Wisława Szymborska przeczytała w roku 1967 staroarmeński epos pod tytułem "Dawid z Sasunu" i napisała o tym króciutką notkę, jako jedną z wczesnych z serii "Lektur nadobowiązkowych".
W drugiej połowie IX wieku Armenia wyzwalała się spod przeszło dwóchsetletniego jarzma Arabów. Ktoś na czele tej walki stać musiał. Epos ludowy nazywa go Dawidem z Sasunu – i jakby chcąc wynagrodzić mu jakoś głuche milczenie ówczesnych kronik, wymyśla mu żywot pełen cudownych przygód, które – jak to w baśniach – pożyczone są z innych, starszych jeszcze baśni. Tak więc ów bezimienny ormiański wojownik i przywódca zrobił właściwie lepszą karierę, niż gdyby był postacią całkowicie historyczną, czyli wspomnianą od niechcenia przez jakiegoś dajmy na to bizantyjskiego kancelistę. Postać historyczna rzadko kiedy jako niemowlę ledwie od piersi odstawione potrafi zginać wierzchołki drzew do ziemi, a w późniejszych latach nie bardzo jej wypada rozmawiać z własnym koniem. Nie mówiąc już o prosto- i wielkoduszności, które to cechy pojawiają się u postaci całkowicie historycznych tylko od czasu do czasu, i to raczej w dogodniejszych okolicznościach. Przypuszcza się, że pierwsze strofy o Dawidzie powstały jeszcze w czasie walk wyzwoleńczych. Odtąd przez całe tysiąclecie legenda wędrowała z ust do ust, zdana na pamięć i fantazję bezimiennych bajarzy. Na swojego Homera jednak – który by podniósł ją do rangi literackiego arcydzieła – nie natrafiła nigdy. Przetrwała do naszych czasów jako zbiór luźnych podań, plątanina rozmaitych mitologicznych wątków. Czytałam z przyjemnością, bo wysoko sobie cenię bajeczny galimatias, jeśli tylko jest tworem wyobraźni naprawdę naiwnej.
“Dawid z Sasunu. Epos staroarmeński",
przekład Igora Sikiryckiego,
Nasza Księgarnia, Warszawa 1967
Wisława Szymborska. “Wszystkie lektury nadobowiązkowe"
Epos wydano w Naszej Księgarni, czyli potraktowano jak bajkową czytankę dla dzieci. Tłumaczenia zapewne dokonano z rosyjskiej wersji, ale trudno mi stwierdzić, czy Walerego Briusowa. Pani Wisława kartkowała STAROarmeński epos, który nie istniał we współczesnej Bibliotece nawet sto lat. "Odkrył" dzieło w roku 1873 biskup Garegin Srvandztiants. Sensacja na miarę zaistnienia "Gilgamesza" w naszej Bibliotece.
Biskup miał pasję zbierania armeńskich opowieści ludowych i przez trzy lata szukał wśród Ormian kogoś, kto znałby sagę o Dawidzie z Sasunu, bohaterze średniowiecznym, postaci w rodzaju rosyjskiego Ilii Muromca, albo biblijnego Dawida, albo wręcz zarmenizowanego Gilgamesza. Leon Surmelian opowiadał w książce z 1964 roku, że biskup w końcu znalazł we wsi w zachodniej części kraju, człowieka o imieniu Gurbo, który wiele lat wcześniej śpiewał tę sagę, ale sporo zapomniał. Biskup błagał go, przypochlebiał mu, przekupywał, aż po trzech dniach Gurbo był już "w lepszym nastroju" i sporo wyśpiewał z eposu, co biskup skrzętnie zapisał. https://en.wikipedia.org/wiki/Daredevils_of_Sassoun
Akademicy z Erewania przypuszczają, że w spotkaniu biskupa i pieśniarza miał udział św. Karapet, który w poemacie pomagał Ormianom pokonać najeźdźców; inni z kolei piszą, że zapisy poematu (fragmenty?) pojawiły się wcześniej, w 1864 roku. Wyobrażam sobie, że Biskup Garegin chciał na własne uszy i oczy doświadczyć epopei nie z (wątpliwych?) zapisków, ale od jakiegoś ormiańskiego aojdy, rapsoda, wieszcza – zapewne Ormianie mają własne słowo.
Armeński filolog, Sargis Harutjunjan (1928-2019), przypomniał w 1977 roku, że w XVI wieku Portugalczyk Mestre Afonso, podróżujący lekarz, napomknął o armeńskim poemacie, i że ten zapis jest najwcześniejszym znanym na temat eposu na Zachodzie Europy. Nie wiem, co doktor Afonso napisał; może słyszał recytację (znacznie wcześniej niż biskup), bo przecież czytanie nie wchodziło w grę.
Sassun to miejscowość leżąca dziś w Turcji, dobrze ponad trzysta kilometrów na południowy zachód od przygranicznego Erewania i chyba te właśnie okolice były związane z legendą Dawida, gdyż Armenia miała swój epizod "od morza do morza" (od Kaspijskiego do Czarnego nieomal) i zajmowała w czasach przechrystusowych obszar wielokrotnie większy niż dziś.
Czy ten epos opowiada o wydarzeniach z IX wieku, nie jest pewne. Są przypuszczenia, że początki epickich utworów ludu armeńskiego lokować można już w czasach pisma klinowego. Tak czy owak, biskup Garegin zdołał ocalić tę opopeję pod koniec XIX wieku. Jak wersja oratora Gurbo zamieniła się, wzbogaciła, do naszych dni w mnóstwo wersji, nie jestem w stanie prześledzić i opisać, ale ponoć jest ich bardzo wiele, ponoć pięćdziesiąt. Ja znam dwie wersje po rosyjsku i cztery po angielsku. Wysłuchałem jednej wersji ormiańskiej w przeuroczym teatrzyku kukiełkowym, ale tyle tylko mogę o niej powiedzieć, że jest rymowana oraz ładnie i przejmująco brzmi w recytacjach.
Mówiący koń Dawida, Dżalal (a jeszcze jest inny gaduła, o imieniu Kary), to ciekawa "postać", ale póki co, bardziej pasjonująca wydaje mi się historia księżniczki Dzovinar Hanum z początku epopei, czego chyba Wisława Szymborska nie czytała, gdyż to cykl pierwszy, a ona miała w rękach opowieść z cyklu trzeciego, Dawidowego.
Czy przedstawienie kukiełkowe (teatru "Tiknik"z Grecji) pt. "David of Sasun. The Armenian Epic", odnosi się wyłącznie do trzeciego cyklu, na razie nie rozgryzłem, ale nie mogę sobie odmówić dołączenia fotosów, nawet jeśli księżniczka Dzowinar Hanum na scenie się nie pojawia. https://www.youtube.com/watch?v=S_qxJVePF9I
Adaptacja według
David of Sassoun
Sasunts'i Davit'
Armenian Folk Epic
Artin K. Shalian, translator
Erevan, 1939,
English translation New York, 1964
Dawno temu był pogański Kalif;
Był też król ormiański o imieniu Gagik.
Pogański Kalif rządził w Bagdadzie,
A król Gagik rządził w Berd-Kaputin.
Król Gagik był stary i sędziwy;
Miał wielkie bogactwa, ale nie miał dziedzica,
nie miał syna.
Tylko córkę Dzovinar Hanum,
która była bardzo piękna.
W tamtych czasach potężniejszy król
zmuszał do hołdu innych królów.
Kalif Bagdadu, wielki i potężny,
zebrał swoją armię i splądrował naszą ziemię.
Zabrał ogromne łupy, wziął wielu do niewoli,
a tak wielu zabił, że prawie zginęła nasza rasa.
Został wtedy król ormiański Gagik
wasalem kalifa Bagdadu.
Pewnego dnia zawołał Kalif
dwóch poborców podatkowych i powiedział im:
– Przynieście należną mi daninę.
Poborcy udali się do Berd Kaputin
i stanęli u bram pałacu królewskiego,
Nagle zobaczyli oślepiające światło.
Spojrzeli i co ujrzeli?
Spostrzegli dziewicę tak wspaniałą i piękną,
że mogłaby powiedzieć słońcu:
– Nie świeć, o Słońce,
ja zabłysnę zamiast Ciebie.
Panna była równie piękna
jak księżyc nocą,
co wznosi się za siedmioma górami.
Kiedy poborcy zobaczyli dziewczynę,
omdleli i stali bezradnie, olśnieni jej pięknem.
Godzina minęła i król Gagik wysłał swoich ludzi,
by poszli do nich i przywiedli do pałacu.
Obaj zaniemówili i niczego nie żądali,
potem odeszli w milczeniu.
Gdy wrócili do Bagdadu, poszli do Kalifa..
– Przynieśliście daninę? – zapytał Kalif.
– Obyś żył wiecznie, królu – odpowiedzieli.
Nie takiej daniny potrzebujesz, królu.
Widzieliśmy coś niewykle pięknego!
To cud, że nie umarliśmy.
Gdybyś był na naszym miejscu, uwierz nam,
zemdlałbyś
i leżał bezradny przez trzy miesiące.
– Co widzieliście? – zapytał kalif.
– Niech twój dom obfituje w Boże błogosławieństwa, powiedzieli.
Co byś zrobił z jeszcze większą ilością bogactw, skarbów i towarów?
Masz dużo złota, srebra i bezcennych klejnotów.
Ale ten ormiański król, co się modli do krzyża,
ma taką córkę, pannę tak piękną,
że jest warta wszystkiego, co posiadasz.
Widzieliśmy niebiańską dziewicę, o Kalifie.
Gdybyś sam ją zobaczył, przestałbyś jeść i pić.
Całymi dniami i nocami,
ucztowałbyś, sycąc się jej wdziękiem i urodą.
Opętany pragnieniem posiadania dziewczyny,
pogański Kalif wysłał wiadomość do króla ormiańskiego:
– Oddaj mi swoją córkę.
Król Gagik odpowiedział:
– Jestem Ormianinem, ty jesteś Arabem;
Jestem wyznawcą krzyża, ty jesteś poganinem.
Jak mogę oddać ci moją córkę?
Nigdy nie oddam ci mojej córki.
Kalif odpowiedział: – Królu Gagik,
daj mi ją po dobroci, albo zabiorę ją przemocą.
Jeśli nie sam oddasz swojej córki,
zniewolę, pobiję twój lud,
zniszczę twoje królestwo, spustoszę twoją stolicę,
zniszczę twój tron, zabiorę ci koronę.
Gagik odpowiedział: — Będę walczył, nie dam ci jej.
Kalif wezwał swą armię do broni:
– Hej, ho, żołnierze, maszerujcie do ziemii Gagika.
Jeśli odda mi dziewczynę, to dobrze.
Jeśli tego nie zrobi, plądrujcie i dewastujcie tę ziemię.
Nie zostawiajcie kamienia na kamieniu, przesiejcie piach
i przynieście łup.
Armia Kalifa pomaszerowała.
Przyszli wojownicy do krainy króla ormiańskiego.
– O, królu – powiedzieli,
oddaj swoją córkę naszemu Kalifowi.
Jeśli tego nie zrobisz, splądrujemy twoją ziemię,
nie zostawimy kamienia na kamieniu, przesiejemy piach,
zabierrzemy wszystko, co posiadasz.
Król Gagik spojrzał na obóz wroga.
I oto co zobaczył!
Armię tak liczną, jak gwiazdy na niebie.
Zobaczył bitwę. Wielu zabitych żołnierzy.
Zobaczył jak on, wasal Kalifa, został pokonany.
Dzovinar Hanum, z dachu pałacu widziała armię,
pomyślała sobie: – Gdyby mój ojciec był mądry,
nie byłoby u mego progu krwi i cierpienia.
Oddałby mnie Kalifowi.
Przeze mnie zabiją wszystkich naszych ludzi;
ich osierocone dzieci będą mnie przeklinać.
W końcu wezmą mnie siłą.
Lepiej żebym sama do niego poszła,
by ocalić mój lud i królestwo mojego ojca.
Księżniczka Dzovinar poszła do sali narad ojca i zapytała:
– Ojcze, o czym myślisz?
Jej ojciec odpowiedział:
– Ta armia przybyła, aby cię zabrać.
Albo pójdziesz do Kalifa,
albo zrujnuje naszą ziemię, ujarzmi moje królestwo,
zniewoli i zabije nasz lud.
Jak mogę cię dać jemu, moja córko?
On jest Arabem, ja jestem Ormianinem.
Dzovinar Hanum powiedziała:
— Jeśli nie poślubię króla pogańskiego,
on zabije naszych ludzi.
Lepiej, żebym do niego poszła;
nikt nie powinien cierpieć.
Pozwól mi jednej opuścić królestwo mojego ojca.
Jestem samotną duszą. Wolałabym iść i zginąć,
niżby nasza ziemia, Armenia, miała być spustoszona,
a tysiące i tysiące ludzi zabitych.
I Dzovinar Hanum powiedziała:
– Ojcze, daj mnie Kalifowi.
Król Gagik zwołał radę, aby zdecydować,
czy oddać Dzovinar kalifowi, czy nie.
Wezwali ojca królowej,
którym był biskup Vartbadrigu. Przyszedł.
Wezwali jej brata Kerry Torosa. Przyszedł.
Król zwołał swój dwór.
Rozpoczął naradę i zapytał:
Czy mamy dobrowolnie oddać naszą księżniczkę kalifowi,
czy będziemy walczyć?
Co mi doradzacie?
Jeden z nich powiedział:
– Nie jesteśmy dość silni, by walczyć;
to tylko dziewczyna, oddajmy ją kalifowi.
Inny powiedział: – Nie! Będziemy walczyć.
Powinniśmy raczej umrzeć,
niż oddać naszą dziewicę pogańskiemu królowi.
Toros, który ledwie osiągnął wiek męski,
zrozumiał, że doradcy,
na cześć swego króla, zdecydują się walczyć,
a nie oddać dziewicę kalifowi,
powiedział: – Obyś żył wiecznie, nasz królu,
wiem, że doradcy woleliby walczyć,
niż oddać dziewczynę kalifowi;
lepiej poświęcić dziewczynę
niżby miał wyginąć naród.
Posłuchaj mojej rady, mój panie,
oddaj dziewicę kalifowi.
nie jesteśmy wystarczająco silni, by walczyć.
Udawajmy, że nie miałeś córki.
Rada obradowała;
biskup zgodził się z Kerrym Torosem…
– Czy pozwolimy zginąć narodowi?
Ze względu na jedną duszę?
Nie, niech ta jedna dusza zostanie poświęcona.
Król Gagik choć nie chciał poświęcić swojej córki.
uznał, że nie ma innego wyjścia,
Zgodził się oddać Dzovinar.
Wysłano posłów do Kalifa:
– Tak, damy ci dziewicę. Chodź i weź ją.
Wielce się szykował Kalif
i z gośćmi weselnymi przybył do króla Gagika,
aby zabrać dziewicę.
Dzovinar poszła do ojca i powiedziała:
– Ojcze, proś kalifa, aby zbudował dla mnie oddzielny pałac
i pozwolił mi tam mieszkać.
Powiedz mu, że ma się do mnie nie zbliżać,
Ani do mojego łoża przez rok.
Proszę cię też, ojcze, wyślij ze mną księdza,
żeby odprawiał nabożeństwo rano i wieczorem.
Chcę się modlić i zachować naszą wiarę.
Wyślij też służebnicę ze mną.
Powiedz kalifowi, jakie mam życzenia
i że chcę, aby je spełnił.
Powiedział król Gagik Kalifowi,
czego życzy sobie jego córka.
– Kalifie, rzekł Gagik, nie będę z tobą walczył,
Ale postawię ci warunki:
Kiedy oddam ci moją córkę,
Ksiądz musi z nią iść,
Aby modliła się do swego Boga.
Ona oddawać będzie cześć krzyżowi, a ty czcij własnych bogów.
Zbuduj dla niej osobny pałac,
Nie zbliżaj się do niej
Ani do jej łoża przez rok.
Rzekł król pogański:
– Panie, zawrzyjmy pokój,
zawrzyjmy ugodę.
Jeśli mi oddasz swą córkę,
nie będę żądał daniny od ciebie.
Niech wszyscy wiedzą, że jestem zięciem
króla Armenii. To mi wystarczy.
Przysięgam, że nie tylko rok, ale siedem lat,
nie zbliżę się do niej.
Możesz wysłać z nią służącą i księdza.
Kiedy dasz mi dziewczynę,
zabiorę ją do Bagdadu
i zbuduję dla niej pawilon naprzeciw mojego pałacu.
Dziewica pozostanie we własnej wierze,
ja zostanę przy swojej.
Czyż nie jestem Arabem?
Czyż ty nie jesteś Ormianinem?
Obozował król pogański w Degdis;
Król Gagik przebywał na równinie Norakeh,
gdzie miał letni pałac wśród pastwisk i łąk,
pełnych słodkich, pachnących kwiatów.
Opodal biło źródło, zwane Mlecznym Zdrojem,
i tu rozbili namioty,
a uczta weselna trwała siedem dni.
Poszła Dzovinar do swego ojca i prosiła:
– Królu, mój ojcze, jutro jest
Dzień Wniebowstąpienia;
pozwól mi pójść na wycieczkę do źródła.
Będziemy ucztować, bawić się
i spacerować po wsi.
Wieczorem wrócimy do domu.
Król wyraził zgodę i powiedział:
– Idź, spaceruj i wróć.
Dzovinar ze swoją służebnicą i towarzyszami
udali się do Mlecznego Źródła.
Wędrowali po okolicy do zachodu słońca.
Zobaczyła wtedy, że istnieje świat
pełen światła i tętniący życiem.
Wszyscy pracowali – nawadniali ziemię, paśli owce, orali pola.
Dzovinar pomyślała wtedy:
– Nie wiedziałam, że tak piękny jest Boży świat.
Wspięli się na szczyt wzgórza;
tam odpoczywali i ucztowali wsród zieleni;
potem powędrowali nad brzeg morza.
Pod wieczór, gdy nadszedł czas powrotu do domu,
Dzovinar powiedziała swoim towarzyszom:
– Pójdę poszukać wody do picia.
Zagubiona w myślach szła wzdłuż brzegu,
aż dotarła do skały.
Zatrzymała się, patrzyła na morze
i nie widziała nic prócz wody bez końca.
Dzovinar i jej służąca usiadły na brzegu i płakały.
Zmęczone już były chodzeniem i spragnione;
– Ta woda taka słona. Ach, gdybyśmy miały choćby kroplę,
by ugasić pragnienie.
Służąca szukała wokół, ale nie znalazła pitnej wody.
Dzovinar zawołała:
– Boże mój, pokaż nam źródło
i poprowadź swym światłem w wieczornym mroku!
I wtedy z woli Bożej morze się rozjaśniło
i pojawiło się źródło słodkiej wody
tryskające ze skały.
Woda oblewała skałę
i trzeba było do niej dopłynąć.
Dzovinar zdjęła ubranie, popłynęła do źródła.
Złożyła ręce i wypiła całą garść
i jeszcze pół garści wody życiodajnej.
Wtedy z tej wody żywej, życiodajnej jak wiosna,
Dzowinar poczęła, a źródło nagle wyschło.
Wróciła do swych towarzyszy
i wszyscy poszli do domu,
do jej ojca, króla Gaika.
Armia kalifa wyruszyła rano.
Król Gagik dał córce posag i posłał ją ze sługami
Do miasta pogańskiego Kalifa.
Kalif zachwycony jej przybyciem
Wydał znów ucztę weselną przez siedem dni i nocy.
Potem zbudował dla Dzovinar osobny pałac,
Przesłał jej jedzenie i picie
i rozkazał: – Nie wychodź z pałacu.
Została Dzovinar Hanum w siedmiu komnatach.
Zamknęła księżniczka za sobą siedmioro drzwi,
i pogrążyła się w smutku.
Czas mijał i widziała Dzowinar, że jest w ciąży.
Wiedziała, że poczęła z wody żywej,
Ale nie ujawniła tego Kalifowi.
Kiedy Kalif usłyszał, że dziewica jest w ciąży,
Powiedział: – Nie z mojego to jest nasienia.
Wezwał swojego wezyra i zapytał:
– Czy dajesz wiarę w to, co się stało?
Cóż zrobimy, wezyrze?
Odrzekł wezyr: – Obyś żył wiecznie, królu,
zabijmy ją.
Przywolali kata:
– Idź, utnij jej głowę.
Naczelnik dworu przyszedł do Dzovinar i powiedział:
– Król kazał mi uciąć ci głowę.
Dzovinar Hanum powiedziała:
– Czy twój Kalif nie zna sprawiedliwości?
Czy on nie wie, że przez uśmiercanie
Kobiety w ciąży
Zabiera dwa życia na raz?
Odejdź i powiedz kalifowi, niech czeka, aż urodzi się dziecko,
wtedy zobaczymy, jakie to dziecko;
wtedy może mi odciąć głowę.
A jeśli chcesz wiedzieć, rzekła,
byłam dziewicą, kiedy opuściłam dom ojca
i nadal jestem dziewicą.
Z woli Bożej moje dziecko zostało poczęte,
z wody żywej, którą piłam nad jeziorem.
Naczelnik wrócił do Kalifa
i przekazał wszystko, co jego żona,
Dzovinar Hanum, powiedziała.
Rzekł Wezyr do kalifa:
– Prawdziwie mówi Dzovinar Hanum.
Poczekajmy, aż dziecko się urodzi,
wtedy utniemy jej głowę.
Postanowili poczekać do narodzin.
Ostrzegł go Kalif: – Nie zbliżaj się do niej.
Zgodnie z jej życzeniem poczekamy, aż dziecko się urodzi.
Pamiętaj, jestem jej panem, Dzovinar jest moją żoną.
Nie wtrącaj się.
Czekali.
Minęło dziewięć miesięcy, dziewięć dni, dziewięć godzin,
i dziewięć minut.
Dopełnił się czas Dzowinar, urodziła bliźnięta.
Jedno było dużym dzieckiem, drugie małym dzieckiem.
Przyszedł ksiądz Melkiset i ochrzcił chłopców.
Dużego nazwał Sanasar,
Małego nazwał Bagdasar.
Przekazano wieść kalifowi:
– Masz bliźniaki.
Bracia urośli w ciągu jednego dnia tyle,
co inne dzieci w ciągu roku.
Kiedy kalif zobaczył bliźniaki,
jego oczy zaszły mgłą wściekłości.
Rozkazał: – Powiedzcie naczelnikowi,
by uciął matce głowę.
Naczelnik udał się do Dzovinar i powiedział:
– Przyszedłem uciąć ci głowę.
Odrzekła Dzovinar Hanum:
– Czy twój król nie dba o prawa?
Kto będzie pielęgnować bliźnięta,
gdy utniecie mi głowę?
Niech Kalif poczeka, aż moi synowie dorosną.
Wtedy może mi odciąć głowę.
Nie mogę przecież stąd uciec.
Naczelnik wrócił do Kalifa
i powiedział mu, co rzekła Dzovinar.
Wezwał Kalif wezyra i zapytał: – Co mi radzisz zrobić?
Wezyr powiedział: – Poczekaj dziesięć lat,
aż chłopcy dorosną. Wtedy zetniemy jej głowę.
Czy ona może uciec ze swego pałacu?
Trzymaj ich jako jeńców.
Niech nie wychodzą z pałacu.
Sześć miesięcy przebywali zamknięci w komnatach.
Dzovinar wysłała do Kalifa wiadomość:
– Czy jestem ptakiem, którego zamknąłeś w klatce?
Czy jestem więźniem, że mnie uwięziłeś
i nie wypuszczasz z pałacu?
Widzimy słońce i jego światło tylko przez okno sufitowe.
Kalif powiedział: – Ona ma rację;
niech wyjdą, niech wyjdą na spacer.
Strażnik otworzył bramy
i wszyscy troje wyszli na spacer.
Minęło czasu mało wiele.
Chłopcy rośli z dnia na dzień.
Gdy przeszedł rok obaj byli tacy,
jak inne dzieci, które miały pięć lat.
Wychodzili, bawili się z innymi dziećmi,
bili je, krzywdzili i doprowadzali do płaczu.
Zanim minęło pięć czy sześć lat,
Sanasar i Bagdasar wyrośli na krzepkich chłopców.
Ich matka zawołała księdza i powiedziała:
– Ojcze, naucz moich synów czytać.
Kapłan ich uczył
i nauczyli się czytać i pisać.
Pewnego dnia kalif posłał po chłopców.
Zabrał ich do swojej komnaty
i zobaczył, jak byli duzi,
a kiedy usłyszał, jak rozmawiali, przestraszył się
i odesłał ich. Chłopcy poszli do domu.
Skończyli siedem lat.
Pewnego dnia, gdy bawili się z innymi chłopcami,
Sanasar spoliczkował syna wezyra
I uderzył go mocno w kark.
Wezyr udał się do kalifa z skargą:
– Te dwa bachory to skaranie Boskie!
Nie dają naszym dzieciom spokoju.
Kalif odpowiedział: – Co mogę zrobić?
Chłopcy dorastali.
Pewnego dnia, gdy bawili się z kilkoma chłopakami,
chłopcy zaczęli krzyczeć:
— Jesteście bękartami, jesteście bękartami!
Bliźniacy z płaczem poszli do matki:
– Jak nam nie powiesz, kim jest nasz ojciec,
pójdziemy i rzucimy się do rzeki.
– Synowie moi, odrzeła, Kalif jest waszym ojcem.
– Nie, odpowiedzieli, gdyby on był naszym ojcem,
ludzie nie nazywaliby nas bękartami.
Uciszyła ich Dzovinar Hanum,
ale kilka dni później znów krzyczano za nimi
– Jesteście bękartami, jesteście bękartami!
Następnego ranka Dzovinar powiedziała slużącej:
– Weź koszyk z jedzeniem;
zabierzemy chłopców nad brzeg rzeki,
aby im wszystko wyjaśnić.
Kiedy dotarli do brzegu rzeki, Sanasar powiedział:
– Matko, powiedz mi teraz, kim jest mój ojciec,
jeśli tego nie zrobisz, rzucę się do rzeki.
– Moi synowie, powiedziała ich matka, nie macie ojca.
– Matko, powiedział Sanasar,
Nie wyskoczyłem z kamienia ani z krzaka.
Musiałem być spłodzony przez mężczyznę.
Odpowiedziała mu matka:
– Mój synu, kiedyś poszłam na spacer brzegiem morza
z moją służebnicą; bardzo chciało mi się pić i prosiłam ją
by znalazła trochę pitnej wody.
Wtedy światło nad morzem pokazało mi źródło.
Wypiłam całą garść i potem pół garści wody z tego źródła.
Bóg dał mi cię z tej wody.
Ty jesteś z pełnej garści,
a mniejszy i porywczy Bagdasar z połowy garści.
Sanasar powiedział wtedy do swojej matki:
— Teraz wiemy, kim jesteśmy,
ale powiedz nam, kim ty jesteś.
– Moi synowie, powiedziała Dzowinar,
jestem córką króla ormiańskiego.
Do wieczora chodzili brzegiem rzeki.
O zachodzie słońca wrócili do miasta,
do swojego pałacu.
Minęło czasu mało wiele
Sanasar i Bagdasar widzieli, że ich matka
z dnia na dzień jest coraz smutniejsza.
Zapytali: –Mamo, co się z tobą stało?
Rozpaczasz, zawodzisz każdego dnia,
i ciągle płaczesz.
Masz synów bliźniaków, danych ci przez Boga;
jesteś księżniczką, córką króla.
Jak widać, niczego ci nie brakuje,
więc powiedz nam, co cię smuci?
Dlaczego z dnia na dzień słabniesz?
Ich matka powiedziała im:
– Moi synowie, któż inny, jak nie ja, miałby się smucić?
Dziś lub jutro Kalif zetnie nam głowy.
Sanasar powiedział:
– Mamo, czy to możliwe? Zobaczymy, czy mu się uda.
Kiedy minęło dziesięć lat
Kalif rozkazał żołnierzom: – Idźcie, utnijcie im głowy.
Pewnego dnia, gdy Sanasar i Bagdasar
bawili się w komnacie,
a ich matka w sąsiednim pokoju płakała,
przyszli żołnierze wysłani przez Kalifa
i oznajmili: – Dziś zetniemy wasze głowy.
Dzovinar powiedziała: – Możesz ściąć mi głowę,
ale jak możesz podnieść rękę,
żeby ściąć głowy moim synom?
Dowódca żołnierzy powiedział:
– Nie chcielibyśmy podnosić rąk na twoich synów,
ale co mamy zrobić? Tak rozkazał Kalif.
Musimy ściąć wam głowy.
Dzovinar płacząc błagała: – Mów cicho,
aby moi synowie cię nie słyszeli i nie przestraszyli się.
Niech się bawią, niech mają jeszcze trochę radości,
siądź i odpocznij.
– Nie, odpowiedział dowódca, nie przyszliśmy tu odpoczywać.
Pospiesz się i choć z nami na zewnątrz,
jeśli nie, zetniemy ci głowę tutaj.
Twoja krew rozleje się w pałacu.
Sanasar usłyszał rozmowę.
Otworzył drzwi i zobaczył mężczyzn
z mieczami w dłoniach, stojących w komnacie.
Zapytał: — Kim jesteście? Czego od nas chcecie?
Ich matka błagała cicho żołnierzy:
– Nie mówcie moim synom,
że przyszliście ściąć im głowy.
Wyprowadźmy ich na zewnątrz.
Niech naczelnik stanie po jednej stronie
a inny żołnierz po drugiej
i wtedy zetnij im głowy.
Ale najpierw zetnijcie mi głowę, a potem chłopcom.
Kat powiedział: – Chodźmy więc.
Sanasar zapytał: – Dokąd idziesz, mamo?
– Wychodzimy, wrócimy.
– Powiedz mi, mamo, nalegał Sanasar,
zabierają cię po coś.
Dzovinar nie chciała powiedzieć;
Sanasar nie pozwolił jej odejść.
– Mamo, jest coś, czego nie chcesz nam powiedzieć.
– Mój synu, jeśli chcesz poznać prawdę,
Kalif wysłał tych ludzi, żeby mi ścięli głowę.
Sanasar zapytał: – Który z nich jest naczelnikiem?
– Ten mężczyzna.
Sanasar podszedł do naczelnika i krzyknął:
– Czy chcesz ściąć głowę mojej matce?
Naczelnik powiedział: – Tak. Na rozkaz kalifa,
mam zamiar ściąć wam wszystkim głowy.
Sanasar z wściekłością uderzył naczelnika w twarz;
głowa naczelnika spadła;
a trup bez głowy nadal stał.
Widząc to, inni uciekli,
pobiegli do Kalifa i powiedzieli:
– Twój syn uderzył naczelnika w twarz,
jego głowa odpadła, a trup bez głowy nadal stał.
Kalif wysłał żołnierzy do walki z bliźniakami.
Sanasar i Bagdasar zmierzyli się z wojskiem;
walczyli i zabili połowę oddziału, nim zapadł zmrok.
Odpoczęli i wrócili do pałacu.
Następnego dnia żaden żołnierz nie ruszyl do bitwy.
Kalif rozkazał swojemu generałowi:
– Zbierz swoich ludzi do bitwy.
Generał powiedział do Kalifa:
– Mój królu, nie możemy ich pokonać.
To nadludzie, odważni wojownicy,
zniszczą twoje królestwo.
Rozsądnie będzie nie wznawiać bitwy
i nie tracić więcej naszych ludzi.
Kalif rozmyślał i rozmyślał.
Widział, że nie ma wyjścia,
a walka by go zniszczyła, powiedział więc:
– Nie będziemy walczyć z bliźniakami.
Teraz wierzę, że Dzovinar Hanum jest niewinna,
a ci odważni chłopcy są urodzeni z morza.
Dzovinar jest moją żoną,
a oni to moi synowie.
•••••••••••••
Dalej opowiada się o wyprawie Kalifa przeciwko Armenii, przed czym go ostrzegała księżniczka Dzovinar, przewidując jego klęskę. Wojna trwała siedem lat i słaba Armenia musiałaby ulec, gdyby nie mylący fortel specjalnych oddziałów króla Gagika. Zdezorientowani żołnierze Kalifa zaczęli walczyć między sobą, a on byłby zginął w zamieszaniu, gdyby nie obiecał swym bogom ofiary z bliźniaków, jeśli ocaleje. Wtedy bogowie uratowali go, dając mu damasceńskiego wielbłąda. Kalif sam wrócił do Bagdadu. Kiedy bracia dowiedzieli się od matki, że mają być zabici jako ofiara dla bogów, uciekli w odludne krainy. Potem szukali schronienia w innych księstwach, ale nikt ich nie chciał przyjąć w obawie przed zemstą Kalifa. Postanowili nie przyznawać się do związku z Kalifem i szukać szczęścia w świecie jako bezimienni i bezdomni. Na tym kończy się pierwsza część poematu. Druga dotyczy przygód Sanasara i Bagdasara, a dopiero trzecia opowiada o tytułowym bohaterze eposu, Dawidzie z Sansun.
Mówiący koń Dżalali
Wisławę Szymborską zauroczył w armeńskiej epopei gadający koń Dawida z Sassun. Pojawił się on w poemacie we wcześniejszych partiach niż ta, którą pani Wisława czytała. Był to Koń Morski i przed Dawidem ujeżdżał go Sanassar.
Pewnego dnia Sanassar powiedział bratu Baltazarowi (tak nazywają go niektórzy tłumacze), że potrzebują koni. Było to w czasie, gdy uciekli z Bagdadu i postanowili ustanowić własną siedzibę. Zbudowali obiekt duży i mocny jak forteca, wzniesiony ze skalnych ciosów. Pewien siwobrody mędrzec nazwał go Sasun, co chyba określa granitową fortecę z wieloma wieżami, albo wspartą na wielu kolumnach, albo nawet znaczy "gniew Boga", a ja nazwę ją Granitowa Forteca, czyli tytuł "Dawid z Sasun" to po mojemu "Dawid z Granitowej Fortecy". Rzecz jasna "Dawid z Sasun" brzmi lepiej, bo tajemniczo i z naszego punktu widzenia starożytnie oraz po ormiańsku.
Koni zapragnął Sanassar, gdy już mieli tę fortecę. Sami byli narodzeni z wody, więc sądzili, że nad morzem znajdą odpowiednie rumaki. Sanassar chciał nad wodą znaleźć rumaka ognistego. – Wejdźmy do morza i zanurzmy się do dna – zaproponował Sanassar. Zaprotestował Baltazar – O, nie, miła mi moja dusza. Sanassar wszedł sam pod wodę. Na dnie zobaczył pałac i uwiązanego przy nim konia morskiego. Młodzieniec wszedł do kaplicy i usnął. We śnie Matka Boska kazała mu się zbudzić i dosiąść konia, który nazywał się Dżalali. – Jak się okażesz go wart, będzie twój – powiedziała. Zesłała mu też skrzynię ze zbroją o rozmiarach siedem razy większych niż mierzył Sarassan. "Dziwny sen" – pomyślał i znów zasnął. Podczas tego snu urósł siedmiokrotnie, gdy się zbudził, ogromna zbroja pasowała w sam raz.
Poszedł do Dżalali. – Czego chcesz, Sanassarze? – przmówił Dżalali ludzkim głosem. – Chcę cię okiełznać. – Zawiozę cię do słońca i spłoniesz – zagroził koń. – Schowam się pod twoim brzuchem. – Wtedy runę na ziemię i zginiesz zmiażdżony. – Zdążę wskoczyć na twój grzbiet.
Koń morski poleciał do słońca, gruchnął o ziemię, wierzgał i rzucał się na wszystkie strony, aż krew poleciała z nosa jeźdźca, ale on nie spadł. – Jesteś mym panem, będę twym wierzchowcem – zgodził się Dżalali. Sanassar pokłonił mu się, ucałował w oczy i pojechali brzegiem morza.
Takie było ich pierwsze spotkanie i pierwsze rozmowy.
Mniejszy brat nie mógł spać, bo we śnie prześladował go okropny bożek Kalifa, chcący go zabić, jako ofiarę dla siebie. Bracia postanowili udać się do pałacu w Bagdadzie i rozprawić się z Kalifem i jego bożkami. Ten na ich widok zapowiedział, że w świątyni poderżnie im gardła. "Zobaczymy", powiedzieli bracia i poszli do świątyni. Gdy Kalif przed niezliczonym tłumem widzów i żołnierzy szykował się z mieczem, Dżalali, który zobaczył, że jego panu grozi niebezpieczeństwo, wyrąbał sobie drogę zębami, kopytami i ogonem.
"Nie bój się, Sanassar! – krzyknął koń – Siecz swym mieczem, a ja ich powalę ogonem. Tylu, co ty mieczem obalisz, ja poprzewracam oddechem. Ilu ty mieczem pokonasz, ja zdepczę kopytami." Dżalali poprzewracał armię Kalifa, aż kurz się wzbił pod niebiosa. Obaj bracia wskoczyli na jego grzbiet i pojechali do matki w pałacu, która ich ugościła winem z granatu i jadłem wykwintnym.
Sanassar miał trzech synów z księżniczką o imieniu Brzoskwiniowy Warkocz – Vergo, Ohan i Mher. Mądrość po ojcu odziedziczył Ohan, a siłę i zwinność – Mher. Vergo był chorowity i tchórzliwy.
Wszyscy byli zbyt mali by przejąć władzę po śmierci Sanassara, więc rządzić zaczęła matka. To ona wsiadła na Dżalali, który po śmierci pana stał wychudzony i osłabły w stajni. Dojechała do Mlecznego Źródła, napiła się magicznej wody, napoiła Dżalali i oboje zasnęli. Królowa i koń zbudzili się silniejsi. Po siedmiu latach Mher urósł duży jak siedem domów. Żaden koń nie był dość mocny by go udźwignąć. Wuj Toros orzekł, że przyszedł czas, by Mher nauczył się jeździć na Dżalali. Minęły trzy lata nim młodzieniec zdołał ujeździć rumaka, jak powinien. Gdy Mher miał piętnaście lat, zabił lwa. Wuj Toros zdecydował, że od tej pory Mher może panować w Sasun i przejąć Dżalali, potężną zbroję ojca i jego Miecz Błyskawicę.
Mher był już żonaty z Armaghan, gdy podstępna księżniczka Ismil uwiodła go i podstawiła kilka klaczy Dżalali, by mieć podobne jak on rumaki. Sama urodziła syna, którego nazwała Melik. Po siedmiu latach Mher powrócił do Sasun i do Armaghan, ta jednak nie chciała go przyjąć do swego łóża. W końcu jakoś przebłagał żonę i poczęli Davida. Nieszczęśliwie oboje umarli, gdy ich syn się urodził. Sierotką zaopiekowała się babka, Brzoskwiniowy Warkocz.
Przez długi czas Dżalali stał zaniedbany w stajni. Kiedy Ismil i Melik postanowili zaatakować Sasun, Dawid zażądał od wuja Ohana rumaka i zbroję po dziadku i ojcu. W stajni znalazł smutnego i przywiązanego Dżalali, podszedł doń i położył dłoń na zadzie konia. Rumak kopnął go tak, że młodzieniec upadł nieprzytomny pod ścianę. Ocknął się i rzekł: – Myślałem, Dżalali, że jako rumak ojca powieziesz mnie na wojnę z Melikiem. Odpowiedział mu koń ludzkim głosem: – Jak mam cię zawieźć na wojnę? Popatrz, jak wyglądam. Twoi wujowie nie dbali o mnie, zamknęli mnie w ciemnej stajni, nie wyprowadzili mnie ani razu, zapomniałem już, co to znaczy zgrzebło.
Dawid objął konia za szyję, ucałował w czoło, przyniósł wodę i mydło, umył go i wyczesał. – Odtąd będę twoim panem, zadbam o ciebie i będę karmić owsem.
Babka zobaczyła przez okno Dawida i Dżalali wyruszających na wojnę i zawołała: – Dżalali, Dawid nie ma ojca i matki, bądź mu więc ojcem i matką. Byłeś jak brat dla Sanassara, bądź bratem dla jego wnuka. Wspomagaj go, jak wspomagałeś Mehra. Zawieź go do Mlecznego Źródła, niech pije i nabierze sił. Zawieź go do Skały Prób, jeśli wytnie mieczem głaz wielki jak kolumna, może jechać na wojnę, jeśli nie zdoła, przywieź go z powrotem do domu.
Odpowiedział jej Dżalali: – Nie martw się, Wielka Księżno, uczynię jak rozkazałaś.
Zawiózł Dawida do Źródła. Gdy zobaczył, że jeździec nie zamierza zsiąść, ukląkł na przednie nogi. – Złamiesz sobie kark. – powiedział Dawid – Myślałem, że przeprowadzisz mnie przez strugi krwi, a ty się zlękłeś małego strumyczka wody.
Uderzył ostrogą w bok konia i złamał mu żebro. Rumak zarżał i powiedział gniewnie: – Jesteś zbyt hardy, młodzieńcze z Sasun, złamałeś mi żebro. Zaniosę cię pod słońce i spalisz się. – Urodzony jestem z wody i schowam się pod twój brzuch. – Więc gruchnę cię o ziemię i zmiażdżę. – Zdążę wskoczyć na twój grzbiet.
Rumak przestał mu grozić: – Oszczędzę cię ze względu na pamięć twego ojca, hardy synu Sasun. Zapomniałeś, co mówiła twoja babka? Czy nie widzisz, że jesteśmy pod Mlecznym Źródłem? Zejdź ze mnie, napij się wody żywej i zmocz nią moje żebro.
Po dwóch godzinach Dawid się obudził, zobaczył, że bardzo urósł i nabrał wielkiej siły. Za duży do tej pory hełm spadł mu z głowy, zsunęła się zeń zbroja, wypchana bawełną. Wyjął Dawid bawełnę z hełmu i ze zbroi i wdział na siebie; nie musiał już obwijać pasa kilka razy wokół bioder; Miecz Błyskawica sięgał mu teraz tylko po kolana.
Przy Skale Prób odrąbał kolumnę z granitu. Ruszył na wojnę z Melikiem, ale gdy zobaczył jego ogromną armię, zawahał się. Ujrzał Dżalali niepewność swego pana i rzekł ludzkim głosem: – Nie obawiaj się. Ilu zabijesz swym mieczem, tylu ja zabiję ogonem. Ilu powalisz maczugą, tylu ja zadepczę kopytami. Ilu spalisz błyskawicą swego miecza, tylu ja spalę mym oddechem. A kiedy się zmęczysz, zawiozę cię do Źródła, woda życia przywróci ci siły i wrócimy do boju.
Potem Dawid miał wiele przygód z udziałem Dżalali i rumak był mu zawsze pomocny, ale już nie przemawiał ludzkim głosem.