmieszną, głupią i szaloną. Czemu pan Miguel tak bezlitośnie wykreował swego bohatera? Może w tym obrazie koślawym, jak odbicie w krzywym zwierciadle, nie ma nic śmiesznego? Może jest to smutny, przykładowy przypadek kogoś, kto porzucił księgi na rzecz teatru? Przypadek czytelnika bezmyślnego, omamionego obrazkami przygód, który zanurza się w teatralność, gorszą jeszcze od złej prozy. Jakby Cervantes przeczuwał, bo wiedzieć nie mógł, że kiedyś pojawi się wymóg dookreślania w czytelniczej refleksji świata w dziele literackim przedstawionego i omijania zdradliwego lepu ilustracyjnych pokus, przemieniających literaturę w performans. Byłby więc Don Kichot postacią nie tyle wykoślawioną, co przestrzegającą? Jeśli tak, to przed czym?
W teatrze świata traci on całą wolność, którą tak demonstracyjnie próbował eskponować w poprzedniej podróży. Zresztą sam wpadł na to i objaśniał Sancho Pansie: "Wolność jest to największy dar, który nieba ludziom udzieliły. (...) Dla wolności, jak i dla czci, warto i należy życie narażać. Przeciwnie, niewola jest największym nieszczęściem, jakie na nas może spaść. Mówię ci o tym, Sanczo, bo dobrze widziałeś zbytek obfitości, której używaliśmy do syta w tym zamku, skąd przed chwilą w świat wyruszyliśmy. Pośród tych potraw smakowitych i mrożonych napojów zdało mi się, żem jest w ucisku i głód cierpię, gdyż nie używałem tych rzeczy ze swobodą, z jaką bym ich używał, gdyby były moją własnością.”
Bardziej praktyczny Sancho odrzekł: “Nie zawsze napotykamy zamek, gdzie nas po wielkopańsku ugoszczą, czasem zdarzy się nam przybyć i do karczmy, w której kijami omłócą.”
Bywało tak, istotnie, ale w najgorszych opałach podczas poprzednich podróży Don Kichot nigdy nie poskarżył się na utratę wolności.
Sfery niedostępne
Za wolność płaci się wysoką cenę. Otłuczenie kijami i kamieniami, wybite zęby, połamane żebra, stracone zdrowie, nie do odzyskania w pełni nawet po dziesięciu kopach jaj – to jedna strona medalu. Tragiczna wolność platonicznej miłości, to druga jego strona. A jest jeszcze niewidzialna i nie aż tak, jak poprzednie objawiająca się fizycznymi skutkami – czyli ułuda, szarlataneria i zamek na lodzie wolności twórczej. W teatrze przemożnej wyobraźni pokusą jest samowładność na scenie, reżyseria permanentna i nieustępliwa. Rezultatem jest współ-aktorstwo dyktatorskie, to znaczy teatr despotyczny. Ta inscenizacja autorytarna to według błędnego artysty jedyna droga do wolności. Taką donkiszoterię widziało się w teatrze Kantora i była podobna w teatrzykach Białoszewskiego.
W inscenizacjach Don Kichota świat jest przymuszony do udziału w teatrze wolności, a w inscenizacjach świata Don Kichot jest przymuszony do udziału w teatrze niewoli. Przeciwieństw można by doszukiwać się więcej, na przykład: miłość i szyderstwo, prawda i ułuda, świat i osoba, osoba i inni, itd.
Opcje teatralne nie są dla pana Alfonso Kichano żadnym wybawieniem i sądzę, parafrazując sformułowanie mistrzowskie, że najlepiej by mu się żyło i myślało literaturą. Na całe szczęście dla nas, czytelników, Miguel Cervantes ten właśnie sposób życia i myślenia wybrał dla siebie, złożywszy swego artystycznego rycerza w ofierze Kalliope, muzie łaskawej, która go unieśmiertelniła.
Koniec antyteatralnej opowieści, mówili niektórzy czytelnicy, miał raz na zawsze odebrać możliwość bezprawnego wskrzeszania cervantowskiego rycerza, ale – po pierwsze – w finalnej śmierci jest konsekwencja artystyczna wyższej rangi: teatr wolności daje przynajmniej ułudę pięknego życia, teatr niewoli z całą pewnością życie odbiera. Po drugie – jak słusznie zauważają inni, w powieści umarł Alonso Kichano, wyrzekając się na koniec Don Kichota. Pierwszy odsunął drugiego w niedostępne dla śmierci sfery fantazji plus wyobraźni. Nie zabrał go ze sobą w krainę śmierci. Tak unieśmiertelniony Don Kichot może powracać wciąż i wciąż – nawet we frywolnej i figlarnej opowiastce niejakiego Rucio, czyli szlachetnie ambitnego ośliny, awansowanego do rangi rycerskiego rumaka.
Dulcynea i Don Kichot w wersji Rucio
° ° °













